Hiszpańskie oliwkiTekst

Z serii: Poza serią
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kim Lawrence, India Grey, Maisey Yates
HISZPAŃSKIE OLIWKI

Tłumaczenie:

Małgorzata Dobrogojska, Kamil Maksymiuk, Agnieszka Baranowska

Przygoda w Andaluzji

Tłumaczenie:

Małgorzata Dobrogojska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Lucy Fitzgerald…?

Santiago, który słuchał entuzjastycznych zachwytów brata nad jego najnowszą „tą jedyną” dość nieuważnie, teraz podniósł głowę i usiłował umiejscowić dziwnie znajome nazwisko.

– Czy ja ją znam?

Młody chłopak, stojący przed dużym lustrem w pozłacanych ramach, zawieszonym nad imponującym kominkiem, wybuchnął śmiechem i jeszcze przez chwilę podziwiał swoje odbicie, przeczesując palcami sięgające kołnierzyka, ciemne włosy.

– Gdybyś ją poznał, nigdy byś nie zapomniał. Jestem pewien, że zakochałbyś się bez pamięci.

– Na pewno nie aż tak jak ty jesteś zakochany w sobie samym, braciszku.

Ramon, niezdolny oprzeć się urokowi swojego odbicia, znów spojrzał w lustro, tym razem oceniając profil.

– Cóż, powinno się dążyć do doskonałości – odparł z udawaną powagą.

W rzeczywistości bowiem świetnie zdawał sobie sprawę, że niezależnie od doskonałości profilu i całej sylwetki nigdy nie będzie miał tego, czym dysponował jego charyzmatyczny brat i co tak nieroztropnie trwonił. Zdaniem Ramona, niezauważanie kobiet chętnych zacieśnić znajomość, było karygodne.

Jednak, pomimo tak rażącej niedbałości i częstego marnowania okazji, jego brat wcale nie żył jak mnich.

– Chyba już się więcej nie ożenisz? – spytał i natychmiast pożałował swoich słów. – Przepraszam, nie chciałem… – Niezręcznie wzruszył ramionami.

Od śmierci Magdaleny minęło już osiem lat i choć Ramon był wtedy dzieciakiem, wciąż doskonale pamiętał, jak trudny był to czas dla Santiaga. Wciąż się zdarzało, że wspomnienie imienia zmarłej żony przywoływało ten straszny wyraz pustki w jego oczach. Zresztą i tak nie mógłby zapomnieć – mała Gabriella była wiernym odbiciem matki.

Wyczuwając zakłopotanie brata, Santiago odsunął od siebie miażdżące poczucie winy i klęski, jakie wywoływała w nim każda myśl o tamtym wypadku, i zmienił temat na bezpieczniejszy.

– Zatem dzięki tej Lucy nachodzą cię myśli o małżeństwie – powiedział. – To chyba znaczy, że jest w niej coś wyjątkowego…

– Oj tak…

Żarliwość tej odpowiedzi była zaskakująca.

– Ale aż małżeństwo?

Ramon popadł w krótkie zamyślenie, ale zaraz podniósł głowę i popatrzył na brata z wyzwaniem.

– A czemu nie?

Teraz obaj sprawiali wrażenie zaskoczonych tą wymianą zdań.

Starszy brat opanował się pierwszy.

– Dlaczego nie? – powtórzył wolno. – Choćby dlatego, że masz dopiero dwadzieścia trzy lata. A jak długo znasz tę dziewczynę?

– Ty miałeś dwadzieścia jeden, kiedy się ożeniłeś.

Santiago nie chciał wracać do wspomnień, więc tylko obojętnie wzruszył ramionami. Zdawał sobie sprawę, że jego opór jeszcze podgrzeje emocje brata, a zresztą wiedział z doświadczenia, że młodzieńczy entuzjazm bywał często typowym słomianym zapałem.

– Może mi ją przedstawisz?

Wojowniczy ogień w oczach młodzieńca przygasł.

– Pokochasz ją. To niezwykła osoba. – Opisując wygląd dziewczyny, kreślił sugestywne kształty dłońmi. – Bogini.

Na tę nabożną deklarację Santiago uśmiechnął się kpiąco i sięgnął po leżącą na biurku kopertę.

– Nigdy wcześniej nie spotkałem nikogo takiego.

– Naprawdę musi być wyjątkowa. – Choć Santiago sam nigdy nie spotkał kobiety bogini, chciał sprawić bratu przyjemność.

– Czyli nie masz nic przeciwko temu?

– Zaproś ją na piątkowy obiad.

– Naprawdę? Tutaj?

Santiago kiwnął głową i zaczął przerzucać trzymane w dłoni kartki, zapisane drobnym, gęstym pismem macochy. Podobno Ramon znów wpadł w kłopoty i Santiago powinien interweniować.

