Naomi

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Naomi
Naomi
Audiobook
Czyta Jan Marczewski, Monika Chrzanowska
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki: Marta Lisowska

Redaktor prowadzący: Grażyna Muszyńska

Redakcja: Jacek Ring

Redakcja techniczna i sklad wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Blanka Lipa, Barbara Milanowska (Lingventa)

Zdjęcie na okładce

© Kiselev Andrey Valerevich/Shutterstock

Element graficzny w tekście: „comic style bullet” by Olena Panasovska, from thenounproject.com

© by Kinga Litkowiec

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2021

ISBN 978-83-287-1636-0

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2021

Wszystkim moim Czytelnikom

Spis treści

Naomi

Mateo

Naomi

Mateo

Naomi

Mateo

Naomi

Mateo

Naomi

Mateo

Naomi

Mateo

Zachar

Naomi

Mateo

Naomi

Mateo

Naomi

Mateo

Naomi

Zachar

Mateo

Naomi

Zachar

Mateo

Naomi

Mateo

Naomi

Mateo

Naomi

Naomi

Mateo

Naomi

Naomi

Podziękowania

Prolog

Naomi


Ludzie często mówią o wakacyjnym romansie. Przygodzie życia, krótkim love story, niezapomnianych chwilach. Wyjeżdżamy na wakacje, poznajemy kogoś, a wtedy pojawia się chemia. Później wracamy do domu, bogatsi o wspomnienia i często ze złamanym sercem. Można by nazwać lato romantyczną porą roku. Ja jednak mam zupełnie inne zdanie na ten temat. Mój romans przydarzył się zimą. Nie była to jednak zwykła krótka znajomość, choć bardzo tego chciałam. Stokroć bardziej wolałabym skończyć ze złamanym sercem. Kiedy uciekałam z Kalifornii do Chicago, nie spodziewałam się, że spotka mnie tam coś takiego. Chciałam przemyśleć swoje życie, zamiast tego jednak skomplikowałam je jeszcze bardziej. Pojawić się w złym miejscu o złej porze – w moim przypadku to bardzo bolesna prawda.

Nie znałam go, był jednak pierwszą osobą, przed którą otworzyłam się z taką łatwością. W środku zimy, na dachu jednej z kamienic, opowiedziałam mu o tym, co tak bardzo mnie wtedy bolało.

Trzy miesiące wcześniej. Chicago.

– Uciekałam przed kimś – zaczęłam opowiadać, ponownie patrząc przed siebie. – Trafiłam do starej kamienicy, później na jej dach, a na koniec tutaj. Tak naprawdę nie wiem, gdzie dokładnie jestem. Zatrzymałam się w hotelu Gold Rose. Chyba będę musiała złapać taksówkę, żeby do niego wrócić. – Zaśmiałam się cierpko. – Tak czy inaczej, mam teraz dziwny czas w życiu. Najpierw uciekłam z domu, kiedy moi rodzice poinformowali mnie, że zostałam adoptowana, później musiałam uciekać, bo szło za mną dwóch podejrzanych typów. – Westchnęłam. – Nie wiem, po co ja ci to w ogóle mówię – burknęłam na koniec.

Kątem oka zauważyłam, że mężczyzna się poruszył. Stanął obok, ale zdawał się nie zwracać na mnie uwagi. Skupił się na kimś, kto przechodził właśnie w dole ulicą. Z ciekawości sama przyjrzałam się tej osobie, ale było zbyt wysoko, żeby dojrzeć jakikolwiek szczegół.

– A więc prawdę o swoim pochodzeniu postanowiłaś odreagować w ten sposób – skomentował po chwili.

– Nie wpadłam na inny. Jednak nie żałuję. Mieszkam w Kalifornii od urodzenia, ale dopiero tutaj poczułam się jak w domu.

– Wierz mi, w Chicago nie jest tak kolorowo, jak może ci się wydawać – powiedział tajemniczo.

– Wierzę, w końcu uciekłam na dach, bo ktoś mnie gonił – zażartowałam.

Często wracałam myślami do naszego pierwszego spotkania. Zastanawiałam się, dlaczego pozwolił mi wrócić do hotelu, z pewnością wiedział, że jestem kobietą, którą miał zabić. Mimo to rozmawiał ze mną, zupełnie jakby chciał mnie poznać. A później… Cóż, wszystko, co się wtedy działo, przypominało sen. Trudno uwierzyć, że takie rzeczy zdarzają się naprawdę. Sama miałam problem z pogodzeniem się z tym, co mnie spotkało. Ludzie żyją w przekonaniu, że to, co złe lub niewyobrażalne, nie ma prawa się im przydarzyć. Bo przecież to dzieje się jedynie w filmach. Też tak myślałam. Kiedy słuchałam o napadach, porwaniach, gwałtach, było mi przykro, ale od razu pojawiała się myśl, że przecież to mnie nie dotyczy.

