Niech stanie się światłość

Tekst
Z serii: Filary Ziemi #4
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Niech stanie się światłość
Niech stanie się światłość
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 99,90  79,92 
Niech stanie się światłość
Audio
Niech stanie się światłość
Audiobook
Czyta Krzysztof Gosztyła
49,90  36,43 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Cofnął się, lecz wikingowie parli naprzód. Nie mógł uciec, musiał przecież odnaleźć Sunni.

Kilku dzielnych mieszkańców postanowiło stawić opór. Edgar ich nie rozpoznał, stali bowiem odwróceni do niego plecami. Niektórzy byli uzbrojeni w topory i sztylety, jeden miał łuk i strzały. Przez chwilę Edgar gapił się na nich sparaliżowany widokiem ostrych kling tnących ciała, zwierzęcymi wrzaskami rannych, wonią płonącego miasta. Do tej pory oglądał jedynie bójki na pięści między kłócącymi się chłopakami albo pijanymi mężczyznami. To było coś nowego: tryskająca krew, wnętrzności wylewające się z rozprutych brzuchów, krzyki strachu i przerażenia. Zmartwiał ze zgrozy.

Handlarze i rybacy z Combe nie mogli równać się z najeźdźcami, którzy żyli z mordowania. Wystarczyła chwila, by wikingowie wyrżnęli obrońców wioski i ruszyli dalej. Za nimi nadciągali następni.

W końcu Edgar opamiętał się i ukrył za domem. Wiedział, że musi uciekać, lecz nie był na tyle przerażony, by zapomnieć o Sunni.

Najeźdźcy szli główną ulicą, ścigając uciekających ludzi, jednak za domami ich nie było. Każde gospodarstwo miało około pół akra ziemi: większość ludzi uprawiała na nich drzewa owocowe i warzywa, a zamożniejsi pobudowali kurniki i zagrody dla świń. Edgar przemykał z jednego ogródka do drugiego, kierując się w stronę domu ukochanej.

Sunni i Cyneric mieszkali w chacie podobnej do innych, z dobudowaną do niej mleczarnią. Ściany mleczarni ulepiono z mieszanki piasku, kamyków, gliny i słomy, a dach pokryto cienkimi kamiennymi płytkami – wszystko po to, by w pomieszczeniu panował chłód. Chata stała na skraju małego poletka, na którym pasły się krowy.

Edgar dotarł do niej, pchnięciem otworzył drzwi i wpadł do środka.

Cyneric, niski krępy mężczyzna o czarnych włosach, leżał na podłodze. Sitowie wokół niego nasiąkło krwią, a on się nie ruszał. Rana biegnąca od szyi do ramienia przestała już krwawić i Edgar nie miał wątpliwości, że mężczyzna nie żyje.

Brindle, brązowo-biała suka Sunni, stała w kącie, dysząc i dygocząc, jak to psy, kiedy się czegoś boją.

Gdzie jednak była jej pani?

Na tyłach chaty znajdowało się przejście do mleczarni. Drzwi stały otworem. Idąc w ich stronę, Edgar usłyszał krzyk ukochanej.

Gdy wpadł do mleczarni, ujrzał wysokiego wikinga o żółtych włosach. Pomieszczenie wyglądało jak pole walki: skopek na mleko leżał przewrócony – jego zawartość wylała się na kamienną podłogę – podobnie jak długi żłób, z którego jadły krowy.

Chwilę później Edgar pojął, że przeciwniczką wikinga jest Sunni. Jej opaloną twarz wykrzywiał grymas wściekłości, ciemne włosy miała zmierzwione, a otwarte usta obnażały białe zęby. Wiking trzymał w dłoni topór, lecz go nie używał. Drugą ręką próbował przyprzeć do podłogi Sunni, która wymachiwała dużym kuchennym nożem. Najwyraźniej nie chciał jej zabijać, lecz tylko pojmać, bo zdrowa młoda niewolnica była sporo warta.

Żadne z nich nie widziało Edgara.

Nim chłopak zdążył się poruszyć, Sunni chlasnęła napastnika nożem w twarz. Ten ryknął z bólu, a z rozciętego policzka trysnęła krew. Rozjuszony wojownik cisnął topór na ziemię, oburącz chwycił dziewczynę za ramiona i przygniótł do ziemi. Edgar usłyszał straszne łupnięcie, gdy głowa Sunni z impetem uderzyła o kamienny stopień na progu. Z przerażeniem zobaczył, że ukochana straciła przytomność. Wiking przyklęknął, sięgnął do skórzanej kamizelki i wyciągnął rzemień, którym pewnie zamierzał związać dziewczynę, lecz kiedy odwrócił głowę, kątem oka zauważył Edgara.

