Diuna. Ród AtrydówTekst

Z serii: s-f
Z serii: Preludium do Diuny #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Brian Herbert

Kevin J. Anderson

DIUNA

Ród Atrydów

Przełożył Marek Michowski


Dom Wydawniczy REBIS

Książkę tę poświęcamy naszemu mentorowi,

Frankowi Herbertowi,

który był równie fascynujący i złożony,

jak stworzony przez niego wspaniały wszechświat Diuny


PODZIĘKOWANIA

Edowi Kramerowi, który był mostem umożliwiającym nasze spotkanie.

Rebecce Moeście Anderson za jej nieposkromioną wyobraźnię, burzę myśli i zwykłą ciężką pracę nad tym, by ta książka była jak najlepsza.

Jan Herbert za to, że pozwoliła na kontynuowanie tego projektu także podczas wypadu do Europy w rocznicę ślubu, i za wiele innych rzeczy.

Patowi LoBrutto, naszemu redaktorowi w Bantam Books, który pomógł nam maksymalnie skupić się na pracy i klarowności tej książki.

Robertowi Gottliebowi i Mattowi Bialerowi z William Morris Agency, Mary Alice Kier i Annie Cottle z Cine/Lit Representation za ich oddanie i wiarę w potencjał tego projektu.

Irwynowi Applebaumowi i Nicie Taublib z Bantam Books za wsparcie i życzliwość dla tak ogromnego przedsięwzięcia.

Penny i Ronowi Merrittom, których entuzjastyczne poparcie umożliwiło ten projekt.

Beverly Herbert za wysiłek intelektualny i współpracę redaktorską przy kolejnych książkach o Diunie Franka Herberta.

Marie Landis-Edwards za słowa otuchy.

The Herbert Limited Partnership, włącznie z Davidem Merrittem, Byronem Merrittem, Julie Herbert, Robertem Merrittem, Kimberly Herbert, Margaux Herbert i Theresą Shackelford.

Catherine Sidor z Wordfire Inc., która włożyła wiele ciężkiej pracy w przygotowanie i sprawdzenie maszynopisu, oraz Sarze Jones z tej samej firmy za pomoc w doprowadzeniu wielu starych książek i dokumentów do stanu zdatnego do użytku.

A także milionom oddanych miłośników Diuny, dzięki którym dzieło to od dziesiątków lat nie traci na popularności.


Informacja Gildii Kosmicznej dla Konsorcjum Honnete Ober Advancer Mercantiles (KHOAM):

Celem tej nieoficjalnej misji było przeszukiwanie niezamieszkanych planet z myślą o znalezieniu alternatywnego źródła cennej przyprawy, melanżu, od której tak wiele zależy w Imperium. Udokumentowaliśmy podróże wielu naszych nawigatorów i sterników, którzy zbadali setki planet, jak dotąd jednak bez sukcesu. Jedynym źródłem melanżu w znanym wszechświecie pozostaje pustynna planeta Arrakis. Gildia, KHOAM i wszyscy inni uzależnieni od przyprawy są nadal zdani na monopol Harkonnenów.

Badanie odległych terytoriów w poszukiwaniu nowych systemów planetarnych i zasobów ma jednak także pewną odrębną wartość. Szczegółowe wyniki badań oraz mapy orbitalne, które załączamy na arkuszach ryduliańskiego papieru krystalicznego, niewątpliwie będą miały wartość handlową dla KHOAM.

Wykonawszy czynności, do których zobowiązaliśmy się w kontrakcie, domagamy się niniejszym, aby KHOAM wpłaciło ustaloną sumę do Banku Gildii na Węźle.


Do Najjaśniejszego Pana, Padyszacha Imperatora Elrooda IX, Władcy Znanego Wszechświata:

Od Jego wiernego poddanego, siridar barona Vladimira Harkonnena, planetarnego gubernatora Arrakis, tytularnego zwierzchnika rodu Harkonnenów, suwerena Giedi Prime, Lankiveila i sojuszniczych planet.

Najjaśniejszy Panie, niech mi będzie wolno raz jeszcze zapewnić Cię o mej wiernej służbie na pustynnej planecie Arrakis. Ze wstydem muszę przyznać, że przez siedem lat po śmierci naszego ojca mój niekompetentny przyrodni brat Abulurd dopuścił do zmniejszenia produkcji przyprawy. Straty w sprzęcie były wysokie, podczas gdy eksport spadł do katastrofalnego poziomu. Wobec zależności Imperium od przyprawy ów spadek produkcji mógł mieć fatalne konsekwencje. Pragnę zapewnić, że moja rodzina podjęła starania, by uzdrowić sytuację. Abulurd został odsunięty od obowiązków i przeniesiony na Lankiveila, a także pozbawiony tytułu, chociaż z czasem może odzyskać tytuł gubernatora dystryktu.

