Diuna. Ród CorrinówTekst

Z serii: s-f
Z serii: Preludium do Diuny #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Brian Herbert

Kevin J. Anderson

DIUNA

Ród Corrinów

Przełożył Marek Michowski


Dom Wydawniczy REBIS

Naszym żonom –

Janet Herbert i Rebece Moeście Anderson –

za ich wsparcie, zainteresowanie, cierpliwość i miłość

na każdym etapie tego długiego i skomplikowanego projektu


PODZIĘKOWANIA

Penny Merritt pomagała w wykorzystaniu literackiej spuścizny jej ojca, Franka Herberta.

Nasi wydawcy, Mike Shohl, Carolyn Caughey, Pat Lo Brutto, Anne Lesley Groell, podsuwali nam szczegółowe i nieocenione uwagi przy kolejnych wersjach tekstu, dzięki czemu opowieść uzyskała swój ostateczny kształt.

Catherine Sidor z Wordfire, Inc. jak zawsze niestrudzenie rejestrowała tuziny kaset magnetofonowych i przepisywała setki stron, dotrzymując kroku szaleńczemu tempu naszej pracy. Jej pomoc na wszystkich etapach tego przedsięwzięcia utrzymywała nas przy zdrowych zmysłach i budziła w innych mylne przekonanie, że jesteśmy zorganizowani.

Diane E. Jones służyła jako czytelniczka doświadczalna, szczerze opowiadając o swoich wrażeniach i podsuwając pomysły dodatkowych scen, które pomogłyby ulepszyć książkę.

Robert Gottlieb i Matt Bialer z Trident Media Group oraz Mary Alice Kier i Anna Cottle z Cine/Lit Representation nigdy nie zachwiali się w wierze i oddaniu, przekonani o wartości przedsięwzięcia.

Ron Merritt, David Merritt, Byron Merritt, Julie Herbert, Robert Merritt, Kimberly Herbert, Margaux Herbert i Theresa Shackelford z The Herbert Limited Partnership udzielili nam entuzjastycznego poparcia, troszcząc się o wspaniałą wizję Franka Herberta.

Beverly Herbert przez prawie czterdzieści lat była oddana i wspierała swego męża, Franka Herberta.

A nade wszystko podziękowania należą się Frankowi Herbertowi, którego geniusz stworzył tak wspaniały, eksplorowany przez nas wszechświat.

RÓD CORRINÓW


Oś obrotu Arrakis przebiega pod kątem prostym do płaszczyzny jej orbity. Planeta nie jest kulista, lecz przypomina dziecinny bączek, grubsza na równiku i wklęsła ku biegunom. Ma się wrażenie, że może ona być artefaktem, wytworem jakiejś starożytnej sztuki.

– z raportu trzeciej imperialnej komisji na Arrakis

W blasku dwóch księżyców świecących na zapylonym niebie fremeńscy wojownicy mknęli po pustynnych skałach. Wtapiali się w szorstkie otoczenie, jakby byli wykuci z tego samego tworzywa, surowi ludzie w surowym świecie.

„Śmierć Harkonnenom”. Wszyscy uzbrojeni uczestnicy razzia złożyli to samo przyrzeczenie.

W ciszy przedświtu Stilgar, ich wysoki, czarnobrody przywódca, stąpał niczym kot nas czele dwudziestki swoich najlepszych wojowników. „Musimy poruszać się jak nocne cienie. Cienie z ukrytymi nożami”.

Podniósł dłoń, zatrzymując ich. Wsłuchał się w puls pustyni, w ciemność. Jego błękitne w błękicie oczy badały wyniosłe skalne zbocze rysujące się na tle nieba niczym gigantyczny wartownik. Cienie przesuwały się zgodnie z ruchem obu księżyców, rozciągając się jak żywe po zboczu góry.

