O czym szumią wierzby

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
O czym szumią wierzby
O czym szumią wierzby
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,95  50,36 
O czym szumią wierzby
Audio
O czym szumią wierzby
Audiobook
Czyta Tomasz Bielawiec
27,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Kenneth Grahame

O czym szumią wierzby


Tytuł oryginału

The Wind in the Willows ISBN 978-83-65676-44-3 Copyright © for this Polish edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2016 Text by Kenneth Grahame Illustrations © 1996, 1998, 2000 Inga Moore Published by arrangement with Walker Books Limited, London SE11 5HJ. All rights reserved No part of this book may be reproduced, transmitted, broadcast or stored in an information retrieval system in any form or by any means, graphic, electronic or mechanical, including photocopying, taping and recording, without prior written permission from the publisher. First published individually as The River Bank and Other Stories (1996) The Adventures of Mr Toad (1998) Redakcja Karolina Kaczorowska Projekt graficzny i opracowanie techniczne bloku książki i okładki Barbara i Przemysław Kida Wydanie I w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział I
Nad brzegiem Rzeki

Kret pracował zawzięcie przez cały ranek, robiąc wiosenne porządki w swoim mieszkaniu. Najpierw zamiatał, potem odkurzał, a później dopóty się wspinał z kubłem farby i pędzlem na drabinę, na schodki i krzesła, aż mu kurz zasypał oczy i gardło, a czarne futerko pełne było białych plam od wapna; plecy go bolały, a ramiona opadały ze zmęczenia. Wiosenny ruch panował tam na górze i w ziemi otaczającej Kreta; cudowny duch niepokoju i tęsknoty przenikał nawet do jego ciemnego, niskiego domku. Nic też dziwnego, że rzucił nagle pędzel, wykrzyknął: — Nudziarstwo! A niech tam! Pal licho wiosenne porządki! — po czym wybiegł z domu, zapominając nawet wziąć palto.

Tam w górze coś wzywało go natarczywie, zaczął więc torować sobie drogę ku stromemu, ciasnemu tunelowi — w krecich posiadłościach taki tunel zastępuje żwirowany podjazd prowadzący do domów zwierząt, które zamieszkują bliżej powietrza i słońca — kopał więc i skrobał, i drapał, a potem znów drapał i skrobał, i kopał. Pracował pilnie małymi łapkami i mruczał do siebie: — W górę! Wzwyż! — aż nareszcie hop! i ryjek wydostał się na słoneczko, a Kret zaczął się turlać na ciepłej trawie rozległej łąki.

— Ładnie tu — rzekł do siebie — lepsze to od bielenia ścian!

Słońce nagrzewało silnie futerko, łagodny powiew pieścił rozpalony łebek, a po piwnicznym odosobnieniu, w którym Kret tak długo przebywał, śpiew szczęśliwych ptaków zdawał się prawie krzykiem dla jego uszu. Zerwał się na równe cztery łapki; ogarnęła go radość życia i rozkosz wiosny bez obowiązku robienia wiosennych porządków, podreptał więc aż do płotu po drugiej stronie łąki.

— Stój! — krzyknął stary Królik, który strzegł dziury w płocie. — Sześć pensów za przejście, to droga prywatna!

Zniecierpliwiony Kret w jednej chwili obalił lekceważąco Królika na ziemię i pobiegł dalej wzdłuż płotu. Po drodze zaczepiał Króliki, które wychodziły śpiesznie z nor, chcąc zobaczyć, co to za awantura.

— Zjem was w cebulowym sosie! — przekomarzał się Kret i znikł, nim Króliki obmyśliły, co mają mu odpowiedzieć.

Zaczęły wówczas wszystkie naraz gderać na siebie nawzajem:

— Jakiś ty głupi! Dlaczego mu nie powiedziałeś...?

— Dobre sobie. A dlaczego ty nie powiedziałeś...?

