Idealna żona

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Idealna żona
Idealna żona
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Idealna żona
Audio
Idealna żona
Audiobook
Czyta Anna Szymańczyk
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla cudownych pań z Altitude – Angelique, Jen,

Mandy, Marquette, Nancy i Tracy. Nie zamierzam

jeszcze wyskakiwać z pokładu tego samolotu.

BETH

Włączam kierunkowskaz, wjeżdżam na płatną autostradę Muskogee i biorę głęboki wdech po raz pierwszy od siedmiu długich lat. Zaczerpnięty pełną piersią oddech, od którego płuca rozdymają mi się niczym piłka plażowa. Nabieram tak dużo powietrza, że aż palą mnie z bólu.

Tak smakuje wolność.

Jestem w drodze od czterech godzin. Dzieli nas czterysta pięćdziesiąt pięć kilometrów, a mimo to nadal odnoszę wrażenie, że to za mało. Ciągle słyszę brzęk twoich kluczy rzucanych na stół, ciągle zamieram w bezruchu na dźwięk stukotu twoich butów, gdy idziesz w stronę kuchni. Nadal czuję strach czający się tuż pod powierzchnią mojej skóry.

Ostatnio miewasz trzy rodzaje nastroju: obraźliwy, wściekły i agresywny. Chwila, w której wyłaniasz się zza rogu, a ja dostrzegam któryś z nich, sprawia, że czuję w ustach gorzki posmak żółci. To zdecydowanie najgorsza część mojego dnia.

Powtarzam sobie, że koniec z tym. Koniec z chodzeniem na paluszkach w trakcie twoich ataków wściekłości, koniec z unikaniem twoich ciosów.

Podobnie jak Arkansas, tamte dni są już daleko za mną.

Jak na wczesne środowe popołudnie, na autostradzie jest tłoczno. Po obu stronach z głośnym hukiem przejeżdżają zakurzone ciężarówki, a ja trzymam dłonie na kierownicy w prawidłowej pozycji, na godzinie dziesiątej i drugiej, jadąc zgodnie z przepisami.

Cała Oklahoma jest poprzecinana autostradami takimi jak ta, czteropasmówkami usianymi fotoradarami monitorującymi przekroczenia prędkości i naruszenia zasad poboru opłat. Jest zbyt wcześnie, by na każdej rejestrowano wszystkie czarne sedany z tablicami z Arkansas, ale nie daję im żadnego powodu, aby to zrobiły. Używam kierunkowskazu i nie przekraczam dozwolonej prędkości, jadąc sporo poniżej górnego limitu, choć w rzeczywistości mam ochotę wcisnąć gaz do dechy.

Dotykam guzika sterującego opuszczaniem szyb, pozwalając, by podmuch powietrza z autostrady rozwiał zapach ciebie i domu. Przy prędkości stu dwóch kilometrów na godzinę wiatr jest porywisty, gorący i nieprzyjemny. Cuchnie spalinami, łajnem i chemikaliami, które są średnio przyjemne. Tworzy we wnętrzu samochodu coś na kształt miniaturowego tornada, rozwiewając mi włosy i szarpiąc ubranie oraz podrzucając mapą leżącą na przednim siedzeniu pasażera jak papierowym samolocikiem. Zsuwam z nogi but i przyciskam kartkę do fotela. Wiem, że mi nie odpuścisz, więc muszę trzymać się tej mapy.

Owszem, papierowa mapa to staroświecki przeżytek, ale jej zaletą jest to, że nie można jej namierzyć. Nie udało ci się jeszcze odkryć numeru telefonu na kartę ładującego się w uchwycie pojemnika na napoje, jednak wyznaję zasadę, że przezorny zawsze ubezpieczony. Lepiej nie ryzykować. Wyjęłam telefon z opakowania, ale nie zdążyłam go jeszcze włączyć. Zrobię to dopiero po dotarciu na miejsce. Nie po to zapędziłam się tak daleko w nowe życie, żeby dać się ściągnąć z powrotem do starego.

Jak na razie krajobraz wygląda identycznie jak ten w stanie, z którego właśnie wyjechałam – pola, farmy i niekończące się wstęgi wyblakłego asfaltu. Nawet dźwięki są te same. Lokalne stacje radiowe dają do wyboru tylko dwie opcje: country lub przemowy kaznodziejów. Słucham głębokiego głosu wychwalającego siłę przebaczenia, ale to pojęcie, z którym już od dawna się nie utożsamiam. Zmieniam stacje, zatrzymując się na przeboju Mirandy Lambert, którego tekst odpowiada bardziej mojemu obecnemu nastrojowi, i podkręcam głośność.