Teraz ja jestem bezpośrednim nadzorcą Arrakis, więc ręczę osobiście Najjaśniejszemu Panu, że użyję wszelkich koniecznych środków – pieniędzy, poświęcenia i żelaznej pięści – aby produkcja przyprawy wróciła do poprzedniego poziomu lub przekroczyła go.

Zgodnie z Twymi mądrymi słowami przyprawa musi płynąć!


RÓD ATRYDÓW

Melanż to finansowe sedno aktywności KHOAM. Bez przyprawy Matki Wielebne Bene Gesserit nie miałyby swej umiejętności obserwacji i kontroli nad ludźmi, nawigatorzy Gildii nie umieliby dostrzegać bezpiecznych szlaków w przestrzeni kosmicznej, a miliardy obywateli Imperium pomarłyby wskutek jej odstawienia. Byle prostak zrozumie, że takie uzależnienie od jednego dobra prowadzi do nadużyć. Wszyscy jesteśmy zagrożeni.

– KHOAM, Analiza ekonomiczna prawidłowości w obiegu materiałów

Siedzący obok pilota ornitoptera szczupły i muskularny baron Vladimir Harkonnen pochylił się w fotelu. Ciemnymi jak u pająka oczami wpatrywał się w plazowe okno, czując wszechobecną woń pyłu i piasku. Widok falistych wydm skwierczących w upale sprawiał, że piekły go spojówki. Krajobraz i niebo były wyblakłe, bezbarwne. Nic nie koiło oczu.

„Piekielne miejsce”.

Baron najchętniej znalazłby się znów w uprzemysłowionym cieple i cywilizacyjnej złożoności Giedi Prime, głównej planety Harkonnenów. Nawet tutaj miałby wiele ciekawszych zajęć w lokalnej siedzibie rodu w Kartagin, gdzie mógłby zadowalać swe wymagające gusta.

Zbiór przyprawy miał jednak pierwszeństwo. Zawsze. Szczególnie gdy chodziło o złoże tak wielkie jak to, o którym donosili szperacze.

W ciasnym kokpicie baron zachowywał się z pewnością siebie człowieka silnego, ignorującego dziury i prądy powietrzne. Skrzydła ornitoptera uderzały rytmicznie jak skrzydła osy. Ciemna skóra napierśnika barona opinała dobrze wykształcone mięśnie. W połowie drogi między czterdziestym a pięćdziesiątym rokiem życia wyglądał doskonale. Jego rudawozłote włosy przycięto i ułożono z podkreśleniem trójkątnej kępki u szczytu czoła. Skórę miał gładką, a kości policzkowe wysokie i dobrze uformowane. Na jego szyi i szczękach uwidoczniały się mięśnie gotowe w każdej chwili nadać twarzy groźny wyraz albo wywołać twardy uśmiech, zależnie od okoliczności.

– Daleko jeszcze? – Spojrzał z ukosa na pilota, który zdradzał oznaki nerwowości.

– To miejsce w głębi pustyni, baronie. Wszystko wskazuje, że to jedno z najbogatszych kiedykolwiek odkrytych złóż.

Maszyna zatrzęsła się w prądach wstępujących nad czarną bazaltową skałą. Pilot głośno przełknął ślinę, skupiając się na instrumentach.

Baron usiadł wygodniej, tłumiąc niecierpliwość. Rad był, że ten nowy skarb leży z dala od ciekawskich oczu urzędników Imperatora i KHOAM, którzy mogliby sporządzić kłopotliwe raporty. Trzęsący się ze starości Elrood IX nie musi wiedzieć wszystkiego o rozmiarach produkcji przyprawy na Arrakis. Dzięki starannemu przygotowywaniu raportów i fałszowaniu ksiąg rachunkowych, nie wspominając o łapówkach, baron mówił obcoświatowym nadzorcom tylko to, co chciał.

Silną dłonią otarł pot z górnej wargi i przestawił kontrolki, by ochłodzić i nawilżyć kokpit.

Pilot nie czuł się pewnie z tak ważnym i tak wybuchowym pasażerem na pokładzie. Zmusił silnik do większego wysiłku, sprawdził raz jeszcze projekcję mapy, a potem przeniósł wzrok na zarysy ciągnącej się aż po horyzont pustyni.

Baron także obejrzał projekcję kartograficzną, ale rozczarował go brak szczegółów. Jak można znaleźć drogę przez ten pustynny świat? Jak to możliwe, że planeta tak ważna dla ekonomicznej stabilności Imperium pozostaje w zasadzie nieopisana na mapach? Jeszcze jeden błąd jego przyrodniego brata Abulurda.

