Powiedz mi to szeptemTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

Fighting Silence

Copyright © 2018 by Kerry Anne King

All rights reserved

Copyright © for Polish edition

Wydawnictwo NieZwykłe

Oświęcim 2019

Wszelkie Prawa Zastrzeżone


Redakcja:

Barbara Marszałek

Korekta:

Patrycja Siedlecka

Magdalena Zięba-Stępnik

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Przygotowanie okładki:

Paulina Klimek


www.wydawnictwoniezwykle.pl


Dystrybucja: ATENEUM www.ateneum.net.pl


Numer ISBN: 978-83-8178-014-8


Skład wersji elektronicznej:

Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

Dla Davida – mojego partnera, mojego najlepszego i najbardziej zaufanego przyjaciela.



 
Szepnij mi to, mój skarbie, moja umiłowana.
Pieśń o blasku księżyca i gwiazd nad nami panorama.
Szepnij mi prawdę, miłość i szepnij konfabulację,
ciepłe dni zimy, zimne letnie niebios abstrakcje.
Szepnij mi złość, szepnij deszczu strapienie.
Szepnij mi kwiaty, a potem szepnij cierpienie.
Kiedy przychodzę umrzeć, kochać, wtedy szepnij mi do tego
kształt pamięci, prawdę pocałunku owego.
Szepnij mi, szepnij mi, szepnij mi do tego
całe życie wspomnień i pocałunku finalnego.
 
COLVILLE,
WASHINGTON

1982
Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym
20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział pierwszy

Sypialnia rodziców zawsze była poza moim zasięgiem.

Nie żeby mi ktoś powiedział: „Nie wchodź do tego pokoju bez pozwolenia’’. Na drzwiach nie ma znaku Wstęp wzbroniony. Lista zasad spisanych przez moją mamę i przyczepionych magnesem do lodówki nie mówi: „Trzymaj się z dala od mojej sypialni”.

Zasada dotycząca sypialni jest niepisana i nikt nie wspomina o niej na głos, jednak wiem, że istnieje, tak samo jak wiem, że niebo jest niebieskie, a trawa zielona. To jedna z tych rzeczy, które nie powinny wymagać wyjaśnienia.

Marley zna zasadę tak dobrze jak ja, ale ona nie dba o nią.

– To Zabronione Królestwo – mówi, ściskając moją dłoń. – Musimy być dzielne.

Dzisiaj udajemy, że jesteśmy odkrywcami gotowymi zaryzykować spotkanie z kanibalami, lwami, a nawet naszą matką, aby znaleźć ukryty skarb. Marley mówi, że jesteśmy nieustraszonymi poszukiwaczami przygód, ale ja jestem przerażona. Moje kolana śmiesznie się ruszają, a bicie serca słyszę w uszach. Kiedy kątem oka dostrzegam swoje odbicie w lustrze powieszonym nad długim, niskim kredensem, wyglądam jak małe dziecko, a nie jak odważna, wojownicza księżniczka w przebraniu.

– Może powinnyśmy podbić jakieś inne ziemie? – szepczę, ale na Marley to nie działa.

– Zastanawiam się, co tam jest. – Macha ręką w stronę olbrzymich białych drzwi, które zajmują prawie całą jedną ścianę pokoju.

Biorę głęboki wdech.

– Nie możemy tam wejść.

– Oczywiście, że możemy. Potrzebujemy po prostu magicznego słowa, które będzie w stanie złamać zaklęcie plombujące. I nie myśl nawet o Abrakadabra lub Bibidi-bobidi-bu.

– To niezbyt dobry pomysł, Marley.

Patrzę przez ramię. Drzwi do sypialni są zamknięte, ale nie stanowi to żadnej bariery pomiędzy nami a rodzicielskim gniewem. Wstrzymuję oddech. Nasłuchuję kroków. Słyszę szum elektrycznego grzejnika w holu, wiatr poruszający drzewami za oknem, a także dźwięk telewizora, wyciszony ze względu na odległość.

Nieustraszona Marley kładzie rękę na drzwiach szafy. Nic się nie dzieje.

Nie ma żadnego elektrycznego świstu. Żadnej błyskawicy. Żadnego trzęsienia ziemi.

– Za tymi drzwiami kryje się Jaskinia Tajemnic – informuje. – Skarb czeka, przechowywany od dawna przez smoki. Musimy tylko powiedzieć magiczne słowo, a będzie nasz.

Rośnie we mnie ciekawość. Przez całe życie widziałam jedynie fragment tego pokoju. Dodatkowo zazwyczaj przez półotwarte drzwi. Przypomina mi on miejsce w kościele, gdzie stoi pastor, nieskazitelny i święty, i niedostępny dla dzieci.

Ciemne drewniane meble. Gigantyczne łóżko z idealnie gładką narzutą. Zasłony zawsze zasunięte. Moje własne małe ja odbite w lustrze, to jedyna rzecz nie na miejscu.

Co do tej szafy – może zawierać wszystko.