— Trzeba mu było przypomnieć... — i tak dalej, ot, jak zawsze. Zresztą wszystko było już oczywiście poniewczasie, jest to zwykła kolej rzeczy.

Świat wokoło Kreta był tak piękny, że wydawał się aż nieprawdziwy. Kret wałęsał się to tu, to tam, po łąkach, wzdłuż żywopłotów, po zagajnikach; wszędzie widział ptaki budujące gniazdka, kwiaty w pączkach, rozwijające się liście — radość, postęp i pracę. Sumienie wcale mu nie dokuczało, nie szeptało: „A kto pobieli ściany?”. Bardzo mu było przyjemnie, że on jeden próżnuje wśród tylu pracowitych obywateli. Bo właściwie najmilszą stroną wakacji nie jest to, że się odpoczywa, ale że się widzi innych, jak pracują.

Radość Kreta doszła do szczytu, kiedy w swojej bezcelowej wędrówce stanął nagle na brzegu Rzeki. Nigdy w życiu Rzeki nie widział. Cóż to za jakieś śliskie, wijące się, opasłe zwierzę, które pędzi i bulgoce, chwyta z chichotem różne przedmioty, porzuca je, śmiejąc się, napada po drodze na nowych towarzyszy zabaw, a zaledwie zdołają się wymknąć, już ich znowu goni i chwyta. Same iskry, błyski i promienie; wszystko migoce i drga; szmery, wiry, szepty, bańki mydlane! Kret był wniebowzięty, zachwycony; biegł brzegiem Rzeki, jak małe dziecko drepce obok człowieka, który oczarował je ciekawą bajką. Gdy zmęczył się, usiadł na brzegu, a Rzeka wciąż z nim gwarzyła. W bulgotaniu wody szemrał pochód najpiękniejszych bajek świata; przesyła je serce ziemi dalekiemu, nienasyconemu morzu.

Kret siedział w trawie i patrzył na przeciwległe wybrzeże; wtem zauważył ciemną norę tuż nad poziomem wody. Jakie to rozkoszne i zaciszne miejsce dla zwierzęcia o skromnych wymaganiach, które pragnęłoby zamieszkać w maleńkiej nadbrzeżnej willi, z dala od kurzu i hałasu. Kret patrzył, snując marzenia. Raptem w samym środku nory mrugnęło coś małego i jasnego, znikło i znów mrugnęło jak maleńka gwiazdka. Ale przecież nie mogła to być gwiazdka w tak dziwnym miejscu, a na robaczka świętojańskiego było za małe, przy tym za jasno błyszczało. Gdy się w to bacznie wpatrywał, gwiazdka mrugnęła porozumiewawczo i okazało się, że to było oko. Stopniowo zarysował się koło oka mały pyszczek niby ramka wkoło obrazu.

Brązowy wąsaty pyszczek.

Poważny okrągły pyszczek, z tym samym błyskiem w oku, który zwrócił uwagę Kreta.

Malutkie zgrabne uszka i gęste jedwabiste włosy.

Był to Szczur Wodny!

Oba zwierzątka przyglądały się sobie nieufnie.

— Jak się masz, Krecie! — powiedział Szczur Wodny.

— Jak się masz, Szczurze! — zawołał Kret.

— Chciałbyś może przeprawić się na tę stronę? — spytał po chwili Szczur Wodny.

— Łatwo to powiedzieć — rzekł Kret nieco gniewnie, bo nie znał Rzeki, nadbrzeżnego życia i panujących tu zwyczajów.

Szczur się nie odezwał, pochylił się tylko, odwiązał jakiś sznur, pociągnął, a potem wskoczył lekko do łódeczki, której Kret nie zauważył. Łódka była pomalowana z wierzchu na zielono, a w środku na biało i mogła pomieścić dwoje zwierząt. Od razu spodobała się Kretowi, choć jeszcze nie rozumiał dobrze, jaki z niej będzie miał pożytek.