Abulurda jednak już tu nie było, a władza należała do barona. „Teraz, gdy Arrakis jest moja, zaprowadzę tu porządek!” Zaraz po powrocie do Kartagin zapędzi ludzi do pracy nad nowymi pomiarami i mapami, jeżeli tylko ci przeklęci Fremeni nie zniszczyli punktów kartograficznych i nie pozabijali badaczy.

Od czterdziestu lat ten pustynny świat był pseudolennem Harkonnenów z politycznego nadania Imperatora z błogosławieństwem KHOAM – Konsorcjum Honnete Ober Advancer Mercantiles. Chociaż ponura i niegościnna, Arrakis była jednym z najcenniejszych klejnotów w imperialnej koronie ze względu na substancję, której dostarczała.

Niestety, po śmierci ojca, Dymitra Harkonnena, osłabiony umysłowo stary Imperator przekazał władzę miękkiemu Abulurdowi, który w ciągu zaledwie siedmiu lat zdołał zdziesiątkować produkcję przyprawy. Zyski spadły, on zaś stracił kontrolę nad przemytem i sabotażem. W rezultacie głupiec został usunięty i wysłany bez oficjalnego tytułu na Lankiveila, gdzie niewiele mógł zaszkodzić samoczynnej produkcji wielorybich futer.

 

Natychmiast po otrzymaniu namiestnictwa baron Vladimir Harkonnen wyruszył na Arrakis, by przewrócić ją do góry nogami. Pozostawi na niej własny ślad, zetrze dziedzictwo błędów i nieudolnych rządów.

W całym Imperium Arrakis – piekielna dziura, którą można by uznać raczej za karę niż nagrodę – była jedynym źródłem przyprawy, substancji droższej od wszystkich cennych metali. Tu, na tym wyschniętym świecie, była cenniejsza od wody.

Bez przyprawy nie byłyby możliwe efektywne podróże kosmiczne… a bez podróży kosmicznych upadłoby samo Imperium. Przyprawa przedłużała życie, chroniła zdrowie i dodawała wigoru. Sam baron korzystał z niej z umiarkowaniem, ale bardzo sobie cenił dobre samopoczucie, jakie mu dawała. Oczywiście przyprawa uzależniała, co miało wpływ na jej wysoką cenę…

Opancerzony ornitopter przeleciał nad osmalonym pasmem górskim, które wyglądało jak złamana szczęka pełna przegniłych zębów. Baron dostrzegł przed sobą chmurę pyłu rozciągającą się na kształt kowadła.

– Tam się odbywa eksploatacja, baronie.

Czarne kropki na monochromatycznym niebie urosły w podobne do jastrzębi pikujące w ich kierunku ornitoptery bojowe. Komunikator zaświstał, a pilot wysłał sygnał identyfikacyjny. Płatni obrońcy – najemnicy mający odeprzeć wszelkich intruzów – zawrócili i zajęli znów pozycje obserwacyjne.

Jak długo ród Harkonnenów utrzymywał iluzję wzrostu wydobycia i zysków, Gildia Kosmiczna nie musiała wiedzieć o każdym nowym znalezisku. Podobnie jak Imperator i KHOAM. Baron zatrzyma tę zdobycz dla siebie i doda do swoich ogromnych zapasów.

Gdyby po latach próżnowania Abulurda baron osiągnął choćby połowę tego, co było możliwe, KHOAM i Imperium dostrzegłyby znaczną poprawę. Zadowolone, nie zauważyłyby jego przekrętów i nie podejrzewałyby go o tajne schowki przyprawy. Niebezpieczna strategia, gdyby została ujawniona… ale baron miał swoje sposoby na szpiegów.

Gdy zbliżyli się do pióropusza pyłu, baron sięgnął po lornetkę i dostroił olejowe soczewki. Rozpoznał kombajn gąsienikowy przy pracy. To mechaniczne monstrum o wielkich gąsienicach i ogromnej ładowności było niewiarygodnie kosztowne… ale warte każdego solarisa wydanego na jego utrzymanie. Jego czerpaki podrzucały cynamonowy pył, szary piasek i odłamki krzemienia, wgryzając się w powierzchnię pustyni w poszukiwaniu aromatycznego melanżu.

