Wesele w Szkocji

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kim Lawrence
Wesele w Szkocji

Tłumaczenie:

Monika Łesyszak

PROLOG

Czerwiec 2004 roku, Villa Palladio

– Szczęściarz z ciebie.

– To prawda, wujku Dino.

Naprawdę był szczęściarzem. Jeśli będzie to sobie w kółko powtarzał, w końcu sam w to uwierzy. W rodzinie Rainierich od wieków z powodzeniem aranżowano małżeństwa. Wprawdzie związek jego dziadków, zawarty w celu scementowania dwóch potężnych włoskich rodzin, nie należał do najbardziej budujących przykładów, ale już jego rodzice znaleźli wspólny język. On jednak uważał się za nowatora powołanego do wprowadzenia rodziny w dwudziesty pierwszy wiek.

Lecz w ciągu sześciu tygodni wiele może się zmienić. Tyle właśnie czasu minęło od chwili, kiedy przyjął, niewinne z pozoru, zaproszenie ojca na kieliszek brandy do jego gabinetu. Gdy Damiano Rainieri nalał im trunku, wyciągnął ze skrytki za obrazem w sejfie maleńkie pudełeczko, które ceremonialnie wręczył synowi ze słowami:

– Należał do twojej prababki.

Z perspektywy czasu wspomnienie tej sceny wyglądało na gorzką ironię. Lecz w tamtej chwili wzruszenie ścisnęło go za gardło, że ojciec wie o Poppy, ale go nie sklął ani nie wydziedziczył. Już otwierał usta, by wyrazić wdzięczność za jego tolerancję. Zamierzał jednak zastrzec, że choć planują wspólną przyszłość, po szczerej dyskusji uznali jednomyślnie, że są jeszcze za młodzi na małżeństwo.

– Zobaczysz, czy za rok nie będziesz miał mnie dość – zażartowała Poppy, siedząc z nim nad brzegiem jeziora.

Oboje postanowili wziąć przysługujący każdemu studentowi roczny urlop i wyruszyć razem w podróż. Luca namiętnym pocałunkiem udowodnił, że nigdy mu się nie znudzi.

– Albo czy ty nie zawrócisz w głowach całemu tłumowi studentów – odpowiedział żartem, choć sama myśl, że ktoś inny mógłby dotykać tych kuszących kształtów, budziła w nim agresję.

– Jesteś zazdrosny! – wykrzyknęła Poppy z nieskrywaną satysfakcją.

– Czarownica bez serca – skomentował z uśmiechem.

– Twoja mała czarownica – przypomniała cichutko, wpatrzona w niego prześlicznymi, zakochanymi oczami. – Wyłącznie twoja.

Szczera do bólu, Poppy nigdy niczego nie ukrywała ani nie udawała. Wszystko, co czuła, wyrażała słowami, mimiką i gestykulacją – przeciwnie niż Gianluca, wychowany w cichym domu, gdzie wypadało zachować godność i umiar.

– Nie martw się, Luca. Wytłumaczę wszystkim, że oddałam serce maniakowi komputerowemu – dodała ze zniewalającym uśmiechem. – Zanim skończę studia, na pewno zdążysz założyć najlepszą na świecie firmę projektującą strony internetowe.

– Jak ty to robisz, że jesteś cały czas taka radosna?

– Na tym polega mój urok. Zresztą mam powody. Czy pamiętasz, że w tym miejscu całowaliśmy się po raz pierwszy?

– Jakże mógłbym zapomnieć? Ale przestań mnie kusić – dodał, z trudem odrywając wzrok od słodkich usteczek dziewczyny.

Poppy posłała mu niewinne spojrzenie i poklepała trawę.

– Nie sądzisz, że byłoby wspaniale w tym samym miejscu…

Walcząc z narastającym pożądaniem, Luca przytrzymał jej dłoń, którą zaczęła rozpinać sobie bluzkę, i podniósł ją do pozycji stojącej. Niewiele brakowało, by złamał szlachetną obietnicę daną matce chrzestnej, ale nadludzkim wysiłkiem zdołał zwalczyć pokusę. Mimo że Poppy nie przeszkadzało pięć lat różnicy wieku, Luca zachował kontrolę nad sobą, żeby jej nie skrzywdzić. Przychodziło mu to z coraz większym trudem, ponieważ Poppy nie podzielała jego skrupułów i wciąż go kusiła.

– Przyrzekłem twojej babci…

– Bez obawy, nie skrzywdzisz mnie – wpadła mu w słowo. – Wiem, co robię. Mam już osiemnaście lat. Z mojej strony to nie dziewczęce zauroczenie, tylko prawdziwa miłość, bo nie widzę w tobie ideału, tylko kocham cię mimo twoich wad.