Szczur szybko i zgrabnie przeprawił się na drugą stronę, a gdy Kret lękliwie zstępował w dół, wyciągnął do niego przednią łapkę.

— Oprzyj się! — zawołał. — Dalej, śmiało!

I Kret ku swojemu zdumieniu i radości zasiadł przy sterze prawdziwej łódki.

— Nadzwyczajny dziś dzień dla mnie! — rzekł, kiedy Szczur odepchnął czółno i zabrał się do wioseł. — Czy wiesz, że ja przez całe życie ani razu nie siedziałem w łódce?

— Co ty mówisz?! — wykrzyknął Szczur i rozdziawił pyszczek. — Ani razu nie... nigdy... Ja... W takim razie cóżeś robił?

— Więc to aż taka przyjemność? — spytał nieśmiało Kret.

Ale od razu uwierzył w tę przyjemność, kiedy rozparł się na siedzeniu, spojrzał na poduszki, wiosła, dulki, całe urządzenie i poczuł pod sobą lekkie kołysanie czółna.

— Przyjemność? Nie ma nic rozkoszniejszego — stwierdził uroczyście Szczur Wodny, pochylając się naprzód, aby nabrać rozmachu. — Wierz mi, młody przyjacielu, nie ma nic, naprawdę nic, co dałoby się porównać ze zwyczajną włóczęgą łodzią. Po prostu płynąć — ciągnął rozmarzony — płynąć... łodzią... płynąć...

 

— Uważaj, Szczurku! — zawołał nagle Kret.

Ale było już za późno. Łódź całą siłą uderzyła o brzeg. Marzyciel, wesoły wioślarz, leżał na plecach łapkami do góry na dnie czółna.

— Płynąć łodzią... lub choćby w niej siedzieć — ciągnął spokojnie z miłym uśmiechem. — Płynąć łodzią albo obok niej, wszystko jedno. Doprawdy, nic nas wówczas nie obchodzi i to właśnie stanowi cały urok. Czy wyruszysz w drogę, czy nie wyruszysz, czy dotrzesz do miejsca przeznaczenia, czy całkiem gdzie indziej, czy może nigdzie w ogóle nie dojedziesz, wciąż jesteś zajęty, chociaż nie robisz nic określonego. A kiedy skończysz swoją pracę, znajdzie się inne zajęcie; możesz się do niego zabrać, jeśli chcesz, ale lepiej nic nie robić. Wiesz co? Jeżeli naprawdę nie masz na dziś innego planu, może byśmy popłynęli w dół Rzeki na cały długi dzień?

Kret zamachał radośnie łapkami, westchnął z zadowoleniem całą piersią i rozparł się wygodnie na miękkich poduszkach.

— Cóż to za nadzwyczajny dzień dla mnie! — wykrzyknął. — Płyńmy w tej chwili!

— Proszę o trochę cierpliwości — rzekł Szczur.

Przywiązał linkę od łódki do żelaznego kółka na przystani, podreptał aż do swojej nory i po krótkiej chwili ukazał się zgięty pod ciężarem dużego wiklinowego kosza z prowiantem.

— Podsuń to pod nogi — powiedział do Kreta, podając mu kosz. Po czym odwiązał linkę i wziął się do wioseł.

— A co tam jest w środku? — spytał Kret, który aż skręcał się z ciekawości.

— Jest kurczę na zimno — zaczął wyliczać Szczur — ozór na zimno, szynka, pieczeń na zimno, marynowane korniszony, paszteciki, kanapki z rzeżuchą, pasztet, piwo, lemoniada, woda sodowa.

— Dość już, dość! — wołał zachwycony Kret. — Za wiele tego wszystkiego!

— Czy doprawdy tak uważasz? — zapytał Szczur z powagą. — Zabieram zwykle taką właśnie ilość zapasów na krótkie wycieczki, a inne zwierzęta twierdzą, że skąpiradło ze mnie i że za cienko wszystko kroję.