Mobilne zespoły naziemne przemierzały otwartą przestrzeń piasków w pobliżu kombajnu, wprowadzając sondy pod powierzchnię, zbierając próbki i oznaczając na mapie zasięg ukrytej w głębi żyły przyprawy. W górze krążyły, czekając, cięższe maszyny unoszone przez olbrzymie ornitoptery. Na horyzoncie wznosiły się i opadały szperacze, a w nich obserwatorzy wypatrujący zmarszczek zdradzających zbliżanie się czerwia. Jeden z tych wielkich arrakańskich czerwi pustyni mógł pochłonąć cały zespół operacyjny.

– Baronie – odezwał się pilot, przekazując mu komunikator – dowódca zespołu wydobywczego chce z panem mówić.

– Tu twój baron. – Vladimir dotknął ucha, sprawdzając odbiór. – Podaj mi najnowsze dane. Jakie wydobycie?

Dowódca załogi odpowiedział burkliwie, irytująco obojętny na rangę swego rozmówcy.

– Dziesięć lat pracuję przy wydobyciu przyprawy, ale takiego złoża jeszcze nie widziałem. Kłopot w tym, że leży głęboko. Normalnie, jak pan wie, znajdujemy przyprawę na powierzchni. Tym razem jest silnie skoncentrowana, ale…

Baron czekał tylko chwilę.

– Ale co?

– Tam się dzieje coś dziwnego, baronie. Dziwnego chemicznie. Spod powierzchni wydobywa się dwutlenek węgla, jest tam jakiś jego bąbel. Kombajn przebijający się przez zewnętrzne warstwy do przyprawy natknął się na parę wodną.

– Para wodna!

To była rzecz niesłychana na Arrakis, na której nawet przy sprzyjającej pogodzie niemal nie wykrywało się w powietrzu wilgoci.

– Może natrafiliśmy na jakąś warstwę wodonośną nakrytą skałami?

Baron nie wyobrażał sobie aż dotąd, że pod powierzchnią Arrakis znajdzie wodę. Szybko rozważył możliwość sprzedania tych zasobów ludności. To by dało do myślenia handlarzom wody, którzy stali się zbyt zarozumiali.

– Myślisz, że to popsuje przyprawę? – zagrzmiał basowym głosem.

– Trudno powiedzieć, baronie. Przyprawa to dziwna substancja, a ja nigdy nie zetknąłem się z taką kieszenią. Coś tu jest nie w porządku…

Baron spojrzał na pilota ornitoptera.

– Skontaktuj się ze szperaczami. Spytaj, czy zauważono jakiś znak czerwia.

– Żadnego, panie – odpowiedział pilot, sprawdziwszy meldunki.

Vladimir Harkonnen dostrzegł krople potu na jego czole.

– Jak długo gąsienik tam jest? – spytał.

– Niemal dwie godziny, panie.

Baron skrzywił się. Jakiś czerw powinien się już pojawić.

Przez nieuwagę pilot zostawił włączoną komlinię, a dowódca załogi rzekł:

– Nigdy dotąd nie mieliśmy aż tyle czasu, baronie. Czerwie zawsze się pojawiały. Zawsze. A tam w dole coś się dzieje. Gazu jest coraz więcej. Można to wyczuć w powietrzu.

Odetchnąwszy klimatyzowanym powietrzem kabiny, baron wyczuł piżmowy zapach surowej przyprawy zagarnięty z pustyni. Ornitopter krążył teraz kilkaset metrów od głównego kombajnu.

– Wykrywamy wibracje pod powierzchnią, jakby jakiś rezonans. Nie podoba mi się to, baronie.

– Nie płacę ci za to, żeby ci się podobało. Czy to jakiś sunący głęboko czerw?

– Raczej nie, baronie.

Baron sprawdził wstępne dane przekazane z kombajnu. Liczby wprawiały w osłupienie.

– Z tego jednego stanowiska zbierzemy więcej niż ze wszystkich innych przez miesiąc. – Jego palce wystukiwały na udzie regularny rytm.

– Sugerowałbym jednak, baronie, żebyśmy się spakowali i opuścili to miejsce. Możemy stracić…

– Nie ma mowy – przerwał mu Harkonnen. – Nie ma znaku czerwia, a wy macie już prawie pełen kombajn. Możemy zaraz wysłać zgarniarkę i dostarczyć wam pustą maszynę. Nie porzucę fortuny w przyprawie tylko dlatego, że pan się denerwuje… że ma pan jakieś niejasne przeczucia. To śmieszne!

Kiedy szef zespołu próbował bronić swego zdania, baron przerwał mu ostro:

– Jeśli jest pan nerwowym tchórzem, źle pan wybrał zawód i pracodawcę. Do roboty!

Wyłączył komunikator i zanotował w pamięci, by jak najszybciej zwolnić tego człowieka.