– Ten pierwszy raz powinien być wyjątkowy – tłumaczył cierpliwie Luca. – Znam pewną plażę w Tajlandii. Można na nią dopłynąć łódką. Zaczniemy tam, na białym piasku, przy świetle księżyca, wśród szumu fal uderzających o brzeg…

– Przestań! Dostałam gęsiej skórki na całym ciele. Chcesz zobaczyć? – dodała z figlarnym błyskiem w oku.

– Dobrze wiesz.

– Ale powstrzymuje cię twoje staroświeckie poczucie honoru i obietnica dana chrzestnej. No trudno. Rób, jak uważasz, ale nie przeszkodzisz mi próbować przyspieszyć biegu wypadków – ostrzegła na koniec.

– Doceniam twoją szlachetność, tato, ale jesteśmy jeszcze za młodzi – tłumaczył później ojcu, choć wyobrażał sobie Poppy w pierścionku zaręczynowym ze szmaragdem w kolorze jej oczu.

– Aurelia uwielbia rubiny.

– Aurelia? – Luca zatrzasnął pudełeczko. – Nie ożenię się z Aurelią.

Obydwie rodziny nigdy nie robiły tajemnicy z tego, że życzą sobie połączenia dynastii poprzez małżeństwo najmłodszego pokolenia. Jako dzieci Luca z Aurelią często żartowali z ich równie staroświeckich i ambitnych, co nierealnych planów. W ostatnich latach Aurelia, która wybrała szkołę dla panien zamiast uniwersytetu, jakoś przestała z nich drwić.

– Kocham kogoś innego – oświadczył Luca w nadziei, że w ten sposób położy kres dyskusji.

– Nic dziwnego. Masz dopiero dwadzieścia trzy lata. Z całą pewnością wybrałeś nieodpowiednią osobę. Czy zdajesz sobie sprawę, jak niewiele współczesnych dziewcząt rozumie, na czym polegają obowiązki żony? Przeważnie przedkładają karierę nad macierzyństwo – tłumaczył Damiano. – Tymczasem twoja żona nigdy nie będzie pracować.

Gianluca zacisnął zęby. Nie wyobrażał sobie, żeby Poppy ograniczyła swoje ambicje do kuchni.

– Pytanie, czy ty zdajesz sobie sprawę, jaka odpowiedzialność na tobie spoczywa – ciągnął Damiano. – Zresztą Aurelia cię kocha.

– Bzdury!

– To prawda, a ty ją lubisz, więc w czym problem?

– Sympatia nie wystarczy.

– Myślisz, że ja kochałem twoją mamę?

– Tak – potwierdził Gianluca z niezachwianą pewnością. Jego rodzice stworzyli wyjątkowo udany związek.

– Nieważne. Grunt, że zostaliście sobie przeznaczeni od najmłodszych lat. Najwyższa pora wypełnić zobowiązanie.

– Dlaczego tak nagle? Kiedy zgodnie z twoim życzeniem podjąłem studia podyplomowe w Harvardzie, zgodziłeś się przecież, żebym po ich ukończeniu wziął sobie rok wolnego na podróże po świecie – przypomniał Gianluca.

– Tak jak wszyscy studenci – potwierdził jego ojciec. – Tyle że ty w przeciwieństwie do nich już obejrzałeś kawałek świata.

– Z okien pięciogwiazdkowych hoteli.

– Rzeczywiście okropnie się wycierpiałeś.

– Wiem, że urodziłem się pod szczęśliwą gwiazdą.

– Dostałeś wszystko, czego zapragnąłeś. Najwyższa pora spłacić dług i ustatkować się. Kiedy przejmiesz firmę…

– Nie zamierzam jej przejmować – wpadł mu w słowo Luca. Odczuł ulgę, że wreszcie wyrzucił z siebie, jaką decyzję podjął.

Lecz gniew minął w mgnieniu oka, kiedy zobaczył, jak ojciec bezwładnie opada na fotel.

– Jeżeli nie poślubisz Aurelii, firma przestanie istnieć.

– Jak to?

Damiano wstał, podszedł ponownie do sejfu i wrócił z teczką.

– Czy mówi ci coś nazwisko Jason Stone?

– Oczywiście.

Każdy znał amerykańskiego oszusta, który nie posiadając nic prócz uroku osobistego, za pomocą obietnic nierealnych zysków namówił wielu przedsiębiorców do powierzenia całego majątku w jego lepkie ręce. Obecnie siedział w więzieniu, a zagarnięte miliony przepadły bez śladu.

– Przeczytaj to, Luca.

Gdy Gianluca przeglądał strony, nagle pojął, dlaczego jego ojciec postarzał się w zastraszającym tempie.

– Ile straciłeś? – zapytał po przeczytaniu.

Kiedy Damiano wymienił sumę, Gianluca wydał stłumiony jęk.