Na jego twarzy odmalował się niepokój. Sięgnął po porzuconą broń, ale było już za późno. Edgar okazał się szybszy i pierwszy pochwycił topór, podobny do tego, którego używał do ścinania drzew. Zaciskając palce na trzonku, pomyślał, że broń jest pięknie wyważona. Cofnął się poza zasięg żółtowłosego, który zaczął podnosić się z podłogi.

Edgar zatoczył toporem szerokie koło, a zaraz potem uniósł broń nad głowę i szybkim, mocnym ruchem ją opuścił. Ostrze utkwiło w głowie wikinga. Rozłupało skórę i czaszkę i sięgnęło mózgu.

Ku zgrozie Edgara mężczyzna nie upadł od razu – przez chwilę próbował utrzymać się na nogach. W końcu życie uleciało z niego jak dym znad zdmuchniętej świecy i niezgrabnie zwalił się na podłogę.

Chłopak porzucił topór i przyklęknął obok Sunni. Oczy miała otwarte, jakby czegoś wypatrywała. Wyszeptał jej imię.

– Przemów do mnie – poprosił.

Ujął ją za rękę, lecz ta była bezwładna. Pocałował ją w usta i uświadomił sobie, że dziewczyna nie oddycha. Położył dłoń na jej kształtnej, miękkiej piersi, rozpaczliwie pragnąc poczuć bicie serca, i rozpłakał się, gdy odkrył, że przestało bić. Sunni odeszła; jej serce nigdy już nie zabije.

Przez dłuższą chwilę patrzył na nią z niedowierzaniem. W końcu z niemal nabożną czułością dotknął czubkami palców jej powiek i delikatnie, jakby bał się, że może zrobić jej krzywdę, zamknął oczy ukochanej.

Powoli pochylał się, aż dotknął głową nieruchomej piersi dziewczyny; jego łzy wsiąkały w ręcznie tkaną sukienkę z brązowej wełny.

Po chwili ogarnęła go wściekłość na człowieka, który odebrał życie jego ukochanej. Niewiele myśląc, zerwał się na nogi, chwycił topór i zaczął rąbać nim twarz wikinga, miażdżąc mu czoło, oczy i kości policzkowe.

Napad szału trwał, dopóki Edgar nie zdał sobie sprawy z przerażającej bezcelowości swego czynu. Kiedy przestał, usłyszał na zewnątrz krzyki w języku, który przypominał mu jego własny, a jednak było w nim coś innego. To przypomniało mu, w jak wielkim jest niebezpieczeństwie. Lada chwila on także mógł stracić życie.

Nie dbam o to, czy umrę, pomyślał, lecz tę myśl szybko zastąpiła inna. Kolejny napotkany wiking mógł zabić go równie łatwo, jak on zatłukł tego, który leżał teraz u jego stóp. Pogrążony w smutku, poczuł ukłucie trwogi, gdy uświadomił sobie, że właśnie to może się zdarzyć.

Co począć? – zastanawiał się. Bał się, że ktoś znajdzie go w mleczarni z ciałem wojownika domagającym się pomsty. Ale jeśli wyjdzie, z pewnością złapią go i zabiją. Rozejrzał się dookoła oszalałym wzrokiem, szukając miejsca, w którym mógłby się ukryć. Spojrzał na przewrócony żłób – prymitywną drewnianą konstrukcję. Wydawał się dość duży, by Edgar mógł się pod nim zmieścić.

Położył się na kamiennej podłodze i nakrył się żłobem. Po chwili podniósł go jeszcze, sięgnął po topór i przyciągnął go do siebie.

Przez szczeliny w deskach prześwitywało światło. Edgar leżał bez ruchu i nasłuchiwał. Drewno tłumiło odgłosy, wciąż jednak słyszał dobiegające z zewnątrz wrzaski. Czekał przerażony; w każdej chwili któryś z najeźdźców mógł wejść do mleczarni i zajrzeć pod żłób. Jeśli tak się stanie, spróbuję zabić go toporem, postanowił Edgar. Najgorsze jednak było to, że leżał na podłodze, a to znaczyło, że stojący nad nim wróg będzie miał przewagę.

Usłyszał skomlenie psa i uświadomił sobie, że to Brindle stoi obok jego kryjówki.

– Idź sobie – syknął. Dźwięk jego głosu rozochocił tylko sukę i zaskomlała jeszcze głośniej.

Zaklął, uniósł skraj żłobu, wyciągnął rękę i przyciągnął zwierzę. Brindle położyła się obok niego i natychmiast się uspokoiła.

Czekał, przysłuchując się dobiegającym z zewnątrz potwornym odgłosom rzezi i zniszczenia.

Brindle zaczęła zlizywać z ostrza topora resztki wikińskiego mózgu.

*

Nie wiedział, jak długo siedział w ukryciu. Zrobiło się ciepło i przypuszczał, że słońce stoi już wysoko na niebie. W końcu zgiełk na zewnątrz zaczął cichnąć, Edgar nie miał jednak pewności, czy wikingowie odpłynęli. Za każdym razem, gdy zastanawiał się, czy nie wyjść z kryjówki, dochodził do wniosku, że jeszcze nie czas. Na myśl o Sunni znów się rozpłakał.