Zgarniarki unosiły się w górze gotowe do ratowania kombajnu z załogą, gdyby pojawił się czerw. Dlaczego jednak jeszcze go nie było? Czerwie zawsze broniły przyprawy.

Przyprawa. Smakował to słowo w myślach i wargami. Ta spowita w zabobony substancja była wielkością nieznaną, współczesnym rogiem jednorożca, Arrakis zaś była wystarczająco niegościnna, by nikomu nie udało się odkryć pochodzenia melanżu.

W całym rozległym Imperium żaden poszukiwacz ani badacz nie znalazł melanżu na jakiejkolwiek innej planecie ani też nie zdołał otrzymać jej substytutu mimo stuleci prób. Odkąd Harkonnenowie byli namiestnikami Arrakis, kontrolując produkcję przyprawy, baron nie życzył sobie odkrycia jej substytutu ani znalezienia innego jej źródła. Zespoły znawców pustyni lokalizowały przyprawę, a Imperium z niej korzystało – tylko to go interesowało. Robotnicy zawsze byli zagrożeni. Czerw mógł zaatakować zbyt wcześnie, zgarniarka mogła mieć awarię, a kombajn mógł nie zostać w porę uniesiony. Niespodziewane burze piaskowe nadciągały z zaskakującą szybkością. Straty Harkonnenów w ludziach i sprzęcie były ogromne… ale melanż wynagradzał prawie wszystkie koszta.

Ornitopter krążył w stałym, brzęczącym rytmie, a baron przyglądał się toczącej się w dole pracy. Piekące słońce odbijało się od zakurzonego kadłuba kombajnu. Szperacze kontrolowały z powietrza okolicę, a pojazdy naziemne krążyły pod nimi, zbierając próbki.

Wciąż nie było ani śladu czerwia, a każda chwila pozwalała załodze zebrać więcej przyprawy. Robotnicy dostaną premie – z wyjątkiem szefa – ród Harkonnenów zaś stanie się bogatszy. Raporty można spreparować później.

– Wywołaj najbliższą bazę – polecił baron pilotowi. – Wezwij zgarniarkę z nowym kombajnem. Ta żyła wydaje się niewyczerpana. Jeśli czerw nie pokazał się aż do teraz, mamy może czas…

Szef zespołu naziemnego odezwał się, korzystając ze wspólnego kanału, skoro baron wyłączył swój odbiornik.

– Panie, próbki wykazują, że temperatura pod powierzchnią rośnie… i to gwałtownie! Coś tam się dzieje, jakaś reakcja chemiczna. A jedna z drużyn wpadła właśnie w rojowisko troci piaskowych.

Baron warknął, wściekły, że tamten użył nieszyfrowanego kanału. A jeśli słuchają ich szpiedzy KHOAM? Ale kto by się przejmował trociami piaskowymi? Te żyjątka ukryte głęboko pod piaskiem obchodziły go tyle samo, ile muchy rojące się wokół padliny.

Zanotował w pamięci, żeby zgotować szefowi ekipy coś gorszego niż utrata stanowiska i premii.

„Tego mięczaka z pewnością wyszukał Abulurd”.

Zobaczył nagle, że zwiadowcy zaczęli poruszać się szybko, niczym mrówki oszalałe od wyziewów kwasu. Pędzili do kombajnu. Któryś zeskoczył z zakurzonego łazika i wspinał się ku otwartym drzwiom potężnej maszyny.

– Co oni robią? Porzucają stanowiska pracy? Zejdź trochę niżej, żebym lepiej widział.

Pilot zawrócił ornitopter i zniżył się ku piaskowi niczym złowrogi chrząszcz. W dole ludzie słaniali się, kaszląc i wymiotując, i próbowali założyć maski. Dwóch przewróciło się na poruszającym się piasku. Inni pędzili do kombajnu.

– Dawać zgarniarkę! Dawać zgarniarkę! – krzyczał któryś.

Wszystkie szperacze meldowały.

– Brak znaku czerwia.

– Nadal nic.

– Wszystko w porządku.

– Dlaczego oni uciekają? – spytał oburzony baron, jakby pilot mógł wiedzieć.

– Coś się dzieje! – wrzeszczał szef zespołu. – Gdzie ta zgarniarka?

Piasek napęczniał. Czterech robotników potknęło się i upadło na twarz, zanim dotarli do rampy kombajnu.

– Spójrz, panie! – rzekł z przestrachem pilot, wskazując w dół.

Baron oderwał wzrok od przerażonych ludzi i zobaczył, że cały teren wokół miejsca wydobycia drży jak skóra opinająca bęben.

