Ślub na pustyni

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kim Lawrence
Ślub na pustyni

Tłumaczenie:

Monika Łesyszak

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Abby Foster doskwierał upał. Bolały ją stopy. Do sesji zdjęciowej weszła na piaszczystą wydmę w szortach i sandałach na dziesięciocentymetrowych obcasach. Na domiar złego coś ją ugryzło w ramię. Gruba warstwa makijażu zamaskowała zaczerwienienie, ale nie złagodziła dojmującego pieczenia i swędzenia.

Najgorsze, że samochód nawalił. Miała jechać pierwszym, z napędem na cztery koła, którym podróżowała ze stolicy Aarify na pustynię, ale uprzedziła ją stylistka. Wyminęła ją, żeby pospiesznie zająć miejsce obok asystenta fotografa, w którym była zakochana. Wskutek jej młodzieńczego zauroczenia Abby utknęła na pustkowiu.

Bezskutecznie usiłowała ignorować zagniewane głosy na zewnątrz. Ledwie odparła pokusę dołączenia do krzyczących. Zaciskała zęby tak mocno, że szczęki ją rozbolały. Uznała, że lepiej zostawić ich samych sobie. Została w zepsutym aucie wraz z Robem, który natychmiast zasnął. Wkrótce pożałowała tej decyzji. Upał zaczął narastać, a Rob, który zmusił ją do dziesięciokrotnej wspinaczki po tym przeklętym piasku, zaczął głośno chrapać.

Przewracając oczami, wyjęła butelkę z wodą z obszernej torby, którą zawsze woziła. Choć przemierzyła wiele mil, odkąd została modelką, źle znosiła podróże. Odkręciła nakrętkę do połowy, gdy uświadomiła sobie, że musi oszczędnie gospodarować wodą. Rob przed zaśnięciem zapewniał wprawdzie, że zostaną uratowani w ciągu kilku minut, ale nie mogła wykluczyć, że zostaną tu znacznie dłużej.

Szybko zakończyła wewnętrzną debatę. Dziadkowie nauczyli ją ostrożności. Niestety sami jej nie wykazali w sprawach finansowych. Usłuchali fałszywego doradcy, który odarł ich z życiowych oszczędności.

Ujrzała oczami wyobraźni przystojną twarz Gregory’ego z tym szczerym, chłopięcym uśmiechem. Jak zawsze, gdy przypominała sobie swój udział w doprowadzeniu babci i dziadka do ruiny, ogarnęły ją wyrzuty sumienia, pomieszane z pogardą dla siebie. Wprawdzie robili dobrą minę do złej gry, ale to z jej winy stracili wszystko, co posiadali. Gdyby naiwnie nie uległa urokowi uśmiechu i błękitnych oczu Gregory’ego i nie przyprowadziła mężczyzny swych marzeń do domu, nadal odpoczywaliby bez trosk na emeryturze, na którą ciężko zapracowali. Tymczasem nie zostało im nic.

Żal ścisnął jej serce, a do oczu napłynęły łzy. Wytłumaczyła sobie kolejny raz, że płacz nic nie da. Potrzebowała sensownego planu. I opracowała go. Wyliczyła, że jeżeli weźmie każde zlecenie, prócz rozbieranych sesji, które jej często proponowano, w ciągu półtora roku zarobi tyle, że zdoła odkupić bungalow, którego pozbawił ich czarujący oszust.

Wprowadziła go do ich życia, a on ich omotał. Kiedy pozyskał ich zaufanie, zniknął z oszczędnościami całego ich życia. Przysłał jej tylko pożegnalne zdjęcie w czułej pozie z mężczyzną. Dosypał soli na ranę, umieszczając dopisek: „Naprawdę nie jesteś w moim typie”. Nareszcie zrozumiała powód jego cierpliwości wobec jej braku doświadczenia i deklaracji, że z szacunku dla niej gotów jest zaczekać z rozpoczęciem współżycia.

Odpędziła upokarzające wspomnienia. Wyciągnęła nawilżoną chusteczkę i zmyła makijaż wraz z kurzem. Marzyła o chłodnym prysznicu i piwie.

Nagle jeden ze stojących na zewnątrz mężczyzn wsunął głowę do środka, pogrzebał w schowku koło kierownicy, a potem obrzucił ją nieprzychylnym spojrzeniem.

– Mogłaś nas zawołać, Abby – ofuknął ją. – Od kilku godzin usiłowaliśmy otworzyć ten przeklęty silnik. – Gwałtownym szarpnięciem wyciągnął łom i zawołał do kolegi: – Znalazłem go, Jez.

Zdaniem Abby poszukiwania trwały zaledwie dziesięć minut.