Ludzie wspinali się po skalnej skarpie, wyszukując nawykłymi do mroku oczami wykuty w kamieniu szlak. Teren wydawał się dziwnie znajomy, chociaż Stilgar nigdy tu nie był. Ojciec opisał mu tę drogę, szlak, który ich przodkowie wytyczyli do siczy Hadis, kiedyś jednej z największych ukrytych ludzkich osad, dawno temu jednak opuszczonej.

„Hadis” – słowo to pochodziło ze starej fremeńskiej pieśni o sposobach przeżycia na pustyni. Tak jak wielu żyjących Fremenów miał tę historię wyrytą w pamięci: opowieść o zdradzie i bratobójczej walce między pierwszymi pokoleniami zensunnickich Wędrowców tu, na Diunie. Legenda utrzymywała, że wszystkie znaczące wydarzenia miały początek tu, w tej świętej siczy.

„Teraz jednak Harkonnenowie zbezcześcili naszą pradawną siedzibę”.

Takie świętokradztwo budziło wstręt w ludziach Stilgara. Nacięcia na kamiennej płycie w siczy Czerwonego Muru upamiętniały nieprzyjaciół, których zabili, a dziś w nocy przelana zostanie krew nowych wrogów.

Stilgar stawiał ostrożnie kroki, idąc w dół skalnego szlaku, a za nim szła kolumna jego ludzi. Wkrótce nadejdzie świt, a oni mieli jeszcze wiele do zrobienia.

Tutaj, z dala od czujnych oczu imperialnych, baron Harkonnen skorzystał z pustych jaskiń siczy Hadis, by ukryć jeden ze swych nielegalnych zapasów przyprawy. Stosy zdefraudowanego drogocennego melanżu nigdy nie pojawiły się w żadnym spisie przekazanym Imperatorowi. Szaddam nie podejrzewał niczego, ale Harkonnenowie nie mogli ukryć takich działań przed oczami ludzi pustyni.

W leżącej u podnóża skalnego grzbietu nędznej wiosce Bar es Raszid Harkonnenowie mieli posterunek obserwacyjny i wartowników na urwiskach. Nie było to żadną przeszkodą dla Fremenów, którzy już dawno zbudowali liczne ukryte szyby i wejścia do grot w głębi góry.

Stilgar natknął się na rozwidlenie szlaku i ruszył ledwie widoczną ścieżką, wypatrując ukrytego wejścia do siczy Hadis. W słabym świetle ujrzał plamę ciemności pod nawisem. Wczołgał się w ciemność i znalazł wejście, zimne i wilgotne, pozbawione grodzi. „Marnotrawstwo”.

Żadnych świateł ani śladu straży. Wpełznąwszy do otworu, sięgnął nogą w dół, wymacał nierówną półkę i oparł na niej but. Drugą nogą wyszukał kolejną półkę, a pod nią następną. Stopnie. Przed sobą zauważył żółtą poświatę, w miejscu gdzie tunel pochylał się w prawo. Cofnął się i uniósł rękę, wzywając innych, by poszli w jego ślady.

Na posadzce pod stopniami zauważył starą misę. Wyjął zatyczki nosowe i poczuł woń surowego mięsa. Przynęta na małe drapieżniki? Zastygł w bezruchu, szukając czujników. Czyżby już uruchomił jakiś bezgłośny alarm? Usłyszał odgłos kroków i pijany głos:

– Dostałem jeszcze jednego. Diabli go wezmą do piekła kulonów.

Stilgar i dwaj Fremeni skoczyli w boczny tunel i wydobyli z pochew swe mlecznobiałe krysnoże. Pistolety maula byłyby zbyt głośne w tej zamkniętej przestrzeni. Kiedy dwaj harkonneńscy wartownicy przeszli obok nich, zionąc piwem przyprawowym, Stilgar i Turok rzucili się na nich od tyłu.