– Myślałem, że to bezpieczna inwestycja, że szybko ją spłacę.

– Zainwestowałeś pieniądze… – Nie dokończył. Zamilkł na widok pobladłej twarzy ojca.

Już samo podejrzenie o defraudację wywołałoby skandal. Poza tym wieść, że doprowadził rodzinne przedsiębiorstwo do ruiny, załamałaby jego delikatną, wrażliwą żonę, wpatrzoną w męża jak w święty obraz.

– Kto o tym wie? Mama?

– Przede wszystkim banki, ale nie tylko. Alessandro również. Ostrzegał mnie w swoim czasie, ale nie posłuchałem.

Kiedy wymienił imię ojca Aurelii, Gianluca zesztywniał. Przewidywał, co dalej nastąpi.

– Alessandro zawsze pragnął mieć takiego syna jak ty. Po ostatnim zawale serca uznał, że najwyższy czas, żeby ktoś młodszy przejął firmę. Zaoferował mi wsparcie, bardzo hojne, rodzaj fuzji… o ile wszystko pozostanie w rodzinie.

No i zostali rodziną. Gianluca spełnił swój obowiązek. Wciąż nie potrafił sobie odpowiedzieć na pytanie, czy postąpił jak bohater, czy jak tchórz. Lecz odpędził wątpliwości. Zrobił to, co do niego należało, jedyne, co mógł, by ratować majątek i dobre imię rodziny. Od dziecka wpajano mu poczucie obowiązku. Przysiągł sobie, że wypełni go do końca. Zrobi wszystko, żeby zaaranżowane małżeństwo było udane.

Za rok Alessandro Cosimo przejdzie na emeryturę. Jego ojciec już ustąpił ze stanowiska dyrektora naczelnego. Wkrótce Gianluca stanie na czele połączonych przedsiębiorstw.

Dręczyły go wyrzuty sumienia. Głęboko zranił Poppy, choć powtarzał sobie w kółko, że jest jeszcze młodziutka i znajdzie sobie życiowego partnera. Lecz bolało go, że dostanie ją ktoś inny. Wmawiał sobie, że ten ból kiedyś ustąpi, bo musi. Przecież czas leczy rany.

Przyszła na ślub. Tego się nie spodziewał. Dlaczego?

Nigdy wcześniej nie widział Poppy na wysokich obcasach. Tego dnia do eleganckich pantofelków, podkreślających kształtne, złociste łydki, założyła sukienkę z jedwabiu, nieco jaśniejszego niż jej zielone oczy. Wyglądała w niej wyjątkowo elegancko i ponętnie.

 

Podczas mszy stanęła za kolumną katedry, by ukryć załzawione oczy. Po przemówieniach musiała wyjść na słońce, do ogrodu, gdzie dama w wielkim kapeluszu czekała, żeby zadać jej parę pytań. Lecz Poppy przywołała na twarz sztuczny uśmiech, wzięła kieliszek od przechodzącego kelnera, szybko wypiła szampana, wymamrotała jakieś nieskładne przeprosiny i pospiesznie odeszła.

Luca uczył ją włoskiego. Opanowała już wprawdzie spory zasób słownictwa, ale wciąż miała jeszcze kłopoty z gramatyką. Jakże go teraz nienawidziła!

Udała, że nie słyszy nawoływania babci. Przemknęła wśród tłumu gości, którzy wylegli na starannie przystrzyżony trawnik z widokiem na sady oliwne na zboczach i sosnowe lasy na szczytach wzgórz. Zdołała powstrzymać płacz, póki nie dotarła do altany, ukrytej za żywopłotem z pachnącej lawendy.

Jak to możliwe? – myślała z rozżaleniem. – Wszystko tak cudownie się układało. Czy nagle przestał mnie kochać, czy przez cały czas tylko mnie zwodził? Czy zakochał się w pięknej, doskonałej Aurelii o kruczoczarnych włosach? Dlaczego nie? Jej matka nie wywoływała skandali zdolnych zapełnić kolumny wszystkich europejskich brukowców. Rozżalona Poppy sięgnęła do torebki po chusteczki higieniczne, lecz wypadły jej z drżącej ręki na ziemię.

Gdy je podnosiła, zamarła w bezruchu, ponieważ wyczuła obecność Luki. Choć dzieliło ich kilka metrów, odczytała z jego twarzy i postawy silne emocje, gdy szedł w jej kierunku.

– Ty płaczesz – zauważył.

– Nie, to tylko katar sienny – skłamała, prostując plecy.

– Dlaczego przyszłaś, Poppy?

– Bo nie wierzyłam, że to zrobisz. Czy kiedykolwiek ci na mnie zależało, czy tylko bawiłeś się moim kosztem?