– Odniosłam wrażenie, że walczycie z nim cały dzień – warknęła, bardziej zmartwiona rosnącą opuchlizną na ramieniu niż niesprawiedliwą krytyką.

Podwinęła rękaw, żeby ochronić miejsce ukąszenia przed otarciem. Nadal miała na sobie spodenki i koszulkę. Wybrano je na użytek kampanii reklamowej przypuszczalnie w celu przekonania dziewczyn, że jeśli umyją włosy polecanym szamponem, pozostaną lśniące i puszyste nawet wtedy, gdy odejdą od stolika w kasynie, żeby wspiąć się na wydmę. Nawet jeżeli tak, nie uniknęłyby pęcherzy na stopach na tych przeklętych obcasach.

Widok za popstrzonym przez muchy oknem nie wróżył nic dobrego. Dwaj mężczyźni gwałtownie odskoczyli, gdy z silnika buchnęła para. Chwilę później znowu zaczęli krzyczeć.

Abby trąciła stopą nogę Roba. Na szczęście dla niego zamieniła szpilki na tenisówki.

– Powinniśmy wyjść i sprawdzić, czy możemy w czymś pomóc – zasugerowała.

Albo przynajmniej ich powstrzymać, żeby się nie pozabijali – dodała w myślach, związując zmierzwione włosy apaszką w koński ogon. Kiedy wstała, pochylając głowę, żeby nie uderzyć się o drzwi, fotograf otworzył jedno oko, skinął głową i zaraz zaczął cicho pochrapywać.

Na zewnątrz panowała znośniejsza temperatura niż w środku.

– Jaki werdykt wydaliście, chłopcy? – zagadnęła, przybierając pogodny ton.

Nie zdołała poprawić im nastroju. Kilkakrotnie pracowała z technikiem światła, Jezem. Zawsze miał jakiś żart na podorędziu, żeby rozładować napiętą atmosferę, ale tym razem poczucie humoru go opuściło. Ze zmarszczonymi brwiami i spoconym czołem odstąpił od dymiącej maszyny i odłożył narzędzie na miejsce.

– Nie ruszy i nie wiem, jak go naprawić. Jeżeli ktoś chce spróbować, proszę bardzo – dodał, znacząco spoglądając na młodszego kolegę, ale ten stał bezradnie, wyraźnie przerażony, jakby uszła z niego cała energia.

– Bez obawy, Jez – próbowała go pocieszyć Abby, mimo że słońce już zachodziło, a nad pustynią zapadały ciemności. – Na pewno po nas wrócą, jak tylko spostrzegą, że zostaliśmy z tyłu.

– Niepotrzebnie przystanęliśmy – mruknął młodzieniec, kopiąc oponę.

Starszy kolega pokiwał głową, przyznając mu rację.

– Co on robi? – zapytał, wskazując samochód, w którym spał samozwańczy geniusz sztuki fotograficznej, prawdopodobnie wyczerpany robieniem co najmniej tuzina zdjęć jaszczurki siedzącej na skale o niezwykłym kształcie.

Zanim uzyskał zadowalający go efekt, dwa pierwsze pojazdy małego konwoju znikły w oddali, zmierzając do miasta, z którego wyruszyli.

– Śpi.

– Niesłychane! – wykrzyknęli obaj niedawni adwersarze zgodnym chórem. Następnie się roześmiali, ale zaraz znów spoważnieli.

– Czy ktoś ma zasięg w telefonie?

Abby pokręciła głową.

– Co najgorszego może się przydarzyć? – zapytała.

– Śmierć z pragnienia? – podsunął sennie Rob z samochodu.

– Odpowiedzcie. Przynajmniej będziemy mieli o czym opowiadać przy kolacji – naciskała Abby.

– Chłopaki!

Wszyscy zwrócili wzrok na Jeza, który z szerokim uśmiechem wskazał tuman kurzu w oddali.

– Przyjechali po nas.

– Dzięki Bogu! – westchnęła Abby z ulgą, ocierając pot z czoła. Zmarszczyła brwi, usłyszawszy dziwny łoskot dobiegający od strony szybko przybliżających się pojazdów. – Co to takiego?

Młody człowiek wyglądał na równie zdezorientowanego jak ona. Dwaj starsi wymienili niespokojne spojrzenia.

– Lepiej wsiądź z powrotem, kochana – doradził Rob.

– Ale…

Tym razem hałas zabrzmiał głośniej, napawając ją lękiem.

– Czy to huk wystrzałów? – zapytała szeptem.

– Nic nam nie grozi – uspokajał Jez. – Powszechnie wiadomo, że Aarifa to spokojne miasto… – Kolejna seria strzałów nie pozwoliła mu dokończyć wypowiedzi. – Mimo wszystko wejdź do środka i schowaj głowę.