Zanim nieszczęśnicy zdołali krzyknąć, Fremeni podcięli im gardła i przytknęli do ran gąbczaste tampony, by wchłonęły drogocenną krew. Błyskawicznymi ruchami odebrali broń jeszcze drgającym. Stilgar zatrzymał jedną rusznicę laserową, a drugą oddał Turokowi.

Ciemne wojskowe lumisfery kołysały się we wgłębieniach stropu, rzucając słabe światło. Uczestnicy razzia podążali korytarzem ku sercu pradawnej siczy. Kiedy szli wzdłuż przenośnika, którym przesyłano materiały do ukrytej korony i z niej, poczuli z każdą chwilą silniejszą cynamonową woń melanżu. Lumisfery były tu bladopomarańczowe, nie żółte.

Ludzie Stilgara pomrukiwali na widok czaszek i gnijących ciał opartych o ściany korytarza niczym niedbale porzucone trofea. Ogarniał go gniew. Mogli to być fremeńscy więźniowie albo wieśniacy pojmani przez Harkonnenów dla zabawy. Idący obok niego Turok rozglądał się, szukając kolejnego wroga, którego mógłby zabić.

Stilgar ostrożnie prowadził ich naprzód. Słyszeli już jakieś głosy i dźwięki. Dotarli do wnęki z niską kamienną balustradą górującej nad podziemną grotą. Stilgar wyobraził sobie tysiące ludzi pustyni stłoczonych w tej rozległej jaskini dawno temu, przed Harkonnenami, przed Imperatorem… zanim przyprawa stała się najcenniejszą substancją we wszechświecie.

Pośrodku groty wznosiła się ośmiokątna, granatowo-srebrna konstrukcja otoczona rampami. Wokół niej rozstawiono jej mniejsze kopie. Jedna była w budowie. Pośród rozrzuconych części z plasmetalu pracowało siedmiu robotników.

Kryjąc się w cieniu, napastnicy zsunęli się po niskich schodach na dno jaskini. Turok i inni Fremeni, wszyscy ze zdobyczną bronią, zajęli miejsca we wnękach górujących nad grotą. Trzech wbiegło po rampie otaczającej największą ośmiokątną konstrukcję. U szczytu zniknęli z widoku, a potem pojawili się znowu, dając znaki Stilgarowi. Sześciu strażników padło już wcześniej w milczeniu pod ciosami krysnoży.

Teraz nie musieli już się kryć. Stojąc na skalistym dnie, dwaj wojownicy skierowali pistolety maula na zaskoczonych budowniczych i kazali im wejść po schodach na górę. Robotnicy o zapadniętych oczach posłuchali, pomrukując, jakby nie dbali o to, komu podlegają.

Fremeni przeszukali sąsiednie korytarze i znaleźli podziemne koszary, w których dwa tuziny strażników spały wśród walających się po posadzce butelek po piwie przyprawowym. Silna woń melanżu przesycała wielką salę.

Z pogardliwymi minami wpadli do środka, tnąc, kopiąc i tłukąc pięściami, ale nie raniąc nikogo śmiertelnie. Oszołomionych Harkonnenów rozbrojono i zapędzono do głównej groty.

Z roztętnioną krwią w żyłach i ze zmarszczonymi brwiami Stilgar patrzył na przygarbionych, na wpół pijanych wrogów. „Każdy chciałby mieć godnego przeciwnika. Nie znajdziemy tu dziś jednak nikogo takiego”. Nawet tu, w silnie strzeżonej grocie, ci ludzie – zapewne bez wiedzy barona – kosztowali przyprawy, której mieli strzec.

 

– Najchętniej zamęczyłbym ich na śmierć – powiedział Turok. W rdzawym świetle lumisfer jego oczy pociemniały. – Powoli. Widziałeś, co zrobili z pojmanymi.

Stilgar powstrzymał go.