Kombajn zachwiał się i przechylił na bok. W piasku pojawiła się szczelina i całe stanowisko zaczęło nagle pęcznieć pod powierzchnią, unosząc się niczym bąbel błotny we wrzących bagnach Salusy.

– Zabierajmy się stąd! – krzyknął baron. Pilot zawahał się, a wtedy Harkonnen machnął lewą dłonią jak biczem i zdzielił go w policzek. – Jazda!

Pilot chwycił stery i poderwał ostro ornitopter. Sztuczne skrzydła uderzały gwałtownie.

Tymczasem w dole podziemny bąbel napęczniał do szczytu możliwości, a potem wybuchł, wyrzucając w powietrze kombajn, pojazdy naziemne i wszystko inne. Gigantyczna eksplozja piasku wystrzeliła w niebo, unosząc odłamki skał i pomarańczową przyprawę. Olbrzymia maszyna rozpadła się na części rozrzucane niczym szmaty w kurzawie Coriolisa.

– Co się tam, do diabła, stało?! – Czarne oczy barona rozszerzyły się z niedowierzania na widok ogromu zniszczeń. W jednej chwili cała drogocenna przyprawa została pochłonięta, cały sprzęt zniszczony. Strat w ludziach prawie nie zauważał, oprócz może kosztów ich wyszkolenia.

– Uwaga, panie! – krzyknął pilot. Palce pobielały mu na sterach.

Uderzył w nich nagły podmuch. Zakręcił w powietrzu opancerzonym ornitopterem z bijącymi niczym cepy skrzydłami. Silniki zawyły, usiłując zachować równowagę. Drobiny wystrzelonego z wielką prędkością piasku uderzyły w plazowe okna. Zatkane piaskiem silniki zaczęły się krztusić. Maszyna traciła wysokość, opadając ku kipiącej przepaści.

Pilot krzyczał coś niezrozumiale. Baron ściskał pasy bezpieczeństwa, widząc, jak ziemia zbliża się ku nim niczym odwrócony obcas gotowy zgnieść owada.

Vladimir wiedział, że jako głowa rodu Harkonnenów może zginąć ze zdradzieckiej ręki asasyna, ale żeby paść ofiarą nieprzewidywalnej katastrofy naturalnej… to było po prostu śmieszne.

Gdy tak nurkowali, zobaczył piasek otwierający się niby pęknięty wrzód. Pył i surowy melanż były wsysane i mieszane przez prądy konwekcyjne i reakcje chemiczne. Bogata żyła przyprawy przemieniała się w jakąś gotową ich pożreć trędowatą paszczę. Pilot jednak, który przedtem wydawał się mało stanowczy i roztargniony, teraz był skupiony i zdeterminowany. Jego palce biegały po drążku i kontrolkach mocy silników, wykorzystując prądy powietrzne i przerzucając siłę ciągu z jednego silnika na drugi, by zneutralizować dławienie ich pyłem. W końcu ornitopter wyrównał lot tuż nad wydmami. Pilot westchnął z ulgą.

Kiedy w piasku otworzył się wielki otwór, baron dostrzegł migotliwe przejrzyste kształty niczym robaki na padlinie. Trocie piaskowe mknęły ku miejscu eksplozji. Wkrótce pojawią się także wielkie czerwie pchane nieodpartym nakazem.

 

Mimo wszelkich starań baron nie mógł nijak zrozumieć przyprawy.

Ornitopter nabrał wysokości, kierując się w stronę szperaczy i zgarniarek zaskoczonych tym, co się stało. Nie zdołały unieść kombajnu i jego cennego ładunku przed eksplozją, a baron mógł za to winić tylko siebie. Wydał im wyraźne rozkazy, żeby trzymały się z daleka.

– Ocaliłeś mi życie, pilocie. Jak się nazywasz?

– Kryubi, panie.

– Dobrze więc, Kryubi… czy widziałeś kiedyś coś takiego? Co tam się stało? Co spowodowało ten wybuch?

Pilot nabrał tchu.

– Słyszałem, jak Fremeni mówili o czymś, co nazywają wybuchem przyprawy. – Wydawał się niewzruszony niczym posąg, jakby zagrożenie przemieniło go w coś znacznie silniejszego. – To się zdarza w głębi pustyni, gdzie mało kto może to oglądać.

– Kogo obchodzi, co mówią Fremeni? – Baron wydął usta na samą myśl o tych brudnych nędzarzach koczujących na piaskach. – Wszyscy słyszeli, że przyprawa wybucha, ale nikt tego nie widział. Głupie zabobony.

– Tak, ale zabobony mają zwykle jakąś podstawę. Oni widzą wiele rzeczy na pustyni.