Dla ścisłości – nigdy tego nie chciałam. Nie chciałam uciekać. Zostawiać wszystkich i wszystko za sobą. Staram się nie myśleć o rzeczach, które mnie ominą, o twarzach, za którymi będę tęsknić, nawet jeśli ich właściciele nie będą tęsknić za mną. Zbudowanie chłodnego dystansu między mną a ludźmi, których kocham najbardziej, było częścią planu, tak samo jak niedopuszczenie do tego, by poznali prawdę. To jedyny aspekt, za który nie mogę cię winić – to ja odcięłam się od przyjaciół po to, żebyś ich nie prześladował. Tylko jedna osoba wie, że wyjechałam, a pozostali… Miną dni, a może nawet tygodnie, nim ktokolwiek zacznie się zastanawiać, gdzie jestem.

Jesteś bystry, więc muszę być bystrzejsza. I przebiegły, więc muszę wykazać się jeszcze większą przebiegłością. Nie posiadałam żadnej z tych umiejętności, gdy wiele lat temu szłam do ołtarza, zakochana w tobie po uszy. Spojrzałam ci wtedy w oczy i przyrzekłam, że będziemy razem, dopóki śmierć nas nie rozłączy, mówiąc absolutną prawdę. Rozwód nigdy nie wchodził w grę – aż w końcu nie miałam wyboru.

Kiedy wspomniałam to słowo po raz pierwszy, powaliłeś mnie na podłogę, wsadziłeś pistolet w usta i kazałeś powtórzyć. Rozwód. Rozwód, rozwód, rozwód, rozwód. Już nigdy nie wypowiedziałam tego słowa na głos, choć przyznaję, że bardzo często chodziło mi po głowie.

Oczami wyobraźni widzę, jak wchodzisz do domu i zaczynasz mnie szukać. Przechodzisz z pokoju do pokoju, nawołując i przeklinając pod nosem, i w końcu wyciągasz telefon, by do mnie zadzwonić. Widzę, jak idziesz do kuchni, zwabiony stłumionym brzęczeniem komórki, i marszczysz gniewnie brwi, gdy uświadamiasz sobie, że wydobywa się ono z szafki pod zlewem. Otwierasz drzwiczki jednym szarpnięciem i wyrzucasz na podłogę wszystkie śmieci, brudząc sobie ręce szlamowatymi fusami od kawy i resztkami kolacji z poprzedniego wieczoru, aż w końcu odnajdujesz mojego starego iPhone’a, a wtedy na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Uśmiecham się tak szeroko, że zaraz policzki pękną mi na pół.

Nie zawsze byłam taka mściwa, ale ty również nie zawsze byłeś dla mnie taki wredny. Gdy się poznaliśmy, byłeś czarującym facetem, który w zimne poranki włączał ogrzewanie w moim samochodzie i przyrządzał na moje urodziny najlepsze na świecie grillowane steki. Jeśli się postarasz, nadal potrafisz taki być. Jesteś jak kokaina, której dają spróbować psom policyjnym przeszukującym samochody na granicy. Dajesz mi tylko tyle, bym pragnęła więcej. To jeden z powodów, dla którego tak długo zwlekałam z tym, żeby od ciebie odejść. Drugim był tamten wepchnięty do ust pistolet.

Nie chciałam tego robić, ale zaplanowałam wszystko krok po kroku. Od dawna planowałam ten dzień.

Mój pierwszy dzień wolności.

JEFFREY

Gdy parkuję przed domem po czterech dniach w trasie, od razu rzucają mi się w oczy trzy rzeczy.

Pierwsza: zamiast stać na swoim miejscu przy wewnętrznej prawej ścianie, kosze na śmieci nadal leżą rozrzucone przed drzwiami garażu, choć od ich opróżnienia minęły już dwa dni. Druga: zasłony w salonie są zaciągnięte, choć na zewnątrz jest jeszcze jasno, co oznacza, że nie były przesuwane od poprzedniego wieczora albo przez cały ten czas, gdy nie było mnie w domu. Trzecia: pomimo nisko położonego na niebie słońca, światła na werandzie są włączone. Wróć – jedno z nich jest włączone. Żarówka po prawej stronie jest przepalona, a jej szklana powierzchnia ciemna jak od sadzy. Można odnieść wrażenie, że ludzie, którzy tu mieszkają, nie zawracają sobie głowy wymienieniem jej, ale to nieprawda. Tylko jednej osobie z naszej dwójki to nie przeszkadza, a jest nią Sabine.

Zatrzymuję się. Pozbywam się negatywnych emocji. Koniec narzekań. To obietnica, którą złożyłem sam sobie. Dość tych kłótni.

Wyjmuję walizkę z bagażnika i wchodzę do domu.

– Sabine?

Stoję w absolutnym bezruchu, nasłuchując dobiegających z piętra dźwięków. Szumu prysznica, suszarki do włosów, muzyki albo telewizji, ale niczego nie słyszę. Wokół panuje tylko cisza.

