Miłość aż po rozwódTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Miłość aż po rozwód
Miłość aż po rozwód
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Miłość aż po rozwód
Miłość aż po rozwód
Miłość aż po rozwód
Audiobook
Czyta Donata Cieślik
29,95  22,46 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Planujesz. Skrupulatnie liczysz, rozważasz, wahasz się. Starannie wykonujesz każdy kolejny krok. Masz obawy, bo co, jeśli… I tu łańcuszek przyczynowo-skutkowy rozwija się do rozmiarów posągu Jezusa w Świebodzinie.

Plan A, plan B – pff! Ty zazwyczaj masz jeszcze plan C, D i na wszelki wypadek E oraz szkic F. Wszystkie z precyzyjnie rozrysowanymi gałązkami. Docierasz do jakiegoś punktu i myślisz: „No, teraz pójdzie z górki”.

I nagle przychodzi SMS. Zapika komunikator lub życzliwy zapuka do drzwi. Usłyszysz rozmowę koleżanek w porze lunchu albo sąsiadek przy piaskownicy. Czasami po prostu rzucisz na coś okiem i niestety, nie możesz już tego odzobaczyć. Nie da się. Nie da się nie słyszeć, nie widzieć, nie pamiętać. I z popularnego powiedzonka nie zostaje w głowie „z górki”, tylko samo „na pazurki”. A to dopiero początek tej jazdy bez trzymanki. Co gorsza, gdy chcesz stanowczo oznajmić: „Dziękuję, ja wysiadam”, okazuje się to niemożliwe albo chociaż nie tak proste, jak by się początkowo wydawało. I żaden plan nie pomoże. Nawet X.

Możliwy jest inny scenariusz. Złość narasta miesiącami, aż w końcu zalewa wszystko dookoła taką falą, że nie masz już siły, by dopłynąć do brzegu. Krach. Możesz też pogrążać się w apatii. Jak długo? Nawet całymi latami. Święta, wakacje, pierwszy ząbek, zjazd rodzinny, dwudziesta rocznica – pozujesz do zdjęcia i uśmiechasz się. Jakoś tak bez życia. Jakoś tak z przymusu. Stawiasz na stole talerz z pomidorową, schabowym, oddzielasz czarne od białego, używasz chusteczek mających zapobiec farbowaniu ubrań, a i tak pewnego razu gdzieś zawieruszą się czerwone stringi i całe pranie szlag trafi. Tak, dobrze się domyślasz. Nie tylko pranie.

Bo prędzej czy później nadejdzie ten dzień.

Dzień, w którym cały świat wali się na głowę. Albo przeciwnie, myślisz, że staje przed tobą otworem.

Jeszcze po prostu nie wiesz.

Że staniesz się wykwalifikowanym prokuratorem, domorosłym psychoterapeutą, KGB i CIA w jednym.

Że zaczniesz zakładać tony akt. I najpewniej będziesz je chować w szafie.

Że największy rollercoaster okaże się dziecięcą karuzelą w porównaniu z emocjami, jakie zaczniesz odczuwać każdego dnia.

Że straconych nerwów i nadszarpniętego zdrowia nikt ci nie wróci.

Że nie powiesz veni, vidi, vici. Tu nie ma zwycięzców.

I że spokoju nie będzie.

Nigdy?

joanna_karska

Coach, social media, PR, jogging, travel

My way is better way

#goinghome

Szła na tyle szybko, na ile umożliwiały jej to dziesięciocentymetrowe szpilki. Obcisła spódnica unosiła się co parę kroków, odsłaniając zgrabne, umięśnione uda. Kiedy przekraczała wysokość uznawaną przez Joannę za dopuszczalną, kobieta przyciskała lewym barkiem telefon do ucha i szybkim ruchem poprawiała ubranie. W prawej ręce dzierżyła ekotorbę z najpotrzebniejszymi sprawunkami. Chciała w spokoju zjeść kolację. I może napić się wina. Jak zwykle, kiedy tylko pomyślała o chwili wytchnienia, jej komórka rozdzwoniła się. Gdy zobaczyła na wyświetlaczu zdjęcie Martyny z króliczymi uszami i rozkosznym, różowym noskiem, już wiedziała, że czeka ją irytująca rozmowa. Nie myliła się.