Teraz baron podziwiał pilota, że nie boi się mówić, chociaż zna jego porywczość i mściwość. Może warto by go awansować?

– Mówią, że wybuch przyprawy to reakcja chemiczna – ciągnął Kryubi. – Zapewne skutek nagromadzenia masy preprzyprawowej pod piaskami.

Baron rozważał to. Nie mógł zaprzeczyć świadectwu własnych oczu. Kiedyś poznają być może prawdziwą naturę melanżu i będą mogli zapobiegać takim katastrofom. Dotychczas wydawało się, że przyprawy wystarczy dla wszystkich, którzy chcą jej szukać, więc nikt nie łamał sobie głowy analizami. Po co marnować czas na badania, kiedy fortuny czekają, by je zbić? Baron miał monopol na Arrakis, ale ten monopol opierał się na ignorancji.

Zacisnął zęby i pomyślał, że po powrocie do Kartagin musi dać upust napięciu w jakiejś bardziej ożywionej zabawie, niż planował. Tym razem to musi być ktoś szczególny – żaden z jego stałych kochanków, ale ktoś, kogo nigdy jeszcze nie wykorzystał. To go uwolni od zahamowań.

Patrząc w dół, stwierdził, że już nie musi ukrywać tego miejsca przed Imperatorem. Trzeba je zarejestrować jako odkrywkę i udokumentować straty w ludziach i sprzęcie. Nie ma potrzeby fałszowania rejestrów. Stary Elrood nie będzie zadowolony, ale ród Harkonnenów pogodzi się z tym finansowym uszczerbkiem.

Gdy pilot zataczał krąg, niedobitki załogi meldowały o stratach w ludziach, sprzęcie i przyprawie. Baron poczuł, że kipi z wściekłości.

„Do diabła z Arrakis – pomyślał. – Do diabła z przyprawą i naszym uzależnieniem od niej”.


Jesteśmy uniwersalistami. Nie da się przeprowadzić wyraźnych podziałów wśród problemów na skalę planety. Planetologia to nauka przycinania i dopasowywania.

– Pardot Kynes, Traktat o odrodzeniu środowiska naturalnego po zagładzie na Salusie Secundusie

Na Kaitainie, planecie Imperatora, olbrzymie budynki sięgały nieba. Wspaniałe rzeźby i przepyszne wielopiętrowe fontanny wznosiły się niby sen wzdłuż wykładanych kryształem bulwarów. Można było patrzeć na nie godzinami.

Pardot Kynes zdołał tylko rzucić okiem na to widowisko, zanim gwardziści Imperatora poprowadzili go szybkim krokiem do pałacu. Nie obchodziła ich ciekawość jakiegoś planetologa ani nie interesowały cuda miasta. Ich zadaniem było doprowadzić go bez zwłoki pod potężne sklepienie sali tronowej. Imperator Znanego Wszechświata nie może czekać.

Eskorta Kynesa nosiła szaro-czarne mundury, nieskazitelnie czyste, ozdobione galonami i medalami. Każdy guzik był wypolerowany, każda wstążeczka wyprostowana i zaprasowana. Piętnastu doborowych sardaukarów Imperatora otaczało go niczym armia.

Splendor stolicy opanował jednak całkowicie myśli Kynesa. Zwrócił się do najbliższego gwardzisty.

– Zazwyczaj przebywam w brudzie czy w błocie, pod gołym niebem jakiejś planety, której nikt inny nie chce oglądać. – Nigdy nie widział ani nie wyobrażał sobie niczego podobnego na tych dzikich pustkowiach, które badał.

Gwardzista nie odpowiedział ani słowem wysokiemu, szczupłemu obcoświatowcowi. Sardaukarów uczono walki, a nie konwersacji.

– Tu mnie wyszorowano do czysta i ubrano jak wielkiego pana. – Kynes szarpnął grubą tkaninę granatowego żakietu, czując zapach mydła i własnej skóry. Miał wysokie czoło i rzadkie rudoblond włosy zaczesane do tyłu.

Eskorta nie zwalniała kroku na niekończących się kaskadach polerowanych kamiennych stopni rozświetlonych złotym filigranem i kremowymi, lśniącymi kojotytami.

Kynes zwrócił się do gwardzisty po swojej lewej.

– Jestem po raz pierwszy na Kaitainie. Założyłbym się, że wy nawet nie zauważacie tych widoków, jeżeli stale tu jesteście. – Te słowa zostały poparte melancholijnym uśmiechem, ale znowu trafiły na głuchego.

Pardot Kynes był biegłym i szanowanym ekologiem, geologiem i meteorologiem z botaniką i mikrobiologią jako dodatkowymi specjalnościami. Z pasją i radością przyswajał sobie tajemnice całych planet. Ludzie jednak często pozostawali dla niego tajemnicą – jak ci gwardziści.