– No dalej, otwieraj – mówię, a cała moja ostrożność wyparowuje z powodu nagłej potrzeby poznania prawdy. Cokolwiek kryje się za tymi drzwiami, jest ważne i niezbędne dla mojego przetrwania. Jestem tego pewna.

– Ty musisz to zrobić – rzuca Marley, cofając się.

Właśnie to mnie w niej wkurza. Ma najlepsze pomysły, ale gdy tylko udaje jej się wpędzić mnie w kłopoty, zawsze każe mi podjąć niezbędne działania. W ten sposób to ja ponoszę za to konsekwencje, a ona – puf! – znika. Z pewnością znika po to, żeby uniknąć kary.

– Nie znam magicznego słowa.

– Oczywiście, że znasz – stwierdza.

I wtedy, w jednej chwili, już wiem. Ruszam do przodu, a moje stopy zatapiają się w dywanie. Z każdym krokiem małe kępki kremowych i szarych włókien łaskoczą moje palce. Z uniesionymi w powietrzu obiema rękami, jak na tym zdjęciu w mojej biblijnej książce o Mojżeszu torującym drogę przez Morze Czerwone, ogłaszam:

– Przygoda! Przygoda to jest to słowo.

Ponownie wydaje się, że nic się nie dzieje, ale zaklęcie działa. Kiedy kładę rękę na drzwiach szafy, otwierają się niemal bezgłośnie, odsłaniając sekretne pomieszczenie, które wygląda bardziej jak sklep niż tajemne królestwo pełne skarbów.

Rzędy ubrań starannie wiszą na wieszakach, wszystkie ułożone według kolorów. Z jednej strony są koszule i marynarki. Z drugiej sukienki oraz bluzki. Na podłodze znajdują się buty. Pudełka są starannie ułożone, wszystkie zaklejone taśmą. Więcej przedmiotów jest ustawionych na półkach powyżej wieszaków na ubrania, zbyt wysoko, by móc je dosięgnąć lub chociaż wyraźnie zobaczyć. Mimo to rozpoznaję rakietę do badmintona. I stos prezentów zapakowanych w świąteczny papier.

Ostry zapach łaskocze mój nos.

Marley klęczy w tylnym rogu garderoby, tuż przy części z sukienkami. Dostrzegam przed nią walizkę.

To tylko stara, brązowa walizka, ale sprawia, że moje wnętrzności wydają się trząść jak galareta. Od razu odechciewa mi się bawić. Chcę wrócić do bezpieczeństwa, jakie daje mi mój pokój, po czym wczołgać się pod kołdrę. Ale jestem dzielnym odkrywcą, więc zamykam drzwi, a następnie podchodzę na palcach, by dołączyć do Marley.

– Otwórz – zachęca.

Trzęsą mi się ręce. Chowam je za plecami, potrząsając głową.

– To zła walizka. Powinnyśmy zostawić ją w spokoju.

Marley rzuca mi miażdżące spojrzenie.

– Nie bądź tchórzem.

Biorę więc głęboki oddech, po czym klękam obok niej. Mimo trzęsących się rąk udaje mi się nacisnąć przyciski na obu zatrzaskach.

Klik. Klik.

Otwieram walizkę.

Nic nie wyskakuje, żeby mnie ugryźć. Na wierzchu znajduje się warstwa niebieskiej bibuły, która marszczy się, gdy odkładam ją ostrożnie na bok.

Pod spodem znajduje się biała sukienka. Jest wykonana z lśniącej, gładkiej tkaniny pokrytej koronką.

– Jedwab – stwierdza Marley. Zna wszystkie słowa, mimo że jest tylko siedem minut starsza ode mnie. – A może satyna.

Te słowa są owocem naszego wspólnego czytania z mamą.

W szkole uczą nas czytania, ale tylko prostych słów oraz nudnych historyjek o myszach i kotach. Znamy już wszystkie litery i sposób ich dopasowania, aby stworzyć słowa. Nie mówimy tego. Jeśli mama się o tym dowie, najprawdopodobniej przestanie czytać nam na dobranoc albo powie nam, żebyśmy same sobie czytały.

Pora snu to moja ulubiona chwila spędzona z mamą. Nie jest wtedy zbyt zajęta, żeby mnie przytulić. Nie ma dla mnie listy zadań do wykonania i nie wypytuje mnie o nazwy krajów, które powinnam zapamiętać, nie zmusza mnie do policzenia do stu albo recytowania wersetów biblijnych.

Przytula mnie i czyta mi opowiadania przy świetle nocnej lampki. Nigdy nie czyta Marley, ale to właśnie ona pamięta wszystkie słowa, nawet te najtrudniejsze.

Wczoraj wieczorem mama przeczytała Kopciuszka, tego z dużej, grubej książki z napisem Grimm na grzbiecie, a nie z tej z ilustracjami, gdzie przybrane siostry mają spiczaste nosy, a Kopciuszek wygląda tak lekko na swoich nogach, że mogłaby pofrunąć w górę aż do nieba.