– Proszę cię. Choć raz nie panikuj! – huknęła wreszcie do telefonu.

– Ale ja nie dam rady…

– Rady-srady! – brutalnie przerwała Joanna. – Martyna! Ja cię proszę, rób, co mówię!

– Czy ty wiesz, ile ludzi będzie na tej konferencji?

– Wiem.

– Ja nie mam doświadczenia. Nie poprowadzę tego. Przecież oni chcą ciebie. Tylko ciebie. – W głosie Martyny rozpacz mieszała się z nutą zazdrości.

Joanna dobrze wyczuwała, co pobrzmiewa w takim tonie. „Nie dam rady, ty zrób”, ale jednocześnie wkurza mnie to, że uratujesz mój tyłek. Westchnęła głęboko.

– Tłumaczyłam ci, że nie mogę w tym terminie prowadzić konferencji. Wszystko przygotowałam. Zbudowałam ten projekt od podstaw, pozatwierdzałam prelegentów, skonsultowałam harmonogram, zweryfikowałam kanały komunikacji zewnętrznej i wciąż nad tym czuwam! Masz tam pojechać, pouśmiechać się, przeczytać kilka zdań z kartki, jeśli nie dasz rady się ich wyuczyć, a potem pilnować, żeby podczas kolacji ochoczym krokiem zmierzali w stronę baru. W czym problem?

– Zjedzą mnie. Normalnie mnie zjedzą – biadoliła.

– Zapchasz ich przekąskami – zażartowała. Po chwili jednak przekonała się, że nie był to najlepszy pomysł. Teraz usłyszała pociąganie nosem. – Już nie dramatyzuj – powiedziała, usiłując, by zabrzmiało to w miarę dobrodusznie. Wyszło jak zwykle.

Po głośnym wydmuchaniu nosa, chwili ciszy i trzech głębokich oddechach wreszcie usłyszała w słuchawce:

– Ale Aśka! Dlaczego nie możesz? Ty zawsze mogłaś!

Doszła do domofonu, ponownie przycisnęła telefon do ucha i chwilowo uwolnioną ręką wpisała kod. Zawahała się, czy zrzucić zerwanie połączenia na karb braku zasięgu w bramie, czy wymyślić dobrą wymówkę. Botoks? Nie, bez sensu. Będzie prosiła o namiary na klinikę. Wyjazd treningowy? Też niedobrze, ma w tym czasie inne spotkania, które muszą dojść do skutku. W końcu zdecydowała się na najprostsze wyjście.

– Mam rozprawę rozwodową – oznajmiła.

#americandream

Joanna miała 35 lat, nienaganną figurę, gustownie urządzone mieszkanie i sporo planów na przyszłość. Na przykład chciała wybudować dom pod miastem. Nie na wsi, nie na osiedlu, ale właśnie pod miastem. Myślała, że za parę lat zwolni, zacznie ograniczać zlecenia i skupi się tylko na najważniejszych projektach. Gdyby wychowała sobie grupę młodych, zdolnych współpracowników, mogłaby powierzać im więcej zadań, a tym samym ściągnąć z barków ciężar, który włożyła na nie już podczas studiów.

To właśnie wtedy stawiała pierwsze kroki w branży. Jak do tego doszło? Lubiła nazywać tę decyzję zdroworozsądkową oceną zastanej sytuacji. A mówiąc prościej? Gdy już wdrożyła się w studenckie życie, zapoznała z większością pubów i klubów poznańskich, przeżyła pierwsze dwie sesje, zaczęła się nudzić. A nuda nie była w jej stylu. Powodowała nadmierną skłonność do refleksji nad kubkiem czarnej kawy i papierosem wypalanym na parapecie jednej ze starych kamienic. Joanna wpatrywała się w ścianę przeciwległego budynku, wypuszczała z ust kółka dymu i myślała.