– To może poczekać. Tymczasem zapędzimy ich do pracy. – Gładząc czarną brodę, przechadzał się przed frontem harkonneńskich jeńców. Pocili się ze strachu, a odór potu zaczął przeważać nad wonią przyprawy. Przemówił spokojnym, miarowym głosem, używając groźby, którą podsunął mu Liet-Kynes. – Ten zapas przyprawy zgromadzono tu nielegalnie, z jawnym pogwałceniem rozkazów Imperatora. Cały znajdujący się tu melanż zostaje skonfiskowany z powiadomieniem Kaitaina.

Liet, świeżo mianowany planetolog imperialny, udał się na Kaitaina, aby prosić o spotkanie z Padyszachem Imperatorem Szaddamem IV. Podróż przez Galaktykę do pałacu Imperatora była długa, a Stilgar, prosty mieszkaniec pustyni, nie umiał wyobrazić sobie takich odległości.

– I to mówi jakiś Fremen? – parsknął na wpół pijany kapitan straży, niski człowieczek o obwisłych policzkach i wysokim czole.

– Tak mówi Imperator. Przejmujemy to w jego imieniu.

Błękitne w błękicie oczy Stilgara wwierciły się w tamtego. Czerwony na twarzy kapitan nie był jednak wystarczająco trzeźwy, by się bać. Najwyraźniej nie słyszał jeszcze, co Fremeni robią z jeńcami. Niedługo się dowie.

– Do roboty! Rozładować silos! – warknął Turok. Więźniowie patrzyli z satysfakcją na pracujących Harkonnenów. – Zaraz tu będą nasze ornitoptery.

W miarę jak wschodzące słońce stopniowo przypiekało pustynię, Stilgar zaczął się niepokoić. Pojmani Harkonnenowie pracowali już od kilku godzin. Ten wypad trwał zbyt długo, mieli jednak jeszcze wiele do zrobienia.

Turok i jego towarzysze stali z bronią w pogotowiu, a posępni Harkonnenowie ładowali pakunki melanżu na pas grzechocącego przenośnika prowadzącego do otworów w ścianie urwiska przy lądowiskach ornitopterów. Skarb, który fremeńscy wojownicy już skonfiskowali, wystarczyłby do wykupienia całej planety.

„Co baron zamierzał zrobić z takim bogactwem?”

W samo południe, zgodnie z planem, Stilgar usłyszał huk wybuchów dolatujący z Bar es Raszid – to drugi oddział razzia zaatakował posterunek obserwacyjny Harkonnenów.

Cztery nieoznakowane ornitoptery okrążyły z gracją skalną skarpę, łopocąc mechanicznymi skrzydłami, a ludzie Stilgara naprowadzili je na lądowiska. Uwolnieni robotnicy i Fremeni zaczęli ładować do nich dwukrotnie skradziony melanż. Nadszedł czas, by zakończyć operację.

Stilgar wyprowadził strażników na urwisko nad zapylonymi chatami Bar es Raszid. Po godzinach ciężkiej pracy i narastania strachu kapitan o obwisłych policzkach wytrzeźwiał całkowicie. Włosy miał zlepione potem, a oczy przerażone. Stilgar patrzył na niego z pogardą.

Bez słowa wyciągnął krysnóż i rozpłatał tamtego od kości łonowej do mostka. Kapitan z niedowierzaniem złapał oddech, a jego krew i wnętrzności wylały się na światło słońca.

– Marnotrawstwo wilgoci – mruknął Turok.

Kilku Harkonnenów rzuciło się w panice do ucieczki, ale Fremeni skoczyli na nich, niektórych strącając z urwiska, a innych zabijając krysnożami. Ci, którzy pogodzili się z losem, ginęli szybko i bezboleśnie. Tchórzami Fremeni zajmowali się dłużej.

Robotnikom o zapadniętych oczach kazano załadować ciała do ornitopterów, nawet te rozkładające się, znalezione w korytarzach. W alembikach śmierci siczy Czerwonego Muru ludzie Stilgara wydobędą z nich każdą kroplę wody dla plemienia. Zbezczeszczona Hadis znów będzie siczą duchów.