Rzucam klucze na stolik obok grubej na siedem centymetrów sterty poczty.

– Sabine, jesteś tu? – wołam, zaglądając do dalszych pomieszczeń.

Wracam myślami do rozmowy telefonicznej, którą odbyliśmy wczesnym rankiem, i próbuję sobie przypomnieć, czy wspominała cokolwiek o tym, że wróci późno do domu. Nawet w najlepiej zorganizowanym dniu grafik Sabine potrafi być nieprzewidywalny, a ona nie zawsze pamięta, by zaktualizować nasz wspólny kalendarz.

Trajkotała przez bite dziesięć minut o prezentacji nowo nabytej nieruchomości, którą zaplanowała, o jakimś dopiero co wybudowanym architektonicznym koszmarku w północnej części miasta. Bez przerwy nawijała o przepięknej stolarce i krytym łupkiem dachu, przesuwanych drzwiach i podłodze z dębowych desek oraz całej masie innych szczegółów, które gówno mnie obchodziły, bo szedłem w pośpiechu przez lotnisko w Atlancie, by zdążyć na samolot, i bardzo możliwe, że wcale jej nie słuchałem. Paplanina Sabine była urzekająca na samym początku naszego związku, a ostatnimi czasy wywołuje u mnie niepohamowaną chęć ciśnięcia telefonu prosto do rzeki Arkansas, jedynie po to by się odciąć od niekończącej się gadaniny. Gdy tylko dotarłem do bramki i zorientowałem się, że pasażerowie wchodzą już na pokład, od razu się rozłączyłem.

Zerkam przez okno w stronę garażu. Nie ma w nim jej mercedesa. Wygląda na to, że zdążyłem wrócić do domu przed nią.

Wchodzę do kuchni, w której panuje totalny bajzel. W zlewie i na blacie stoją sterty brudnych naczyń. Na stole walają się gazety sprzed tygodnia, rozłożone niczym karty do gry. W wazonie pełnym mętnej, zielonej wody gniją na wpół uschnięte, opadłe róże. Sabine wie, jak bardzo nie znoszę wracać do domu, gdy w kuchni jest bałagan. Biorę do ręki miseczkę po płatkach śniadaniowych, w której resztki jej śniadania przykleiły się do porcelany niczym zaschnięte na kamień odpady nuklearne. Napełniam miseczkę wodą z kranu, gotując się z wściekłości.

 

Kosze na śmieci, brudna kuchnia, brak jakiegokolwiek liściku, w którym napisałaby, gdzie jest – to wszystko kara za coś, co zrobiłem. W pasywno-agresywny sposób Sabine daje mi do zrozumienia, że nadal jest o coś wściekła. Nie pamiętam nawet, o co się pokłóciliśmy. Pewnie o jakiś drobiazg, tak jak w przypadku pozostałych sprzeczek. Okruchy na kanapie, włosy w odpływie, kto zapomniał odebrać rzeczy z pralni albo wypił resztę soku pomarańczowego. Kompletne pierdoły, które nie powinny mieć znaczenia, ale w przypływie złości jakimś cudem zawsze mają.

Wyjmuję telefon z kieszeni i przewijam esemesy, będące skrawkami naszego przyziemnego, małżeńskiego życia.

Pamiętałeś o rachunku za światło?

Mikrofalówka znowu się popsuła.

Składam zamówienie na materiały biurowe, potrzebujesz czegoś?

Docieram do ostatniej wiadomości – i bingo. To właśnie jej szukałem.

Mam dzisiaj prezentację. Będę w domu przed 21.

Przez następne pół godziny sprzątam bałagan, którego narobiła Sabine. Wszystko, co nie trafia do zmywarki, ląduje w workach na śmieci, które wrzucam później do odpowiednich koszy po tym, jak ustawiłem je na swoim miejscu. Po wszystkim wnoszę walizkę na piętro.

Łóżko jest nieposłane. Część szafy z ubraniami Sabine przypomina chlew. Staram się zignorować chaos, który wszędzie po sobie zostawia: ciśnięte byle jak buty, koszulki z niewywiniętymi rękawami założone niechlujnie na koślawych, drucianych wieszakach. W niczym nie przypomina to schludnej, poukładanej zawartości szafy po mojej stronie. Czy naprawdę tak ciężko odłożyć rzeczy na swoje miejsce? Albo pogrupować ubrania według kolorów?