Należała do bystrych osób, o czym przekonywała się co najmniej trzy razy dziennie, mimowolnie porównując się do innych ludzi, z którymi miała kontakt. Nic więc dziwnego, że dość szybko doszła do właściwych wniosków. Nie były one jednak zbyt pozytywne, szczególnie gdy wzięło się pod uwagę usposobienie Joanny. Pesymistycznie nastawiona do rzeczywistości realistka. Zauważyła, że wymarzone dziennikarstwo nie da jej nic. Teoria? Owszem. Ogłada? Być może. Jednak nikt na uczelni nie wyłoży doświadczenia w zawodzie.

W tej sytuacji należało podjąć odpowiednie działanie. Zaczęła od lokalnej prasy. Jedna gazeta, druga, trzecia – uświadomiły jej, że to jednak nie ta bajka, o której śniła od dzieciństwa. Zazwyczaj trafiała do działu miejskiego. Naturalna kolej rzeczy dla każdego świeżaka. Niestety, dla niej poskutkowało to jedynie stwierdzeniem, że dziennikarką nie zostanie.

Postanowiła poszukać alternatywnych rozwiązań. Najbardziej pociągały ją zajęcia dotyczące nowych mediów, kreowania wizerunku i promocji. Dlatego zamierzała spróbować swoich sił właśnie w tych dziedzinach.

Trafiła na staż do agencji reklamowej. Robiła wszystko: parzyła kawę, poprawiała tabelki, przez długie godziny wklepywała do komputera według niej nikomu niepotrzebne informacje, korygowała teksty copywriterów, czasami tworzyła własne, ale przede wszystkim obserwowała. Pracę innych, klientów, styl prowadzenia spotkań. Słuchała pilnie przechwałek, korytarzowych rozmówek i poleceń. Po roku zaczęto przydzielać jej wreszcie pojedyncze, płatne zlecenia. Po dwóch latach współpracowała ze starszymi stażem kolegami przy większych projektach. A po trzech wiedziała, że musi odejść.

Rodzice pożyczyli jej pieniądze niezbędne do rozpoczęcia działalności. Pierwszą siedzibę firmy stanowiło mieszkanko odziedziczone po zmarłej babci. Joanna obmyśliła strategię na tym samym parapecie, na którym zrozumiała, że musi zacząć zdobywać doświadczenie i postawić na samorozwój. Pod ręką zawsze miała kubek czarnej kawy i paczkę marlboro. Jadła niewiele, głównie półprodukty, bo szkoda jej było tracić czasu na gotowanie.

Pracowała na wysłużonym laptopie, który musiał być na stałe podłączony do prądu, ponieważ bateria już dawno odmówiła posłuszeństwa, z internetem o prędkości wyścigowego ślimaka i smartfonie pamiętającym niezgorsze pogo. Jednak z dnia na dzień klientów przybywało, zaczynała pozyskiwać coraz intratniejsze zlecenia.

Wynajęła lokal, zatrudniła pracownika i… poszło. Ciężką pracą, skrupulatnością oraz zdyscyplinowaniem zaczęła śnić swój amerykański sen.

#friendship

Kolejnym marzeniem Joanny było utrzymanie studenckich przyjaźni. Te ze szkoły podstawowej nie przetrwały przeprowadzki. A ze spotkań z koleżankami i kolegami z liceum zrezygnowała świadomie. Nie czuła się dobrze w klasie nadętych bogatych dzieciaków, które przed nauczycielami zgrywały świętoszków, a za ich plecami przechwalały się weekendowymi imprezami. Nienawidziła hipokryzji.

 

Natomiast na studiach odnalazła bratnie dusze. Karolinę, Marcela i Agnieszkę. Zajmowali sobie miejsca na wykładach, użyczali notatki, przynosili kserówki i wspólnie spędzali wolne chwile w knajpach. Nawet gdy Joanna była już zajęta sprawami związanymi z prowadzeniem firmy, zawsze znajdowała czas na wspólne wyjście.

Siedzieli w Dragonie i sączyli wódkę z colą. Najprostsze połączenia bywały najlepsze.

– A co sądzicie o begoniach? – dopytywała Agnieszka, która szykowała się do swojego ślubu.

– Nie znam się na kwiatach – mruknęła Joanna.

– O zobacz, takie. – Przyjaciółka podsunęła jej pod nos smartfona.

– Mhm, ładne.

– A nie powinnaś sprawdzić, czy są dostępne we wrześniu? – wtrącił się Marcel.