– Wiem, że teraz cierpisz, ale kiedyś zapomnisz…

– Nie chcę zapomnieć. Życzę wam szczęścia na nowej drodze życia.

Luca zacisnął zęby. Umknął wzrokiem w bok.

– Zależało mi na tobie. Bardzo – wyznał schrypniętym głosem wbrew własnej woli.

Poppy dostrzegła w jego oczach ból. Powiedziała sobie, że to dobrze. Zasłużył na cierpienie. Tylko dlaczego kusiło ją, żeby podbiec i go przytulić?

– Lepiej ci teraz? – zakpiła, lecz choć próbowała przybrać lodowaty ton, głos jej zadrżał.

Odpowiedziało jej milczenie, ale widziała, że rysy mu stężały.

– Dlaczego to zrobiłeś, Luca? Kochasz ją? Nie, nie odpowiadaj. Nie chcę wiedzieć. I nie waż się nade mną litować – wycedziła przez zaciśnięte zęby.

Luca ujął jej twarz w dłonie i popatrzył w załzawione oczy.

– Życzę ci wspaniałego życia, Poppy – powiedział.

Po tych słowach lekko musnął jej usta wargami i odszedł.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Poppy zostawiła torbę w holu i weszła do jadalni domu rodziców. Na stole wciąż stały naczynia po śniadaniu. Ojciec czytał niedzielną gazetę. Macocha pracowała nad kolejnym haftem, śmiejąc się z żartów opowiadanych w radiu. Na widok sielskiej, rodzinnej scenki Poppy wygładziła zmarszczone troską czoło.

Niedziele w tym domu wyglądały zupełnie inaczej, zanim Millie u nich zamieszkała. W wieku dziesięciu lat Poppy nie wiedziała, że nie wszyscy ojcowie spędzają weekendy w biurze. Millie zmieniła ich życie na lepsze. Szkoda, że babka wciąż nie chciała przyjąć tej prawdy do wiadomości. Uśmiech rozjaśnił ładną, piegowatą buzię Millie Ramsay, lecz zaraz zgasł na jej ustach na widok zatroskanej miny pasierbicy.

– Jakieś problemy, Poppy? – spytała, odkładając robótkę.

– Tak, z babcią – przyznała Poppy.

Rysy Roberta Ramsaya nagle stężały. Kiedy Millie wyłączyła radio, zapadła niezręczna, ciężka cisza. Millie przerwała ją jako pierwsza.

– Czy źle się czuje? – zapytała. Następnie dodała na widok chmurnej miny męża: – Przypominam ci, że chodzi o twoją matkę. W końcu to starsza osoba.

– Nie, nie zachorowała – zaprzeczyła Poppy pospiesznie. – Ale popadła w kłopoty. Kiedy dzwoniłam do niej w czwartek, wyczułam w jej głosie, że coś jest nie tak. W końcu wyciągnęłam z niej, że zmartwiło ją pismo, które otrzymała od władz, nie pierwsze zresztą.

– Niech no zgadnę. Poprzednie ignorowała, prawda?

Po licznych nieudanych próbach wydobycia z niej prawdy babka w końcu przyznała, że lokalne władze od dziewięciu miesięcy zasypują ją monitami.

– Na to wygląda – potwierdziła Poppy, adresując odpowiedź do gazety, którą ojciec znów się zasłonił. – Kłopoty zaczęły się w chwili, kiedy turysta wędrujący szlakiem prowadzącym przez jej ogród kuchenny, zwichnął nogę w kostce. Napisał zażalenie do gminy. Z tego, co mi wiadomo, przeprowadzono ekspertyzę, która wykazała, że cała zachodnia ściana wschodniego skrzydła grozi zawaleniem.

Robert Ramsay ponownie odłożył gazetę.

– Zachodnia ściana waliła się od czasów mojego dzieciństwa, tak jak cały budynek. Nie rozumiem, co mają do tego władze.

– Babcia zareagowała tak samo. Ale ponieważ zamek Inverannoch jest wpisany na listę zabytków, na właścicielce spoczywa obowiązek konserwacji. Jako że ścieżka biegnie tuż przy ścianie, jej fatalny stan stanowi zagrożenie dla zdrowia i życia przechodniów – tłumaczyła cierpliwie Poppy, korzystając z informacji, wyczytanych w internecie. – Odkąd babcia przestała palić listy od władz, wygląda na to, że zdążyła obrazić wszystkich dookoła. Teraz obawia się, że straci Inverannoch.

– Jeżeli tak cię to martwi, to zadzwoń do ratusza – doradził ojciec.

– Spędziłam cały piątek przy telefonie, ale ponieważ nikt nie chciał ze mną rozmawiać, postanowiłam sama tam pojechać.

– Co takiego?