– Nie wspomniałeś, że masz powtarzać drugi rok – zwrócił się do brata.

Ramon tylko wzruszył ramionami.

– Szczerze mówiąc, biologia morza nie jest tym, czego się spodziewałem.

Santiago spojrzał na niego twardym wzrokiem.

– Podobnie jak archeologia i poprzednio? Ekologia?

– Nauka o środowisku – poprawił Ramon. – Ale wierz mi, to naprawdę…

– Jesteś bystry i inteligentny, więc zupełnie nie mogę zrozumieć… – Z dużym trudem opanował frustrację. – W ogóle chodziłeś na jakieś wykłady?.

– Trochę… no tak, wiem i naprawdę zamierzam się przyłożyć. Lucy mówi…

– Lucy? – Zauważył minę brata i dodał: – Ach tak, bogini. Zapomniałem, przepraszam.

– Uważa, że wykształcenie to coś, czego nikt nie może ci odebrać.

Zaskakujące. Ta Lucy wydawała się zupełnie inna niż dziewczęta, z którymi zwykł się dotychczas spotykać jego brat.

– Nie mogę się doczekać, kiedy ją poznam.

Może Ramon potrzebował właśnie takiej mądrej kobiety, doceniającej wartość wykształcenia?

Lucy nie przejęła się specjalnie, kiedy już pierwszego dnia samochód Harriet odmówił współpracy, więc poszła do miasta piechotą. Odległość nie stanowiła problemu, dużo gorsze było palące, południowe andaluzyjskie słońce.

Tydzień późnej samochód Harriet wciąż jeszcze stał w warsztacie, a na opalonym nosie Lucy łuszczyła się skóra. Na szczęście bolesne zaczerwienienie już zeszło, a skóra odzyskała normalną, jasno brzoskwiniową karnację.

Tym razem także poszła piechotą, tyle że wybrała się wcześniej, dzięki czemu zdążyła zrobić zakupy i wrócić, zanim temperatura przekroczyła trzydzieści stopni. Dziś jednak miała na głowie bezkształtny słomkowy kapelusz, pożyczony od przyjaciółki.

Przeszła przez mostek i znalazła się na terenie posiadłości, a była dopiero dziesiąta trzydzieści. Dom był nieduży i skromnie wyposażony, za to pokryty czerwoną dachówką. Harriet wybrała to miejsce ze względu na półtora hektara porośniętego krzewami terenu. Po przejściu na emeryturę postanowiła spełnić swoje dziewczęce marzenie i założyć w Hiszpanii azyl dla osiołków.

Lucy weszła na trawiasty brzeg obok mostka i zsunęła sandały. Pierwsze zetknięcie z lodowatą wodą było jak ukłucia tysięcy igiełek, wkrótce jednak pozostała tylko przyjemność. Gładkie kamyczki były miłe w dotyku, a woda bardzo przejrzysta.

Ściągnęła kapelusz, uniosła twarz do słońca i zamknęła oczy, delektując się tym wyjątkowym przeżyciem.

Kary ogier z Santiagiem na grzbiecie wynurzył się z przyjaznego cienia sosen. Mężczyzna w zamyśleniu poklepał szyję zwierzęcia poruszającego się bezgłośnie po torfiastej ścieżce wiodącej ku bystremu strumieniowi.

Teraz już wiedział, dlaczego imię sympatii brata wydawało mu się znajome. W chwili, kiedy zobaczył dziewczynę przed sobą, błyskawicznie połączył znaną z tabloidów twarz z nazwiskiem.

Tym razem nie miała na sobie seksownej czerwonej sukienki i pantofelków na wysokim obcasie, bo taki właśnie obraz prezentowały wtedy media, ale nie było wątpliwości, że to ta sama kobieta. Kobieta, która zdaniem opinii publicznej zasłużyła na bezwzględne potępienie.

Nie zainteresowałby się tą historią, gdyby nie własne trudne przeżycia.

W jego przypadku kobieta, którą dziś ledwo pamiętał, próbowała go szantażować, ale on poradził sobie dużo lepiej niż ofiara Lucy. Santiago uważał szantaż za domenę tchórzów; z tego punktu widzenia panna Fitzgerald reprezentowała sobą wszystko, czym pogardzał.

A teraz stała tuż przed nim. Niechętnym wzrokiem taksował zgrabną sylwetkę w zwykłym bawełnianym topie i krótkiej spódniczce. Nawet jeżeli miała paskudny charakter, to ciało było warte grzechu.

Może niezupełnie w jego typie, ale nietrudno było zrozumieć, dlaczego jego brat tak łatwo stracił dla niej głowę.