Śpiąca obok Brindle od czasu do czasu skomlała i drżała. Edgar zastanawiał się, czy psom zdarzają się złe sny.

On czasami miewał koszmary: był na tonącej łodzi albo potężny dąb spadał wprost na niego, a on nie mógł się ruszyć, albo próbował wydostać się z płonącego lasu. Kiedy się budził, ogarniała go taka ulga, że miał ochotę rozpłakać się ze szczęścia. Teraz nie przestawał myśleć, że atak wikingów to tylko kolejny zły sen, a gdy się obudzi, odkryje, że Sunni wciąż żyje. Nie obudził się jednak.

W końcu dobiegły go głosy i wychwycił anglosaskie słowa. Mimo to nadal się wahał. Głosy nie wydawały się przerażone, lecz stroskane. Ludzie, których słyszał, byli smutni, lecz nie sprawiali wrażenia, jak gdyby obawiali się o własne życie. To z pewnością był znak, że wikingowie odpłynęli.

Ilu jego przyjaciół zabrali na łodzie, by sprzedać ich jako niewolników? Ile trupów zostawili za sobą? Czy wciąż miał rodzinę?

Brindle wydała gardłowy pomruk i spróbowała się podnieść. Pod żłobem nie było na to dość miejsca, jednak suka wyczuwała, że niebezpieczeństwo minęło i może się już poruszyć.

Edgar uniósł żłób i suka natychmiast wyszła z ukrycia. Potem on wytoczył się spod niego, trzymając w dłoni wikiński topór, i powoli opuścił żłób z powrotem na kamienną podłogę. Wstał. Ręce i nogi miał obolałe od leżenia bez ruchu w ciasnej kryjówce. Zatknął topór za pas.

Uchylił drzwi mleczarni i wyjrzał na zewnątrz.

Combe zniknęło.

Przez chwilę gapił się w osłupieniu. Jak to możliwe, że Combe przestało istnieć? Znał jednak odpowiedź. Niemal wszystkie chaty spłonęły do gołej ziemi. Znad kilku wciąż unosiły się smugi dymu. Tu i ówdzie stały domy z kamienia, lecz Edgar potrzebował chwili, żeby je rozpoznać. Klasztor miał dwa budynki z kamienia – kościół i piętrowy dom z refektarzem na dole i dormitorium na górze. Poza tym w Combe były jeszcze dwa kamienne kościoły. Nieco dłużej zajęło mu rozpoznanie domu złotnika, którego kamienne ściany miały chronić Wyna przed złodziejami.

Krowy Cynerica przeżyły najazd wikingów i zbite w ciasną gromadkę stały pośrodku ogrodzonego pastwiska. Krowy były cenne, lecz Edgar przypuszczał, że zagnanie zwierząt na łódź stanowiło problem, a wikingowie, jak wszyscy złodzieje, woleli monety albo cenne niewielkie przedmioty jak biżuteria.

 

Oszołomieni mieszkańcy Combe stali pośród zgliszczy. Z ich ust dobywały się pojedyncze dźwięki wyrażające smutek, przerażenie i zdumienie.

W zatoce cumowały te same łodzie, jednak te, na których przypłynęli wikingowie, zniknęły.

Spojrzał w końcu na ciała leżące w mleczarni. Wiking prawie nie przypominał już człowieka i Edgar poczuł się dziwnie na myśl, że to jego dzieło. Teraz wydawało mu się to nie do pomyślenia. Sunni wyglądała zdumiewająco spokojnie. Uderzenie w głowę, które ją zabiło, nie pozostawiło na jej ciele żadnych śladów. Oczy miała na wpół otwarte, więc raz jeszcze zamknął jej powieki. Uklęknął i położył dłoń na jej piersi, jakby jeszcze się łudził, że poczuje pod palcami bijące serce. Ciało dziewczyny było zimne.

Co powinien zrobić? Może mógłby jakoś pomóc jej duszy, by trafiła do nieba? Klasztor nadal stał. Powinien zabrać ciało do kościoła.

Wziął ją na ręce. Nie spodziewał się, że będzie to takie trudne. Sunni była szczupła, a on silny, lecz pod ciężarem bezwładnego ciała zachwiał się i aby odzyskać równowagę, musiał przytulić ją do piersi mocniej, niż tego chciał. Ten silny uścisk i świadomość, że Sunni nie czuje już bólu, jeszcze dobitniej uświadomiły mu, że ukochana nie żyje, i łzy znów napłynęły mu do oczu.

Przeszedł przez dom i minąwszy ciało Cynerica, wyszedł na zewnątrz.

Brindle truchtała za nim.