Z moim niedoszłym zabójcą przeżyłam gorące chwile. Choć wydaje się to historią z filmu, wszystko działo się naprawdę. Dałam mu się uwieść, kiedy myś­lałam o nim jak o wyjątkowo przystojnym wariacie. Na samo wspomnienie tamtego momentu błyskawicznie dostawałam gęsiej skórki. Wtedy nie byłam sobą, a może po raz pierwszy zrobiłam to, co chciałam. Po wszystkim pragnęłam uciec, ale on mi na to nie pozwolił. Właśnie wówczas wyznał, że jest zabójcą i zamierzał mnie zabić. Za co? Za błąd innej osoby.

To były wyjątkowo dziwne dwa dni, ale nie żałowałam ani minuty. Będę to wspominać do końca życia. To smutne, że często tylko wspomnienia nam pozostają. Jakkolwiek by to brzmiało, nie zakochałam się w człowieku, który na początku chciał mnie zabić. Po prostu on pierwszy dał mi poczuć, że żyję. Pozwolił pozbyć się hamulców, które towarzyszyły mi całe życie. W obcym mieście nie było to trudne. Nikt mnie nie znał, nikt nie oceniał. Mateo wszystko ułatwiał, każdy jego gest sprawiał, że nie zastanawiałam się nad konsekwencjami, nie rozważałam wad i zalet moich decyzji. Po prostu robiłam wszystko, na co miałam ochotę.

Gdy nadszedł czas rozstania, kazał mi o sobie zapomnieć, wymazać z pamięci swoje istnienie, ale to było nierealne. Nawet gdybym bardzo chciała, nie potrafiłabym tego zrobić. Jak zapomnieć o kimś, kto pokazał mi życie w zupełnie innym świetle? Jak nie myśleć o mężczyźnie, który w czterdzieści osiem godzin wywołał u mnie cały wachlarz emocji?

Po trzech miesiącach od naszego ostatniego spotkania jego obraz w mojej głowie był wciąż wyraźny. Kiedy zamykałam oczy, widziałam go tak dokładnie, jakby naprawdę stał przede mną. Pamiętałam każdy centymetr jego ciała, zielone oczy, pełne usta i to obezwładniające spojrzenie.

„Nigdy nie poznałam Mateo…”

Wmawiałam to sobie każdego dnia.

Mateo


Po kilku tygodniach spędzonych w Stanach mog­łem w końcu wrócić do Francji. Właśnie tu znajdowało się serce klanu, dla którego pracowałem. Od zawsze czułem się tam najlepiej. Mimo że byłem Amerykaninem, to właśnie ten kraj traktowałem jak dom. Czas zdawał się płynąć w nim inaczej. Być może widziałem to tak dlatego, że nigdy nie dostawałem zleceń w tym państwie. Przylatywałem tutaj, gdy miałem wolne lub musiałem spotkać się z szefem. Tym razem chodziło o obie kwestie. Po trzech miesiącach, podczas których nie miałem czasu odpocząć, postanowiłem zregenerować siły. To było ważne. Zabijałem na zlecenie, musiałem być w pełni gotowy do każdego zadania.

 