No, ta kobieta z pewnością nie wywrze na Ramona pozytywnego wpływu. Z niemal czułą tęsknotą wspomniał piękne, lecz puste dziewczęta, z którymi dotychczas spotykał się jego brat. Te niegroźne miłostki nigdy nie wymagały interwencji Santiaga. Tym razem jednak to było coś zupełnie innego: nie mógł pozwolić, by brat stał się ofiarą tej kobiety.

Dlaczego upatrzyła sobie właśnie jego? Wydał jej się łatwym celem?

Czy młody zdawał sobie sprawę, kim była? Czy znał jej historię, choćby w okrojonej wersji? Kiedy wydarzył się skandal, był zaledwie nastolatkiem. A Lucy z pewnością była równie przekonująca, jak Ramon oczarowany.

W dodatku chyba była od niego starsza, choć wyglądała młodo. Rzeczywiście miała w sobie to coś i określenie „bogini” wcale nie wydawało się na wyrost. W promieniach słońca wyraźnie widział jej zgrabną, kuszącą sylwetkę.

Póki go nie zauważyła, bez skrępowania korzystał z możliwości obserwowania jej kształtów pod lekkim ubraniem. A było na co popatrzeć. Wysoka i postawna, miała długie, smukłe nogi i proporcjonalną figurę. W blasku słońca jej włosy przybrały odcień srebra… Musiał przyznać, że emanowała seksem, a jej uroda była naprawdę niepokojąca. Jeżeli chciał uchronić brata przed jej niebezpiecznym czarem, musiał działać naprawdę szybko. Któregoś dnia Ramon mu za to podziękuje.

Polerowana skóra siodła skrzypnęła, kiedy przerzucił nogę nad zadem i lekko zeskoczył na ziemię. Lucy drgnęła, obróciła się gwałtownie i zobaczyła mężczyznę. Pod słońce nie widziała szczegółów, dostrzegła jednak masywnego wierzchowca pijącego ze strumienia.

– Przepraszam, nie chciałem pani przestraszyć – odezwał się nieznajomy.

Pomimo świetnej angielszczyzny chyba nie był Anglikiem, bo wychwyciła cień obcego akcentu. Głos był głęboki, aksamitny… i niepokojący. Uśmiechnęła się lekko i pokręciła głową.

 

– Nic się nie stało. Nie słyszałam, jak pan nadjechał.

Odrzuciła włosy na plecy i ruszyła w stronę brzegu, unikając stąpania po ostrych kamykach. Osiągnęła suchy piasek, wspięła się na pochyłość i stanęła twarzą w twarz z nieznajomym, wystarczająco blisko, by do jej nosa dotarł jego zapach. Nadal pogodnie uśmiechnięta uniosła głowę i popatrzyła na niego.

Był wysoki, barczysty, zgrabny i długonogi. Wyczuwała w nim siłę, surowość i żywiołowość. W świetle słonecznym twarz stanowiła zamazaną plamę i dopiero kiedy osłoniła oczy, dostrzegła coś więcej.

Rysy sprawiały wrażenie wyrzeźbionych w brązie ręką artysty pragnącego oddać kwintesencję męskości – kształtny, wyrazisty nos, szerokie czoło, mocna szczęka i wysokie kości policzkowe. Usta też sprawiały wrażenie wyrzeźbionych, z górną wargą mocną i zdecydowaną, a dolną pełniejszą, wrażliwą.

Całość musiała robić wrażenie i dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że on z podobną otwartością taksuje wzrokiem ją.

Była dobra w ukrywaniu uczuć, ale trafiła na godnego przeciwnika. Z nieprzeniknionych, ciemnych oczu, ocienionych grubymi rzęsami, przywodzącymi na myśl rozgwieżdżone niebo, nie dawało się nic wyczytać.

– Skąd pan wie, że jestem Angielką?

Santiago uspokajająco poklepał konia i zawiesił wzrok na jej długich do pasa, popielato blond włosach. Na wszystkich zdjęciach widział ją uczesaną w elegancki kok, odsłaniający piękną, długą szyję i delikatny zarys kości policzkowych. Teraz wyglądała zupełnie inaczej, lecz równie urzekająco.

– Pani karnacja na to wskazuje…

Bladokremowa skóra połyskiwała opalizująco w promieniach słońca, a rumieńce na policzkach nie były skutkiem makijażu – zresztą wcale nie była umalowana. Pomimo jasnej karnacji brwi i rzęsy miała ciemne. Wargi niemal zbyt pełne przy tak delikatnych rysach, ale oczy idealne. Duże, lekko skośne, w zaskakującym odcieniu błękitu, podkreślonym ciemnym pierścieniem wokół tęczówki.

– Ach… – Lucy wsunęła kosmyk włosów za ucho i uśmiechnęła się nieśmiało, otrzymując w zamian mroczne spojrzenie.