Kret nie słyszał już ani słowa. Był pochłonięty nowym życiem, w które wkraczał, upojony blaskiem, ruchem fal, zapachami, szmerami, światłem słońca; zanurzył łapkę w wodzie i śnił sen na jawie.

Szczur Wodny, dobry kolega, wiosłował pilnie i nie przeszkadzał towarzyszowi.

— Bardzo mi się podoba twój ubiór — zauważył po upływie mniej więcej pół godziny. — Jak tylko będę miał pieniądze, kupię sobie także czarną aksamitną bonżurkę.

— Przepraszam cię — rzekł Kret, opanowując się z wysiłkiem. — Uważasz pewnie, że jestem bardzo źle wychowany; ale to wszystko jest dla mnie zupełną nowością. Więc... to... jest... Rzeka?

— To jest nasza Rzeka — jedyna na świecie! — sprostował Szczur.

— I ty naprawdę mieszkasz na jej wybrzeżu? Jakież to musi być rozkoszne życie!

— Na jej wybrzeżu i w niej, i na niej — wyjaśnił znowu Szczur. — Jest mi bratem i siostrą, i ciotką, i towarzyszem, i pokarmem, i napojem, i — oczywiście — kąpielą. To mój cały świat, innego nie chcę. Nie warto mieć tego, co nie pochodzi z Rzeki, i nie warto wiedzieć tego, o czym ona nie wie. Miły Boże, czegośmy to razem nie przeżywali! Zimą czy latem, wiosną czy jesienią Rzeka jest zawsze ciekawa i przyjemna. W lutym, podczas powodzi, napój, którego nie używam, pieni się w piwnicach i suterenach; brązowa woda dochodzi do okna mego najpiękniejszego sypialnego pokoju; a znów gdy wody spłyną, pokazują się mielizny pachnące plackiem z rodzynkami, a kanały zarastają wodorostami i trzciną. Wówczas mogę suchą łapką przemierzyć prawie całe łożysko; wyszukuję świeże pożywienie i przedmioty, które niedbali ludzie wyrzucają z łodzi.

— Czy nie jest ci czasem trochę nudno? — odważył się spytać Kret. — Tylko ty i Rzeka; nie masz nikogo, do kogo byś mógł słowo przemówić.

— Nikogo, do kogo byś... No, nie biorę ci tego za złe — odparł cierpliwie Szczur. — Dopiero co tu przybyłeś i oczywiście o niczym nie masz pojęcia. Wybrzeże jest teraz tak zaludnione, że wiele osób się stąd wyprowadza. To już nie to, co dawniej. Wydry, Zimorodki, Nury, Kurki Wodne — to wszystko włóczy się po całych dniach, a zawsze chcą, żeby coś dla nich zrobić, jakby każdy z nas nie miał własnej pracy, którą musi się zająć.

— A co jest tam? — spytał Kret i machnął łapką w stronę zadrzewionej dali, która tworzyła jakby ciemną ramę otaczającą nadbrzeżne łąki na jednym z brzegów Rzeki.

— Tamto? Ach, to po prostu Puszcza — odparł krótko Szczur. — My, mieszkańcy Wybrzeża, rzadko tam zachodzimy.

— A czy tam... czy tamtejsi mieszkańcy nie są przyjemni? — spytał Kret lekko zaniepokojony.

— N-n-n-o — odrzekł Szczur — poczekaj, niech się zastanowię. Wiewiórki są miłe. A także i Króliki — niektóre, bo to dość mieszane towarzystwo. Jest też i Borsuk. Mieszka w samym środku Puszczy; za żadne skarby nie zamieszkałby gdzie indziej. Kochany, stary Borsuk. Jego nikt nie zaczepi. Napastnik miałby się z pyszna — dodał znacząco.

— A kto mógłby go zaczepić? — spytał Kret.