– Właśnie jadę na lotnisko. Na miejscu wynajmę samochód. Zadzwonię do was z Inverness.

– Czysta głupota! – skomentował Robert Ramsay, wznosząc oczy do nieba. – Rzucić wszystko i lecieć na koniec świata z powodu głupiego listu! Jeżeli liczysz na wdzięczność babci…

– Nie liczę – roześmiała się Poppy. – Pewnie usłyszę, że niepotrzebnie się wtrącam, bo doskonale poradziłaby sobie beze mnie.

– Lepiej podaj jej numery telefonów moich prawników, choć moim zdaniem to tylko burza w szklance wody – przekonywał uparcie Robert Ramsay.

– Mam nadzieję, że masz rację, tato, ale mimo wszystko wolę sprawdzić osobiście.

– Ależ z ciebie uparciuch!

– Ciekawe, po kim odziedziczyłam ten upór?

Poppy zauważyła, że ojciec na siłę usiłuje zachować powagę.

– No cóż, skoro nie chcesz mnie słuchać, to czy przynajmniej zapytałaś o zdanie swojego chłopaka? Co on o tym wszystkim sądzi? A poza tym co z pracą? O ile pamiętam, wykorzystałaś już cały urlop.

Poppy wzięła głęboki oddech. Choć moment nie był zbyt odpowiedni, wyrzuciła z siebie jednym tchem:

– Już nie mam chłopaka, a w zeszłym miesiącu złożyłam wymówienie.

Korzystając z zaskoczenia ojca i macochy, pospiesznie ruszyła ku wyjściu. Zanim odzyskali mowę, zamknęła za sobą drzwi.

Gianluca ciężko dyszał po dotarciu wpław do brzegu. Otarł słoną wodę z oczu i popatrzył na wrak łódki kupionej godzinę temu. Nie należała do jego najszczęśliwszych inwestycji. Sztorm rozbił ją w drzazgi o przybrzeżną skałę. Miejscowi nie przesadzili z ostrzeżeniami, których uprzejmie wysłuchał tylko po to, żeby je zignorować. Za to właściciel łodzi nie miał najmniejszych skrupułów, żeby oskubać obcego. W innych okolicznościach Gianluca podziwiałby jego talent handlowy.

Piesza wędrówka szesnastokilometrowym szlakiem również stanowiła poważne ryzyko. Sztorm zmył do morza część ścieżki, co spowodowało obsunięcie zbocza. Tym niemniej bezpieczniej byłoby wybrać okrężną drogę lądową wokół gór, pogrążonych we mgle.

Potężny dreszcz uświadomił mu, że stanie w mokrym ubraniu na wietrze i roztrząsanie już dokonanych wyborów to nie najlepszy pomysł. Praktyczny Gianluca potarł zziębnięte przedramiona, podziękował losowi, że nie podzielił losu nowo zakupionej łódki i ruszył w dalszą drogę. Wiele ryzykował, jak wcześniej wielokrotnie w życiu, ale niemal osiągnął swój cel. Już widział przed sobą we mgle kontury zamku Inverannoch. Pomimo opłakanego stanu stara budowla pozostała równie dostojna i imponująca jak sędziwa właścicielka – jego matka chrzestna, Isabel Ramsay.

Uczestniczył w międzynarodowej konferencji w Edynburgu, na której wygłaszał przemówienie, kiedy odebrał telefon od babki, bardzo zatroskanej po rozmowie ze starą przyjaciółką, Isabel.

– Robi dobrą minę do złej gry, ale wygląda na bardzo strapioną, a to do niej niepodobne. Naprawdę sądzisz, że może stracić zamek? Nie dopuścisz do tego, prawda? – dopytywała się z niepokojem.

Niewiele brakowało, aby nie dotrzymał obietnicy. Lecz skoro nie zatonął wraz z łodzią, ruszył pod górę schodami wykutymi w skalnym klifie. W czasach świetności wędrowali nimi sławni i bogaci. Dzięki wysportowanej sylwetce i doskonałej sprawności fizycznej bez trudu pokonał strome, niebezpiecznie śliskie stopnie. Ze szczytu klifu nie zobaczył zamku zasłoniętego przez las. Odnalezienie ścieżki zajęło mu kilka minut. Przed laty znał tu każdy zakątek jak własną kieszeń, lecz w ostatnich latach rzadko odwiedzał matkę chrzestną i nie wędrował po szlakach.

Niepewny, jak zostanie przyjęty, pierwszą wizytę złożył jej dopiero półtora roku po ślubie. Od tego czasu poczucie obowiązku kazało mu podejmować bolesną podróż raz lub dwa razy do roku. Minęło siedem lat, podczas których ograniczał odwiedziny do jednego dnia i nocy. Zawsze czekał na niego prywatny śmigłowiec albo wracał po niego następnego dnia.