Chciałem się spotkać z szefem, porozmawiać z nim o kilku sprawach, o których z przyczyn bezpieczeństwa lepiej nie dyskutować przez telefon. Jako jeden z jego najlepszych ludzi miałem możliwość rozmowy z nim twarzą w twarz. To zaszczyt, bo większość jego podwładnych nie wiedziała nawet, jak wygląda ich zleceniodawca. Roger wziął mnie pod swoje skrzydła, kiedy miałem czternaście lat. Pracował dla niego mój ojciec, który przez chwilę nieuwagi stracił życie w sposób, w jaki sam pozbawiał go innych – został zamordowany. W naszym zawodzie nie ma miejsca na błąd ani czasu na zastanowienie. Trzeba działać szybko i być przygotowanym na każdą ewentualność. Ojciec zawsze mi to powtarzał, a jednak pewnego dnia się zawahał. Nie tęskniłem za nim. Nigdy nie byliśmy ze sobą blisko. Tak naprawdę ledwo go znałem. Odszedł od matki, zanim przyszedłem na świat. Kiedy umarła, zjawił się na pogrzebie, powiedział mi, czym się zajmuje, i poinformował, że będę robił dokładnie to samo. Byłem zbyt młody, żeby rozumieć powagę tej sytuacji. W pewnym sensie poczułem się wyróżniony, lepszy od innych, bo miałem zabijać. Szybko uświadomiłem sobie, że powinienem uciekać, kiedy ojciec powiedział mi, co zamierza. W mojej głowie wszystko wyglądało atrakcyjnie, a ja czułem się jak bohater filmów, które oglądałem, kiedy mojej matki nie było w domu. Później zobaczyłem, co tak naprawdę oznacza zabić. Nie chciałem tego. Wymiotowałem, kiedy ojciec zamordował przy mnie człowieka. Prosiłem, żeby mnie oddał. Nie chciałem być taki jak on. Było już jednak za późno. Umiałem się dostosować, więc kiedy skończyłem szesnaście lat, nie myślałem o tym, że robię źle. Poza tym ojciec dokładnie wpoił mi wszystkie zasady, którymi sam się kierował. Zrozumiałem przynajmniej, dlaczego zostawił ciężarną kobietę z taką łatwością. Zginął niedługo po moim awansie. Miałem dwadzieścia lat, kiedy Roger zaprosił mnie do siebie i zobaczyłem go po raz pierwszy. Rok później zabito mojego ojca, a ja szybko o tym zapomniałem. Był dla mnie jak każdy inny człowiek, nigdy nie patrzyłem na niego, jak na członka rodziny. On sam nigdy tak mnie nie traktował. Kazał mówić do siebie po imieniu. Powtarzał, że więzy krwi nie mają znaczenia. Uwierzyłem mu i robiłem wszystko, czego wymagał. Z każdym miesiącem było łatwiej. Nie pamiętam momentu, w którym rzeczywiście przestałem widzieć w nim ojca.

W chwili, gdy przechodziłem przez lotnisko, poczułem się znacznie lepiej. Paryż zawsze działał na mnie uspokajająco. Ostatni pobyt tutaj zepsuła mi pewna brunetka, o której wolałem nie myśleć. Zaraz po tym, jak tu przyleciałem po wykonanej misji, dostałem telefon z nowym zleceniem. Nie podobało mi się, że muszę lecieć do Stanów, których szczerze nienawidziłem, tylko po to, by zabić jakąś kobietę. Chciałem zrobić to szybko, żeby wrócić do Paryża i przyglądać się ludziom, którzy jakimś cudem wierzyli jeszcze w magię świąt. Wszystko jednak uległo zmianie. Byłem pewien, że nigdy nie zrozumiem, co sprawiło, że oszczędziłem tę dziewczynę. Po raz pierwszy nie wykonałem swojego zadania, a także zrobiłem wszystko, żeby moja niedoszła ofiara była bezpieczna. Dla innych jest martwa, więc i ja powinienem myśleć o niej w ten właśnie sposób.

Naomi Lorenz nie żyje.

Przed lotniskiem czekał już na mnie samochód, wsiadłem do środka i w tym samym momencie ktoś zadzwonił. Kierowca ruszył, a ja wyciągnąłem telefon i odebrałem połączenie.

– Tak?

– Mateo, chyba mamy problem – powiedział mój przyjaciel.

Po głosie Theo domyśliłem się, że problem, o którym chce ze mną porozmawiać, jest wyjątkowo duży. Nie podobało mi się to.

– Co się stało?

– Starałem się wszystko ukryć, szło dobrze, ale… – Przerwał na chwilę, a ja wyobraziłem sobie, że właśnie zaciska zęby. – Wiem, że wkrótce spotkasz się z szefem, i muszę cię ostrzec. On chyba wie, że ta dziewczyna żyje.

Rzadko kiedy ogarniał mnie strach. Byłem zabójcą, wiedziałem, że mogę umrzeć w każdej sekundzie. Nie chodziło jednak o śmierć, lecz o zdradę, której się dopuściłem. Czułem, że ten wieczór może się skończyć źle. Roger zdrajców traktował w szczególnie okrutny sposób, a w jego oczach z pewnością nim byłem. O ile Theo się nie mylił, wszystko mi jednak mówiło, że to nie pomyłka.

– To pewne? – zapytałem przez zaciśnięte gardło.

– Tak pół na pół – rzucił szybko Theo. – Wydaje mi się, że ktoś dokopał się do informacji, które chciałem zataić. Mogę się mylić, ale jeśli moje przeczucia są prawdziwe, zginiecie oboje. Twoja kryjówka w Chicago na pewno jest spalona, a to już zły znak.