Ostrzeżenie dla barona.

Załadowane ornitoptery wzbijały się jeden po drugim niczym czarne ptaki w czyste niebo, podczas gdy ludzie Stilgara wracali truchtem w palącym słońcu popołudnia, wykonawszy swoje zadanie.

Kiedy baron Harkonnen dowie się o stracie swego przyprawowego skarbu i wymordowaniu strażników, zemści się na Bar es Raszid, nawet na tych biednych wieśniakach, którzy nie mieli nic wspólnego z wypadem. Zacisnąwszy usta, Stilgar postanowił, że przeniesie całą ludność do jakiejś odległej, bezpiecznej siczy.

Tam, wraz z pojmanymi budowniczymi, staną się Fremenami albo zostaną zabici, jeśli nie zechcą współpracować. Biorąc pod uwagę ich nędzne życie w Bar es Raszid, Stilgar był pewien, że wyświadcza im przysługę.

Kiedy Liet-Kynes powróci ze spotkania z Imperatorem na Kaitainie, będzie bardzo uradowany wyczynem Fremenów.


Rodzaj ludzki zna tylko jedną naukę: naukę rozgoryczenia.

– Padyszach Imperator Szaddam IV, dekret wydany w odpowiedzi na działania rodu Moritanich

– Proszę o wybaczenie, Najjaśniejszy Panie.

– Błagam o łaskę, Najjaśniejszy Panie.

Większość codziennych obowiązków wydawała się Imperatorowi Szaddamowi IV Corrino beznadziejnie nudna. Zasiadanie na Tronie Złotego Lwa było na początku podniecające, kiedy jednak teraz spoglądał na imperialną salę audiencyjną, miał wrażenie, że władza przyciąga pochlebców tak, jak cukier wabi karaluchy. Głosy petentów wślizgiwały się w głąb jego umysłu, on zaś przeglądał ich prośby, darząc względami albo nie.

– Żądam sprawiedliwości, Najjaśniejszy Panie.

– Poświęć mi chwilę twego czasu, Najjaśniejszy Panie.

Kiedy był przez całe lata następcą tronu, bardzo się starał na nim zasiąść. Teraz mógł pstryknięciem palców nadać szlachectwo godnemu tego prostakowi, niszczyć światy i obalać wysokie rody. Nawet jednak Imperator Znanego Wszechświata nie mógł rządzić tak, jak sam chciał. Jego decyzje były ze wszech stron kwestionowane przez politycznych graczy. Gildia Kosmiczna miała własne interesy i tak samo Konsorcjum Honnete Ober Advancer Mercantiles, handlowy konglomerat lepiej znany jako KHOAM. Było jednak prawdziwym dobrodziejstwem wiedzieć, że inne rody kłócą się ze sobą równie zażarcie, jak sprzeczają z nim.

– Proszę, wysłuchaj mojej sprawy, Najjaśniejszy Panie.

– Miej litość, Najjaśniejszy Panie.

Bene Gesserit pomogły mu umocnić władzę w pierwszych latach jego panowania. Ale teraz czarownice – z jego żoną włącznie – spiskowały za jego plecami, rozplatając tkaninę Imperium i tworząc nowe wzory, których nie dostrzegał.

– Błagam, spełnij moją prośbę, Najjaśniejszy Panie.

– To tylko drobiazg, Najjaśniejszy Panie.

Kiedy jednak długo oczekiwany Projekt Amal – sekretna produkcja syntetycznej przyprawy na Ixie – zostanie ukończony, Imperator zmieni oblicze Imperium. „Amal”. Jak magicznie brzmi to słowo. Ale słowa to jedno, a rzeczywistość to całkiem co innego.

Ostatnie doniesienia z Ixa były pokrzepiające. Przeklęci Tleilaxanie ogłosili w końcu sukces swoich eksperymentów, on zaś czekał na ostateczny dowód i na próbki. Przyprawa… Sznurki wszystkich marionetek w rozległym Imperium były uwite z przyprawy. „Wkrótce będę miał własne jej źródło, a Arrakis może sobie podupaść”.