Potężny trzask wyrwał go z zadumy. Gianluca odruchowo zrobił krok do tyłu, unikając uderzenia spadającym konarem. Nic dziwnego, że żaden pilot nie wyraził zgody, żeby go tu dziś przywieźć.

Na próżno liczył, że czas zatrze wspomnienia. Przemocą odpędził nostalgiczne refleksje, którymi gardził jako objawem słabości. Zważywszy, jak niechętnie tu wracał, zdziwiła go własna reakcja na perspektywę utraty zamku przez panią Ramsay. Nie wyobrażał sobie, że odnowi go ktoś obcy, by pokazywać turystom jako atrakcję turystyczną.

Jak Poppy zareagowałaby, gdyby jej babkę wypędzono z rodzinnego domu?

Powiedział sobie twardo, że przeszłość to przeszłość. Zamiast ją roztrząsać, ruszył w kierunku gęstych drzew dających osłonę od wiatru. Gdy w końcu wychynął z gęstych, ciemnych zarośli, jeszcze mocniej podrapany niż po wspinaniu się na skały, zobaczył światła w oknach zamieszkanych pomieszczeń zachodniego skrzydła.

ROZDZIAŁ DRUGI

Poppy w końcu zdołała rozpalić ogień w przepastnym kominku. Zdjęła rękawiczki i ogrzała palce w cieple płomieni. Podskoczyła ze strachu na dźwięk walenia mosiężną kołatką. Wpatrzona w drzwi wytarła ręce o spodnie. Czyżby przybył ratunek, o który się modliła, czy też babcia zaraz wkroczy do środka i spyta, czego tu szuka? Czy przez cały czas przebywała na zewnątrz, ignorując szaleństwo żywiołów? Znając jej obyczaje, Poppy uznała, że to całkiem prawdopodobne. Z mocno bijącym sercem odeszła od ciepłego kominka. Chociaż nie zamknęła drzwi na zasuwę i wielki staroświecki klucz, ponieważ nie widziała powodu, nieprędko poradziła sobie z klamką.

Po przybyciu zastała rezydencję pustą. Zajrzała do każdego pomieszczenia. Bez skutku. Wyszła więc na dwór, by kontynuować poszukiwania, póki szalejąca burza nie położyła im kresu.

– Babciu?

Drzwi otwierały się okropnie wolno, do środka, nim potężny poryw wichru rąbnął nimi o ścianę. Wtedy zamiast babci ujrzała złowieszczą sylwetkę wysokiego, potężnego mężczyzny. O mało nie dostała zawału. Błyskawica oświetliła go od tyłu przy akompaniamencie ogłuszającego huku gromu jak w najlepszych tradycyjnych horrorach. Krzyk uwiązł Poppy w gardle. Rozpalona wyobraźnia podpowiadała straszliwe scenariusze. Krzyknęła dopiero, gdy obcy bez słowa wkroczył do środka. Wtedy odzyskała zdolność ruchu. Podbiegła do kominka, chwyciła oburącz ciężki pogrzebacz, odwróciła się do intruza i ostrzegła:

– Nie jestem sama.

Piskliwy głos, który zdołała z siebie wydać, potwierdził powszechną opinię, że nie umie kłamać.

– To dobrze – odparł nieznajomy.

Gianluca rozejrzał się po pokoju, lecz nie wypatrzył matki chrzestnej, tylko uzbrojoną w pogrzebacz dziewczynę w puchowej kurtce i wełnianej czapce z nausznikami. Wtem rozpoznał ją i przeszedł go dreszcz. Kiedy ostatni raz patrzył w te egzotyczne, skośne zielone oczy, widział w nich łzy. Na próżno przez lata usiłował wymazać ich obraz z pamięci.

 

– Proszę nie myśleć, że nie odważę się go użyć… – zagroziła Poppy, ale zamilkła w pół zdania.

Nie, to niemożliwe, to tylko gra wyobraźni, powiedziała sobie, usiłując rozpoznać jego rysy twarzy w ciemnym wnętrzu. Jej serce jeszcze przyspieszyło rytm, gdy przybysz, niezrażony jej wojowniczą postawą, podszedł bliżej do świecy. W jej blasku wreszcie zobaczyła wyraźnie jego twarz, lecz pokręciła głową z niedowierzaniem.

– Nie, to na pewno nie ty… Luca – wykrztusiła, zanim chwycił ją atak kaszlu, bo świeca na stole obok zaczęła dymić.