Chyba chciał sprawiać wrażenie nieprzystępnego, ale język jego ciała wyraźnie temu przeczył.

Przesunął wzrokiem po jej sylwetce, a nieskrywana bezczelność tego spojrzenia była bardzo nieprzyjemna i fatalnie świadczyła o jego manierach.

– Mam wrażenie, że wszedł pan na cudzy teren – zauważyła sucho.

– Ja? – Sprawiał wrażenie rozbawionego sugestią. – Jestem Santiago Silva.

Czyli to ten mężczyzna był właścicielem całego terenu, również domu i ziemi dzierżawionej przez Harriet. Zresztą przyjaciółka miała o nim jak najlepsze zdanie.

– Nie wiedziałem, że mamy tu w okolicy tak sławnego, czy też może raczej niesławnego gościa. Witam, panno Fitzgerald.

Jej gwałtowne wzdrygnięcie sprawiło mu niekłamaną satysfakcję.

ROZDZIAŁ DRUGI

Lucy poczuła znajomy, chłodny ucisk w żołądku, a jej rysy stężały. Jak mogła przypuszczać, że nikt jej tutaj, w Hiszpanii nie rozpozna? Świat był mały, a pojawienie się internetu jeszcze go zmniejszyło.

Wciąż powtarzała sobie, że opinia obcych osób nie ma najmniejszego znaczenia, niestety pogardliwe spojrzenia i komentarze nadal sprawiały, że miała ochotę schować się w mysią dziurę, co zresztą robiła przez ostatnie cztery lata.

Duma kazała jej podnieść głowę i hardo popatrzeć mu w oczy. Nie będzie się więcej ukrywać; nie zrobiła przecież nic złego. Nakaz sądowy był już nieaktualny, mogła się więc bronić. Do tej pory kierowało nią przekonanie, że jako niewinna ofiara nie musi się przed nikim tłumaczyć, zresztą ważni dla niej ludzie nigdy nie uwierzyli w wypisywane o niej kłamstwa.

– Gdybym wiedziała, jak ciepli, czarujący i gościnni są tubylcy, zjawiłabym się tu wcześniej – powiedziała z nieszczerym, słodko mdlącym uśmiechem, z satysfakcją obserwując rozdrażnienie swojego rozmówcy.

– I jak długo zamierza tu pani zostać?

– A co? Chciałby się pan mnie stąd pozbyć?

Odpowiedział kolejnym kamiennym spojrzeniem i nawet Lucy, przyzwyczajoną do ludzkiego potępienia, zaskoczyła tak otwarta wrogość.

Tamta sprawa miała miejsce cztery lata temu i nawet gdyby w jego opinii była tak zła, jak ją opisywano, to i tak jego oczywista antypatia wydawała się zdecydowanie na wyrost.

Zapewne wszyscy miejscowi poparliby go bez wahania. Sprawiał wrażenie przywódcy, który byłby w stanie ukierunkować przekonania lokalnej społeczności.

Odkąd tu przyjechała, wciąż coś o nim słyszała. Na podstawie tych komentarzy zbudowała sobie w wyobraźni obraz kogoś bardzo odmiennego od stojącego przed nią mężczyzny. Ten, chłodny i zarozumiały, z pewnością nie grzeszył ciepłem czy współczuciem, jakich by się z tych opisów spodziewała. Przypominał raczej autokratę, oczekującego od podwładnych pokłonów i uległości.

– Poznała już pani mojego brata – oznajmił tonem wyrzutu.

W pierwszej chwili chciała zaprzeczyć, ale nagle zrozumiała.

– Ramon.

Młody człowiek, który zadzwonił do domu Harriet tuż przed jej wyjściem i zaprosił ją na kolację do castillo. Na szczęście odmówiła.

Początkowo nie zauważyła ich podobieństwa. Ramon nie miał w sobie ani cienia despotycznej arogancji swojego brata. Był zwykłym, miłym chłopakiem, który bardzo im pomógł, kiedy wkrótce po przyjeździe zaczęły się kłopoty ze starym samochodem Harriet.

Od tamtej pory dwukrotnie zadzwonił do nich, a niedawno, co wspomniała z uśmiechem, pomógł jej łapać krnąbrnego osła przed wizytą weterynarza. Wylądował wtedy na brzuchu w kurzu, niszcząc eleganckie ubranie. Trudno uwierzyć, że był blisko spokrewniony z jej rozmówcą.

– Proszę się z nim więcej nie spotykać. – Polecenie zostało wydane łagodnym, nieomal konwersacyjnym tonem, pozostającym w wyraźnej sprzeczności z pobrzmiewającą w nim groźbą.