Rasowy koń arabski pewnym krokiem przemierzał nieprzeniknione ciemności. Biała, powiewna szata jeźdźca kontrastowała z aksamitną czernią nieba. Pędzili galopem w pełnej harmonii przez ocean piasku, póki nie dotarli do skalnego występu.

Z dala skała wyglądała na pionową, ale kręta ścieżka z szeregiem półek pozwalała bezpiecznie wejść na szczyt osobie bez lęku wysokości. Szlachetny rumak ciężko dyszał, gdy dotarli na wierzchołek. Jego pan czekał, aż jak zwykle w tym miejscu ogarnie go spokój. Tym razem na próżno. Tej nocy nawet zapierająca dech w piersiach panorama, wspaniała o każdej porze, ale najpiękniejsza nocą, nie poprawiła mu humoru.

Napięcie tylko trochę opadło na widok oświetlonych murów pałacu z wieżami i szczytami, widocznymi w promieniu wielu mil. Dziś oświetlono je intensywniej niż zwykle. Widział stare miasto, zbudowane w cieniu pałacu i geometryczny wzór zadrzewionych bulwarów wśród wysokich, oszklonych wieżowców nowych dzielnic. Stolica zawdzięczała bogatą iluminację królewskiemu weselu.

Dziś cały kraj świętował. Oprócz niego.

Nawet tu nie zdołał uciec od rzeczywistości.

Koń parsknął, zaczął tańczyć w kółko i kopać ziemię, jakby wyczuł jego nastrój. Mniej doświadczony jeździec pewnie już dawno by spadł. Zain przemówił do zwierzęcia. Poklepał je po szyi, strzepując z niej tuman wszechobecnego czerwonego kurzu. Gdy go uspokoił, zeskoczył zręcznie na kamienisty grunt. Poluźnił lejce i podszedł do skraju wzniesienia. Wpatrzony w miasto, nie zauważył błysków w ciemnościach. Zacisnął zęby i zmarszczył brwi, wściekły, że wystrychnięto go na dudka.

Uniknął wprawdzie gorszego losu, ale nie mógł sobie darować własnej naiwności. Do tej pory sądził, że umie oceniać ludzi. Tymczasem panna młoda, na cześć której cały kraj łącznie z zagranicznymi dziennikarzami wznosił dziś toasty, omamiła go bez trudu. Nie złamała mu wprawdzie serca, ale ciężko zraniła jego dumę.

Oczywiście teraz wszystko zrozumiał, ale po pół roku bardzo satysfakcjonującego romansu wbrew swoim żelaznym zasadom zaczął wierzyć, że połączyła ich autentyczna więź. Nie przemknęło mu nawet przez głowę, że piękna Kayla wodzi go za nos. Kto wie, do czego by to doprowadziło?

 

Na szczęście nie miał okazji tego sprawdzić. Toksyczną piękność zmęczyło czekanie. Gdy tylko dostała lepszą ofertę, przyjęła ją bez wahania.

Przybyła po wizycie u rodziny w Aarifie do jego apartamentu w Paryżu wcześniej, niż przewidywał. Chętnie zmienił plany, żeby spędzić z nią popołudnie w łóżku. Później z laptopem na kolanach obserwował, jak, już ubrana, siada przed lustrem, żeby poprawić makijaż.

– Nie musisz się malować – rzucił lekkim tonem.

Podczas półrocznego romansu nigdy nie widział jej nieumalowanej. Podczas rzadkich okazji, kiedy spędzał z nią całą noc, znikała w łazience, zanim się obudził. Wychodziła nienagannie ubrana i uczesana, dając do zrozumienia, żeby nie liczył na poranną powtórkę, bo rozmazałby jej szminkę i zburzył fryzurę.

Odwróciła ku niemu głowę z zimnym uśmiechem, jakiego nigdy wcześniej nie widział.

– Miło z twojej strony, że tak mówisz, ale o ile bez trudu przyszło mi udawanie, że lubię sztukę, operę i śmiertelnie nudną politykę, o tyle nie zamierzam dłużej schlebiać twoim upodobaniom. Naprawdę myślałeś, że wystarczy mi niezobowiązujący seks? Że poznałeś mnie przypadkiem? Że podjęłam pracę w galerii za głodową pensję, bo marzyłam o karierze zawodowej? Tylko w sypialni nie musiałam grać. Wiesz, tego będzie mi nawet brakowało – dodała z cynicznym śmiechem.

Zain nadal przetrawiał jej wypowiedź, gdy usiadła na łóżku i powiodła czerwonym paznokciem po jego porośniętej włosami klatce piersiowej.