Mogę wskazać tylko niektóre słowa z tej książki. Marley mówi, że grim1 oznacza „ponury” i na pewno na tych stronach jest dużo ponurych słów.

Znajdują się tam „jedwab” i „satyna”, ale także „szkaradny”. I „osierocony”.

– Co by było, gdybyśmy zostały osierocone? – zapytała mnie Marley, kiedy mama przeczytała Jasia i Małgosię.

– Oni nie zostali osieroceni – zauważyłam. – Ich ojciec wciąż żył.

– Może lepiej byłoby im, gdyby byli osieroceni – stwierdziła – skoro ojciec chciał ich zabić i w ogóle.

 

Wtedy jej słowa sprawiły, że poczułam się tak, jak czuję się właśnie teraz – przestraszona i roztrzęsiona. To nie wiedźma z piernikowej chatki mnie przeraża; to myśl, że moi rodzice już mnie nie chcą. Kiedy budzę się z koszmarów, krzycząc, a mama przychodzi, by mnie uspokoić, to zawsze z powodu tego samego snu. Zawsze mnie pyta:

– Co ci się śniło, mała? Powiedz mi.

I zawsze odpowiadam jej:

– Nie pamiętam.

I zawsze jest to kłamstwo.

Ale teraz nie śnię. Jestem z Marley i ukrywamy się w zakazanej szafie. Suknia nie wygląda tak, jak na ilustracjach Kopciuszka. Nie uważam, żeby słowo „jedwab” pasowało do niej idealnie.

– Załóż ją – mówi Marley. – Możesz być Kopciuszkiem.

– Nie chcę być Kopciuszkiem.

– A co z księżniczką Leią? To nawet bardziej pasuje.

Nie widziałyśmy Gwiezdnych wojen. Mama mówi, że jesteśmy za młode. Ale słyszałyśmy o nich od innych dzieci. Lacey w szkole ma ilustrowaną książeczkę o całej historii. Widziałyśmy księżniczkę Leię w jej białej sukni, niosącą broń przez statek kosmiczny. Leia jest o wiele bardziej ekscytująca od Kopciuszka, piłek i tańca.

Ale jednak.

– Wpadniemy w kłopoty. – Mimo to moje ręce już wygładzają materiał.

– Nikt się nie dowie.

Pod sukienką są dwa małe, różowe kocyki i niebieski, wypchany miś. Miś jest bliźniakiem tego, który siedzi na moim łóżku i co noc idzie ze mną do Krainy Snów.

W jednym z kocyków jest zawinięte zdjęcie. Marley i ja gapimy się na nie, próbując nadać sens temu obrazowi. Dziewczyna trzyma dwoje niemowląt owiniętych w różowe kocyki. Ta dziewczyna ma twarz mojej matki, ale ma na sobie dżinsy i bluzkę, a dodatkowo ma długie, rozpuszczone włosy sięgające jej niemal do pasa. Na powiekach ma tonę niebieskiego cienia, a jej rzęsy skleja gruba warstwa tuszu.

Dziewczyna wygląda jak mama, z tym że mama zawsze nosi sukienki lub spodnie dresowe i koszulkę. Włosy ma krótkie, na twarzy nie ma nic oprócz kremu.

To zdjęcie sprawia, że jest mi niedobrze, więc zawijam je z powrotem w kocyk. Wciągam sukienkę przez głowę. Wydaje miękki szelest i rozlewa się wokół mnie na podłodze, przypominając bardziej tren Kopciuszka niż sukienkę Leii. Marley wybiera buty na wysokim obcasie, po czym podaje mi je. Balansuję w nich niepewnie, sprawdzając moją przemianę w pełnowymiarowym lustrze. Wówczas otwierają się drzwi szafy, a Zła Macocha, wpatrując się we mnie z dłońmi położonymi na biodrach i mocno ściśniętymi ustami, daje mi do zrozumienia, że mam poważne kłopoty.

Bo to w ogóle nie jest Zła Macocha, a ja nie jestem ani Kopciuszkiem, ani dzielną księżniczką Leią ratującą imperium. Moja matka przyłapała mnie na grzebaniu w rzeczach, które do mnie nie należą.

– Co robisz?

To podchwytliwe pytanie i dobrze wiem, że lepiej nie odpowiadać. Ona widzi, co robię.

– Z kim rozmawiałaś?

– Z nikim.

Jej oczy wypalają we mnie dziurę. Usiłuję nie spuszczać wzroku, ale balansuję na wysokich obcasach. Moja stopa wślizguje się do czubka buta, a potem chwieje na boki. Przewracam się, chwytając garść sukienek dla równowagi, ale te zsuwają się z wieszaków i spadają na podłogę razem ze mną. Leżę w stercie ubrań na dnie szafy.

Mama podchodzi, po czym zamyka walizkę.

– Wstań i zdejmij to.