Spojrzały na niego, nie kryjąc zaskoczenia.

– No co się tak na mnie patrzycie? Zastępowałem kumpla na targach „Gardenia”. Co nieco wiem.

– Noo, stary! Może zostaniesz wedding plannerem?! – wykrzyknęła Joanna.

– Śmiej się, śmiej. Jeszcze twój ślub będę organizował.

Pokazała mu język.

– O niedoczekane twoje.

– Dlaczego? Każda z was wyjdzie za mąż. Na pewno szybciej niż ja – dodał gorzko.

Joannie zrobiło się przykro. Bardzo lubiła tego chłopaka i życzyła mu jak najlepiej. Oddałaby mu nawet swoją możliwość zawarcia małżeństwa, gdyby tylko była w stanie tak zrobić. Ją to kompletnie nie interesowało, bo za ważniejszą uznawała karierę. Jeśli jednak zmieniłaby zdanie, nic nie stałoby na przeszkodzie, by powiedzieć sakramentalne „tak”. A Marcel był gejem.

– To co? Następna kolejka? – zaćwierkała wesoło. – Ja stawiam.

Nie czekając na reakcję towarzystwa, poszła do baru, po czym wróciła z zadowoloną miną.

– Patrzcie! Potrzebują kogoś do promocji.

– No co ty! – Karolina, która do tej pory siedziała z nosem w telefonie, zdziwiła się. Ta informacja wyraźnie ją ożywiła.

– Może nawiążę z nimi współpracę?

– Ale jak ty to ogarniesz? Mówiłaś, że już teraz ledwie wyrabiasz ze wszystkim!

– Taki biznes. Albo robisz, albo siedzisz. Ja wolę pracować i patrzeć na efekty niż… – W porę ugryzła się w język.

Dobrze wiedziała, że Karolina jest na utrzymaniu rodziców. Nie zaczepiła się w żadnej redakcji, nie szukała zleceń, a większość energii marnowała na nieustanne zamartwianie się. Joanna nie rozumiała tego. Przecież obie miały bardzo podobną sytuację wyjściową, zbliżone warunki, a jednak pod koniec piątego roku studiów dzieliła je zawodowa przepaść.

– A gdybyś tak mnie zatrudniła? – zapytała Karolina po chwili milczenia.

Joanna doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że pomagając przyjaciółce, zostanie skazana na dodatkowe obowiązki. Taki pracownik wymagałby prowadzenia za rękę, wyuczenia od podstaw. Poza tym Karolina nie należała do osób systematycznych. Wszystko robiła na ostatnią chwilę, bywała chaotyczna i niezdyscyplinowana. Spontan. To lubiła najbardziej.

Karolina nadal patrzyła na nią z wyczekiwaniem. Marcel udawał, że jest zajęty SMS-owaniem, a Agnieszka bawiła się włosami.

Przecież kochała tych ludzi. Ufała im, dzieliła wspomnienia i nie chciała zrywać kontaktu po zakończeniu studiów.

– Pewnie, dlaczego nie – powiedziała, starając się, by zabrzmiało to niefrasobliwie.

Pisk przyjaciółki wystraszył przechodzącego nieopodal chłopaka. Pokal, który niósł, wypadł mu z ręki i roztrzaskał się o podłogę.

Joanna popatrzyła na poszerzającą się plamę piwa. Nigdy nie była przesądna.

– Uspokój się, wariatko – wysapała do Karoliny, która ściskała ją za szyję i całowała w oba policzki. – Udusisz mnie!

– Jesteś niesamowita! – piszczała koleżanka.

#travelismylife

Bezsprzecznie żyła podróżami. Zapisywała się na wszystkie szkolne wycieczki, potem sama obmyślała trasy w Bieszczadach, a gdy zarobiła pierwsze większe pieniądze, pojechała na all inclusive. Obiecała sobie, że nigdy nie odwoła żadnego zaplanowanego wyjazdu.