– Właściwie nic ci nie jestem winna, ale pomyślałam, że ten jeden raz nie zaszkodzi. Moja rodzina oficjalnie ogłosi moje zaręczyny z twoim bratem w końcu przyszłego tygodnia, więc przez jakiś czas nie będziemy mogli się spotykać. Nie rób takiej zaszokowanej miny! Proszę tylko o to, żebyś na ślubie wyglądał na zdruzgotanego. Sprawisz bratu przyjemność.

Teraz, stojąc na skale, Zain rozciągnął usta w nieznacznym uśmiechu. Chociaż nie odziedziczył po ojcu wyglądu, wyglądało na to, że tak jak on nie widział wad płci przeciwnej. Doszedł do wniosku, że prawidłowa diagnoza to pierwszy krok do zwalczenia słabości.

Ojciec Zaina przeżył ostatnich piętnaście lat, oscylując między rozpaczą a żałosną nadzieją, nie przyjmując do wiadomości oczywistych faktów. Doprowadziło go to do zguby. Zain nie zamierzał pójść w jego ślady. Patrząc w ciemność, odtwarzał w pamięci scenę rozstania.

– Oczywiście wolałabym wyjść za ciebie, kochanie, ale nigdy nie poprosiłeś – wytknęła Kayla, wydymając wargi. Po raz pierwszy okazała złość. – A ja włożyłam tyle wysiłku, żeby być doskonałą w twoich oczach. Mimo wszystko za jakiś czas będziemy mogli kontynuować romans, jeśli tylko zachowamy dyskrecję. Khalid nie zaprotestuje. Za dużo o nim wiem.

Zain odpędził wspomnienie.

Ludzie zwykle sporządzają listę rzeczy, które chcieliby zrobić przed śmiercią. On w wieku dziewięciu lat zdecydował, czego nigdy nie zrobi. Dorastając, odrzucił niektóre postanowienia. Polubił warzywa i całowanie dziewczyn, ale wytrwał w postanowieniu, że nigdy się nie zakocha ani nie ożeni, żeby nie powtórzyć błędów ojca.

Miłość i małżeństwo nie tylko załamały dumnego władcę, ale zagroziły też jego narodowi i stabilności państwa. Obserwując bezradnie załamanego rodzica, Zain przestał go kochać i szanować. Obecnie czuł tylko gniew i wstyd. Na szczęście lojalni dworzanie i doradcy zapobiegali większym nieszczęściom. Kryli bezwładnego szejka i podtrzymywali wizerunek silnego, roztropnego monarchy.

Zaina nikt nie chronił.

Zły, że wbrew swoim zasadom wraca do przeszłości, zwrócił wzrok ku niewidocznej granicy Aarify z sąsiednim krajem, Nezenem.

Nagle coś błysnęło w oddali, jakby flesz, czy raczej światła samochodu. Chwilę później usłyszał czyjeś odległe krzyki.

Westchnął ciężko. Nie miał ochoty ratować kolejnego nierozsądnego turysty. Co najmniej dziesięciu miesięcznie gubiło drogę. Zain kochał pustynię, ale znał i respektował jej prawa i zagrożenia.

Czasami podejrzewał, że jego silną więź z ojczyzną spowodowało pochodzenie z mieszanego małżeństwa i konieczność udowadniania swej przynależności do narodu. Wydoroślał wprawdzie, ale czasem podsłuchana uwaga czy znaczące spojrzenie przypominały mu powody dawnej niepewności.

Dziś nikt go nie wyzywał. Brat już nie nasyłał łobuzów, żeby obrzucali go kamieniami albo bili, ale nigdy nie zyskał spokoju. Jego istnienie nadal stanowiło zniewagę dla wielu ludzi, zwłaszcza członków najznakomitszych rodów Aarify. Drażnił ich bardziej niż matka, która przynajmniej żyła za granicą.

Lepiej, żeby był bękartem, ale ojciec wziął ślub z jego matką, mimo że miał już żonę i następcę tronu. Kompletnie stracił dla niej głowę. Właśnie dlatego Zain uważał miłość za przejaw bezmyślnego egoizmu. Małżeństwo rodziców w pełni pokazało mu jej niszczącą siłę. Ojciec niewątpliwie bezgranicznie kochał jego matkę. Ich historia dała pożywkę brukowej prasie.

Szejk Aban al Seif, władca bogatego kraju bliskiego wschodu, mający już żonę i syna, zakochał się w ponętnej gwieździe opery – matce Zaina. Aczkolwiek odprawienie małżonki nie budziło w uważanej za postępową Aarifie zgorszenia, nawet w dzisiejszych, oświeconych czasach, ale nie z powodu zauroczenia inną. Rodzina porzuconej kobiety zaakceptowałaby taką decyzję, gdyby nie mogła dać mu następcy, ale już go urodziła. Ponadto pochodziła z jednego z najznamienitszych rodów w kraju. Straszliwie ją upokorzył, wybierając na jej następczynię nieodpowiednią osobę.