Próbuję być posłuszna, ale jestem splątana strachem oraz tkaninami. Dłonie mamy podnoszą sukienkę ponad moją głowę.

– Nie wolno ci wchodzić do mojego pokoju bez pozwolenia. Nie możesz się bawić w tej szafie. Rozumiesz? Spójrz na mnie, kiedy do ciebie mówię.

Spoglądam na jej twarz. Tę samą twarz, którą widziałam na zdjęciu, tylko nie tak gładką. Nie mogę patrzeć jej w oczy, więc znajduję bliznę na lewym policzku – cienką, białą linię – i skupiam się na niej. Na fotografii nie miała tej blizny i uważam to za pocieszające. Dziewczyna ze zdjęcia, trzymająca dwoje niemowląt owiniętych w różowe kocyki, nie mogła być moją matką.

– Teraz – mówi mama – powiedz mi jeszcze raz. Z kim rozmawiałaś?

– Marley. – Imię wyskakuje ze mnie jak żaba ze stawu. Chylę głowę, aby ukryć twarz, ale mama chwyta mój podbródek i zmusza mnie, żebym znów na nią spojrzała. Jej palce są tak twarde i silne jak u wiedźmy z piernikowej chatki. To boli.

– Nie ma żadnej Marley – odzywa się. – Rozumiesz mnie? Mówiłam ci już wcześniej, że jesteś za duża na wyimaginowanego przyjaciela.

– Ona nie jest wymysłem. – Jestem zszokowana i przerażona swoją śmiałością.

– Rozejrzyj się – rozkazuje mama. – Widzisz jakąś Marley?

– Ona się ukrywa.

Palce przesuwają się na moje ramiona. Tym razem obejmuje mnie dwiema rękami, lekko mną potrząsając.

– Ona się nie ukrywa. Jest wytworem – potrząśnięcie – twojej – potrząśnięcie – wyobraźni.

Bolą mnie ramiona. Wystarczająco mocno, aby łzy napłynęły mi do oczu, ale nie będę płakać. Nie zrobię tego. Wiem, że lepiej nic nie mówić, więc unoszę tylko głowę.

– Obiecaj mi, że zaprzestaniesz grać w tę głupią grę – prosi mama. – Obiecaj mi. W tej chwili.

– Nie.

Po raz pierwszy sprzeciwiłam się jej. To jedno słowo wisi w powietrzu pomiędzy nami.

– Dasz sobie z nią spokój. Dasz sobie z nią spokój w tej chwili. To koniec tego nonsensu. – Mama chwyta jeden z pasków taty wiszących na haczykach w szafie. Wolną ręką zaciska mój nadgarstek w żelaznym imadle, po czym wyciąga mnie z szafy prosto na łóżko.

Nie walczę z nią. Jestem zbyt zszokowana, by cokolwiek zrobić. Kładzie mnie na swoich kolanach. Kiedy pasek opada na tył moich nóg, zaczynam się szarpać, ale wtedy jest już za późno. Przyszpiliła mnie. Pas wciąż wracał, uderzając w mój tyłek, moje uda.

Całe moje postanowienie, żeby nie płakać, zniknęło przy trzecim uderzeniu. Słyszę swój lament, głośny i smutny.

– Co się dzieje?

Głos taty powstrzymuje wszystko: uderzenie paska, torturujące palce mamy unieruchamiające mnie, głośny szloch wydobywający się z mojego gardła. Obie zastygamy, odwracając głowy w jego stronę.

– Wezmę to – mówi bardzo cicho, zabierając pas z rąk mamy.

– Grzebała w szafie – wyznaje mama. – W moich rzeczach.

– Nie grzebałyśmy – kwilę. – Odkrywałyśmy. Marley jest prawdziwa. Nie obchodzi mnie, co mówisz.

– Widzisz?! – oburza się mama. – Nadal się nie nauczyła. Oddaj mi ten pas.

– Leah – zwraca się tata. Tym razem jego głos jest naganą, przypomnieniem, tonem głosu, którego używa, gdy wpadam do domu w zabłoconych butach.

Palce mamy zaciskają się mocniej na mojej skórze. Mam wrażenie, że przebiją się przez ciało, miażdżąc kości. Marley szepcze mi do ucha, że może mama jest ogrem, a nie moją prawdziwą mamą.

–To niedorzeczne – stwierdza ogr. – Ta sprawa z Marley musi się skończyć.

– Pozwól, że ja się tym zajmę. Proszę, Leah. Jesteś zbyt zdenerwowana.

Tata wygląda jak bohater jednej z moich ulubionych bajek – ofiaruje się smokowi w zamian za księżniczkę.

Uścisk ogra naprawdę zaczyna mnie boleć. Mam zaciśniętą szczękę, ale szloch próbuje się wydostać.

– Leah. – Głos taty jest teraz bardzo delikatny. Wygląda, jakby robił coś w rodzaju hipnozy. Jego twarz znajduje się zaledwie kilka centymetrów od ogra. Kładzie swoje dłonie na jej, a ona puszcza moje ramiona.