Dziesięć minut później, ubrany w spodenki, koszulkę i adidasy, pokonuję wściekłym sprintem ścieżkę na zachód wzdłuż rzeki. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nie mam najłatwiejszego usposobienia i czasami ciężko ze mną wytrzymać. Sabine przypomina mi o tym częściej, niż jestem w stanie zliczyć. Nic nie poradzę na to, że mam swoje upodobania – umyty samochód, czysty dom, ciepły obiad, czekający na mnie po pracy. Sabine jest świetną kucharką, o ile praca nie pochłania większości jej czasu, co ostatnio dzieje się niemal bez przerwy. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz wróciłem wieczorem do domu, by móc rozkoszować się jednym z jej domowych posiłków, takich, których przygotowanie zajmuje niemal cały dzień. Dawno temu serwowała mi je w fartuszku i niczym więcej.

Poświęciłem mnóstwo czasu na rozmyślania, jak sprawić, byśmy wrócili do tego etapu w naszym związku. Do tego, jacy byliśmy seksowni, swobodni, zaskakujący. Zanim utknąłem w martwym punkcie w firmie zajmującej się zasobami ludzkimi, sprzedającej wadliwe oprogramowanie po zawyżonej cenie, którego nikt nie chce kupować. Zanim Sabine zrobiła licencję agenta nieruchomości, którą zlekceważyłem jako zwykłe hobby. Teraz, w dobrym miesiącu, jej pensja dwukrotnie przewyższa moją. Powiedziałbym jej, żeby to rzuciła, ale jeśli mam być szczery, to przyzwyczailiśmy się do lepszych pieniędzy. To jak przeprowadzka do domu z dodatkowym schowkiem – człowiek zawsze do czegoś go wykorzysta.

W naszym przypadku kasa sprawiła, że staliśmy się zbyt pewni siebie i aroganccy, topiąc znaczną część dochodów w dom, dwupoziomowe szkaradztwo ze zbyt małymi oknami i kruszącą się elewacją. Wnętrze było w jeszcze gorszym stanie. Tanie panele i wytarte dywany zachodzące na ściany i pokrywające schody.

„Jaja sobie robisz”, powiedziałem, gdy oprowadzała mnie po ciasnych, zatęchłych pokojach. Wnętrze wyglądało jak plan filmu porno z lat siedemdziesiątych. Jak uboga wersja Króliczków Playboya, w której w każdej chwili zza rogu mógł się wyłonić ubrany w znoszony szlafrok Hugh Hefner. Nie było opcji, żebyśmy tu zamieszkali.

Wtedy Sabine zaciągnęła mnie na werandę na tyłach domu, gdzie moim oczom ukazał się wspaniały widok na zapierającą dech w piersiach panoramę rzeki Arkansas. Sabine wszystko wykalkulowała: trzeba było wziąć kredyt na trzydzieści lat, zaciągnięty na podstawie szacowanej wartości nieruchomości po gruntownym remoncie. Jego suma zwaliła mnie z nóg. Kupiliśmy dom jeszcze tego samego dnia.

I tak oto staliśmy się właścicielami pięknego bungalowu w stylu rustykalnym nad rzeką, choć jako rodowici mieszkańcy Pine Bluff, miasteczka zaludnionego przez klasę robotniczą, wciśniętego pomiędzy farmy i fabryki, powinniśmy mieć więcej rozumu. Dom stoi po niewłaściwej stronie miasta i jest niczym zamek w porównaniu z dwupoziomowymi ruderami stojącymi po obu stronach ulicy. Żaden remont, bez względu na to jak rozległy, nie zmieni faktu, że w mieście nie ma zbyt wielu ludzi, którzy mogliby pozwolić sobie na jego kupno. Nigdy nie będziemy w stanie go sprzedać. Nasz dom nie tylko wychodzi na rzekę, ale wznosi się nad nią. Nurt wody znajduje się tak blisko, że drewniane schodki na tyłach pęcznieją wraz z każdą nagłą ulewą.

Chodzi o to, że praca Sabine, która na początku była drobnym, nic nieznaczącym zajęciem zapewniającym okazjonalny, dodatkowy dochód, stała się niezbędna.

Komórka brzęczy w kieszeni przy moim biodrze, więc zatrzymuję się na dróżce. Patrzę na ekran, a głęboko w moich trzewiach rozlewa się palące uczucie irytacji, gdy widzę, że to nie Sabine, tylko jej siostra. Odbieram połączenie, wypuszczając z ust krótkie, zdyszane oddechy.

– Cześć, Ingrid.

Powitanie jest chłodne i formalne, ponieważ taka jest moja relacja z Ingrid – chłodna i formalna. Wszystkich rzeczy, które uwielbiam w swojej żonie – kasztanowe włosy ze złocistymi refleksami, smukłe uda i wąska talia, pachnąca wanilią i cukrem skóra – w rażący sposób brakuje jej siostrze bliźniaczce. Ingrid jest niższa, korpulentna i mało atrakcyjna. W porównaniu do królowej balu Sabine, jest jak podpierająca ściany sierota. Jak stara chabeta stojąca obok klaczy czempionki. Ingrid nigdy nie miała żalu do siostry o to, że jest ładniejsza, ale gołym okiem widać, że ma żal do wszystkich, którzy zwracają na to uwagę.