— No... w Puszczy mieszkają rozmaite zwierzęta — wyjaśnił Szczur z wahaniem. — Łasice... i Lisy... i tak dalej. Pod pewnym względem są to porządne stworzenia — ja z nimi żyję w przyjaźni... kiedy się spotkamy... Ale czasem zaczynają brykać, przyznaję, a wówczas... cóż, nie można im zaufać, to fakt.

Kret dobrze wiedział, że wszelkie przejmowanie się przyszłymi kłopotami, a nawet wspominanie o nich sprzeciwia się etykiecie obowiązującej wśród zwierząt, więc nie podnosił tej sprawy.

— A co się znajduje za Puszczą? — spytał. — Tam, gdzie jest niebiesko i mglisto i widać wzgórza, które może wcale nie są wzgórzami, a także coś podobnego do miejskich dymów, ale może to po prostu obłoki?

— Za Puszczą leży Szeroki Świat — odparł Szczur. — A to jest coś, co nie obchodzi ani ciebie, ani mnie. Nigdy tam nie byłem i nigdy nie będę, i ty także tam nie będziesz, o ile masz trochę rozsądku. Proszę cię, nie wspominaj mi o tym. Otóż i łacha. Nareszcie. Zjemy tu sobie drugie śniadanie.

Skręcili w bok od głównego łożyska Rzeki i wpłynęli na coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak małe jeziorko. Zielona murawa schodziła aż nad brzeg łachy; brązowe korzenie podobne do wężów błyszczały na dnie cichej wody; powyżej szumiało srebrzyste ramię Rzeki; spieniony wodospad śluzy wraz z pracowitym, ociekającym wodą młyńskim kołem, które podpierało szary gadatliwy młyn, wypełniały powietrze kojącym szmerem dźwięków, głuchym i przytłumionym. Na tle tego szumu odzywały się od czasu do czasu wyraźnie wesołe głosiki. A wszystko razem było tak piękne, że Kret podniósł w górę obie przednie łapki i westchnął:

— Ach! Aach! Aaach!

Szczur doprowadził łódkę do brzegu, umocował ją, pomógł niezgrabnemu jeszcze Kretowi wydostać się na ląd i wydobył kosz ze śniadaniem. Kret poprosił jak o łaskę, aby mu pozwolił rozpakować zapasy. Szczur przystał na to z radością, a sam wyciągnął się jak długi na trawie i wypoczywał, podczas gdy jego podniecony przyjaciel strzepywał i rozpościerał obrus, wyjmował kolejno tajemnicze paczki i nakładał porządnie ich zawartość, wykrzykując z każdym nowym odkryciem:

— Ach! Ach!

Gdy już wszystko było gotowe, Szczur rzekł:

— A teraz, mój stary, do roboty.

Kret usłuchał z wielką przyjemnością, wziął się bowiem wczesnym rankiem do wiosennych porządków — tak zresztą jak wszyscy — i nic nie wypił ani nie przekąsił, bo nie chciał przerywać pracy. Przy tym dużo przeżył od tamtej pory i zdawało mu się, że do wiosennych porządków zabrał się przed wiekami.

— Czemu się tak przyglądasz? — spytał Szczur, gdy zaspokoili głód i Kret zdołał oderwać oczy od obrusa.

— Patrzę — odrzekł Kret — na smugę bąbelków, która sunie po powierzchni wody. To mnie zastanawia.

— Bąbelki? Oho! — wykrzyknął Szczur i pisnął radośnie, zachęcająco.

Szeroka lśniąca mordka ukazała się przy samym brzegu i Wydra wygramoliła się na ląd, otrząsając wodę z futra.

— A, łakomczuchy! — zauważyła, kierując się w stronę jedzenia. — Czemu nie zaprosiłeś i mnie, Szczurku?

— Zaimprowizowaliśmy tę wycieczkę zupełnie nagle — tłumaczył się Szczur. — Ale, ale — mój przyjaciel, pan Kret.