O tym domu wiedział jedynie Theo. Nie powiedziałem o nim nawet Rogerowi. Chciałem mieć coś, co nie jest pod jego władzą. Właśnie dlatego kupiłem kilka posiadłości w miejscach, w których przebywałem często, a w których klan nie załatwił mi takiej przykrywki. Skoro klan już wiedział o domu w Chicago, wszystko wydawało się przesądzone.

– Obyś się mylił – odparłem pod nosem.

– Lecieć do Kalifornii?

Patrzyłem przed siebie i zastanawiałem się, co powinienem zrobić. Zostawić dziewczynę samą czy po raz drugi ją uratować? Decyzja nie należała do łatwych. Bez względu na to, co bym postanowił, jej życie i tak wisiało na włosku. Byłem pewien, że sam nie zdołam jej pomóc, bo spodziewałem się zakończenia mojej egzystencji. Ona jednak mogła żyć. Czułem, że jestem jej to winien, choć sam nie rozumiałem dlaczego.

– Tak – rzuciłem szybko, zanim dopuściłem do siebie więcej myśli.

Rozłączyłem się, po czym od razu napisałem do Theo wiadomość. Miał upozorować porwanie i wywieźć Naomi tam, gdzie miała szansę na przeżycie. W tym planie nie brałem pod uwagę siebie. Coraz bardziej czułem, że mam zginąć.

Auto wjechało na wyboistą drogę, a to oznaczało, że mój koniec jest coraz bliższy. Obserwowałem w spokoju skryty w mroku las i zastanawiałem się, co się zaraz wydarzy. Jedno było pewne, nie mogłem niczego przewidzieć. Droga do siedziby klanu była długa, ale po raz pierwszy jednak upłynęła mi w ciągu chwili, jakby kierowca znał skrót, o którym nie miałem pojęcia. Musiałem jednak wyjść z samochodu i ruszyć na spotkanie z szefem.

Przechodziłem przez labirynt korytarzy, czując, że jestem obserwowany. Pokerowa twarz pomogła mi jednak w maskowaniu emocji, które z każdą kolejną sekundą zdawały się przybierać na sile. W końcu stanąłem przed masywnymi drzwiami, a one rozsunęły się po chwili. Wszedłem do biura Rogera, który siedział przy swoim biurku i bacznie mi się przyglądał. Zająłem miejsce naprzeciwko niego i założyłem nogę na nogę, udając, że wszystko jest w porządku. Uniosłem kącik ust i zacząłem mówić.

– Mam nadzieję, że tym razem spędzę tu więcej czasu. Chyba że masz już dla mnie kolejne zlecenie.

Szef przyglądał mi się w zadumie. Tyle mi wystarczyło. Miałem pewność, że wie o wszystkim.

– Powiedz mi, Mateo, jak długo dla mnie pracujesz?

– Piętnaście lat – odparłem beznamiętnie.

Piętnaście pieprzonych lat.

– No właśnie. Połowę swojego życia spędziłeś na tym, w czym jesteś bez wątpienia najlepszy, a mimo to zrobiłeś taki błąd – stwierdził karcąco.

– Nie rozumiem, o czym mówisz.

Brnąłem w to, mając nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone. Ale po chwili mężczyzna rzucił na biurko zdjęcia Naomi. Spojrzałem na nie, później na niego. Wiedział, gdzie dziewczyna obecnie się znajduje. Wątpiłem, że Theo zdąży przed innymi.

– Dalej nie rozumiesz? Dostałeś zlecenie. Zabrać pendrive, zabić dziewczynę. O ile to pierwsze wykonałeś, o tyle później zrobiłeś mnie w chuja! – Podniósł głos.

– Ona nie miała pojęcia, że ma to w torbie. Wiedziałem, że nie zgodzisz się na darowanie jej życia, więc zrobiłem to, co zrobiłem – powiedziałem spokojnie. – To Paolo zawinił, nie ona.

– Paolo już gryzie ziemię.

Roger schował zdjęcia i odchylił się na oparcie fotela. Zastanawiał się nad czymś, przewiercając mnie swoim zimnym spojrzeniem. Miał już sześćdziesiąt lat, ale w tym świecie nie przechodzi się na emeryturę, a on wcale nie zamierzał poddać się czasowi. Wiedziałem, że będzie rządzić tak długo, jak długo będzie oddychał, a wyglądało na to, że przeżyje mnie i większość swoich pracowników.

– Masz dwa wyjścia – odezwał się zamyślony. – Albo zabijesz ją sam, albo zlecę to komuś innemu.

– Nie zabiję jej – rzuciłem stanowczo.

– Zakochałeś się? – zadrwił. – Wiem, że zabrałeś ją do swojej sekretnej kryjówki, ale myślałem, że chciałeś po prostu ją zerżnąć.