Obrót, jaki przybrała rozmowa, był doprawdy zaskakujący. Czy miał pretensję o odrzucenie zaproszenia na kolację? Czy popełniła jakieś towarzyskie faux pas? Taka ewentualność zaniepokoiła ją ze względu na Harriet. Przyjaciółka włożyła sporo wysiłku, by znaleźć swoje miejsce w tutejszej społeczności, i Lucy nie chciała jej w żaden sposób zaszkodzić.

– Ramon gdzieś wyjeżdża?

– On nie, ale pani.

Lucy powoli zaczynała tracić cierpliwość.

– Może by mi pan wyjaśnił, o co właściwie chodzi!

Przewał jej lodowatym tonem:

– Tak inteligentnej kobiecie wystarczyłoby się chwilę zastanowić. Ramon jest zbyt młody, by czerpać ze swojego funduszu powierniczego bez mojej zgody. Jego obecny status finansowy zależy całkowicie ode mnie.

– Biedny chłopak – bąknęła.

Owszem, mogła mu współczuć, tylko dlaczego jego brat uznał, że ta informacja mogła być dla niej interesująca?

– Tak więc marnuje pani czas.

– Mój czas to moja sprawa. – Wciąż nie miała pojęcia, o co właściwie chodzi w tej rozmowie.

Błysnął białym, nonszalanckim uśmiechem.

– Proponuję ograniczyć straty i znaleźć sobie lepiej rokujący obiekt.

Nadal kompletnie zdezorientowana, Lucy potrząsnęła głową.

– Nie ma pojęcia, o czym pan mówi.

Zirytowany tym pokazem niewinności, Santiago skrzywił się z niesmakiem. Wyczuwając jego nastrój, koń zaczął grzebać kopytem i parskać. Lucy bez zastanowienia postąpiła krok do przodu, żeby go poklepać, ale mężczyzna odgrodził ją od zwierzęcia.

– Nie lubi obcych – wyjaśnił krótko.

– Doskonale go rozumiem.

Santiaga kusiło, by odpowiedzieć na wyzwanie w jej oczach; ich niezwykła barwa działała mu na zmysły, ale nie dał się sprowokować.

– Wolałbym już zakończyć to spotkanie.

W gruncie rzeczy wcale nie tego chciał, bo całym sercem tęsknił za odwetem, ale… czasem trzeba zrobić to, co konieczne zamiast tego, co słuszne. Nawet jeżeli w ogóle mu się to nie podobało.

– Jeżeli wyjedzie pani natychmiast, pokryję wszystkie wydatki.

Hotel, jako jedyny taki obiekt w miasteczku, był drogi, ale poza nim było tylko kilka rodzinnych pensjonatów, a nie mógł sobie wyobrazić, by Lucy Fitzgerald zadowoliła się czymś podobnym. Był przekonany, że zamieszkała w hotelu.

Lucy pokiwała głową.

– To bardzo hojna propozycja – bąknęła. – Naprawdę uważa pan, że może stawiać mi warunki? Nadal nie mam pojęcia, o co w tym chodzi.

– Pokryję wydatki i jestem skłonny wyasygnować pewną kwotę, ale tylko – podkreślił – pod warunkiem natychmiastowego wyjazdu.

– Ale za co konkretnie chce mi pan zapłacić?

– Za opuszczenie naszych stron i zostawienie w spokoju mojego brata.

Lucy nie wierzyła własnym uszom, w ogóle cała ta rozmowa była jakaś chora. Mimo wszystko postanowiła nie dać się sprowokować. Zarzuciła torbę na ramię, odwróciła się i zaczęła oddalać.

Kiedy ją zawołał, nawet się nie obejrzała. Chwilę potem weszła na pylistą drogę, a Santiago obserwował ją z miną frustrata.

We własnym mniemaniu zachował się racjonalnie. Chciał zaproponować wysoką kwotę, a ona kompletnie go zignorowała. Takiej możliwości w ogóle nie brał pod uwagę.

Zaklął pod nosem, wskoczył na siodło i skierował konia w stronę domu. Dopiero po dłuższej chwili zaczął się zastanawiać, skąd ona się tu właściwie wzięła. Na piechotę, daleko od zabudowań? Przecież jedyny zamieszkały budynek, położony około trzech kilometrów od miejsca spotkania, wynajął angielskiej akademiczce, która postanowiła stworzyć azyl dla osłów.

Trudno byłoby sobie wyobrazić dwie bardziej różne osoby, więc ich znajomość można chyba wykluczyć. Może na kogoś czekała? I może to spotkanie wymagało prywatności…?

Kiedy dojechał do rezydencji, był już przekonany, że Lucy umówiła się na schadzkę z jego bratem.