– Próbuję dodzwonić się do Sabine – mówi Ingrid rozdrażnionym, nosowym głosem. – Rozmawiałeś z nią dzisiaj?

Po rzece płynie motorówka z ryczącym silnikiem, a ja czekam, aż zniknie w oddali.

– U mnie wszystko w porządku, Ingrid. Dzięki, że pytasz. Tak, rozmawiałem z nią, choć bardzo krótko, bo przez cały tydzień byłem na konferencji na Florydzie. Dopiero co wróciłem do domu, a ona ma prezentację nieruchomości. Próbowałaś dodzwonić się na jej komórkę?

Ingrid wydaje z siebie niski pomruk, coś w rodzaju dźwięku, po którym człowiek przewraca oczami.

– Oczywiście, że próbowałam, chyba z milion razy. Kiedy rozmawiałeś z nią po raz ostatni?

– Jakąś godzinę temu. – Kłamstwo wychodzi z moich ust w sposób automatyczny. Ingrid może wiedzieć, że dziś rano rzuciłem słuchawką w rozmowie z jej siostrą, ale na pewno nie usłyszy tego ode mnie. – Sabine mówiła, że wróci przed dziewiątą wieczorem, więc spróbuj wtedy. Tak czy inaczej, przekażę jej, że dzwoniłaś.

Z tymi słowami wciskam przycisk kończący rozmowę, podkręcam na maksa muzykę w słuchawkach i biegnę w stronę zachodzącego słońca.

BETH

Osiedle przy River Bend to nudna, przeciętna społeczność na brzegach przepływającej przez Tulsę rzeki Arkansas, która niejako automatycznie sprawia wrażenie znajomej. Brązowe kamienie, beżowe fasady, niczym niewyróżniające się budynki złożone z trzech i czterech pięter, upchnięte wokół basenu o kształcie ameby. Takich kompleksów mieszkaniowych, rozsianych po setkach tysięcy miast i miasteczek w całej Ameryce, są miliony. Właśnie dlatego zdecydowałam się na jeden z nich.

Parkuję na pustym miejscu przed głównym budynkiem, biorę torbę – która poza ciuchami na moim grzbiecie jest wszystkim, co mam ze sobą – i idę w stronę drzwi.

Ludzie, którzy wyglądają, jakby dopiero co skończyli studia, zajmują olbrzymi kryty wewnętrzny dziedziniec, ściskając w dłoniach papierowe kubki z kawą albo stukając w swoje macBooki. Wszyscy mnie ignorują, co jest nieoczekiwaną, ale przyjemną odmianą. Zapisuję sobie w pamięci, że osiedle takie jak to jest idealnym miejscem na kryjówkę. W krainie zapatrzonych w siebie milenialsów każda osoba po trzydziestce równie dobrze mogłaby być niewidzialna.

Mój wzrok przykuwa szyld biura wynajmu i idę wzdłuż korytarza. Kobieta siedząca za eleganckim, szklanym biurkiem jest jedną z nich. Młoda. Blondynka. Prawdziwa piękność. Laska ze starannie wyselekcjonowaną zawartością Instagrama, składającą się z selfie z dziubkiem i pozowanymi fotkami w stylu glamour z ręką wspartą na biodrze. Zatrzymuję się przy krawędzi jej biurka, a ona unosi wzrok i spogląda na mnie z oślepiającym uśmiechem.

– Witam panią. Szuka pani domu w najbardziej ekskluzywnym osiedlu mieszkaniowym w Tulsie? Bo jeśli tak, to trafiła pani w odpowiednie miejsce.

Dobry Boże. Ten jej środkowozachodni akcent, piskliwy głosik jak u Kim Kardashian i nienaturalnie białe zęby… Ta dziewczyna nie może być prawdziwa.

– Uhm, tak. Przeglądałam mieszkania z jedną sypialnią na waszej stronie internetowej i…

– Orajuśku! W takim razie to pani szczęśliwy dzień. Dosłownie przed sekundką dotarła do mnie wiadomość, że na początku przyszłego tygodnia zwalnia się apartament Vogue. Co pani myśli o siedemdziesięciu czterech metrach kwadratowych przestrzeni i balkonie z widokiem na basen?

Podrzucam torbę wyżej na ramieniu.

– Brzmi świetnie, ale miałam nadzieję, że uda mi się znaleźć coś, co będzie dostępne nieco szybciej.

– To znaczy jak szybko?

– To znaczy od razu.

Jowialny uśmiech znika z jej twarzy.

– Och. Cóż, mamy kilka wolnych mieszkań z jedną sypialnią, ale są mniejsze i nie zapewniają takich wspaniałych widoków.

Wzruszam ramionami.