— Bardzo mi przyjemnie — powiedziała Wydra i od tej chwili zaczęła się przyjaźń obu zwierzątek.

— Dziś panuje wszędzie szalony ruch — ciągnęła dalej Wydra. — Cały świat wyległ nad Rzekę. Przypłynęłam tutaj, aby mieć choć chwilę spokoju, i natknęłam się na was, chłopcy. To jest... przepraszam... nie to chciałam powiedzieć... rozumiecie przecież.

Zwierzęta posłyszały z tyłu szelest; dużo zeszłorocznych liści trzymało się jeszcze na żywopłocie, zza którego ukazał się pręgowaty łebek i szerokie bary.

— Chodźże, zacny Borsuku! — wykrzyknął Szczur.

Borsuk postąpił parę kroków, mruknął:

— Hm, takie liczne towarzystwo — zawrócił i znikł.

— To zupełnie do niego podobne — rzekł strapiony Szczur. — On po prostu nie znosi towarzystwa. Już go dziś nie zobaczymy. Powiedz nam, Wydro, kto dziś wyległ nad Rzekę?

— Przede wszystkim pan Ropuch — odparła Wydra. — Ma nowiutki kajak, nowe ubranie, wszystko nowe.

Szczur spojrzał na Wydrę i oboje się roześmiali.

— Dawniej nie istniało dla niego nic ponad żeglarstwo — rzekł Szczur — potem znudziło mu się to i wziął się do wiosłowania, w zeszłym roku zamieszkał w domku na wodzie; musieliśmy mu wszyscy składać wizyty i udawać, że jesteśmy tym domkiem zachwyceni. Miał tam spędzić resztę życia. Wszystko, do czego się zabiera, nudzi go, wciąż szuka czegoś nowego.

— A to taki zacny chłop — zauważyła Wydra po namyśle — tylko nie umie utrzymać równowagi — szczególnie na łódce.

Z miejsca, gdzie się rozłożyli, widać było ponad wyspą oddzielającą łachę od Rzeki kawałek głównego łożyska. W tej właśnie chwili przemknął tamtędy kajak. Wioślarz — niski grubas — pracował w pocie czoła. Uderzał wiosłami o wodę, rozpryskując ją na wszystkie strony; kajak kołysał się gwałtownie. Szczur wstał szybko i zaczął pohukiwać, ale Ropuch — bo to był on — potrząsnął przecząco głową i wiosłował dalej zawzięcie.

— Tylko patrzeć, jak wyleci z kajaka, jeśli dalej będzie się tak kołysał — powiedział Szczur, siadając.

— Oczywiście, że wyleci — zachichotała Wydra. — Czy ja wam kiedyś opowiadałam pyszną historię o Ropuchu i dozorcy śluzy? To było tak: Ropuch...

Chrabąszcz włóczęga leciał niepewnie w górę Rzeki jak nieprzytomny; młodziki chrabąszczowego rodu są po prostu pijane, gdy wylecą na świat. Woda zawirowała, rozległ się plusk i chrabąszcz znikł.

Znikła także i Wydra.

Kret spojrzał w dół. Głos Wydry brzmiał mu jeszcze w uszach, lecz nie było jej na murawie, gdzie dopiero co leżała. Jak okiem sięgnąć ani śladu Wydry.

Po chwili znów ukazała się smuga bąbelków na powierzchni wody.

Szczur nucił jakąś melodię, a Kret przypomniał sobie, że etykieta obowiązująca wśród zwierząt zabrania wypowiadać uwagi o nagłym znikaniu przyjaciół, wszystko jedno w jakiej chwili i z jakiego powodu, a nawet zupełnie bez powodu.

— Ha — rzekł Szczur — trzeba pewno ruszać. Ciekaw jestem, kto z nas powinien zabrać się do pakowania kosza? — Szczur najwidoczniej nie palił się do tej roboty.