Mistrz badań, Hidar Fen Adżidika, nie ośmieliłby się blefować. Mimo to hrabia Hasimir Fenring, przyjaciel Szaddama z dzieciństwa i filozof, został wysłany na Ixa, by to sprawdzić.

– Mój los jest w twoich rękach, Najjaśniejszy Panie.

– Chwała łaskawemu Imperatorowi!

Siadając na kryształowym tronie, Szaddam pozwolił sobie na tajemniczy uśmiech, który przyprawił petentów o dreszcz niepewności. Za jego plecami dwie miedzianoskóre kobiety w strojach ze złocistych jedwabnych łusek weszły po stopniach na podwyższenie i zapaliły jonowe pochodnie flankujące tron. Ich trzaskające płomienie były okiełznanymi piorunami kulistymi, niebieskimi i zielonymi, strzelającymi zbyt jaskrawo, by się w nie wpatrywać. W powietrzu unosiła się woń ozonu.

Mimo całej tej pompy i ceremonialności Szaddam przybył do sali tronowej z niemal godzinnym opóźnieniem, dając do zrozumienia tym żałosnym żebrakom, jak mało ważne są dla niego te posłuchania. Petenci natomiast musieli przybyć dokładnie o czasie, bo inaczej skreślano ich z listy.

Szambelan dworu Beely Ridondo stanął przed tronem i uniósł swoją laskę soniczną. Kiedy uderzył nią o posadzkę, rozległ się dźwięczny ton, który wprawił w drżenie fundamenty pałacu. Ridondo, łysy i o wysokim czole, wymienił imponującą listę tytułów i imion Szaddama, ogłaszając rozpoczęcie posiedzenia, po czym tyłem wspiął się po stopniach, nie myląc ani kroku.

Pochylony, z surowym wyrazem szczupłej twarzy, Szaddam rozpoczął kolejny dzień panowania.

Ranek przebiegał zgodnie z jego obawami jako niekończąca się wyliczanka drobiazgów. Szaddam zmuszał się jednak, by wyglądać na dobrego, pełnego współczucia władcę. Zadbał już o to, by grono historyków utrwalało i uwznioślało odpowiednie szczegóły jego życia i panowania.

Po krótkiej przerwie szambelan Ridondo przeszedł do długiej listy spraw imperialnych. Szaddam wypił kilka łyków mocnej kawy przyprawowej, czując natychmiastowy przypływ energii. Chociaż raz kucharz zaparzył ją jak należy. Misternie zdobiona i pięknie malowana filiżanka, jedyna w swoim rodzaju, wyglądała na zrobioną ze skorupki jajka, tak była delikatna. Wszystkie filiżanki Szaddama tłuczono po tym, jak ich użył, żeby nikt inny nie mógł skorzystać z jego porcelany.

– Najjaśniejszy Panie? – Ridondo patrzył na swego władcę z niepokojem, recytując z pamięci zawiłe nazwiska. Szambelan nie był mentatem, miał jednak znakomitą pamięć umożliwiającą mu rozeznanie w skomplikowanych sprawach Imperium. – Pewien przyjezdny prosi o jak najszybsze przyjęcie.

– Zawsze tak mówią. Z jakiego jest rodu?

– On nie należy do Landsraadu, Najjaśniejszy Panie. Nie jest też przedstawicielem KHOAM ani Gildii.

Szaddam parsknął pogardliwie.

– Szambelanie, chyba wszystko jest jasne. Nie mogę marnować czasu na prostaków.

– To nie jest prostak, Najjaśniejszy Panie. Nazywa się Liet-Kynes i przybywa z Arrakis.

Szaddama zawsze oburzało zuchwalstwo ludzi, którym wydawało się, że mogą po prostu wejść i oczekiwać przyjęcia przez Imperatora Miliona Światów.