Zdawało mu się, że jest już popołudnie, choć nie miał pewności, bo w powietrzu unosiły się smugi dymu z dogasających domostw, popiół i ohydna woń spalonych ludzkich ciał. Ci, którzy przeżyli, rozglądali się w osłupieniu, jak gdyby nadal nie pojmowali, co się właściwie stało. Inni wychodzili z lasu, niektórzy prowadzili żywy inwentarz.

Edgar ruszył w stronę klasztoru. Ciało Sunni zaczynało mu ciążyć, lecz ból ramion sprawiał mu dziwną, niemal perwersyjną przyjemność. Niepokoiło go tylko to, że ona wciąż otwiera oczy. Chciał, żeby wyglądała tak, jakby spała.

Nikt nie zwracał na niego uwagi; wszyscy przeżywali własne tragedie. Nie niepokojony przez nikogo, dotarł do kościoła i wszedł do środka. Jak się okazało, nie on jeden wpadł na ten pomysł. Wzdłuż nawy leżały ciała, przy których stali lub klęczeli ludzie. Zrozpaczony przeor Ulfric podszedł do Edgara i zapytał obcesowo:

– Żywa czy martwa?

– To Sungifu – odparł Edgar. – Nie żyje.

– Martwych składamy we wschodnim końcu – wyjaśnił Ulfric, zbyt zajęty, by silić się na delikatność. – A rannych w nawie.

– Pomodli się przeor za jej duszę? Proszę.

– Będzie potraktowana jak pozostali.

– To ja wszcząłem alarm – oburzył się Edgar. – Możliwe, że ocaliłem przeorowi życie. Proszę się za nią pomodlić.

Ulfric nie odpowiedział i oddalił się pospiesznie.

Edgar zobaczył brata Maerwynna, który bandażował nogę rannego mężczyzny, podczas gdy ten jęczał z bólu. Kiedy mnich wstał, Edgar zwrócił się do niego:

– Pomodli się brat za duszę Sunni?

– Tak, oczywiście – odrzekł Maerwynn i uczynił na czole Sunni znak krzyża.

– Dziękuję.

– A teraz złóż ciało we wschodnim końcu kościoła.

Chłopak ruszył w górę nawy i minął ołtarz. W drugim końcu kościoła złożono w równych rzędach ponad dwadzieścia ciał, nad którymi stali pogrążeni w bólu bliscy. Edgar ostrożnie położył ciało Sunni. Wyprostował jej nogi, ramiona skrzyżował na piersi dziewczyny i palcami przyczesał jej włosy. Żałował, że nie jest duchownym, wówczas sam zadbałby o jej duszę.

Klęczał przez długi czas wpatrzony w jej nieruchomą twarz i próbował oswoić się z myślą, że już nigdy nie spojrzy na niego z uśmiechem. W końcu jednak zwrócił myśli ku żywym. Czy jego rodzice przeżyli? Czy bracia trafili do niewoli? Zaledwie kilka godzin temu zamierzał opuścić ich na dobre, a teraz ich potrzebował. Bez nich będzie na świecie sam jak palec.

Jeszcze chwilę stał nad ciałem Sunni, po czym wyszedł z kościoła, a za nim Brindle.

Na zewnątrz zaczął się zastanawiać, od czego zacząć. W końcu postanowił, że najpierw pójdzie do domu. Wiedział, że z chaty pozostały pewnie zgliszcza, miał jednak nadzieję, że znajdzie tam bliskich albo chociaż dowie się, co się z nimi stało.

Najkrótsza droga wiodła wzdłuż plaży. Idąc w stronę morza, prosił Boga, by jego łódź była wciąż na brzegu. Zostawił ją w pewnej odległości od najbliższych zabudowań, może więc nie spłonęła.

Po drodze spotkał matkę, która ukryła się w lesie i teraz wracała do miasta. Na widok jej ostrych, zdecydowanych rysów i pewnego siebie kroku poczuł ulgę tak wielką, że nogi się pod nim ugięły i omal nie upadł. Matka niosła kociołek z brązu; być może jedyną rzecz, którą zdołała zabrać z domu. Twarz miała ściągniętą ze smutku, lecz zaciśnięte w wąską kreskę usta zdradzały ponurą determinację.

Na widok Edgara rozpromieniła się. Objęła go i kryjąc twarz w jego piersi, wyszlochała:

– Mój synek, och, mój Eddie, dzięki Bogu.

Zacisnął powieki i przytulił ją. Jeszcze nigdy nie cieszył się tak na widok matki.

Po chwili otworzył oczy, spojrzał ponad jej ramieniem i zobaczył Ermana – równie ponurego jak matka, choć na jego twarzy malowała się zaciętość – i jasnowłosego, piegowatego Eadbalda. Nigdzie jednak nie widział ojca.

– Gdzie tata? – spytał.

– Kazał nam uciekać – odparł Erman. – Sam został, żeby bronić warsztatu.

„A wyście go zostawili?”, chciał powiedzieć Edgar. Powstrzymał się jednak, bo nie był to czas na wzajemne obwinianie się, zresztą sam przecież zostawił rodzinę.