Wściekła Lucy dotarła do bramy finca w rekordowym tempie i przystanęła przed wejściem, żeby się trochę uspokoić. Wolała, by przyjaciółka nie dowiedziała się o tym starciu.

Harriet czułaby się zobowiązana stanąć po jej stronie, a konflikt z właścicielem dzierżawionego terenu mógłby się skończyć rozwiązaniem umowy. Lucy przypuszczała, że zrobiłby to z przyjemnością.

Dlatego najlepiej będzie w ogóle nie wspominać o incydencie. Zresztą nie było powodu. Santiago nie miał pojęcia, że mieszka z Harriet, więc po prostu nie będzie wchodziła mu w drogę, zresztą wcale nie miała ochoty na ponowne spotkanie.

Podjęte postanowienie trochę ją uspokoiło. Wzięła głęboki oddech i przyoblekła twarz w pogodny uśmiech. Z dużym zaskoczeniem wyczuła wilgoć na policzkach. Najwyraźniej bezczelny typ osiągnął to, co nigdy nie udało się mediom – doprowadził ją do łez.

Harriet, zazwyczaj bystra obserwatorka, tym razem niczego nie zauważyła. Najwyraźniej nie była jeszcze w pełni sił, a ponieważ wstała wcześnie i przez czas nieobecności przyjaciółki zajmowała się zwierzętami, Lucy od razu pogoniła ją do łóżka.

Następnego ranka postanowiła zawieźć siano na dolne pastwisko. Kiedy szła przez łąkę, w bzyczenie pszczół, trzmieli i granie świerszczy wdarł się dziwny, obcy dźwięk. Kiedy dzieliła siano pomiędzy zebrane wokół niej zwierzęta, dźwięk narastał, by zakończyć się głośnym łoskotem. Zaraz potem nastała złowieszcza cisza.

Lucy porzuciła taczkę z resztą siana i rzuciła się biegiem w tamtą stronę. Ciężko dysząc, dopadła miejsca, z którego widać było drogę. Jednym rzutem oka oceniła sytuację i zrozumiała, co się stało. Duży kład ześlizgnął się z kamienistej ścieżki i teraz leżał na boku, częściowo w rowie, a częściowo w krzakach, które wplątały się pod koła. Natomiast nigdzie nie było widać kierującego. Czyżby siła uderzenia odrzuciła go gdzieś dalej?

Nie było czasu na rozmyślanie. Potykając się o kamienie i wzniecając chmurę pyłu, w kilka sekund zbiegła ze skarpy. Nadal nie widziała kierowcy kłada, a łomot przerażonego serca zagłuszał inne dźwięki.

– Jest tu kto? Wszystko dobrze? – zawołała po hiszpańsku i wtedy dobiegł ją cichy jęk.

– Nie, nie jest dobrze. Ja… – Zalał ją potok hiszpańskiego, potem stęknięcie, głębokie westchnienie i w końcu doskonały angielski.

– Ugrzęzłam. Wyciągniesz mnie?

Mała dłoń – chyba dziecięca – wysunęła się spod odwróconego kłada. Lucy uklękła i zamiatając włosami pylistą drogę, zajrzała pod spód. Leżała tam skulona ciemnowłosa dziewczynka.

– Nie powinnaś się ruszać, dopóki…

– Już się ruszałam. Nic mi nie jest, tylko kurtka mi się zaczepiła. – Rzuciła kilka hiszpańskich słów. – Już! – oznajmiła, przechodząc znów na angielski.

 

Lucy z trudem uniosła brzeg, a mała wyczołgała się, zakurzona, ale cała. Miała tylko niewielkie zadrapanie na policzku, a w każdym razie niczego innego nie było widać. Mogła mieć dziesięć, jedenaście lat. Usiadła na ziemi i wybuchnęła śmiechem.

– Super! – Jej oczy błyszczały radosnym podnieceniem i Lucy pomyślała, że się starzeje.

Przyszły jej na myśl młodzieńcze przygody, które w mniejszym stopniu wynikały w potrzeby adrenaliny, a bardziej z chęci zadowolenia ojca i współzawodniczenia z wyczynami starszego rodzeństwa.

– To było coś.

– Miałaś mnóstwo szczęścia. – Lucy wstała i podała jej rękę. – Ale koniecznie powinien obejrzeć cię lekarz.

Dziewczynka zerwała się energicznie, ignorując wyciągniętą dłoń.

– Nic mi nie jest. Ja… – Przerwała, a ożywienie znikło z jej twarzy, jakby dopiero teraz dostrzegła przewróconego kłada i uświadomiła sobie możliwe konsekwencje.

– Dałybyśmy radę postawić go na drodze? Jak myślisz?

Lucy potrząsnęła głową.

– Wątpię. A ty lepiej usiądź.

Bała się, że po ustąpieniu szoku mała osłabnie. Już teraz była bardzo blada.