– Nie przeszkadza mi to.

Dziewczyna wskazuje na jedno z tapicerowanych krzeseł za moimi plecami.

– W takim razie proszę usiąść, a ja sprawdzę, czy będę mogła przydzielić pani któryś z naszych apartamentów Alpha. Kiedy chciałaby się pani wprowadzić?

Siadam na krześle, kładąc torbę na kolanach.

– Jeszcze dzisiaj, o ile to możliwe.

Otwiera szeroko oczy ze zdziwienia i kręci głową.

– Nie jest. To znaczy, nie ma takiej możliwości. Procedura przyjmowania wniosku wynosi co najmniej dwadzieścia cztery godziny.

Moje serce zaczyna gwałtowniej bić.

– Procedura przyjmowania wniosku?

Zdążyłam się z nią zapoznać. Przeszukałam całą stronę internetową i dobrze wiem, co jest potrzebne, by zamieszkać w tym miejscu. Wiem też, że właśnie na tym etapie sytuacja może stać się bardzo nieciekawa.

Kobieta kiwa głową.

– Potrzebuję miesięcznych pasków płacowych albo zaświadczenia o wynagrodzeniu na pani wyciągu bankowym, wydany przez rząd dokument tożsamości, taki jak prawo jazdy albo paszport, i numer ubezpieczenia. Proces sprawdzania danych to standardowa procedura, ale trwa dzień lub dwa, w zależności o której godzinie złożę wniosek.

Mam wszystkie rzeczy, które wymieniła. Są w kopercie, schowane w torbie. Kiedy wrzuci informacje do swojego komputera, jedno kliknięcie myszki przeniesie do sieci wszystkie moje dane. Proces sprawdzania danych wiąże się z dokumentami, wskazówkami i wyjściem ze strefy anonimowości. Gdy tylko znajdziesz mnie w systemie, a nie mam wątpliwości, że tak się stanie, będę mieć zaledwie kilka godzin, nim zjawisz się na miejscu, szukając mnie.

Kobieta sprawdza czas na swoim telefonie.

– Jeśli się teraz pośpieszymy, do jutra rana wszystkie informacje zostaną przepuszczone przez system.

A wtedy mnie już dawno tu nie będzie.

Przesuwam kopertę po blacie biurka.

– W takim razie pośpieszmy się. Za dwa dni zaczynam nową pracę i do tej pory chciałabym się już wprowadzić.

Kobieta kartkuje plik dokumentów. Jej palce zatrzymują się na moim wyciągu bankowym, a powietrze w pokoju gęstnieje. Kompleksy mieszkalne wymagają minimalnej kwoty wynagrodzenia w wysokości trzykrotności miesięcznego czynszu i dlatego dodałam do wyciągu kilka zer. Częścią przygotowań do Dnia Pierwszego było opanowanie obsługi Photoshopa.

Ale ona nie skupia się wcale na kwocie, tylko na poprzednim adresie.

– O, Arkansas. Co sprowadza panią do miasta?

Odchylam się wygodnie na krześle.

– Dostałam pracę w QuikTrip.

To kłamstwo, ale sądząc po tym, jak jej twarz rozjaśnia się w uśmiechu, kupuje je.

– Pracuje tam moja koleżanka. Uwielbia to miejsce. Mają świetne dodatki pracownicze. O wiele lepsze niż tutaj, choć jeśli komuś to pani powtórzy, zaprzeczę, że kiedykolwiek tak powiedziałam. – Uśmiecha się, jakbyśmy były najlepszymi kumpelami, więc robię to samo.

Wskazuję ręką na plik w jej dłoni.

 

– Nie dostałam jeszcze odcinków płacowych, dlatego załączyłam kopię umowy.

Podrobionej, rzecz jasna, ale i tak wygląda na wystarczająco autentyczną. O ile jej koleżanka nie pracuje w dziale kadr, nikt prócz mnie i drukarki w bibliotece publicznej Pine Bluff nie ma pojęcia, że to fałszywka.

Daję jej chwilę na przejrzenie reszty dokumentów, które są autentyczne. Moje prawdziwe prawo jazdy. Numer ubezpieczenia socjalnego. Adres – wróć – mój poprzedni adres. Cały ten plan opiera się na tym, by przyjęła spoczywające w jej dłoniach dokumenty, umożliwiając mi pozostawienie za sobą fałszywego śladu, a potem zniknięcie.

Unosi wzrok znad pliku papierów i uśmiecha się szeroko.

– Nieczęsto się zdarza, żeby trafił mi się obiecujący najemca z dokumentami bez zarzutu. O ile system nie wychwyci czegoś, co mogło mi umknąć, reszta procedury będzie tylko formalnością.

Nie umiem stwierdzić, czy za jej słowami kryje się pytanie, czy ostrzeżenie. Uśmiecham się, zakładając, że nie chodzi o żadną z tych rzeczy.