Matka wypuściła go z objęć.

– Wracamy do domu – rzekła. – Do tego, co z niego zostało.

Ruszyli w stronę brzegu. Matka kroczyła energicznie, chcąc jak najszybciej poznać prawdę – nieważne, czy dobrą, czy złą.

– Szybko uciekłeś, braciszku – rzucił oskarżycielsko Erman. – Czemu nas nie zbudziłeś?

– Właśnie że obudziłem – oburzył się Edgar. – To ja uderzyłem w kościelny dzwon.

– Nieprawda.

Sprzeczanie się w takich sytuacjach było typowe dla Ermana. Edgar odwrócił wzrok i nie odezwał się więcej. Nie obchodziło go, co myśli brat. Kiedy dotarli na plażę, zauważył, że jego łódź zniknęła. Było oczywiste, że zabrali ją wikingowie. Potrafili rozpoznać dobrą łódź. Do tego łatwo ją było ukraść – wystarczyło, że przywiązali ją do rufy jednej ze swoich. Strata była dotkliwa, lecz Edgar nie czuł bólu: w porównaniu ze śmiercią Sunni zdawała się niczym.

Idąc brzegiem, natknęli się na zabitą matkę rówieśnika Edgara; zastanawiał się, czy zginęła, próbując powstrzymać wikingów, by nie brali jej syna w niewolę.

Kilka jardów dalej leżało kolejne ciało, a jeszcze dalej następne. Edgar przyglądał się każdej twarzy; wszystkie należały do jego przyjaciół i sąsiadów, lecz nie było wśród nich ojca. To obudziło w nim nieśmiałą nadzieję, że może ojciec przeżył.

W końcu dotarli do domu, z którego pozostało jedynie palenisko i stojący nad nim żelazny trójnóg. Przy zgliszczach natknęli się na ciało ojca. Matka krzyknęła z rozpaczy i przerażenia i upadła na kolana. Edgar uklęknął przy niej i objął ręką jej drżące ramiona.

Prawa ręka ojca została odrąbana, prawdopodobnie toporem, przez co wykrwawił się na śmierć. Edgar pomyślał o sile i umiejętnościach, które do niedawna drzemały w tym ramieniu, i po policzkach spłynęły mu łzy wściekłości i żalu.

– Spójrzcie na warsztat – usłyszał głos Eadbalda.

Wstał i otarł oczy. Z początku nie był pewien, co właściwie widzi, więc jeszcze raz przetarł łzy.

Warsztat spłonął. Łódź, którą budowali, i sterta drewna zmieniły się w kupki popiołu, podobnie jak beczka smoły i lina. Pozostał tylko kamień szlifierski, na którym ostrzyli narzędzia. Wśród dogasającego żaru Edgar dostrzegł zwęglone kości, zbyt małe, by mogły należeć do człowieka. Domyślił się, że to szczątki uwiązanego na łańcuchu biednego Grendela.

Wszystko, z czego żyli, znajdowało się tutaj.

Edgar uświadomił sobie, że stracili nie tylko warsztat, ale też źródło utrzymania. Nawet gdyby ktoś chciał zamówić u nich łódź, nie mieli drewna na budowę, narzędzi, by nadać drewnu kształt, ani pieniędzy na zakup tego, co było im potrzebne.

Matka miała pewnie w sakiewce kilka srebrnych pensów, lecz nigdy im się nie przelewało, a ojciec za każdą nadwyżkę pieniędzy kupował drewno. Powtarzał, że dobre drewno jest lepsze od srebra, bo trudniej je ukraść.

– Straciliśmy wszystko i nie mamy z czego żyć – odezwał się Edgar. – Na Boga, co my teraz poczniemy?

ROZDZIAŁ 2
Sobota, 19 czerwca 997

Biskup Wynstan z Shiring zatrzymał konia na szczycie wzniesienia i spojrzał w dół na Combe. Niewiele zostało z miasta: letnie słońce oświetlało poszarzałe pustkowie.

– Jest gorzej, niż myślałem – rzekł. Jedynym obiecującym znakiem było kilka nietkniętych łodzi i statków cumujących na przystani.

Jego brat, Wigelm, zrównał się z nim i powiedział:

– Każdy wiking powinien smażyć się żywcem.

Wigelm był lennikiem królewskim, możnym właścicielem ziemskim. Miał trzydzieści wiosen – pięć mniej od brata – i łatwo wpadał w gniew.

Jednakże tym razem Wynstan musiał się z nim zgodzić.

– Na wolnym ogniu – mruknął.

Ich starszy brat przyrodni przysłuchiwał się rozmowie. Zgodnie ze zwyczajem nosili podobnie brzmiące imiona i choć najstarszy, czterdziestoletni, miał na imię Wilwulf, wszyscy mówili na niego Wilf. Był ealdormanem Shiring i władał częścią zachodniej Anglii, w której leżało Combe.