Najgorsze, że w mgnieniu oka podbiła serca ludu swym wdziękiem i urokiem osobistym. Wszyscy ją pokochali, ale równie szybko znienawidzili, gdy nagle opuściła małżonka i ośmioletniego synka, żeby wrócić do kariery scenicznej.

Jak na ironię, jej poniżony, dumny mąż, znany ze swej siły i determinacji, nie przestał jej kochać. Obydwaj jego synowie wiedzieli, że gdyby wróciła, natychmiast by ją przyjął. Pewnie dlatego nigdy nie nawiązali braterskiej więzi.

Khalid żył przeszłością tak samo jak ojciec. Jego oczy wciąż błyszczały gniewem na widok przyrodniego brata, którego obarczał winą za wszelkie krzywdy swoje i odtrąconej przez szejka matki. Zawsze chciał tego, co posiadał Zain, sukcesów, znajomości, a teraz również i kobiety. Bez wątpienia zależało mu tylko na tym, żeby mu to wszystko odebrać. Gdy tylko dostał to, o co walczył, zwykle tracił zainteresowanie. Czy tak samo będzie z Kaylą? Zain wzruszył ramionami. Już go to nie obchodziło.

ROZDZIAŁ DRUGI

Zain pokonał połowę dystansu dzielącego go od zepsutego auta, kiedy spostrzegł coś, co skłoniło go do zatrzymania się i zejścia z konia. Uważnie obejrzał ślady opon. Podniósł jedną z wielu leżących na piasku łusek po nabojach. Przytrzymał ją chwilę w dłoni, wyrzucił i z powrotem dosiadł rumaka.

Dotarcie do samochodu z włączonymi światłami zajęło mu dziesięć minut. Zawołał kilka razy, zanim ze środka wysiadło trzech mężczyzn. Gorączkowa wymiana zdań świadczyła o tym, że jego nienaganny angielski obudził ich zaufanie. Wszyscy naraz pospieszyli z wyjaśnieniami. Zain poprosił, żeby mówili pojedynczo. Po wysłuchaniu przerażającej relacji zapytał z niedowierzaniem:

– Przywieźliście tu kobietę?

– Nie planowaliśmy awarii, przyjacielu – odparł najstarszy z podróżnych z podbitym okiem. – Kazaliśmy Abby ukryć się w samochodzie, kiedy ta banda nadjechała, ale kiedy zaatakowali Roba… – wskazał człowieka, po którego czole nadal ściekała krew – …wyskoczyła i przyłożyła mu…

– Torebką – dodał drugi.

– Wtedy ją pobili.

– Czy była przytomna, kiedy ją zabrali?

– Trudno powiedzieć. Nie ruszała się, kiedy rzucili ją na tylne siedzenie.

Młodszy, o chłopięcym wyglądzie, zaczął szlochać:

– Co z nią zrobią?

– Bez obawy, synku – pocieszał starszy. – Znasz ją dobrze. Ma dar przekonywania. Potrafi wyjść z każdej opresji. Ujdzie cało, prawda? – dodał, spoglądając błagalnie na Zaina.

Zain nie widział powodu, żeby ukrywać przed nimi prawdę.

– Zachowają ją przy życiu, dopóki nie stwierdzą, czy można ją wymienić na pieniądze.

Brutalne stwierdzenie znów doprowadziło chłopca do płaczu.

Zain też posmutniał. Od dwóch lat nikt nie naruszył granicy z Nezenem. Said, minister obrony jego ojca, wpadłby w popłoch, gdyby usłyszał o kolejnej napaści przestępczych gangów, które mieszkały u stóp wzgórz.

Co będzie z babcią i dziadkiem, jeżeli tu zginę? – myślała gorączkowo Abby. – Kto spłaci ich długi? Nie mogę umrzeć. Muszę coś wymyślić, żeby przeżyć. Uniosła głowę i zamrugała powiekami, gdy jadący na wielbłądach mężczyźni oddali w powietrze kolejną serię strzałów.

Straciła przytomność, gdy wrzucili ją do furgonetki. Obudziła się z workiem na głowie, co spotęgowało strach i poczucie dezorientacji. Nie znała pory dnia ani celu podróży. Chyba już nawet nie chciałaby poznać. Zesztywniała z odrazy, gdy jeden z napastników chwycił ją brudną ręką za włosy i przyciągnął do siebie, żeby obejrzeć jej twarz. Wstrzymała oddech, a zaczerpnęła powietrza, dopiero kiedy ją puścił.

Próba znalezienia jakiegoś wyjścia przypominała wspinaczkę po piasku. Stosowne porównanie, zważywszy, że pokrywał dosłownie wszystko. Zacisnęła zęby, usiłując zignorować ból policzka, w który jeden z porywaczy wymierzył jej cios, gdy próbowała bronić Roba.