– Tak właśnie było – przyznałem. – To jednak niczego nie zmienia. Pozwoliłem jej żyć, więc teraz tego nie cofnę.

– To nie ty ustalasz, kto ma żyć! – Uderzył pięściami w biurko, po czym uniósł się powoli. – Nie pozwalaj sobie na zabawę w Boga, Mateo, bo ostatni, kurwa, raz przymykam na to oko. I wierz mi, gdybyś nie był mi potrzebny, już dawno zawisłbyś pod pierdolonym sufitem.

Kiwnąłem głową, wiedząc, że stałem na granicy. Słowo więcej mogło kosztować mnie zbyt wiele. Musiałem po raz kolejny wyrzucić z myśli brunetkę, która zapewne nie była świadoma zagrożenia, jakie na nią czyhało. Skoro szef kazał mi ją zabić, oznaczać to mogło, że nie zlecił tego jeszcze nikomu innemu. Mógł też spodziewać się mojej odmowy, a to znaczyło, że Naomi znajdowała się w dużym niebezpieczeństwie. Pożałowałem, że nie wykonałem swojego zadania, kiedy tylko ją zobaczyłem. Mogłem to zrobić. Kurwa, chciałem ją zabić. Trzymałem w dłoni broń, schowaną w kieszeni płaszcza, kiedy mnie zauważyła. Nie pociągnąłem jednak za spust. Mogłem odpuścić, ale nie potrafiłem. Obiecałem jej, że jest bezpieczna.

– Jeśli mamy to już za sobą, pozwól, że przejdziemy do ważniejszego tematu – odezwałem się po chwili.

Roger wrócił na swoje miejsce i gestem dał mi znak, żebym mówił. Musiałem udawać, że mam w dupie Naomi i to, co się z nią stanie. W pewnym sensie tak było, ale mimo wszystko chciałem jej pomóc. Przez cały lot do Paryża dokładnie planowałem sobie w głowie każde słowo, jakie miałem skierować do swojego zleceniodawcy. Nagle wszystko wyparowało, nie miałem pojęcia, dlaczego tak bardzo chciałem rozmawiać o czymś, co nie powinno mieć dla mnie znaczenia.

– Chodzi o Matiza – zacząłem nieco niepewnie.

– To dobre zlecenie – przerwał mi od razu. – Wiem, że mieszanie się w polityczne porachunki jest niebezpieczne, ale Matiz płaci grubą forsę za sprzątnięcie Ottona. Czysta kalkulacja, chłopcze – dodał z wyższością w głosie.

– Nie takie zlecenia przyjmujemy.

– Nie ty tu jesteś szefem – odparł ostro.

– Kto ma to zrobić?

– Miałem nadzieję, że ty, ale z tego, co widzę, ostatnio odwalasz fuszerkę. – Rzucił mi wymowne spojrzenie, a następnie uśmiechnął się lekceważąco. – Nie myśl sobie, że pozwolę ci opuścić Francję.

– Nie jestem twoim więźniem.

Mogłem się spodziewać, że zabezpieczy się na wszelkie sposoby, ale i tak miałem nadzieję, że uda mi się dostać do Stanów.

– Jutro lecisz do Niemiec. Niedługo dostaniesz wszystkie potrzebne informacje. Lepiej, żebyś tym razem nie nawalił.

Nasze spotkanie dobiegło końca. Kiedy wyszedłem z siedziby, wiedziałem, że idzie za mną przynajmniej trzech ochroniarzy Rogera. Wsiadłem do samochodu, wysłałem wiadomość do Theo i czekałem na jego odpowiedź. Czas nie był moim sprzymierzeńcem, a ja postanowiłem zrobić coś naprawdę głupiego. I to w imię czego? W imię zasad, które przed laty wpoiła mi matka. Zasad, o których zawsze zapominam. A jednak raz nie zapomniałem. Wyparłem się wszystkiego, czego mnie nauczyła. Szacunku dla kobiet, poszanowania ludzkiego życia, uczciwości. To wszystko nie miało obecnie znaczenia, ale czasami przebijało skorupę, którą stworzył ojciec. Nienawidziłem tych momentów.

Niekiedy zastanawiałem się, kim bym był, gdyby matka nie umarła. Czym bym się zajmował, jakim stałbym się człowiekiem. Ciekawe, jak bardzo różniłoby się moje życie od obecnego. A może różnica nie byłaby taka duża? A jeśli zabijanie miałem we krwi?