Dziewczyna kładzie papiery na biurku i sięga po myszkę.

– W takim razie wprowadźmy pani dane do systemu.

Ty i ja poznaliśmy się w McDonald’s, w oparach bijących ze smażonych na głębokim tłuszczu ziemniaków i w towarzystwie migreny, od której głowa pękała mi z bólu. To właśnie ona zaprowadziła mnie do tego miejsca, budząc we mnie rozpaczliwą potrzebę pożarcia zestawu Happy Meal. Magiczną, leczniczą kombinację skrobi, soli i fruktozy, która działa lepiej od każdej połkniętej przeze mnie tabletki. To jedyna rzecz, która jest w stanie zmniejszyć ucisk podobny do imadła zamykającego się na mojej czaszce i uspokoić szalejący żołądek.

Siedziałam w okularach przeciwsłonecznych i skubałam frytki, a małe potworki wbijały w mój mózg gwóźdź po gwoździu, gdy znalazłeś się w przestrzeni pomiędzy stołami.

– Co dostałaś?

Nie odpowiedziałam. Mówienie sprawiało nieznośny ból, a poza tym nie miałam bladego pojęcia, o co pytasz.

Wskazałeś palcem na pudełko obok mojego łokcia.

– Czy do tych zestawów nie są dołączone zabawki? Co ci się trafiło?

Przesunęłam okulary na czubek głowy i zajrzałam do środka.

– Plastikowy żółty samochodzik.

Wyciągnęłam go i podałam ci.

– To autko z serii Hot Wheels.

Położyłam zabawkę na krawędzi tacy.

– Co takiego?

– Jestem prawie pewien, że to dodge charger. Każdy chłopiec na świecie miał takie autko w którymś momencie swojego życia. Mój siostrzeniec ma ich chyba z milion.

Byłeś niewiarygodnie przystojny. Charakteryzowała cię uroda, która zupełnie nie pasowała do scenerii zwykłego fast foodu. Zagadałeś do nieznajomej o dzieciach i postaciach z kreskówek. Wysoki, ciemnowłosy, dobrze zbudowany, z gęstymi wachlarzami rzęs i mocną, kwadratową szczęką. Pomyślałam, że pewnie masz włoskie albo greckie korzenie.

Wyciągnęłam dłoń z samochodzikiem w twoją stronę.

– Weź go i daj swojemu siostrzeńcowi.

Twoje usta wygięły się w uśmiechu. Może w końcu węglowodany trafiły do mojego krwiobiegu, ale kiedy posłałeś go w moją stronę, ból nieco zelżał.

Trzy dni później zakochałam się w tobie po uszy.

Teraz, gdy otwieram przed sobą szklane drzwi restauracji, myślę o tobie. Inny stan, inny McDonald’s, ale wrażenia podobne. Wszystko pasuje w niemal poetycki sposób. Ty i ja kończący w tym samym miejscu, w którym zaczęła się nasza historia.

W nozdrza uderza mnie zapach smażonych frytek i skwierczącego mięsa, wywołując falę mdłości i widmowy ból pulsujący w głębi czaszki, choć od miesięcy nie miałam migreny. To prawda, co mówią, że zapach jest największym katalizatorem wspomnień, nie powinno mnie więc dziwić, że jedno zaciągnięcie się powietrzem w McDonald’s jest w stanie wywołać początkowe stadium migreny. Połykam zapobiegawczo jedną tabletkę excedrinu i popijam ją wodą kupioną przy kasie.

Jak na bar szybkiej obsługi położony u wylotu głównej drogi międzystanowej, lokal jest zaskakująco wyludniony. Przechodzę między prawie pustymi stolikami, rejestrując po drodze klientów rozsianych po sali. Wśród nich jest matka przeglądająca czasopismo, której dzieci obrzucają się nuggetsami z kurczaka, pryszczaty nastolatek oglądający na telefonie jakiś filmik z YouTube’a oraz para w podeszłym wieku siorbiąca brązową breję przez słomki.

Wybieram stolik przy oknie z widokiem na parking. Rząd pick-upów połyskuje w popołudniowym słońcu, rywalizując o miano najbrzydszego. Olbrzymie opony z wypolerowanymi felgami, poręcze, uchwyty na strzelby, naklejki z łopoczącymi flagami na tylnej szybie. Chrześcijanie, wielbiciele broni i Trumpa, jeśli wierzyć naklejkom na zderzakach. Popularny, stereotypowy wizerunek mieszkańców Środkowego Zachodu, który jest w stu procentach prawdziwy.