Usiłowała oszacować, jak dawno ją porwano. Odnosiła wrażenie, że upłynęły wieki od chwili, gdy wymachujący bronią bandyci otoczyli zepsute auto. Wokół nadal panowały ciemności. Tylko najbliższe otoczenie oświetlał płomień potężnego ogniska i światła około dwudziestu samochodów i furgonetek, bezładnie otaczających teren z trzech stron.

Pociągnęła za sznur, ale mocno związali jej ręce. Nogi wprawdzie pozostawili wolne, ale nie uciekłaby daleko. W ciągu kilku sekund dogoniliby ją na wielbłądach. Zresztą, dokąd by poszła?

Nie wypatrzyła w obozie żadnej kobiety. Nigdy nie była tak przerażona i samotna. Strach z początku ją sparaliżował, ale jej umysł znów zaczął pracować na wysokich obrotach, gdy jeden z mężczyzn, którzy rzucili ją na ziemię, podszedł i coś powiedział szorstkim tonem.

Pokręciła głową na znak, że nie rozumie, ale znów zaczął krzyczeć. Kiedy nie zareagowała, podszedł i pociągnął ją, żeby wstała. Popychał ją, póki nie dotarli do tuzina mężczyzn stojących w półokręgu. Kiedy odstąpiła do tyłu, pchnął ją mocno w plecy i wyciągnął długi zakrzywiony sztylet. Kiedy pochwycił jej ręce, ledwie powstrzymała łzy. Oczekiwała najgorszego. W końcu popłynęły, częściowo z ulgi, częściowo z bólu, gdy przeciął sznur, którym związano jej ręce z tyłu. Następnie przemówił do zgromadzonych, wskazując na nią. Chwycił ją za włosy i uniósł je do światła, wywołując chóralny okrzyk zdumienia.

Przerażona Abby stała bezradnie, zaciskając pięści w bezsilnej złości.

Ten, który stał obok niej, przemówił ponownie. Pozostali coś wykrzykiwali. Abby pojęła, że sprzedaje ją temu, kto zaoferuje najwyższą cenę. Pokręciła głową i otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale nie zdołała wydobyć głosu ze ściśniętego gardła.

Zamknęła oczy, żeby nie widzieć głodnych spojrzeń mężczyzn, ale zaraz je otworzyła, gdy prowadzący licytację rozdarł jej bluzkę, odsłaniając biustonosz. W tym momencie poniosły ją nerwy. Bez namysłu wzięła zamach i wymierzyła mu cios. W ostatniej chwili zrobił unik, ale dosięgła jego ramienia. Zaszokowany, krzyknął z bólu.

Ktoś się roześmiał, a wyraz zdziwienia na jego twarzy ustąpił wściekłości.

Nie było sensu uciekać. Nie miałaby dokąd umknąć. Dokładając wszelkich starań, żeby nie okazać strachu, ściągnęła razem poły bluzki.

Mężczyzna podszedł do niej, miotając przekleństwa, i uniósł rękę, żeby ją uderzyć. Nagle zamarł w bezruchu. Pozostali również. Ujrzeli bowiem jeźdźca na koniu, galopującego wprost na nich. Uciekli w popłochu, żeby uniknąć staranowania. Wyglądało na to, że przybysz wpadnie wprost w ognisko, ale w ostatnim momencie koń stanął w miejscu.

Po iście scenicznym wejściu, za jakie każdy reżyser zostałby obsypany nagrodami, nowo przybyły spokojnie rozejrzał się dookoła, jakby wycelowana w niego broń nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia.

Chwilę później zwinnie zeskoczył z siodła i z dumną miną ruszył w jej kierunku zdecydowanym krokiem. Zgromadzeni tak jak ona w milczeniu obserwowali wysoką, elegancką sylwetkę. Oceniła go na co najmniej metr osiemdziesiąt. Emanował siłą i pewnością siebie. Pożerała wzrokiem pięknie rzeźbione rysy mimo świadomości, że może stanowić równie wielkie niebezpieczeństwo jak banda w obozie.

 

Patrzył w milczeniu na licytatora, dopóki ten nie opuścił ręki. Następnie przeniósł wzrok na Abby. Spojrzenie błękitnych oczu wprawiło ją w zakłopotanie, mimo że nie widziała w nich dzikiej żądzy.

Uniosła głowę i wsparła ręce na biodrach. Nagle uświadomiła sobie, że rozerwana bluzka nadal odsłania za dużo. Ponieważ brakowało górnego guzika, zapięła drugi, żeby osłonić piersi. Pomyślała, że pewnie tylko wyobraziła sobie błysk aprobaty w oczach przybysza. Chwilę później przemówił do licytatora głębokim, niskim głosem.