Lubiła odpoczywać aktywnie. Leżenie na plaży – owszem, raz do roku. Pozostałe wyprawy były podporządkowane zwiedzaniu. Chętnie poznawała regionalny koloryt, próbowała obcej kuchni czy rozmawiała z lokalsami. Podobnie jak w życiu zawodowym, tak i podczas podróży stawiała na dobrą organizację. Nienawidziła marnowania czasu i energii na nieistotne rzeczy. Pragnęła wykorzystać każdą chwilę spędzoną w innym miejscu.

Dlatego z wyprzedzeniem obmyślała program wycieczki. Sprawdzała turystyczne portale, zaznaczała na mapie najciekawsze miejsca i wyszukiwała bilety on-line, by niepotrzebnie nie wystawać w długich kolejkach. Bookowała noclegi, planowała sposób podróżowania, sprawdzała, czy podczas swojego pobytu załapie się na dodatkowe atrakcje.

Uwielbiała na przykład łączyć zwiedzanie z wyjazdem na koncert lub sztukę teatralną. Zamiast jechać kawał drogi i spędzić jeden wieczór na rozrywce, zazwyczaj rozciągała wyjazd na trzy dni. Mogła pobawić się, odetchnąć i zwiedzić nowe miejsca.

Często jeździła sama. Owszem, towarzystwo zawsze urozmaica podróż, ale może ją również zepsuć. Nie od dziś wiadomo, że im więcej ludzi, tym więcej problemów. Joanna wolała być sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Tempo zwiedzania dostosowywała wówczas do swoich możliwości, jadła tam, gdzie chciała i robiła to, na co miała ochotę. Wtedy czuła, że naprawdę wypoczywa. Uleganie kaprysom współtowarzyszy zawsze skutecznie odbierało jej przyjemność z wakacji.

W dodatku dzięki podróżowaniu w pojedynkę mogła zawierać wiele ciekawych znajomości. Samotna kobieta zawsze budzi zainteresowanie. Kiedy jest z partnerem – pojawia się bariera. Mało kto podchodzi i zaczepia pary.

Uwielbiała jeździć do Meksyku na przełomie października i listopada. Pierwszy raz zatrzymała się w hotelu w México City. To, co działo się na ulicach miasta, przerosło jej najśmielsze oczekiwania. Wielobarwne procesje, mumie, zjawy, kościotrupy, kwiaty i ołtarze śmierci przyprawiły ją o zawrót głowy. W końcu zakochała się w tym sposobie czczenia pamięci o zmarłych, ale dopiero podczas wizyty na jednym z cmentarzy w dzień Día de los Angelitos. Groby małych dzieci były całkowicie przykryte przez zabawki, kwiaty, laurki, łakocie.

Na jednym z nagrobków dostrzegła kolekcję pluszaków. Podeszła bliżej i pochyliła się, by odsłonić tabliczkę z imieniem. Drgnęła, gdy za plecami usłyszała słowa wypowiadane po hiszpańsku:

– Ramira uwielbiała misie.

– Och, przepraszam, nie chciałam przeszkadzać. – Speszona wyprostowała się i odwróciła.

Stał przed nią na oko dwudziestopięcioletni chłopak. Miał piękne, ciemne oczy, smukłą sylwetkę i ładnie wykrojone usta.

– Nie przeszkadza pani, przecież jesteśmy tu po to, by świętować. – Uśmiechnął się do niej, ale jego oczy pozostawały poważne.

Po chwili wahania ciekawość wzięła górę. Joanna postanowiła zaryzykować i zapytała:

– Kim była Ramira?

– Moją siostrą. Bardzo lubiła też słuchać bajek. Może opowie jej pani jakąś?

– Obawiam się, że mój hiszpański nie jest na tyle dobry, by…

– Nie szkodzi. Ona teraz rozumie wszystko. Proszę opowiedzieć coś, co mówi się w pani kraju dzieciom, by dobrze spały.

W ten oto sposób Joanna poznała Miguela. W ramach podziękowania wręczył jej cukrową czaszkę doprawioną tequilą. Poczuła dumę – przed przyjazdem czytała, że spożywa się je z rodziną i przyjaciółmi. Czyli Miguel zaliczył ją w poczet swoich bliskich, mimo tego, że znali się zaledwie od kilkunastu minut? Stał się jej przewodnikiem po mieście, nieocenionym towarzyszem i dobrym kochankiem. Takim, który nigdy nie pytał, kiedy wróci i czy z nim zostanie. Ten układ zdawał się przejrzysty dla obojga, nie musieli niczego ustalać. Gdy podczas kolejnych lat przyjeżdżała do Meksyku, zatrzymywała się właśnie u Miguela.