Kolejny stereotyp: samotna kobieta w okularach przeciwsłonecznych siedząca w barze szybkiej obsługi bez jedzenia z pewnością nie może mieć dobrych zamiarów. Przez chwilę rozważam kupno jednodolarowego posiłku w ramach przykrywki, ale jestem zbyt zdenerwowana, by jeść. Sprawdzam zegarek i staram się nie wiercić. Za trzy minuty wybije siedemnasta.

Lepiej, żeby ten koleś Nick się nie spóźnił. Stanowi istotną część mojego planu, a ja nie mam czasu do stracenia. Za godzinę wrócisz z pracy do domu. Przejdziesz przez próg, spodziewając się, że zastaniesz mnie w kuchni, czekającą na ciebie z kolacją, po której bez przerwy będę musiała donosić ci gazety, piloty do telewizora i piwo, a potem przyjdzie pora na seks – choć to, czy twoje pożądanie będzie napędzała namiętność, czy wściekłość, to wieczna loteria. Ta myśl sprawia, że momentalnie robi mi się gorąco, a mięśnie w moim ciele napinają się bezwiednie pod wpływem intensywnej potrzeby podbiegnięcia do samochodu i ucieknięcia stąd, gdzie pieprz rośnie. Za godzinę od teraz, paręset kilometrów stąd, zaczniesz mnie szukać.

– Skąd będę wiedziała, że to ty? – spytałam Nicka dwa dni temu w trakcie jedynej rozmowy telefonicznej, którą odbyliśmy. Zadzwoniłam z telefonu do obsługi klienta w Walmarcie po tym, jak skłamałam, że w moim aucie wysiadł akumulator.

Nick i ja nigdy się nie spotkaliśmy. Nie wymieniliśmy się zdjęciami ani nawet podstawowym opisem wyglądu zewnętrznego. Jeszcze tydzień temu nie wiedziałam o jego istnieniu.

Nick parsknął śmiechem.

– Niby co mam zrobić, trzymać w zębach różę? Nie martw się. Od razu mnie poznasz.

Zerkam ukradkiem na nastolatka śmiejącego się z czegoś, co zobaczył na ekranie smartfona. To na pewno nie on. Gdy rozmawialiśmy przez telefon, Nick nie sprawiał wrażenia nieświadomego własnego otoczenia. Przenoszę wzrok na mężczyznę w podeszłym wieku, oferującego żonie resztę mlecznego shake’a. To też nie on.

Gdy Nick zjawia się na trzydzieści sekund przed piątą, wypuszczam z ust pełen ulgi oddech, bo miał rację. Od razu wiem, że to on, bo każdego innego dnia i w każdym innym McDonaldzie nigdy nie zwróciłabym na niego uwagi.

Wszystko zaczyna się od jego samochodu, nieokreślonego, czterodrzwiowego pojazdu, wciśniętego pomiędzy podrasowanego forda F-250 a dodge’a ram z przedłużoną kabiną. Jego ubrania są równie nijakie – zwykłe spodnie bojówki, biała koszulka oraz brązowe buty. Wygląda jak nauczyciel matematyki w dniu wolnym od pracy albo inżynier. Podchodzi do drzwi, a jego oczy przesłania ciemnoniebieska czapeczka baseballowa. Nawet nie patrzy w moją stronę.

Zamawia przy kasie kubek kawy, po czym zanosi go do mojego stolika i siada z klapnięciem na krześle naprzeciwko mnie.

– Nick, jak mniemam.

Sądząc po spojrzeniu, którym mnie taksuje, to niemożliwe, by to było jego prawdziwe imię.

– A ty pewnie jesteś Beth.

Touché. To również nie jest moje prawdziwe imię.

Z bliska wygląda lepiej, niż się spodziewałam. Szeroko rozstawione oczy, wąski podbródek, gęste włosy wystające spod czapeczki. W normalnym świecie, w swoich dżinsach i wygniecionym podkoszulku, Nick wcale nie byłby taki zły.

Wsypuje do swojej kawy trzy saszetki sztucznego słodzika i miesza zawartość czerwoną plastikową słomką.

– To jedyny sposób, żebym przełknął tą lurę. Zabijam jej smak czymś, co smakuje, jakby importowano to prosto z Czarnobyla. Jeśli wyrośnie mi dodatkowe ucho, zwalę winę na ciebie.

To mały przytyk w moją stronę, bo chciał się spotkać w Dunkin’ Donuts po drugiej stronie ulicy. Jakoś niespecjalnie silił się na subtelność w tej kwestii. „Jeśli nie masz nic przeciwko, to naprawdę wolałbym spotkać się w Dunkin’”, powiedział, i to nie raz, ale wystarczającą ilość razy, by dawna ja ugięła się pod naporem jego próśb, choć w rzeczywistości miałam wiele przeciwko temu. To, o czym chciałam porozmawiać z Nickiem, mogło zostać zrobione wyłącznie w restauracji sieci McDonald’s. Wszechświat się tego domaga.

Inne książki tego autora