Cokolwiek powiedział, najwyraźniej rozdrażnił jednego z potencjalnych klientów, który głośno zaprotestował. Żywo gestykulując, podszedł do Abby. Jego cuchnący, nieświeży oddech owionął jej twarz. Kiedy chwycił ją za włosy, zacisnęła powieki w oczekiwaniu najgorszego, ale nic takiego nie nastąpiło. Rozluźnił uścisk i opuścił rękę.

Otworzywszy do połowy oczy, rozpoznała człowieka, który ją porwał, wpatrzonego w przybysza w długich białych szatach, który z uśmiechem obejmował go ramieniem, ignorując wymierzony w niego sztylet.

Abby wstrzymała oddech. Jej serce z całej siły waliło o żebra. W żyłach krążyły uderzeniowe dawki adrenaliny.

Niema próba sił trwała kilka sekund. W końcu niedoszły nabywca zrobił wielkie oczy, odwrócił głowę i schował broń do pochwy ukrytej w fałdach odzieży. Stracił twarz. Niewątpliwie nie zamierzał dać za wygraną. Zaczął krzyczeć i gwałtownie gestykulować. Tylko nieliczni zawtórowali mu przyciszonymi pomrukami. Wyglądało na to, że przegrał.

Tymczasem wysoki jeździec zdjął pierścień z brązowego palca i zegarek z nadgarstka i położył je na dłoni licytatora. Ten wyjął z kieszeni latarkę, obejrzał łup i bez słowa skinął na jednego z obecnych, który podszedł do nich z arkuszem papieru. Rozłożył go na skrzynce służącej za stół.

Czyżby szykował umowę sprzedaży?

Ta myśl napawała ją zdumieniem i odrazą. Nie zaszczyciwszy jej nawet jednym spojrzeniem, jeździec wziął ją za rękę i podprowadził do zaimprowizowanego stolika. Wziął oferowany długopis i złożył podpis. Następnie podał go Abby. Popatrzyła na niego jak na jadowitego węża, pokręciła głową i schowała rękę za plecy.

– Co to jest?

Głośna muzyka z kilku samochodowych głośników, która pozwoliła Zainowi niepostrzeżenie przybyć do obozu, znów mu pomogła, zagłuszając wymamrotaną przez niego odpowiedź.

– Możesz później przeczytać to, co napisano drobnym drukiem. Na razie podpisz, jeżeli chcesz jeszcze zobaczyć swój dom i rodzinę – ponaglił.

Abby zrobiła wielkie oczy. Nie spodziewała się odpowiedzi, zwłaszcza w nienagannej angielszczyźnie.

Wzięła głęboki oddech i powoli wypuściła powietrze z płuc. Czemu się jeszcze wahała, mając do wyboru znacznie gorszą alternatywę? Skinęła głową i wzięła długopis w drżącą rękę. Pewnie by go upuściła, gdyby długie, smukłe palce nie ujęły jej dłoni i nie skierowały na dokument. Podpisała go niemal automatycznie. Nieznajomy zrolował go i wetknął do kieszeni swej szaty. Tymczasem po prawej stronie narastał zgiełk coraz głośniejszej kłótni.

Nie ulegało wątpliwości, że dziewczyna przeżyła szok. Patrzyła na niego półprzytomnie wielkimi, zamglonymi oczami. Zain stłumił współczucie. Nic by im nie dało. Potrzebowali logicznego myślenia i odrobiny szczęścia. Kątem oka obserwował skłóconych mężczyzn. Wkrótce doszło do rękoczynów. Pozostali stopniowo dołączali do którejś ze stron.

– Chodź – wycedził przez zaciśnięte zęby, ujmując ją pod łokieć.

Czuł, że drży, ale nie próbował jej uspokoić. Wiedział, że muszą opuścić obóz, zanim ktoś go rozpozna i stwierdzi, że jest znacznie więcej wart niż rudowłosa piękność. Z wysiłkiem oderwał wzrok od długich nóg.

– Możesz chodzić? – zapytał.

– Oczywiście – odparła, wyrównując z nim krok.

Mimo że niewątpliwie nadal budził w niej lęk, zobaczyła w nim szansę wyjścia z opresji. Zainowi zaimponowało jej opanowanie. Podziwiał ją za to, że szła mimo osłabienia i nie wpadła w histerię.

– Szybciej – ponaglił. – Nie mamy całego dnia.

Mimo słusznego wzrostu Abby musiała unieść głowę, żeby posłać mu urażone spojrzenie.

– Przecież próbuję – wymamrotała przez zaciśnięte zęby.