– Chyba narobiłam sobie kłopotów. Jak mój ojciec to zobaczy, dostanie szału. Miałam na tym nie jeździć… zresztą w ogóle niczego mi nie wolno. Nawet związać sobie sznurowadła. Wiesz, jak to jest, być tak traktowanym?

– Nie. – Jej ojciec zawsze powtarzał: „Przestań biadolić, Lucy, i po prostu to zrób”.

– Muszę siedzieć w domu, bo ojciec zabrał mnie ze szkoły. Zresztą i tak wszystko mi jedno. Nie cierpię szkoły. To ojciec wciąż powtarza, jak ważna jest nauka.

Lucy, która też tak uważała, przybrała współczujący wyraz twarzy, ale nie zdążyła nic powiedzieć, bo dziewczynka wybuchnęła nagle:

– A Amelia wcale go nie ma!

– Czego? – Lucy starała się usilnie nie stracić wątku.

– Zapalenia opon mózgowych.

Lucy zmarszczyła brwi.

– Twoja przyjaciółka miała zapalenie opon mózgowych?

– Ona nie jest moją przyjaciółką. Ja nie mam przyjaciół.

– Jestem pewna, że tak nie jest.

– Jest, ale jak się ma takiego ojca jak mój, to nic dziwnego. Nie pozwolił mi pojechać na narty, a wszyscy pojechali, a kiedy pani powiedziała, że nie ma się czym przejmować, bo Amelia nie miała zapalenia opon mózgowych, tylko zwykłego wirusa, to co zrobił?

Lucy potrząsnęła głową. Ciekawe, cóż takiego mógł wymyślić tak obsesyjnie troskliwy rodzic?

– Wcale nie słuchał. – Zwróciła na Lucy pełne goryczy spojrzenie. – Posadził swój helikopter na boisku w środku przerwy śniadaniowej, nagadał pani i zabrał mnie stamtąd. Możesz to sobie wyobrazić?

Lucy mogła i przygryzła drgającą od śmiechu wargę.

– Spektakularne.

– Upokarzające. A teraz każe mi wrócić, kiedy zostały tylko dwa tygodnie do końca semestru.

– A co na to twoja mama?

– Mama nie żyje. – Przerwała i z obawą w oczach wpatrywała się w samochód, który w chmurze pyłu wypadł zza zakrętu drogi i zahamował gwałtownie obok nich.

Powinnam się była domyślić, przebiegło Lucy przez głowę, kiedy zza kierownicy wyłonił się rozwścieczony Santiago Silva.

Przewróconego kłada zobaczył sekundy wcześniej, zanim dostrzegł Gabby. W tym czasie przeżył piekło paniki. Mógł mieć tylko nadzieję, że dziewczynce nic się nie stało. Czuł, że jako samotny ojciec zawiódł na całej linii.

Kiedy ją zobaczył, chmurną i arogancką, ale całą, poczucie winy i smutek zastąpiła przemożna ulga, niemal natychmiast spłukana falą wściekłości. Wściekłości, która szybko zmieniła kierunek, jak tylko rozpoznał wysoką blondynkę stojącą obok córki.

Podchodząc do nich długimi krokami, z których przebijała złość, wyglądał jak mroczny anioł zemsty. Lucy nie dziwiła się, że dziewczynka jest przerażona, i objęła ją pocieszającym gestem. Powinna się była domyślić, kiedy padły słowa o helikopterze, ale jakoś nie wyobrażała sobie, że Santiago Silva mógł być żonaty i owdowieć, a co dopiero mieć dziecko.

Nie odezwał się do niej, za to lodowate spojrzenie zmroziło ją do głębi.

Obserwowała, jak kładzie dłonie na ramionach córki i przykuca, by spojrzeć jej w oczy.

– Gabby, czy ty… – Rozdarty między pragnieniem uduszenia dziecka własnymi rękoma i zmiażdżenia w niedźwiedzim uścisku, odetchnął głęboko. – Nic ci się nie stało?

Był tak widocznie przejęty, że nawet w Lucy, nieskłonnej przypisać mu ludzkie uczucia, jego szczerość nie budziła wątpliwości.

– Wszystko w porządku, tato. – Mała z bladym uśmiechem wskazała na Lucy. – Ona mi pomogła.

Zarknął na nią palącym wzrokiem, potem płynnym ruchem wstał.

– Tato…

– Poczekaj w samochodzie, Gabriello.

Dziewczynka rzuciła Lucy smutne spojrzenie przez ramię i ze zwieszoną głową wykonała polecenie.

Santiago nawet na nią nie popatrzył, tylko wyciągnął z kieszeni koszuli telefon. Hiszpański Lucy był na tyle dobry, by zrozumiała, że rozmawia z lekarzem, który miał się z nimi spotkać w rezydencji.