Naomi


Moi rodzice nie są moimi rodzicami. Nareszcie zaczęłam myśleć o tym normalnie, jakby nie było to nic wielkiego. Po prostu zostałam adoptowana, i tyle, nic złego się nie stało. Żeby nie myśleć o Chicago, próbowałam poukładać sobie w głowie tę rewelację. Z czasem mi to pomogło. Na początku nie przychodziło to z łatwością, wreszcie jednak się udało. Zrozumiałam, że nie mogę ich o to winić. Możliwe, że gdyby nie oni, spędziłabym całe dzieciństwo w domu dziecka lub trafiłabym do złych ludzi. A przecież miałam wszystko. Kiedy wróciłam do domu, poprosiłam, żeby opowiedzieli mi o tym, w jakich okolicznościach zostałam oddana. Chciałam wiedzieć, kim byli moi biologiczni rodzice. Podobno urodziła mnie bardzo młoda dziewczyna, która nie miała jak się mną zająć. O ojcu natomiast nie wiem nic. Czy chciałabym poznać kobietę, dzięki której przyszłam na świat? Nie. Nie zamknęłabym jej drzwi przed nosem, gdyby jakimś cudem postanowiła się pojawić w moim życiu, ale nie marzę o spotkaniu z nią.

 

Od samego rana miałam dość dobry nastrój, co nie zdarzało się często. Zbliżały się jednak urodziny mamy, a ten dzień zawsze był dla mnie radosny. Nie wiedziałam, co mogłabym jej kupić. Dopiero skończyłam szkołę, pracy żadnej nie rozpoczęłam, a perspektywy rysowały się słabo. Może dramatyzowałam, ale raczej po prostu mierzyłam za wysoko. To była akurat wada Chicago. Nagle pomyślałam, że mogę osiągnąć wszystko. Szkoda tylko, że nie wiedziałam, jak się do tego zabrać, więc po prostu wybrzydzałam. Każda oferta pracy w moich oczach wydawała się niewystarczająco dobra. Na szczęście miałam jeszcze jakieś pieniądze, dzięki czemu mogłam wybrać się na zakupy i znaleźć cokolwiek, co nadawałoby się na prezent. Mimo wszystko mój nastrój tego dnia nie był ponury.

Chodziłam od sklepu do sklepu, poszukując czegoś odpowiedniego, ale nic nie wpadło mi w oko. Tak naprawdę irytowałam się sama w swoim towarzystwie. Weszłam do salonu jubilerskiego i zaczęłam przyglądać się biżuterii, mając nadzieję, że coś w końcu przykuje moją uwagę. Zobaczyłam piękną bransoletkę, która niestety okazała się za droga. Na tę błyskotkę nie było mnie stać. Szukałam dalej, niestety bezskutecznie. Wyszłam z kolejnego sklepu, a mój humor znów stał się taki, jaki był zazwyczaj – zły. W Carmel Beach nie brakowało miejsc, w których sprzedawano naprawdę piękne rzeczy, ale wtedy odnosiłam wrażenie, że wszystko, co piękne i w przyzwoitej cenie, znalazło już nabywcę.

Straciłam poczucie czasu, co dodatkowo wytrąciło mnie z równowagi. Postanowiłam wrócić do domu i spróbować poszukać czegoś następnego dnia. Całe szczęście nie czekałam z zakupami do ostatniej chwili. Wiedziałam, że mama ucieszyłaby się z każdego prezentu, jaki by ode mnie dostała. Wcale nie zależało jej na czymś wyjątkowym, ale mnie owszem. Może to głupie, chciałam jednak wynagrodzić jej święta, które spędziłam z dala od domu.

Było już dość późno, dlatego zatrzymałam się przy jednej z restauracji i wyciągnęłam telefon, żeby poinformować rodziców, że niedługo będę w domu. Kiedy pisałam wiadomość, usłyszałam zamykające się za mną drzwi, odruchowo zrobiłam krok do przodu, myśląc, że ktoś wyszedł z lokalu i może blokuję mu przejście. Jednak sekundę później czyjaś dłoń spoczęła na moich ustach. Podskoczyłam i upuściłam telefon, złapałam duże łapsko, próbując uwolnić się od jego dotyku, ale to nic nie dało.

– Uspokój się, bo mój kolega pochlasta twoją mamuśkę – usłyszałam groźny głos.

Zamarłam. Przestałam walczyć, bo słowa obcego mężczyzny sprawiły, że zaczęłam się bać jak nigdy wcześniej. Opuściłam dłonie, a wówczas on zabrał swoją z mojej twarzy. Chciałam się odwrócić i zapytać, czego chce, ale mi na to nie pozwolił.