– No to zbierz siły, zanim sobie uświadomią, że mogą cię odzyskać, mimo że wniosłem za ciebie małżeńską opłatę – naciskał, zerkając na własną dłoń, pozbawioną pierścienia, który nosił od osiemnastych urodzin. – Albo pochwycić mnie – dodał po chwili.

Na szczęście nie był następcą tronu tylko drugim, zapasowym synem władcy.

Zerkając spod gęstych, spuszczonych rzęs, kalkulował, ilu ludzi może zastąpić im drogę. Ucieszyło go spostrzeżenie, że walczą między sobą. Nie mógł jednak wykluczyć, że zaprzestaną walki i skierują agresję na wspólnych wrogów, czyli na niego i rudowłosą. Nie okazał jednak w żaden sposób swych obaw, nie z powodu męskiej dumy, lecz ze zdrowego rozsądku. Doświadczenie nauczyło go, że wrogowie, zwłaszcza uzbrojeni, mogą wykorzystać słabość przeciwnika.

Jego twarz wykrzywił grymas zniecierpliwienia, gdy dziewczyna zwolniła kroku, dochodząc do rumaka.

– Nie ugryzie cię, jeżeli go nie rozdrażnisz – spróbował ją uspokoić.

Abby tylko raz w życiu jechała na plaży na osiołku o smutnych oczach. Już w wieku jedenastu lat jej długie nogi niemal sięgały ziemi. Ten wierzchowiec, tańczący w miejscu, mierzył według jej oceny prawie trzy metry i nie robił wrażenia łagodnego.

– Sądzę, że mnie nie polubił – stwierdziła.

Tajemniczy nieznajomy zignorował jej uwagę. Wskoczył na siodło, uniósł ją do góry i posadził przed sobą. Abby ze strachu przylgnęła do twardego ciała bez grama tłuszczu. Dopiero gdy koń się uspokoił, dotarł do niej sens jego wcześniejszych słów.

– Kupiłeś mnie na żonę? – spytała.

– Czy możesz coś zrobić z włosami? Nic przez nie nie widzę – narzekał, odgarniając burzę rudych loków z twarzy i popędzając zwierzę do kłusa. – Tak, właśnie wzięliśmy ślub.

Abby zwróciła na niego spojrzenie wielkich oczu. Krzyknęła z przerażenia, gdy zaczęli galopować z zawrotną prędkością. Raczej wyczuła, niż usłyszała za sobą bezgłośny śmiech jeźdźca. Tuman piasku zmusił ją do wtulenia twarzy w jego ramię i zamknięcia oczu. Nie zamierzała ich otwierać. I tak nic nie widziała w ciemnościach, odkąd opuścili obóz.

Jak rozpoznawał kierunek? I dokąd ją wiózł? Czy naprawdę zostali małżeństwem?

Wkrótce jednostajny tętent kopyt nieco ją uspokoił.

– Czy nas ścigają? – spytała.

– Niewykluczone. Zdążyłem unieruchomić tylko połowę samochodów… – Przerwał, gdy przypomniał sobie bandytę podnoszącego rękę na bezbronną kobietę. – Czy zrobili ci krzywdę?

– Nie taką, jak myślisz – odpowiedziała sennie, tłumiąc ziewnięcie.

Zmęczenie nie pozwoliło jej otworzyć oczu, ale próbowała. Po jej głowie krążyło mnóstwo niezadanych pytań. Tym niemniej chwilę później znów ziewnęła. Przestała nawet czuć pieczenie w miejscu ukąszenia. Nieznajomy jedną ręką dla bezpieczeństwa objął ją powyżej talii.

– To szaleństwo – wymamrotała sennie.

– Nie. To fizjologia – odpowiedział. – Szok uwalnia związki chemiczne.

Zain w pełni doceniał rolę reakcji hormonalnych. Kiedy zobaczył rudą dziewczynę,prowadzoną jak owca na targ, zapałał niepohamowanym gniewem. Mimo że do tej pory zawsze panował nad sobą, ledwie zapanował nad pierwotnym instynktem, który kazał mu gwałtownie interweniować bez względu na konsekwencje.

– Nie jestem w szoku – zaprotestowała, otwierając oczy.

Zain zwrócił na nią wzrok. Od tyłu widział tylko mocną linię podbródka, świadczącą o uporze, ale uderzenie bandyty wymagało czegoś więcej. Podziwiał jej odwagę, mimo że nie wykazała rozsądku. Nigdy nie widział większej brawury.

– Zagrożenie minęło i twój poziom adrenaliny spada.

Abby zaśmiała się, jakby rozśmieszyła ją myśl, że umknęła niebezpieczeństwu.

– Znalazłaś coś zabawnego w tej sytuacji?

– Wolałbyś, żebym histeryzowała? – odburknęła z urazą. – Niedobrze mi.