Magia taty rozpuszcza coś w niej. Wydaje z siebie stłumiony dźwięk, który zmienia ją z powrotem w mamę. Tata siada na łóżku, po czym obejmuje ją.

– Idź do swojego pokoju, Maisey. Zaraz tam przyjdę – rozkazuje. Jego głos jest stłumiony, a policzek ma przyciśnięty do włosów matki.

Idę.

Tyłek mnie boli, nogi mnie bolą, ale dźwięki, jakie wydaje z siebie mama, ranią mnie jeszcze bardziej. Leżę na łóżku z twarzą ukrytą w poduszce. Marley jest tutaj, ale wygląda bardzo niewyraźnie.

– Muszę odejść – oznajmia. Nawet jej głos brzmi niewyraźnie.

– Wiem.

– Nie zapomnij o mnie.

Kiedy znika i zostawia mnie samą, moje serce zamienia się w bryłę lodu. Zimno mi. Mój pokój jest zimny. Wślizguję się do łóżka wraz z misiem, a następnie chowam się pod kołdrą.

Odmawiam wyjścia z mojego pokoju na kolację.

– Nie jestem głodna – oznajmiam tacie, kiedy przychodzi sprawdzić co u mnie, ale gdy już go nie ma, jem ciasteczka i piję mleko, które zostawił na komodzie.

Dużo później przychodzi mama, żeby poczytać mi do snu. Jestem już w piżamie, z otwartą książką z baśniami w moich dłoniach i lampą rzucającą światło na strony.

– Przepraszam – odzywa się, przysiadając na skraju mojego łóżka. – Byłam zbyt zdenerwowana. – Jej oczy są czerwone i opuchnięte, a głos brzmi, jakby miała zatkany nos.

– Czy w takim razie mogę mieć Marley?

Wzdycha.

– Nie ma żadnej Marley. Wściekłam się i przepraszam za to. Ale musisz dorosnąć. Koniec z Marley. A teraz jesteś gotowa na czytanie?

Patrzę na nią znad książki.

– Mogę sama sobie poczytać.

To prawda. To było prawdą od dawna. Po prostu nie zdawałam sobie z tego sprawy.

– W każdym razie mogę to zrobić. – Wygląda na smutną. Część mnie chce ją przytulić, ale moje nogi wciąż płoną od jej uderzeń, a Marley zniknęła. W tym momencie jednocześnie kocham swoją matkę i jej nienawidzę.

– W porządku – odpieram, nie odrywając wzroku od książki, chociaż w tej chwili nie rozpoznaję żadnej z liter. – Ale i tak dziękuję.

Podnosi dłoń, jakby chciała mnie pogładzić po włosach, a potem pozwala jej opaść na kołdrę pomiędzy nami. Udaję, że jej tu nie ma, że jestem sama z książką. Kiedy wychodzi z pokoju, przygryzam wargę, żeby powstrzymać się przed zawołaniem jej. A kiedy drzwi zamykają się z ledwo słyszalnym trzaskiem, wiem, że gdybym ukarała ją za zabranie Marley, ukarałabym samą siebie.

KANSAS CITY,
MISSOURI

2017

Rozdział drugi

Według mnie czas nie jest liniowy. Płynie w losowych pętlach i wirach, a niekiedy niezrozumiale skacze. Rozkoszowałam się możliwością posiadania osobistego tunelu czasoprzestrzennego, który otwiera się na alternatywne kontinuum czasu, ilekroć jestem zaangażowana w interesujące mnie zajęcie: czytanie, mówienie czy malowanie.

Na przykład dzisiaj, przysięgam, że minęły zaledwie dwie minuty normalnego czasu, odkąd usiadłam, by zagłębić się w soczyście grubej, solidnej, fantastycznej powieści, którą wczoraj kupiłam. Nie mogło minąć więcej niż dwie minuty, ale zegar na ścianie tajemniczo przesuwał się naprzód.

Zimny i zwiotczały bekon, który położyłam na patelni znajdującej się na kuchence, zanim podniosłam książkę, zmienił się w czarny, żeby ostatecznie spalić się w czasie, który jest tajemniczą sprawą. Nie mogę jednak rozważać kaprysów czasu. Muszę zmierzyć się z przeraźliwą rzeczywistością wypełnioną dymem wydobywającym się z kuchni. Jestem rozdarta pomiędzy gaszeniem ognia, który wybuchł w rozpryskującym tłuszczu, a zrobieniem czegoś – czegokolwiek – by powstrzymać hałas alarmu pożarowego ryczącego nad moją głową.

Najpierw ogień. Zawsze najpierw ogień.

Kiedy sięgam po pokrywę, żeby przykryć patelnię i wyłączyć palnik, gorący olej rozpryskuje się na moje dłonie i ramiona. Moja mama dostałaby szału. Mam trzydzieści dziewięć lat, a nadal słyszę jej głos w głowie tak wyraźnie, jakby stała za mną. Mogę sobie wyobrazić, jak kładzie obie dłonie na swoich kanciastych biodrach, przechyla głowę w prawo, na tyle, żeby jej włosy spłynęły na ramię, i przyszpila mnie wzrokiem pełnym rozczarowania.