Nawet jeżeli w stosunku do niej zachował się jak antypatyczny bufon, z pewnością był bardzo troskliwym ojcem.

– Nie straciła przytomności ani nie jest ranna – podpowiedziała.

Wsunął telefon do kieszeni i podszedł do niej dwoma długimi krokami. Pochylił się i dopiero teraz, kiedy odpowiedział niebezpiecznie łagodnym głosem, poczuła bezmiar jego pogardy.

– Nie potrzebuję konsultacji medycznej i proszę nawet nie próbować kontaktować się z moją córką… – Znacząco zawiesił głos. – Mam nadzieję, że się rozumiemy.

Początkowa sympatia Lucy wyparowała. Nie musiała pytać, czy to groźba. Co do tego nie było cienia wątpliwości.

Spojrzała mu prosto w oczy i powiedziała zimno:

– Następnym razem, kiedy ją znajdę uwięzioną pod zabawką dla dorosłych, której dziecko nie powinno dotykać, przejdę na drugą stronę drogi. O to panu chodzi, panie Silva?

– Wiem o pani na tyle dużo, że wolę chronić członków mojej rodziny przed pani toksycznym wpływem. Tym niemniej, dziękuję za pomoc udzieloną mojej córce – powiedział z wyraźnym oporem.

– Może córka nie byłaby taka skłonna łamać reguł, gdyby dał jej pan trochę luzu.

Tym razem to Santiago nie wierzył własnym uszom.

– I jeszcze udziela mi pani rad? A pani ile ma dzieci?

Ciekawe, doprawdy, skąd mu się wzięło to przekonanie o własnej wyższości?

– Cóż, gdybym jakieś miała, na pewno postarałabym się nie być zbyt zajęta, by zauważyć, że wsiadło za kierownicę kłada.

Na widok udręczonego wyrazu jego twarzy prawie pożałowała swoich słów i poczuła się winna. Zaraz jednak zdusiła oba te uczucia i to jak najbardziej słusznie, bo Santiago syknął wściekle:

– Trzymaj się z daleka od mojej rodziny, bo pożałujesz, że się urodziłaś.

Nie czekając na jej reakcję, odwrócił się i ruszył do samochodu.

Lucy dotarła do domu Harriet rozdygotana z wściekłości.

– Kochanie, co z tobą? Co się stało? – dociekała zaniepokojona przyjaciółka.

– Nic. Wszystko w porządku. Nie wstawaj – odparła Lucy, podczas gdy starsza pani usiłowała wygramolić się z fotela. – Powinnaś dużo odpoczywać i trzymać nogi wyżej, żeby nie puchły. Pamiętasz, co mówił lekarz.

Harriet opadła z powrotem w fotel.

– Pod warunkiem, że powiesz mi, co się stało.

Lucy pogroziła pięścią niewidzialnemu wrogowi.

– Ten zadowolony z siebie, świętoszkowaty typas, Silva, bardzo się myli!

Harriet sprawiała wrażenie zdezorientowanej.

– Ramon! – wykrzyknęła. – Ale to taki słodki, trochę tylko zarozumiały chłopak. Co takiego przeskrobał?

Nigdy wcześniej nie widziała swojej najinteligentniejszej studentki w takim stanie.

– Ramon…? – Lucy niecierpliwie potrząsnęła głową i podjęła wędrówkę po pokoju. – Nie, tu chodzi o jego brata.

– Santiaga? Spotkałaś go? Był tutaj?

– Tak, miałam tę przyjemność i to dwukrotnie. – Podeszła do telefonu i z determinacją wystukała numer. – Ramon? – Wzięła długi, uspokajający oddech. – Przyjmuję zaproszenie.

Potem opowiedziała Harriet całą historię. Starsza pani współczuła jej, mimo to nalegała, by potraktować Santiaga Silvę w sposób wyjątkowy.

– Po prostu popełnił błąd.

– Potraktował mnie jak dziwkę i jeszcze te groźby! – Lucy gotowała się ze złości.

– Pozwól mi wyjaśnić mu całą tę sytuację.

Lucy nadąsała się buntowniczo.

– A dlaczego w ogóle miałabym chcieć mu coś wyjaśniać?

– Ta mała to jego największy skarb, a jest okropnie samowolna. Santiago jest też ogromnie opiekuńczy wobec młodszego brata. Podobno ich ojciec zmarł, kiedy Ramon był dzieckiem, a Santiago odziedziczył castillo w młodym wieku. Nie tylko musiał od razu zabrać się do pracy, ale i narzucić swój autorytet, co nie mogło być łatwe dla młodego chłopaka i na pewno w jakiś sposób ukształtowało jego charakter.