– Zrobisz, co ci każę, a wtedy nikogo nie spotka krzywda. Jasne? – warknął mi do ucha. Energicznie pokiwałam głową, a on kontynuował: – Tuż za rogiem stoi czarny samochód. Pójdziesz ze mną grzecznie i wsiądziesz do środka. Jeden nieprzemyślany ruch, a…

– Nie zrobię nic głupiego – przerwałam mu, bo doskonale wiedziałam, co chciał powiedzieć, a ja bardzo nie chciałam tego usłyszeć.

Popchnął mnie do przodu, ruszyłam przed siebie, próbując niemo poprosić o pomoc ludzi, którzy nas mijali. Nikt jednak nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi, jakbym w ogóle nie istniała. Wszyscy byli zbyt zajęci sobą, żeby poświęcić mi choć sekundę i odczytać z moich oczu błaganie o ratunek. Skręciłam w prawo, tak jak kazał mi mężczyzna, i przypomniałam sobie o telefonie. Miałam nadzieję, że ktoś go już znalazł i zobaczył wiadomość, którą chciałam wysłać do mamy. Była także gorsza możliwość: nie zwrócił na nią uwagi i ucieszył się z darmowego prezentu. Przecież ludzie z natury są egoistami i myślą jedynie o sobie. Jak mogłam oczekiwać od nich poświęcenia dla obcej osoby?

Wsiadłam do samochodu, zajmując miejsce z tyłu po prawej. Po chwili na przednie siedzenie wgramolił się człowiek, który mnie tu przyprowadził. Wciąż nie widziałam jego twarzy, za to doskonale widziałam kierowcę. Patrzył prosto na mnie i uśmiechał się złowrogo. Tak jakby chciał mi powiedzieć, że zrobi ze mną, co zechce. Może naprawdę tak myślał. Choć bałam się, że to mu się nie spodoba, nie mogłam oprzeć się pokusie spojrzenia na niego. Był blondynem o wyjątkowo wyraźnie zarysowanej szczęce i szarych oczach pozbawionych wyrazu.

– O co chodzi? – zapytałam nieśmiało. – Kim jesteście?

– To na pewno ona? – Kierowca zwrócił się do swojego kolegi. – Na zdjęciu wyglądała trochę inaczej.

– Na pewno. Zmieniła fryzurę, ale wyszła z domu, który kazałeś mi obserwować.

– A więc miło mi cię poznać, Naomi.

– O co chodzi? – powtórzyłam pytanie, tym razem odrobinę ostrzej.

Nie wiedziałam, czy to jakiś żart, czy po raz kolejny znalazłam się w tarapatach. Jeśli to drugie, to z pewnością miałam większego pecha niż poprzednio. Ten mężczyzna był zwiastunem nieszczęścia. Każdy jego gest, każde słowo, wszystko mówiło mi, że nie wrócę do domu.

– Mam nadzieję, że dobrze spędziłaś ten czas, który podarował ci Mateo.

Na dźwięk tego imienia ponownie zamarłam. Byłam już pewna, że to koniec.

– Nie rozumiem – wydukałam, choć po minie mężczyzny widziałam, że blefować to ja nie umiem.

– Dlaczego nie zrobimy tego teraz? Wiesz, że każda kolejna sekunda to ryzyko. Zobaczysz, że będziemy tego żałować – odezwał się nerwowo drugi mężczyzna.

– Spokojnie, Ben. Kolejny chętny na nagrodę pojawi się nie wcześniej niż za trzy godziny. Zanim nas znajdą, minie drugie tyle. Zabawimy się.

Z trudem przełknęłam ślinę, chciałam coś powiedzieć, ale nie potrafiłam wydusić z siebie ani jednej sylaby. Samochód ruszył, a ja zaczęłam marzyć o ratunku. Naiwnie łudziłam się, że rycerz na białym koniu przybędzie mi z odsieczą. Gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, że okaże się nim Mateo, wyrzuciłam ją jednak ze swojej podświadomości. Wszystko wskazywało na to, że to właśnie on stoi za tym, co się działo. Nie rozumiałam jednak, dlaczego mi to zrobił. Najpierw ocalił mi życie i pozwolił się nim cieszyć, a później nasłał na mnie swoich kolegów. To nie miało sensu, choć tak naprawdę nie znałam mężczyzny, o którym fantazjowałam tak długo. Być może chciał się w ten sposób zabawić. Dać mi życie, żeby po chwili je odebrać. Najgorsze było to, że nie miał odwagi zrobić tego własnoręcznie.