– Gdy zechcę rozmawiać z włóczęgą z pustyni, wezwę go.

– Najjaśniejszy Panie, to twój imperialny planetolog. Twój ojciec mianował jego ojca, by zbadał pochodzenie przyprawy na Arrakis. Raportów było wiele.

Szaddam ziewnął.

– I wszystkie nudne, o ile pamiętam. – Teraz przypomniał sobie ekscentrycznego Pardota Kynesa, który większość życia spędził na Arrakis, przedkładając pył i żar nad splendory Kaitaina. – Pustynie przestały mnie interesować. – „Zwłaszcza teraz, kiedy amal jest w zasięgu ręki”.

– Rozumiem twoje zastrzeżenia, Najjaśniejszy Panie, ale on może po powrocie podburzać robotników z pustyni. Nie wiemy, jakie ma wśród nich wpływy. Mogliby ogłosić strajk generalny, spadłaby produkcja przyprawy, baron zażądałby wsparcia sardaukarów, a wtedy…

Szaddam podniósł wypielęgnowaną dłoń.

– Wystarczy! Rozumiem, o co ci chodzi. – Szambelan zawsze dostrzegał więcej konsekwencji, niż Imperator sobie życzył. – Wprowadź go. Ale najpierw otrzep z kurzu.

Liet-Kynes był pod wrażeniem ogromu pałacu imperialnego, ale przywykł do innego rodzaju wielkości. Nic nie mogło być bardziej spektakularne niż bezkresne pustkowie Diuny. Stawał oko w oko z kurzawami Coriolisa. Jeździł na ogromnych czerwiach. Widział, jak migocą iskierki życia roślinnego w najbardziej nieprzyjaznych warunkach.

Ktoś, kto zasiada w fotelu, choćby najcenniejszym, niczego takiego nie przeżyje.

Skórę miał śliską od olejku, którym natarli go pokojowcy. Włosy pachniały kwiatowymi perfumami, a ciało zionęło nienaturalnymi dezodorantami. Mądrość fremeńska głosiła, że piasek oczyszcza ciało i umysł. Kiedy wróci z Kaitaina, wytarza się nago w wydmie, a potem wystawi na kąsający wiatr, by znów poczuć się oczyszczonym.

Ponieważ uparł się, że wystąpi w swoim wymyślnym filtraku, rozłożono ten strój na części, które następnie dokładnie sprawdzono w poszukiwaniu ukrytej broni i urządzeń podsłuchowych. Elementy filtraka zostały oczyszczone, a ich powierzchnie pokryte dziwnymi chemikaliami, zanim ochroniarze pozwolili mu go włożyć. Kynes wątpił, by najważniejsze urządzenia stroju działały po tym wszystkim prawidłowo, więc trzeba będzie się go pozbyć. Cóż za marnotrawstwo.

Skoro jednak był synem wielkiego proroka Pardota Kynesa, Fremeni ustawią się w kolejce, żeby dostąpić zaszczytu przygotowania mu nowego stroju. Łączył ich przecież wspólny cel – pomyślność Diuny. Stanąć jednak przed Imperatorem i postawić konieczne postulaty mógł tylko Kynes.

 

„Ci imperialni tak mało rozumieją!”

Prążkowana brunatna narzuta powiewała za nim, kiedy maszerował. Chociaż na Kaitainie nie wyglądała odświętnie, szedł dumnie niczym w królewskim płaszczu.

Szambelan zapowiedział go krótko, jakby był oburzony tym, że planetolog nie ma tytułów szlacheckich ani politycznych. Liet-Kynes kroczył po posadzce w butach temag, nie starając się stąpać z gracją. Zatrzymał się przed podwyższeniem i przemówił, nie skłoniwszy się.

– Imperatorze Szaddamie, muszę z tobą pomówić o przyprawie i o Arrakis.

Dworzanom zaparło dech. Szaddam zesztywniał, najwyraźniej urażony.