– Nigdy nie widzieliście miasta najechanego przez wikingów – zabrał teraz głos. – Oto co z niego zostaje.

Ruszyli w stronę spalonego miasta, a za nimi podążyła garstka uzbrojonych ludzi. Wynstan wiedział, że stanowią imponujący widok: trzech odzianych w najprzedniejsze szaty wysokich mężczyzn dosiadających urodziwych koni. Wilf miał na sobie długą do kolan niebieską tunikę i skórzane buty, tunika Wigelma zaś była czerwona. Wynstan, jak przystało na księdza, przywdział prostą, długą do kostek czarną szatę z gęsto tkanego materiału. Na szyi nosił duży srebrny krzyż zawieszony na skórzanym rzemieniu. Jak przystało na zamożnych Anglików, każdy z braci miał bujne, jasne wąsy, żaden jednak nie nosił brody. Włosy Wilfa i Wigelma były jasne i gęste, a Wynstan, jak wszyscy księża, miał na czubku głowy wygoloną tonsurę. Wyglądali na bogatych, ważnych ludzi i tacy byli.

Zrozpaczeni mieszkańcy chodzili wśród zgliszczy, grzebiąc, przesiewając i układając żałosne stosiki z tego, co udało im się odzyskać: powyginanych żelaznych naczyń kuchennych, sczerniałych od ognia kościanych grzebieni, popękanych garnków i zniszczonych narzędzi. Kury i świnie rozgrzebywały popioły, szukając czegoś, co nadawałoby się do zjedzenia. W powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach wygasłych zgliszczy i Wynstan przyłapał się na tym, że oddycha płytko.

Na widok trzech braci ludzie podnieśli wzrok. W ich oczach zajaśniała nadzieja. Wielu znało tych mężczyzn z widzenia, a ci, którzy nigdy ich nie widzieli, słusznie domyślali się, że są ważnymi osobistościami. Niektórzy wykrzykiwali słowa powitania, inni wiwatowali i klaskali. Wszyscy porzucili swe zajęcia i ruszyli za nimi. Sądząc po minach ocalałych mieszkańców Combe, wierzyli, że tak wpływowi notable będą w stanie jakoś im pomóc.

Bracia zatrzymali konie na spłachetku wolnej ziemi między kościołem a klasztorem. Kiedy zsiedli, okoliczni chłopcy stłoczyli się wokół zwierząt, chcąc potrzymać wodze. Przeor Ulfric wyszedł na spotkanie przybyszów. Siwe włosy miał poczerniałe od sadzy.

– Dobrzy panowie, Combe rozpaczliwie potrzebuje waszej pomocy – zaczął. – Ludzie…

– Chwileczkę! – przerwał mu Wynstan głosem, który niósł się ponad tłumem. Jego bracia nie byli zaskoczeni, Wynstan uprzedził ich bowiem o swych zamiarach.

Wśród ludzi zapanowała cisza.

Wynstan zdjął z szyi krzyż, uniósł go nad głowę i odwróciwszy się, powoli ruszył w stronę kościoła.

Bracia udali się za nim, podobnie jak cała reszta.

Biskup wszedł do świątyni i dostojnym krokiem przemierzył nawę, w której leżeli ranni, lecz w ogóle na nich nie baczył. Ci, którzy mieli dość sił, skłaniali głowy albo klękali, gdy szedł między nimi z krzyżem uniesionym nad głową. W drugim końcu kościoła ujrzał jeszcze więcej ludzi, ci jednak nie żyli.

Kiedy dotarł do ołtarza, położył się twarzą do ziemi i ściskając w prawej ręce krzyż, wyciągnął ją w stronę ołtarza.

Przez długą chwilę leżał bez ruchu, podczas gdy zgromadzeni przyglądali się mu w milczeniu. W końcu podniósł się i uklęknął. Rozłożył ramiona w błagalnym geście i przemówił donośnym głosem:

– Cośmy uczynili?

W tłumie rozległ się dźwięk przypominający zbiorowe westchnienie.

– W którym momencie zgrzeszyliśmy? – ciągnął biskup. – Czym sobie na to zasłużyliśmy? Czy nam wybaczysz?

 

Kontynuował w podobnym duchu. Jego słowa przywodziły na myśl modlitwę albo kazanie. Musiał wyjaśnić ludziom, że to, co ich spotkało, zdarzyło się z woli Bożej. Że najazd wikingów był karą za grzech.

Miał zadanie do wykonania, a to była tylko ceremonia wstępna, postanowił zatem nie tracić czasu.

– Podejmując się odbudowy tego miasta, przysięgamy podwoić wysiłki i być jeszcze bardziej pobożnymi, pokornymi, bogobojnymi chrześcijanami, w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa – zakończył. – Amen.

– Amen – powtórzyli mieszkańcy.