Musisz nauczyć się skupiać, Maisey. Jedna rzecz na raz. Kiedy gotujesz, gotuj. Kiedy się uczysz, ucz się. Kiedy sprzątasz, sprzątaj. Musisz nauczyć się tej umiejętności, jeśli chcesz odnieść sukces.

To stary wykład, który podąża za mną tak daleko, jak moje wspomnienia. Jednak teraz nie ma znaczenia. W sumie nigdy nie miał. Nie jestem w stanie skupić się na jednym celu. Koncepcja sukcesu mojej matki mistyfikuje mnie tak dokładnie, jak idea linii prostej w czasie.

Z drugiej strony moja córka urodziła się, żeby być praktyczną. Nie ma rozproszonych myśli, nie jest niezdecydowana. Rzuca się do kuchni, całkowicie skupiona.

– Znowu?! – krzyczy wystarczająco głośno, by można ją było usłyszeć przez hałas.

Ciągnie krzesło przez kuchnię, po czym staje na nim. Gdy rozciąga się, żeby dosięgnąć czujnika dymu, uderza mnie to, jak bardzo urosła. Ostatnim razem, kiedy przerabiałyśmy taką sytuację, jej dłonie ledwo musnęły plastiku i musiała stanąć na palcach. Jak dawno to było? Jej koszulka mocno przylega do klatki piersiowej, przez co wyraźnie widzę malutki biust.

– Co? – pyta, kiedy zapada nagła cisza. W jednej dłoni trzyma baterię, a w drugiej czujnik.

Zdaję sobie sprawę, że się gapię, roztrzęsiona świadomością, że moje dziecko staje się nastolatkiem i zapewne w ciągu kilku kolejnych miesięcy nastąpi nasza separacja, a wraz z nią kłótnie. Gdzie będę, kiedy mnie zostawi, by podążyć za własnym życiem? Nie zostawiaj mnie, Elle. Nigdy mnie nie opuszczaj.

 

Kiedy nie odpowiadam, schodzi z krzesła i robi wszystko to, co ja powinnam.

Otwiera okno.

Włącza wentylator.

Wyciąga ściereczkę i płyn do naczyń, po czym zaczyna sprzątać tłusty bałagan z kuchenki.

– Poważnie, mamo. Nie można ci ufać, kiedy gotujesz i czytasz w tym samym czasie. Ile razy o tym rozmawiałyśmy?

Brzmi dokładnie tak samo, jak moja matka, co przypomina mi, że to ja jestem matką, a Elle nadal jest dzieckiem.

– Daj mi to. Sama to zrobię. – Zabieram od niej ściereczkę. W tej chwili jestem wystarczająco skoncentrowana. Wszędzie czuję gryzący dym, pieką mnie ramiona, a dodatkowo mam gulę w gardle.

Elle otwiera frontowe drzwi. Świeże, czerwcowe powietrze wpada do kuchni i rozgania dym.

– Dlaczego w ogóle robisz bekon? – oburza się. – Co się stało z sałatką, która miała być na kolację? Myślałam, że to nowa norma.

– Nową normą jest to, że mogę odejść od rutyny.

– Och, proszę. To stara norma. – Prycha z odrazą, co przypomina dziecięcy rodzaj prychania, a następnie niespodziewanie wybucha niekontrolowanym chichotem. – Jesteś niereformowalna. Ale i tak cię kocham.

Tańczącym krokiem przechodzi przez kuchnię, po czym mnie przytula. Nie mogę już ułożyć jej głowy pod moim podbródkiem. Elle urosła. Jeszcze trochę i będzie patrzeć mi prosto w oczy.

– Gdzie nauczyłaś się tego słowa? – mamroczę w jej włosy, tuląc ją, jakby mogła rozpłynąć się w dymie z bekonu i zniknąć, być tylko zjawą, wspomnieniem.

– Moja nauczycielka od angielskiego napisała tak na mojej ostatniej pracy.

– Elle Belle, musisz zdać angielski. – Rozluźniam uścisk, a po chwili odchylam jej podbródek. Jej oczy mają różne odcienie orzecha i przypominają mi oczy mojej matki – mozaikowe z pikselami jadeitu oraz mahoniu. Oczy wprowadzające w błąd przypadkowego przechodnia, który przeoczyłby ich chłód. Moje oczy są niebieskie lub zielone, w zależności od światła. Oczy mojego ojca są szare. Moja genetyka jest tak beztroska, jak moje poczucie czasu.

– Pani Wilson musi przestać zadawać takie głupie zadania – rzuca Elle. – Nie zamierzam marnować czasu na pisanie o moich wakacjach. – Robi w powietrzu znak cudzysłowu przy ostatnich trzech słowach, a jej głos jest przepełniony kpiną.