Pracował fizycznie, a w jego domu się nie przelewało. Co roku jednak pamiętał, by przynieść zmarłej siostrzyczce nowego pluszaka. Jeśli Joanna nie mogła jesienią odwiedzić Meksyku, dostawała w trzecim tygodniu listopada przesyłkę. Uśmiechała się na sam widok paczki. Wiedziała, że w środku znajdzie cukrową czaszkę.

Radosna atmosfera, która towarzyszyła Día de los Muertos, zawsze ją zaskakiwała, ale jednocześnie urzekała. Zobaczyła, jak można uczcić stratę, jak pokazać, że się pamięta, nie wylewając przy tym morza łez. A przecież pożegnania zawsze uznawała za integralną część życia. Gdy coś się zaczyna, musi dobiec końca.

#childhood

Joanna nigdy nie rozumiała zabawy w dom. Kiedy koleżanki z podwórka ściskały lalki, owijały je w chusteczki, wkładały do wózków, ona wolała pojeździć na hulajnodze albo poskakać na gumie. Nie wiedziała, co jest przyjemnego w opiekowaniu się plastikowym maluchem, sporządzaniu zupy z piasku i trawy czy starannym wygładzaniu kocyka. Próbowała nawet dołączyć się do zabawy w dom, by zyskać sympatię koleżanek. Trzeci raz wystarczył, aby wiedziała, że to ją nudzi. Postanowiła nigdy nie bawić się w dom w dorosłym życiu.

Miała mieszkanie, zarabiała na siebie, pozyskiwała nowych klientów i zatrudniała już pięć osób. Większość czasu poświęcała pracy. Znajdowała czas dla przyjaciół, rodziny i na podróże, ale nie wtedy, gdy kolidowało to z jej zawodowymi obowiązkami. W dzieciństwie nauczyła się, że na pierwszym miejscu należy stawiać powinność. Przyjemności są dozwolone tylko wtedy, gdy wszystkiego dopilnujemy.

Podstawą każdego dnia był zatem plan. Pobudka, zimny prysznic, śniadanie i kawa. Bez tego nie wyszłaby z domu. Podczas jedzenia przeglądała już branżowe portale, a przy małej czarnej podczytywała co ciekawsze artykuły. Dzięki temu wychodząc z domu, mogła odhaczyć i dobre przygotowanie do długiego dnia, i prasówkę.

W tramwaju sprawdzała e-maile, a podczas drogi z przystanku do biura planowała, co musi być wykonane w pierwszej kolejności.

– Aśka, wyluzuj! – zwykła mawiać Karolina, gdy Joanna od progu zaczynała zarzucać swój zespół pytaniami.

– Wyluzuję, jak domkniemy ten projekt – odpowiadała wtedy i dawała współpracownikom kwadrans na przygotowanie się do spotkania.

Nic sobie nie robiła z ich nieszczęśliwych min. Jej rodzice ciężko harowali całe życie. Mama zawsze powtarzała, że nawet jeśli pieniądze leżałyby na ulicy, to i tak trzeba się schylić, pozbierać je, schować i zaplanować, co z nimi zrobić.

Chciała być taka sama. Poza tym widziała wymierne efekty. A to motywowało ją najbardziej. Wszystko, co wyniosła z domu rodzinnego, po prostu zaprogramowało ją na sukces.

#amoremio

Miłość? To nie dla mnie – zwykła mawiać.

Kochała swoje życie. Szybkie, pełne wyzwań i nastawione na samorealizację. Już samo słowo „związek” nasuwało jej nieodparte skojarzenia ze „związaniem”. A związany nie jest wolny, prawda? Miała za sobą także kilka nieudanych podejść do sielskiego życia we dwoje. Każde skończyło się nieuzasadnionymi według niej pretensjami. Jacyś ci chłopcy byli dla niej nazbyt zaborczy. A że człowiek uczy się przecież na błędach, Joanna nie zamierzała powielać niefortunnych decyzji.