Poppy miała nadzieję, że kiedyś nadejdzie dzień, kiedy będzie mogła popatrzyć w tę twarz bez bólu, ale po siedmiu latach nadal nie nastąpił. Odłożyła pogrzebacz i usiłowała opanować wzburzone myśli, podczas gdy Luca napierał ramieniem na stare, ciężkie drzwi, zdolne powstrzymać szturmującą armię. Zaciśnięte szczęki i widoczne żyły na szyi świadczyły o ogromnym wysiłku. Wreszcie zdołał je zamknąć z głośnym hukiem. Słyszała teraz tykanie zabytkowego zegara i plusk wody spływającej na podłogę z przemoczonej odzieży Gianluki Rainieriego na kamienną posadzkę. Kiedy uświadomiła sobie, że przebywa z nim sam na sam, wpadła w popłoch. Z wysiłkiem przywołała na twarz uprzejmy uśmiech.

– Ledwie cię rozpoznałam – skłamała, odwracając wzrok od doskonałego kształtu opalonej twarzy ze zgrabnym nosem i ukośnymi kośćmi policzkowymi. – Zmieniłeś się – dodała, tym razem zgodnie z prawdą.

Faktycznie spostrzegła zmiany, choć nadal pozostał najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego w życiu widziała. Dobrze, że potrafiła na niego spojrzeć już nie zamglonymi miłością oczami, lecz obiektywnie. Emanował siłą, a ciemne oczy o ciężkich powiekach spoglądały na świat podejrzliwie, jakby nie bez powodu oczekiwał po nim wszystkiego, co najgorsze.

– A ty nie – odparł, nie wiadomo, w tonie krytyki czy pochwały. – Nie spodziewałem się ciebie tutaj.

Oczywiście, pomyślała Poppy. W przeciwnym razie sto koni by cię tu nie zaciągnęło.

Robił wrażenie równie uradowanego spotkaniem jak przed dwoma laty, gdy przypadkowo wpadła na niego, wychodząc z grupą znajomych z popularnego spektaklu na West Endzie. Zastygła wtedy w bezruchu na chodniku ze sztucznym uśmiechem na ustach, póki jeden z kolegów nie wyrwał jej z odrętwienia pytaniem:

– Spotkałaś kogoś znajomego?

– Właściwie nie – wykrztusiła, choć cierpiała męki na widok obojętnego spojrzenia ciemnych oczu.

Luca strzepnął nadmiar wody z mokrych włosów i przeszedł dalej w głąb sieni. Poppy odstąpiła kilka kroków do tyłu niczym spłoszona klacz.

– Nie jestem zakaźnie chory – zażartował Luca.

Poppy nie znalazła ani ciętej riposty, ani logicznego wyjaśnienia, dlaczego przed nim ucieka. Zdjęła czapkę i rzuciła na stos gazet na fotelu.

– To jakiś koszmar – powiedziała bezradnie.

Nie widziała powodu, żeby robić dobrą minę do złej gry. Nieznanego intruza zaatakowałaby pogrzebaczem, ale co zrobić z Lucą? Kiedyś dokładnie wiedziała, czego od niego chce i oczekuje, ale teraz już nie.

Luca skinął głową.

– Tak, okropna ta burza – potwierdził.

Poppy nie wyprowadzała go z błędu, że nie miała na myśli warunków atmosferycznych. Szukała w myślach sensownego wyjaśnienia jego obecności.

– Czy babcia oczekiwała twojej wizyty? – zapytała wreszcie.

– Nie.

Gianluca obserwował złocistobrązowe włosy Poppy, dłuższe niż dawniej, sięgające za łopatki. Nie nosiła już grzywki. Odsłoniła całą prześliczną buzię w kształcie serca, w której dominowały duże zielone oczy.

– Czyli nie wiesz, gdzie jest? – dopytywała się dalej z wyraźnym niepokojem.

– Nie. A ty?

Poppy przygryzła wargę i pokręciła głową.

– Szukałam jej wszędzie.

Nawoływała babcię bez skutku, aż zdarła sobie gardło.

– Sprawdziłaś, czy nie zostawiła gdzieś kartki? – zapytał, omiatając wzrokiem olbrzymie pomieszczenie.

– Oczywiście.

– Przypuszczam, że nie zapaliłaś świec dla nastroju?

Natychmiast pożałował tego zdania. Zbyt mało o niej wiedział. Mogła przyjechać tu z chłopakiem.

– Nie ma prądu, prawda? – dodał.

Przy każdej wizycie nalegał na wymianę instalacji elektrycznej, lecz oszczędna chrzestna odrzucała jego sugestie. Twierdziła, że nie zamierza dążyć na siłę do nowoczesności.

Poppy skinęła głową i z przerażeniem zerknęła na zegarek.

– Od dwóch godzin.

– Sprawdziłaś bezpieczniki?

– Oczywiście – potwierdziła ze zniecierpliwieniem.

– Nie ma tu generatora?

– Jest, ale nie działa. Próbowałam go włączyć.

– Kopniakiem?