– Co dokładnie napisałaś?

– Opowiadanie. Możemy już iść na kolację?

– Kto teraz odbiega od normy? – Wiem, że próbuje mnie spławić. Pani Wilson z pewnością napisze do mnie e-mail, aby poinformować mnie, że moja córka robi na przekór, i dołączy kopię tej obrażającej historyjki.

Zdaję sobie sprawę także z tego, że w niedalekiej przyszłości nieuchronnie nadejdzie moment, kiedy Elle pogardzi ideą wspólnej kolacji z matką. Każdy dzień, który chce spędzić ze mną, jest darem.

– W porządku. Chodźmy na kolację. Co powiesz na meksykańskie jedzenie?

– Co stało się z pomysłem zrzucenia dziesięciu kilogramów przed czterdziestką?

– Mam jeszcze miesiąc. Zamknij okno i wkładaj buty. Może jeszcze przed wyjściem upewnijmy się, że nigdzie nie ma już śladów po bekonowym pożarze.

Kiedy dzwoni mój telefon, patrzę na niego, ale nie odbieram. Nie dzwoni ktoś, kogo znam. Jedynymi ludźmi, od których odbieram, są moi rodzice, ale i od nich czasami zdarza mi się zignorować połączenie.

Elle nie jest taka jak ja.

Odbiera przed drugim dzwonkiem.

– Tak, jest tutaj. Chwileczkę. – Ignorując moje przesadne potrząsanie głową i bezgłośne mówienie „nie ma mnie tutaj’’, podaje mi komórkę. – To jakaś pani Carlton – mówi, a mój świat zapada się do wewnątrz. Wszystko w łagodnym, zwolnionym tempie, jak trzęsienie ziemi w filmie.

Jedna z moich bosych stóp jest oświetlona przez światło padające przez okno, druga pozostaje w cieniu. Małe plamy tłuszczu z bekonu pstrzą podłogę między nimi. Oczy Elle zdradzają ciekawość. Jej dłoń trzymająca telefon wygląda na silną, a gładkie łuki jej paznokci są takie same jak u jej ojca.

Patrzę, jak moja ręka sięga po komórkę. Mam dłuższe palce od Elle, bardziej spiczaste, a paznokcie pomalowałam czarnym lakierem. Przy knykciach rozchodzą się oparzenia od gorącego oleju. Na krawędzi są czerwone, a w środku wypełnione pęcherzykami.

Elle podaje mi telefon, przypominając, że powinnam zrobić coś poza staniem. Komórka wydaje się cięższa, niż wygląda, a mój głos, kiedy się witam, unosi się w górę, aby dołączyć do dymu nad moją głową. Jak dymek z kreskówek zawierający pytanie, które nie wymaga odpowiedzi.

Muszę jednak odpowiedzieć, czy tego chcę, czy nie. Długa, szczegółowa, wypalająca odpowiedź, ponieważ dzwoni pani Carlton. Pani Trzymaj-Się-Z-Dala-Od-Mojego-Trawnika Carlton. Pani Powiem-Twojej-Matce Carlton. Pani Nie-Powinnaś-Odrabiać-Pracy-Domowej oraz Dlaczego-Ten-Chłopak-Cię-Całuje Carlton.

– Maisey? – Ledwo rozpoznaję jej głos. Zrobił się miękki i drżący. Brzmi, jakby miała osiemdziesiąt lat. W sumie kiedy miałam szesnaście lat, to ona była już stara. Może teraz mieć osiemdziesiątkę. Może dobiegać setki.

– Skąd ma pani mój numer?

– Był przyczepiony do lodówki twojej mamy. Dzwonię, ponieważ uważam, że twój ojciec nie powinien być sam w tej chwili.

– Dlaczego nie? – To pierwsze pytanie. Następne jest bardziej miażdżące i oczywiste. Pytanie, które przekształca moje płuca z gąbczastych zbiorników powietrza w solidny, nieprzepuszczalny plastik, niezdolny do zatrzymania tlenu. – Gdzie jest mama? – To drugie pytanie, na które nie chcę usłyszeć odpowiedzi.

– Właśnie odjechało pogotowie. Policja nadal tutaj jest, ale wygląda na to, że nie zamierzają go aresztować. Bóg wie, że nie mogę z nim zostać. Mam dużo rzeczy do zrobienia w swoim domu, a poza tym nie jestem pewna, czy czułabym się bezpiecznie. Wiesz?

Nie wiem. Nic nie wiem. Nic w tej rozmowie nie ma sensu.

Słyszę głosy w tle. Męskie. Autorytatywne.

– Jest tam policja?

– Policjanci przyjechali praktycznie razem z pogotowiem. Mogliby zadzwonić po pomoc społeczną, jeśli nie zamierzają go aresztować, ale i tak powinnaś przyjechać…

– Niech pani pozwoli mi porozmawiać z policją.

– Chcesz rozmawiać z policją? – Brzmi na zgorszoną, jakbym prosiła o rozmowę z kimś z ISIS2.