— O, proszę cię, pozwól, ja to zrobię! — wykrzyknął Kret. I Szczur oczywiście chętnie się zgodził.

Pakowanie nie było tak miłym zajęciem jak rozpakowywanie. Ale tak zwykle bywa. Kret jednak postanowił znajdować zabawę we wszystkim i dokończył pakowanie, nie tracąc cierpliwości, chociaż po naładowaniu kosza i ściągnięciu go ciasno rzemykiem zobaczył talerz wyglądający z trawy; a kiedy po raz wtóry zamknął kosz, Szczur pokazał mu widelec leżący w miejscu tak widocznym, że każdy powinien był go zauważyć; a wreszcie — patrzcie państwo! — okazało się, że Kret, nic o tym nie wiedząc, siedział na słoiku z musztardą.

Popołudniowe słońce skłaniało się ku zachodowi, gdy Szczur, wiosłując z wolna, kierował łódkę w stronę domu. Był rozmarzony, deklamował po cichu wiersze i niewiele zwracał uwagi na Kreta. Kret porządnie się najadł, był dumny i zadowolony z siebie i zupełnie już oswojony z łodzią — przynajmniej tak mu się zdawało — przy tym niecierpliwił się trochę.

— Szczurku — rzekł po chwili — teraz ja chciałbym powiosłować.

Szczur potrząsnął głową z uśmiechem.

 

— Jeszcze nie, mój młody przyjacielu — odparł. — Poczekaj, aż weźmiesz kilka lekcji. To nie takie łatwe, jak ci się zdaje.

Kret uspokoił się na parę minut. Ale coraz bardziej zazdrościł Szczurowi, który wiosłował silnie i z wielką swobodą. Pycha podszeptywała mu, że potrafi zupełnie tak samo wiosłować, zerwał się więc raptownie, chwycił za wiosła, a Szczur, który patrzył na wodę, mrucząc w dalszym ciągu wiersze, dał się zaskoczyć i po raz drugi przewrócił się na wznak z łapkami do góry. Zwycięski Kret zajął wolne miejsce i pełen ufności wziął się do wioseł.

— Dajże spokój, głupi ośle! — krzyczał Szczur, leżąc na dnie czółna. — Nie potrafisz, wywrócisz nas!

Kret gwałtownie zarzucił w tył wiosła i chciał je z rozmachem zanurzyć w wodzie, ale mu się to całkiem nie udało; nie dotknął powierzchni Rzeki, łapki znalazły się powyżej łebka i upadł na leżącego już Szczura. Mocno przerażony uczepił się burty, a w chwilę potem:

Plusk!

Czółno się wywróciło i Kret taplał się w wodzie.

O mój Boże! Jakaż ta woda zimna i ach! jaka strasznie mokra! Śpiewała mu w uszach, gdy leciał w dół, w dół, w dół! Jasne i rozkoszne wydało mu się słońce, kiedy wynurzył się na powierzchnię, kaszląc i prychając, a gdy poczuł, że znowu idzie na dno, ogarnęła go czarna rozpacz. Ale wówczas ktoś chwycił go silną łapą za kark. Był to Szczur, który najwidoczniej się śmiał — Kret czuł, że Szczur się śmieje — śmiech spływał z jego ramienia, wzdłuż łapki na jego — to jest Kreta — kark.

Szczur złapał wiosło i wsunął je pod ramię Kreta, potem zrobił to samo z drugiej strony i płynąc za nim, przyholował do brzegu bezradne zwierzątko, wyciągnął je z wody i usadowił na piasku nędzne, zwiotczałe, rozmokłe maleństwo. A gdy trochę roztarł Kreta i wycisnął wodę z jego futerka, powiedział:

— Teraz, mój stary, kłusuj tam i na powrót po ścieżce, ile tylko masz sił, aż wyschniesz i rozgrzejesz się, a ja tymczasem wypuszczę się na poszukiwanie koszyka do śniadania.