Poppy ledwie powstrzymała uśmiech. Kapryśne urządzenie często odmawiało posłuszeństwa. Po drugim kopnięciu przeważnie zaczynało pracować, ale nie tym razem. Oboje o tym wiedzieli. Nie chciała jednak przywoływać wspólnych wspomnień, choćby najbłahszych. Nie po to przez siedem lat usiłowała wymazać je z pamięci.

Luca nie potrafił odczytać żadnych uczuć z jej nieprzeniknionej twarzy. Irytowało go to, ale wytłumaczył sobie, że nie ma w tym nic dziwnego. Po tym jak złamał jej serce, musiała zmobilizować siły obronne, żeby móc dalej żyć.

– Kiedy ostatnio widziałaś Isabel? – zapytał.

– W kwietniu.

Luca zmarszczył brwi nad orlim nosem.

– Myślałem…

– Ale dzwoniłam do niej wczoraj wieczorem – wpadła mu pospiesznie w słowo.

– Może wyszła po ciebie?

– Nie. Mówiłam jej, że jak przypłynę, to zadzwonię do niej z przystani, ale burza zerwała linie telefoniczne, a mój telefon komórkowy przestał działać. Gdzie ona może być, Luca? Można się stąd wydostać jedynie łodzią. Tylko błagam, nie sugeruj, że poszła pieszo drogą lądową, bo po ostatniej lawinie skalnej nie sposób pokonać szlaku nawet samochodem z napędem na cztery koła.

– Oczywiście ja też nie wierzę, żeby osiemdziesięcioletnia kobieta, nawet tak sprawna fizycznie jak twoja babcia, wybrała się na górski szlak.

– Mam złe przeczucia, Luca – wyznała Poppy, choć jego imię z trudem przechodziło jej przez usta. – Ale na moich przeczuciach nie można polegać – dodała.

Doskonale pamiętała, jak kiedyś mu wierzyła. Intuicja nie ostrzegła jej, co ją czeka. Zabroniła sobie takich refleksji, zwłaszcza w chwili, kiedy los jej babci nadal pozostawał nieznany.

– Prawdopodobnie wyjaśnienie jest proste – pocieszył Luca.

– Na przykład, że leży gdzieś ranna, niezdolna do wezwania pomocy… albo jeszcze gorzej.

Miała nadzieję, że zaprzeczy, że doda jej otuchy, ale nie usłyszała ani słowa pociechy.

– Przypuszczam, że przyjechałaś do niej z powodu sporu z władzami? – zapytał.

Poppy zrobiła wielkie oczy.

– Wiesz o nim? Prosiła cię o pomoc?

Właściwie dlaczego nie? Nie popełniłaby przecież zdrady wobec wnuczki, zwracając się o wsparcie do chrześniaka. Poppy wiedziała, że pozostają w kontakcie od chwili, gdy półtora roku po jego ślubie babcia wspomniała mimochodem podczas jakiejś rozmowy, że odwiedził ją przed miesiącem. Wtedy pojęła, że mimo mocnych postanowień nie zdołała przejść do porządku dziennego nad uczuciową klęską.

– Nie znam żadnych szczegółów – odrzekł Luca. – Moja babcia mówiła, że się o nią martwi. To wszystko.

Napięte rysy Poppy natychmiast się wygładziły na wspomnienie drobnej staruszki, która zachowała mocny, szkocki akcent, mimo że od wielu lat mieszkała we Włoszech.

– Ciocia Fiona? – zapytała.

Faktycznie nie łączyło je żadne pokrewieństwo tylko wieloletnia przyjaźń obydwu babek, która przetrwała od lat szkolnych pomimo upływu czasu i dzielącej je odległości.

– Co u niej słychać?

– Wszystko w porządku.

Luca z trudem oderwał wzrok od gładkich policzków i pełnych, kuszących ust Poppy.

– Zawsze była dla mnie bardzo miła.

Pozostali członkowie rodziny Gianluki potraktowali ją jak zarazę, kiedy przyszła na urodzinowe przyjęcie jego babci w drogim londyńskim hotelu. Luca odnalazł ją wtedy zapłakaną w szatni.

– Co z tego, że moja mama często wychodzi za mąż i pozuje fotografom w skąpym stroju? – szlochała. – Przecież nikogo nie zabiła. Twoja rodzina jest podła i małostkowa!

– Czy opowiadałem ci, jak moja mama wyszła z ubikacji ze spódnicą, wpuszczoną w rajstopy? – pocieszał. – Albo jak mój tata pomylił gospodarza przyjęcia z kelnerem i zwrócił mu uwagę, że nie odkorkował wina?

Zabawiał ją podobnymi anegdotami, najprawdopodobniej zmyślonymi na poczekaniu, aż ją rozśmieszył.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?