Wstał i odwrócił się ku wiernym, pokazując twarz mokrą od łez. Zawiesił krzyż z powrotem na szyi, po czym rzekł:

– A teraz w obliczu Boga wzywam swojego brata, ealdormana Wilwulfa, by zwołał sąd.

Wynstan i Wilf ruszyli zgodnie do wyjścia. Wigelm i Ulfric szli za nimi. Na samym końcu świątynię opuścili mieszkańcy Combe.

Wilf rozejrzał się.

– Tutaj zwołam sąd – oświadczył.

– Jak sobie życzysz, panie – rzekł Ulfric. Pstryknął palcami na jednego z mnichów. – Przynieś krzesło. – Następnie zwrócił się do ealdormana: – Będziesz, panie, potrzebował inkaustu i pergaminu?

Wilf umiał czytać, lecz pisać nie potrafił. Wynstan, jak większość wysoko postawionych kapłanów, zarówno czytał, jak i pisał. Wigelm zaś był zupełnie niepiśmienny.

– Wątpię, byśmy musieli cokolwiek zapisywać – odparł Wilf.

Wynstana zatrzymała wysoka, mniej więcej trzydziestoletnia kobieta w podartej czerwonej sukience. Była urodziwa, choć policzek miała usmarowany sadzą. Mówiła szeptem, ale w jej głosie słychać było rozpacz.

– Musisz mi pomóc, księże biskupie. Błagam – zwróciła się do niego.

– Nie odzywaj się do mnie, głupia dziwko – zgromił ją.

Znał tę kobietę. Miała na imię Meagenswith, ale wszyscy znali ją jako Mags. Mieszkała w dużej chacie z dziesięcioma albo dwunastoma dziewczynami – niektóre z nich były niewolnymi, inne przyszły do niej z własnej woli – które sypiały z mężczyznami za pieniądze.

– Nie możesz być pierwszą osobą w Combe, której będę współczuł – dodał, nawet na nią nie patrząc. Głos miał cichy, lecz zdecydowany.

– Ale wikingowie zabrali wszystkie moje dziewczęta. I pieniądze!

A więc teraz są niewolnicami, pomyślał Wynstan.

– Później z tobą porozmawiam – mruknął. A zaraz potem, podnosząc głos, tak by wszyscy go słyszeli, powiedział: – Zejdź mi z oczu, przeklęta ladacznico!

Mags czmychnęła czym prędzej.

Dwaj mnisi przynieśli wielkie dębowe krzesło i postawili je na środku placu. Wilf rozsiadł się na nim. Wigelm stanął po jego lewej, a Wynstan po prawej ręce.

Kiedy mieszkańcy zgromadzili się wokół nich, zmartwieni bracia zaczęli poszeptywać między sobą. Wszyscy trzej czerpali zyski z Combe. Było to drugie po Shiring najważniejsze miasto w majątku ealdormana. Każde domostwo płaciło za dzierżawę Wigelmowi, który dzielił się zyskami z Wilfem. Ludzie płacili też dziesięcinę kościołom, a te oddawały jej część biskupowi Wynstanowi. Wilf pobierał opłaty celne za towary, które przypływały na przystań i z niej wypływały. Wynstan czerpał też dochody z klasztoru. Wigelm sprzedawał drewno z należących do niego lasów. Dwa dni temu wszystkie te źródła bogactwa nagle wyschły.

– Minie sporo czasu, nim ktokolwiek z tutejszych ludzi będzie w stanie cokolwiek zapłacić – orzekł ponuro Wynstan.

To znaczyło, że będzie musiał ograniczyć wydatki. Shiring nie było bogatą diecezją. Gdybym był biskupem Canterbury, pomyślał, nigdy nie musiałbym się martwić, bo sprawowałbym pieczę nad wszystkimi bogactwami Kościoła w południowej Anglii. Tymczasem jako biskup Shiring miał ograniczoną władzę. Zastanawiał się, na czym mógłby zaoszczędzić. Nienawidził odmawiać sobie przyjemności.

– Wszyscy ci ludzie mają pieniądze – powiedział z pogardą Wigelm. – Znajdziecie je, kiedy rozprujecie ich brzuchy.

Wilf pokręcił głową.

– Nie bądź głupi – mruknął. Często zwracał się w ten sposób do Wigelma. – Większość z nich straciła dorobek całego życia. Nie mają jedzenia ani pieniędzy, żeby je kupić. Nie mają nawet jak zarobić na życie. Zimą będą zbierać żołędzie, żeby ugotować na nich zupę. Ci, którzy przeżyli atak wikingów, z głodu opadną z sił. Dzieci będą chorować i umierać, starcy przewracać się i łamać kości, a młodzi i silni wyjadą.

Wigelm sprawiał wrażenie rozdrażnionego.

– Co więc mamy zrobić?

– Postąpimy mądrze, zmniejszając opłaty.

– Nie możemy pozwolić, żeby nam nie płacili!