Stała na Campo di Fiori. Patrzyła na posąg Giordana Bruna i przeżywała jedno z większych rozczarowań w życiu. Gdzie te kosze oliwek, cytryn, puch brzoskwiń? Dookoła walały się sterty kartonów, śmieci, w powietrzu latały papiery, a na głowie biednego dominikanina siedział gołąb. Od razu dostrzegła, że pomnik XVI-wiecznego filozofa sprawdzał się doskonale jako ptasia toaleta. Zdecydowanie nie takiego widoku spodziewała się, wychodząc z hotelu i przemierzając uliczki dzielące ją od tego osławionego placu.

Z markotną miną podeszła do ściany jednego z budynków. Spojrzała na wiszącą na nim tabliczkę z wierszem Czesława Miłosza i zaczęła pod nosem na bieżąco komentować kolejne wersy Campo di Fiori. Nie miała pojęcia, że ktoś zrozumie jej słowa. Wysoki blondyn, stojący dwa kroki dalej, po którymś wersie nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Spojrzała na niego.

– Przepraszam, o co chodzi? – zapytała po angielsku.

Odpowiedział po polsku. Miał na imię Paweł. Przyjechał do Rzymu ze znajomymi. Chcieli trochę pozwiedzać i zażyć odrobiny słońca. Był luty. W Polsce zostawili trzaskający mróz, tu mogli podziwiać drzewa uginające się od mandarynek i cytryn. Zaprosili ją na obiad. Przekomarzali się nad pizzą i kieliszkami wina. Dawno z nikim tak dobrze jej się nie rozmawiało. Do końca pobytu kontynuowała zwiedzanie w towarzystwie Pawła i jego dwóch kolegów: Jarka i Artura.

 

Myślała, że znajomość z nimi podzieli losy każdej poprzedniej. Czyli uprzejmie umrze śmiercią naturalną. Po powrocie do kraju rzuciła się w wir pracy i wspomnienie wysokiego blondyna zaczynało blaknąć. Pewnego razu postanowiła wybrać się na kurs gotowania potraw włoskich. Chciała wreszcie zjeść porządne tiramisu i nierozgotowane ravioli. To, że na każdego gotującego przypadała butelka wina, potraktowała jako miły bonus.

Zajęła wolne miejsce, przepasała się fartuszkiem i czekała. Kiedy w sali zjawił się prowadzący, przetarła ze zdumienia oczy.

Cholera, przecież jeszcze nie przynieśli tego wina – pomyślała.

Przekrzywiła głowę i przygryzła wargę. W tym momencie ich spojrzenia się skrzyżowały.

– Joanna! – Paweł natychmiast do niej podbiegł. – Jak dobrze cię widzieć!

– Cześć. Nie spodziewałam się tutaj ciebie – wydukała.

– Widzisz! To przeznaczenie. – Uśmiechnął się do niej łobuzersko.

Zachowała kamienny wyraz twarzy, ale on zdawał się zupełnie tego nie zauważać.

– Tylko błagam, nie wychodź zaraz po kursie! Musimy uczcić takie spotkanie. I tym razem dopilnuję, żebyś mi nie uciekła.

Spojrzała na niego z zaskoczeniem. Owszem. Spędzili przyjemnie urlop, iskrzyło między nimi, ale do niczego więcej nie doszło. Nie podała mu swojego numeru telefonu, choć wielokrotnie ją o to prosił. Spotykała zbyt wielu ludzi i coraz bardziej ceniła sobie prywatność. Rozdawanie na prawo i lewo namiarów na siebie uznawała już za lekkomyślne. Zwykła mawiać, że zbliżająca się trzydziestka dyscyplinuje ją w tym zakresie. Trochę przesadzała, to fakt, bo od tej magicznej daty dzieliły ją wówczas trzy lata, ale zachowanie kilku natrętów spowodowało, że mniej chętnie dopuszczała nowo poznane osoby do kręgu swoich znajomych. Wtedy, w Rzymie, pożegnała się z chłopakami, podziękowała za wspólnie spędzony czas i po prostu poszła w swoją stronę.

Nie przypuszczała, że los ponownie postawi na jej drodze Pawła.