Rozlega się ciężkie westchnienie i szuranie stopami, a następnie inny głos mówi do telefonu.

– Maisey?

– Tato? Co, do licha, się tam dzieje?

– Policja przyjechała.

– Wiem, słyszałam. Dlaczego? Dlaczego jest tam policja? Co się stało z mamą?

– Twoja matka… – Cisza. Jeszcze więcej ciężkiego wzdychania. – Zabrała ją karetka. Nie chciała z nimi iść, Maisey. I nie mogę znaleźć…

– Tu oficer Mendez. Czy rozmawiam z córką?

Nowy głos. Męski. Pewny. Nieznaczna nuta latynoskiego akcentu. Ten mężczyzna chce potwierdzić moją tożsamość, więc już wiem, że teraz rozmawiam z funkcjonariuszem policji.

Córka.

To słowo oznacza najbliższego krewnego.

– Co się dzieje? Co się stało z moją matką?

– Żyje – oznajmia, ale ton jego głosu nie daje wiele nadziei na to, że pozostanie w takim stanie. – Sąsiadka, Edna Carlton, zadzwoniła do nas po tym, jak pani ojciec odmówił jej rozmowy z pani matką. Twierdzi, że martwiła się, ponieważ nie widziała, żeby ktokolwiek wchodził lub wychodził z domu przez ostatnie trzy dni. Twierdzi też, że pani ojciec wyglądał na zdenerwowanego, był nieogolony i zdezorientowany. Na koszuli miał zaschniętą krew…

– To niedorzeczne. Edna Carlton to intrygantka. Jest pan pewien, że nie koloryzuje faktów?

Mój ojciec w całym swoim życiu nigdy nie odpuścił sobie prysznica ani golenia się, a przynajmniej nie tak długo, jak go znam. Częściowo dlatego, że jest schludny i konkretny, a częściowo dlatego, że matka nigdy by na to nie pozwoliła.

Moja matka. Odjeżdżająca w karetce.

Razem z oficerem Mendezem jednocześnie bierzemy głębokie oddechy.

– Pani ojciec prezentuje się tak, jak opisałem. Nie zadbał nawet o zamknięcie drzwi. Pani Carlton weszła do domu, kiedy nikt nie odpowiedział na jej pukanie do drzwi. Znalazła pani matkę w łóżku, nieprzytomną. Zadzwoniła pod 911. Pani matka jest odwodniona. Ma ranę z tyłu głowy. Na podłodze w kuchni jest krew.

Kładę wolną dłoń na blacie za mną, żeby zachować równowagę.

– Mamo? – pyta Elle. – Co się stało?

Odwracam się plecami, abym nie widziała strachu wymalowanego na jej twarzy. Opieram czoło o szafkę kuchenną i odmawiam modlitwę.

– Wszystko z nią w porządku, prawda?

– Czy jest ktoś z panią? Może powinna pani usiąść. – Nienawidzę tego głosu, z akcentowanymi samogłoskami i kompetentną, profesjonalną sympatią. Nie chcę słyszeć niczego, co ma mi do powiedzenia.

– Nie jestem sama. I nie muszę siadać.

Odchrząkuje, a ja mocniej przyciskam czoło do szafki, czując, jak linia krawędzi wbija mi się w skórę. Koncentruję się na bólu. Elle podchodzi do mnie i chwyta mnie za dłoń. Drżenie, które przechodzi przez moje mięśnie, przenosi się na nią. Wyobrażam sobie tego policjanta jako osobę zamrożoną w bryłę węgla, tak jak Han Solo w Gwiezdnych wojnach. Ale nie jestem Darth Vaderem ani Jabbą the Hutt, ani nawet niekompetentnym młodym padawanem. Brak mi nawet przebłysku mocy, a Mendez ciągle mówi.

– Jest w śpiączce – kontynuuje. – Najprawdopodobniej od uderzenia w tył głowy. Postawimy pani ojcu zarzuty dotyczące przemocy domowej i narażenia na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

Mój oddech staje się trudnym do zrealizowania obowiązkiem.

– Mamo? – pyta Elle, szarpiąc mnie. Znowu brzmi młodo, przestała być apodyktyczna. Ściskam jej dłoń, przypominając sobie, że przecież nie znalazłam się w jakiejś alternatywnej rzeczywistości.

– Niech pan posłucha. Mój ojciec zajmuje się łapaniem i wypuszczaniem pająków, karaluchów oraz myszy. Nigdy by jej nie skrzywdził. Może upadła. Albo miała udar czy coś podobnego.

1Gra słów. Grimm to nazwisko autorów Kopciuszka, a „grim” to po angielsku „ponury’’ (przyp. tłum.).
2Skrótowiec z ang. Islamic State of Iraq and Sham – tzw. Państwo Islamskie, nieuznawany na arenie międzynarodowej samozwańczy kalifat ogłoszony w 2014 roku na terenie Syrii i Iraku (przy. red.).