– Głupcze, martwi w ogóle ci nie zapłacą. Jeśli ci, którzy przeżyli, znów zaczną łowić ryby, wytwarzać produkty i handlować, być może wiosną znowu będą mogli nam płacić.

Wynstan przyznał mu rację. Wigelm nie zgadzał się z bratem, lecz postanowił milczeć. Wilf był najstarszy i najważniejszy z nich.

– A teraz, przeorze Ulfricu, opowiedz nam, co się stało – rzekł, rozpoczynając wysłuchanie.

– Wikingowie przypłynęli dwa dni temu bladym świtem, kiedy wszyscy jeszcze spali – zaczął Ulfric.

– Czemu z nimi nie walczyliście, tchórze? – spytał Wigelm.

Wilf podniósł rękę, nakazując ciszę.

– Po kolei – upomniał brata i spojrzał na przeora. – Jeśli dobrze pamiętam, Ulfricu, wikingowie nigdy dotąd nie najeżdżali Combe. Wiecie, skąd dokładnie przypłynęli?

– Nie, panie. Może któryś z rybaków widział wikińską flotę?

– Nie widujemy ich, panie – odezwał się przysadzisty mężczyzna z brodą przetykaną siwizną.

– To Maccus – powiedział Wigelm, który znał mieszkańców miasta lepiej niż jego bracia. – Właściciel największej łodzi rybackiej w Combe.

Tymczasem Maccus ciągnął:

– Podejrzewamy, że wikingowie cumują swoje łodzie po drugiej stronie kanału, w Normandii. Mówi się, że tam się zaopatrują i stamtąd wyprawiają się na rajdy, a potem wracają do Normandii, żeby sprzedawać swoje łupy, niech Bóg przeklnie ich nieśmiertelne dusze.

– To całkiem prawdopodobne, choć niezbyt pomocne – odparł Wilf. – Normandia ma długą linię brzegową. Domyślam się, że najbliższa przystań znajduje się w Cherbourgu.

– Pewnie macie rację, panie – zgodził się Maccus. – Mówiono mi, że zbudowano ją na długim cyplu, który wrzyna się w kanał. Sam jednak tam nie byłem.

– Ani ja – rzekł Wilf. – Czy ktokolwiek z Combe tam pływał?

– Może dawniej – odparł Maccus. – Teraz nie zapuszczamy się tak daleko. Nie prosimy się o kłopoty i unikamy wikingów.

– Powinniśmy zgromadzić flotę, popłynąć do Cherbourga i spalić go tak, jak oni spalili Combe! – zawołał Wigelm, wyraźnie zniecierpliwiony tą rozmową.

Stojący w tłumie młodsi mężczyźni zakrzyknęli na znak, że się z nim zgadzają.

– Ten, kto chce zaatakować Normanów, nic o nich nie wie – ostudził ich zapał Wilf. – Pamiętajcie, że to potomkowie wikingów. Może i są ucywilizowani, lecz to nie znaczy, że nie są równie twardzi jak ich przodkowie. Jak myślicie, czemu wikingowie najechali nas, a nie ich?

Wigelm wydawał się przybity.

– Chciałbym wiedzieć więcej o tym Cherbourgu – powiedział w zadumie Wilf.

– Byłem tam raz – odezwał się młodzik z tłumu.

– Coś ty za jeden? – Wynstan popatrzył na niego z zainteresowaniem.

– Edgar, syn szkutnika, lordzie biskupie.

Wynstan przyjrzał mu się z uwagą. Chłopak, choć średniego wzrostu, był umięśniony jak wszyscy szkutnicy. Miał jasnobrązowe włosy, a na twarzy ledwie meszek. Przemawiał grzecznie, lecz bez lęku; najwyraźniej wysoka pozycja społeczna ludzi, do których się zwracał, nie onieśmielała go.

– Jak to się stało, że byłeś w Cherbourgu? – dopytywał się Wynstan.

– Ojciec mnie zabrał. Dostarczał łódź, którą zbudowaliśmy. Ale to było pięć lat temu. Od tego czasu wiele mogło się tam zmienić.

– Jakakolwiek informacja jest lepsza niż żadna – orzekł Wilf.

– Mają tam dużą, ładną przystań dla wielu statków i łodzi. Rządził nią hrabia Hubert i pewnie wciąż rządzi, bo nie był stary.

– Coś jeszcze?

– Pamiętam córkę hrabiego, Ragnę. Miała rude włosy.

– Chłopcy pamiętają takie rzeczy – zauważył Wilf.

Wszyscy zaczęli się śmiać, a Edgar spąsowiał.

Chwilę później, chcąc przekrzyczeć zgiełk, dodał podniesionym głosem:

– Była tam też kamienna wieża.

– Co ci mówiłem? – zwrócił się Wilf do Wigelma. – Niełatwo zaatakować miasto z kamiennymi umocnieniami.