Auto zatrzymało się po godzinie jazdy. Nie miałam pojęcia, gdzie dokładnie się znajdowaliśmy. Wokół nie było tak naprawdę nic, z wyjątkiem bardzo małego, zniszczonego budynku. Obaj mężczyźni wysiedli, choć żaden z nich nie ruszył w moją stronę. Stanęli przed maską i zaczęli o czymś żywo dyskutować. Nic nie słyszałam, ale ich gesty wskazywały na kłótnię. Odwróciłam głowę w prawo i spojrzałam na klamkę. Wiedziałam, że drzwi były zamknięte, ale mimo wszystko zastanawiałam się, jak mogłabym uciec. Gdy porywacze byli zajęci sobą, nie zwracali na mnie uwagi. Nie mogłam przegapić tej szansy. Zaczęłam badać wyposażenie samochodu. Wiedziałam, że gdzieś musiał być jakiś przycisk, który odblokowałby drzwi. Wydawało mi się, że zlokalizowałam go na desce rozdzielczej, ale musiałam działać bardzo ostrożnie. Jeśli usłyszeliby jakikolwiek dźwięk lub odwrócili się w moim kierunku w momencie, kiedy nachyliłabym się do przodu, mogłoby to się źle skończyć. Wzięłam głęboki wdech i postanowiłam zaryzykować. W końcu tak czy inaczej zginę. Bardzo powoli przesunęłam się na kanapie, a kiedy siedziałam już na środku, wyciągnęłam rękę przed siebie. Patrzyłam raz na mężczyzn, raz na niewielki guzik, który miał mnie uratować. W końcu poczułam go pod palcem. Zacisnęłam zęby i zaczęłam się modlić, żeby nic nie usłyszeli. Obserwowałam ich, żeby wyczuć najlepszy moment. Nacisnęłam guzik w chwili, w której wydawało mi się, że blondyn podniósł głos. Drzwi się odblokowały. W ciągu sekundy wróciłam na swoje miejsce i dopiero wtedy spojrzałam przed siebie. Kamień spadł mi z serca, kiedy się okazało, że mężczyźni wciąż ze sobą rozmawiają. Złapałam za klamkę i wolno za nią pociągnęłam. Do moich uszu zaczęły dochodzić odgłosy rozmowy, a raczej kłótni. Wydawało mi się, że rozmawiali o Mateo, mogłabym przysiąc, że usłyszałam jego imię. Jakaś część mnie chciała poczekać i posłuchać, na szczęście nie była na tyle dominująca, bym jej uległa. Każdy ruch wykonywałam ostrożnie i cholernie wolno. Wiedziałam, że liczą się sekundy, ale bałam się, że przez chwilę nieuwagi stracę szansę. Lekko uchyliłam drzwi, żebym mogła wymknąć się przez niewielką szczelinę. Kiedy pod stopami poczułam ziemię, wysunęłam się powoli z samochodu i na czworakach zaczęłam przemieszczać się po ciemnym placu. W oddali zauważyłam drzewa, to był mój ratunek. Uśmiechnęłam się w duchu, czując, że uda mi się uciec, ale radość szybko zniknęła i zastąpiło ją paraliżujące przerażenie. Usłyszałam, że odgłosy rozmowy ustały. Chciałam odwrócić głowę, by sprawdzić, co się dzieje, ale zostałam przewrócona na plecy. Poczułam silne uderzenie w lewy policzek, a później widziałam już jedynie ciemność.

Kiedy się obudziłam, siedziałam; zanim otworzyłam oczy, spróbowałam się poruszyć, niestety bezskutecznie. Ręce i nogi miałam związane. Przeszywający ból twarzy sprawił, że jęknęłam, a tym samym dałam znać porywaczom, że już się ocknęłam.

– No, kurwa, nareszcie – odezwał się jeden z nich. – Następnym razem nie wal tak, jakbyś chciał zabić, idioto!

– Chodzi o to, że chcę ją zabić – powiedział nerwowo drugi mężczyzna.

– A ja chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej. – Dopiero w tamtej chwili odzyskałam świadomość i uzmysłowiłam sobie, że ten głos należy do blondyna, faceta, który prowadził auto. – Powiedz mi, mała, co łączy cię z Mateo Terronem?

Miałam spuszczoną głowę i wpatrywałam się w starą, popękaną betonową podłogę. Blondyn kucnął przede mną, więc musiałam patrzeć na jego bezczelnie uśmiechającą się gębę.

– Nawet nie wiem, o kim mówisz – odburknęłam z trudem. – Nie wiem też, czego chcecie!

– Nazywasz się Naomi Lorenz – powiedział spokojnie. – I nie zaprzeczaj, w spodniach miałaś portfel, a w nim znaleźliśmy twoje dokumenty. – Przymknęłam oczy, to był koniec. – Odpowiesz mi na pytanie? Wierz mi, jeśli nie będziesz ze mną współpracować, przyjdzie tu Ben.