– Jesteś zuchwały, mój planetologu. I niemądry. Chyba nie przypuszczasz, że nic nie wiem o sprawach tak żywotnych dla mego Imperium?

– Przypuszczam, panie, że ród Harkonnenów karmi cię fałszywymi informacjami i propagandą, żeby ukryć swą prawdziwą działalność.

Szaddam uniósł rude brwi i pochylił się, skupiwszy całą uwagę na planetologu.

– Harkonnenowie – ciągnął Kynes – rozszarpują tę planetę niczym dzikie psy. Wyzyskują miejscową ludność. Straty wśród załóg gąsieników są wyższe niż w niewolniczych lochach na Poritrinie albo na Giedi Prime. Wysłałem ci wiele raportów opisujących okrucieństwa, a mój ojciec robił to samo przede mną. Przekazałem też długoterminowy plan opisujący szczegółowo, jak sadzonki trawy i pustynnych karłowatych roślin mogą odzyskać wielką część Diuny, czyli Arrakis, dla ludzi. – Umilkł na chwilę. – Zakładam, że nie przeczytałeś naszych raportów, bo nie było na nie odpowiedzi, a ty nie podjąłeś żadnych działań.

Szaddam chwycił poręcze Tronu Złotego Lwa. Jonowe pochodnie po jego bokach zahuczały, ale była to tylko słaba imitacja ognia płonącego w paszczy Szej-huluda.

– Mam wiele do czytania, planetologu. Jestem bardzo zajęty.

Sardaukarzy postąpili naprzód stosownie do nastroju Imperatora.

– Ale większość tych dokumentów jest bez znaczenia w porównaniu z przyszłością melanżu, czyż nie?

Odpowiedź Kynesa zaszokowała Szaddama i słuchaczy. Gwardziści stali w pogotowiu.

Nie dbając o zagrożenie, Kynes ciągnął:

– Prosiłem o nowy sprzęt, o zespoły botaników, geologów i meteorologów. Prosiłem o ekspertów od kultury, by mi pomogli zbadać, dlaczego ludzie pustyni radzą sobie tak dobrze tam, gdzie Harkonnenowie ponoszą ogromne straty.

Szambelan miał już tego dość.

– Planetologu, Imperatorowi nie stawia się żądań. Szaddam IV sam decyduje, co jest ważne i jak dzielić zasoby swoją wielkoduszną dłonią.

Kynes nie zamierzał jednak ustąpić przed Szaddamem ani jego lizusem.

– Ale nic nie jest ważniejsze dla Imperium niż przyprawa. Ja zaś proponuję Imperatorowi sposób, dzięki któremu przejdzie do historii jako wizjoner, nawiązując do tradycji następcy tronu Raphaela Corrino.

Na takie zuchwalstwo Szaddam zerwał się na nogi, co mu się rzadko zdarzało podczas audiencji.

– Dość tego! – Kusiło go, żeby nakazać egzekucję, ale rozsądek zwyciężył. Z trudem. Mógł jeszcze potrzebować tego człowieka. Poza tym, kiedy amal wejdzie do produkcji, miło będzie pokazać Kynesowi, jak jego ukochana planeta obumiera na oczach całego Imperium. Najchłodniejszym z tonów powiedział: – Mój imperialny minister do spraw przyprawy, hrabia Hasimir Fenring, ma przybyć za tydzień na Kaitaina. Jeżeli twoje żądania są uzasadnione, on je zaopiniuje.

Sardaukarzy podeszli szybko, chwycili Kynesa pod łokcie i wyprowadzili. Nie opierał się. Wiedział już, co chciał wiedzieć. Szaddam IV był zaślepionym egocentrykiem, a ktoś taki nie zasługuje na szacunek, obojętnie iloma planetami rządzi.

Teraz wiedział, że Fremeni powinni sami zająć się Diuną, i niech diabli wezmą Imperium.