Więc nieszczęsny Kret, mokry z wierzchu, a w środku zawstydzony, biegał, dopóki prawie zupełnie nie wysechł, podczas gdy Szczur zanurzył się w wodę, złapał łódź, odwrócił ją i przycumował przy brzegu, a potem stopniowo wyławiał i odnosił na ląd swój zatopiony dobytek. Wreszcie dał nura po koszyk do śniadania i przyciągnął go ku brzegowi.

Gdy wszystko było znowu gotowe do drogi, Kret zgnębiony i osłabiony zasiadł na swym miejscu przy sterze, a kiedy wyruszyli, odezwał się cichym, przerywanym ze wzruszenia głosem:

— Szczurku, szlachetny przyjacielu. Żałuję bardzo mego niewdzięcznego i głupiego postępowania. Serce zamiera we mnie na myśl, że z mojej winy mógł zginąć ten piękny kosz do śniadania. Zachowałem się jak osioł — wiem o tym. Przebacz mi ten jeden jedyny raz i pozwól, abyśmy nadal pozostali przyjaciółmi.

— Dobrze już, dobrze, Bóg z tobą! — odparł wesoło Szczur. — Cóż znaczy trochę wilgoci dla Szczura Wodnego. Przebywam więcej w wodzie niż poza nią. Zapomnij o tym i wiesz co? Zdaje mi się, że dobrze zrobisz, jeśli u mnie czas jakiś zabawisz. Mieszkam bardzo skromnie, nie będziesz miał wielkich wygód — nie to, co we dworze Ropucha — o nie. Ale jeszcze u niego nie byłeś. A ostatecznie mogę cię dość wygodnie pomieścić. Nauczę cię wiosłować i pływać. Oswoisz się z wodą jak każdy z nas.

Kret był tak wzruszony łagodnymi słowami Szczura, że nie mógł wydobyć głosu, aby mu podziękować. Otarł łapką parę łez, ale zacny Szczur patrzył w inną stronę. Po chwili Kret odzyskał animusz i zdobył się nawet na ciętą odpowiedź dwóm Kurkom Wodnym, które wyśmiewały się z jego zaszarganego futerka.

Gdy dopłynęli do domu, Szczur rozpalił jasny ogień w salonie, usadowił na fotelu przed kominkiem Kreta, przyodzianego już w szlafrok i pantofle, i opowiadał mu aż do kolacji różne historie o Rzece. Były to opowieści niezmiernie zajmujące dla zwierzątka żyjącego pod ziemią. Historie o tamach, o nagłych powodziach i skaczących szczupakach, o parowcach, które wyrzucają butelki (butelki bywają na pewno wyrzucane, i to z parowców, któż by je wyrzucał, jak nie parowce?), o czaplach, które nie rozmawiają z byle kim, o przygodach podczas wędrówek wewnątrz drenów, o nocnych połowach w towarzystwie Wydry i dalekich wycieczkach z Borsukiem. Kolacja przeszła nadzwyczaj wesoło, lecz zaraz po kolacji gościnny gospodarz musiał odprowadzić mocno rozespanego Kreta do najlepszej swej sypialni. Wkrótce Kret radośnie i ze spokojem złożył głowę na poduszce, wiedział bowiem, iż jego nowa przyjaciółka ― Rzeka ― chlupocze pod oknem sypialni.

Taki był pierwszy dzień wyzwolonego Kreta; nastąpił potem szereg dni bardzo do siebie podobnych, coraz dłuższych i coraz bardziej zajmujących, w miarę jak dojrzewało lato. Kret nauczył się pływać i wiosłować, wtajemniczył się w radosne życie bieżącej wody, a przykładając ucho do łodygi trzcin wodnych, chwytał nawet czasem coś niecoś z tego, co wiatr szepce im nieustannie.