– Kaitain jest o wiele… przyjemniejszy niż Salusa Secundus, na którym się wychowałem. Byłem też na Beli Tegeuse, która jest niewiele lepsza, ciemna i wyblakła, z dwoma karłowatymi słońcami. – W końcu Kynes poprzestał na mruczeniu do siebie. – Padyszach Imperator wezwał mnie z drugiego końca galaktyki. Ciekawe po co.

Nikt mu oczywiście nie odpowiedział.

Przeszli pod łukiem ze szkarłatnej skały wulkanicznej robiącym wrażenie bardzo starego. Kynes podniósł wzrok i doświadczonym okiem geologa rozpoznał ten rzadki kamień: starożytny łuk bramny ze zniszczonego Salusy Secundusa.

Zdumiało go, że ktoś przechowuje taki relikt z surowej planety, na której on sam spędził wiele lat, a która była więzieniem o zrujnowanym ekosystemie. Potem jednak przypomniał sobie, czując się jak głupiec, że przed tysiącami lat Salusa był stolicą Imperium… zanim katastrofa wszystko zmieniła. Niewątpliwie Corrinowie zabrali tu ten nietknięty łuk bramny jako wspomnienie przeszłości albo trofeum pokazujące, że ród Imperatora przetrwał nieszczęścia niszczące całe planety.

Gdy eskorta sardaukarów weszła pod łukiem z lawy do rozbrzmiewającego echami pałacu, rozległa się fanfara instrumentów dętych, których Kynes nie umiał nazwać. Nigdy nie interesował się muzyką ani sztuką, nawet jako chłopiec. Po co tracić na nie czas, kiedy jest tyle nauk przyrodniczych?

Zanim wkroczyli pod roziskrzony klejnotami strop ogromnej budowli, Kynes zadarł głowę, by spojrzeć jeszcze raz w doskonały błękit czystego nieba.

Podczas podróży liniowcem Gildii miał dość czasu, by dowiedzieć się czegoś o stołecznej planecie. Swoich umiejętności planetoznawcy nigdy dotąd nie stosował do tak cywilizowanego miejsca. Kaitain był znakomicie zaplanowany i urządzony, z bulwarami wysadzanymi drzewami, wspaniałą architekturą, doskonale nawodnionymi ogrodami… i mnóstwem innych rzeczy.

Oficjalne raporty Imperium głosiły, że zawsze jest tu ciepło i panuje klimat umiarkowany. Burze były zjawiskiem nieznanym, a nieba nigdy nie pokrywały chmury. Z początku myślał, że to zwykła propaganda dla turystów, gdy jednak eskortowiec Gildii schodził z orbity, zauważył flotyllę satelitów, które wymuszały utrzymanie spokojnej i bezchmurnej pogody Kaitaina.

Inżynierowie klimatu mogli z pewnością utrzymywać pogodę, jaką ktoś kiedyś uznał błędnie za optymalną, ale robili to na własną szkodę, tworząc środowisko prowadzące do złego samopoczucia umysłu, ciała i ducha. Rodzina Imperatora nigdy tego nie zrozumie. Odpoczywali pod słonecznym niebem, przechadzali się po dobrze nawodnionych parkach, nieświadomi katastrofy ekologicznej, która tylko czekała, żeby rozwinąć się przed ich przesłoniętymi oczami. Pozostanie tu i śledzenie efektów byłoby prawdziwym wyzwaniem… ale Kynes jakoś nie wierzył, by Imperator Elrood IX wezwał go tu właśnie po to…

Eskorta wiodła go w głąb pełnego ech pałacu. Przestronna sala audiencyjna mogła służyć jako arena starożytnym igrzyskom gladiatorów. Jej posadzka rozciągała się w dal niczym polerowana wielobarwna równina z kamiennych płyt, z których każda pochodziła z innej planety. W miarę wzrostu Imperium pojawiały się dodatkowe skrzydła i alkowy.

Dookoła kroczyli dworzanie w olśniewających strojach, pyszniąc się tkaninami przeszywanymi drogimi metalami. Nieśli dokumenty, śpieszyli dokądś w pilnych sprawach, przekazując sobie informacje szeptem, jakby tylko oni rozumieli prawdziwy sens swoich działań.

Kynes był kimś obcym w tym świecie polityki – wolałby raczej odludzie. Chociaż fascynował go ten przepych, tęsknił za samotnością, niezbadanymi krajobrazami, zagadkami obcej flory i fauny. To ruchliwe miejsce niechybnie przyprawi go o ból głowy.