Niech stanie się światłość

Tekst
Z serii: Filary Ziemi #4
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Niech stanie się światłość
Niech stanie się światłość
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 99,90  79,92 
Niech stanie się światłość
Audio
Niech stanie się światłość
Audiobook
Czyta Krzysztof Gosztyła
49,90  36,43 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

PREQUEL NAJGŁOŚNIEJSZEJ KSIĄŻKI KENA FOLLETTA, FILARÓW ZIEMI, SPRZEDANEJ W PONAD 27 MILIONACH EGZEMPLARZY.

Opowieść o nieokiełznanej żądzy władzy, walce o prawa, które służą nie tylko rządzącym, o miłości i nienawiści, i desperackim dążeniu do zachowania godności, nawet tam, gdzie nie ma na nią miejsca.

Tak to się zaczęło… W Kingsbridge, które jeszcze się tak nie nazywało – 100 lat przed tym, jak Tom Budowniczy zaczął stawiać katedrę.

Koniec pierwszego tysiąclecia naszej ery. Anglia, nękana od wschodu przez wikingów i od zachodu przez Walijczyków, pogrąża się w chaosie. Ale trzy pochodzące z różnych środowisk osoby rozpaczliwie próbują dojrzeć na horyzoncie światło i sprawić, by świat wydobył się z mroków barbarzyństwa.

Edgar, młody szkutnik, który w napadzie wikingów stracił dom i ukochaną, rozpoczyna życie w nowym miejscu i wykorzystuje swoje zdolności, by uciec od poniżenia i nędzy. Lady Ragna opuszcza rodzinną Normandię, aby poślubić ukochanego mężczyznę, lecz kiedy dociera do Anglii, musi walczyć we wrogim środowisku o swoją pozycję i przetrwanie. Brat Aldred, ambitny mnich, marzy o stworzeniu biblioteki, za sprawą której jego klasztor stałby się największym centrum nauki w całym chrześcijańskim świecie.

Wszyscy troje – z różnych powodów – będą musieli zmierzyć się z przebiegłym biskupem, który złamie każde przykazanie, by zdobyć nieograniczoną władzę i bogactwo.


KEN FOLLETT

Brytyjski pisarz urodzony w 1949 roku w Walii. Autor thrillerów i powieści historycznych. Światową sławę przyniosła mu wydana w 1978 roku Igła. Kolejne tytuły, m.in. Trzeci bliźniak, Zabójcza pamięć, Zamieć, Upadek gigantów, Zima świata oraz Krawędź wieczności, utrwaliły jego pozycję jako autora bestsellerów.

Choć książki odwołujące się do wydarzeń z okresu II wojny światowej dominują w jego twórczości, autor za swoje najważniejsze dzieło nadal uważa sagę Filary Ziemi – owoc jego zainteresowania średniowieczem.

Na podstawie dzieł Folletta nakręcono wiele filmów oraz seriali, m.in. Igłę, Klucz do Rebeki, Na skrzydłach orłów i Filary Ziemi. W Polsce powstały dwie superprodukcje audio: Filary Ziemi – z udziałem m.in. Krzysztofa Gosztyły, Katarzyny Herman, Michała Żurawskiego i Piotra Cyrwusa – oraz Upadek gigantów, w którym bohaterom głosów użyczyli m.in. Łukasz Simlat, Agnieszka Więdłocha, Antoni Pawlicki czy Eliza Rycembel.

Nakłady książek Kena Folletta przekroczyły 100 milionów egzemplarzy.

ken-follett.com

Tego autora

Powieści historyczne

UCIEKINIER

NIEBEZPIECZNA FORTUNA

CZŁOWIEK Z SANKT PETERSBURGA

Filary Ziemi

FILARY ZIEMI

ŚWIAT BEZ KOŃCA

SŁUP OGNIA

NIECH STANIE SIĘ ŚWIATŁOŚĆ

Stulecie

UPADEK GIGANTÓW

ZIMA ŚWIATA

KRAWĘDŹ WIECZNOŚCI

Thrillery wojenne

IGŁA

KRYPTONIM „KAWKI”

LOT ĆMY

KLUCZ DO REBEKI

NOC NAD OCEANEM

Thrillery

MŁOT EDENU

ZABÓJCZA PAMIĘĆ

TRÓJKA

ZAMIEĆ

SKANDAL Z MODIGLIANIM

TRZECI BLIŹNIAK

LWY PANSZIRU

PAPIEROWE PIENIĄDZE

Literatura faktu

NA SKRZYDŁACH ORŁÓW

Tytuł oryginału:

THE EVENING AND THE MORNING

Copyright © Ken Follett 2020

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2020

Polish translation copyright © Anna Dobrzańska 2020

Redakcja: Marzena Wasilewska

Zdjęcia na okładce: Carlos Casado/Shutterstock (dziób łodzi), Asmus Koefoed/Shutterstock (ornament), Pexels (niebo). Na tylnej okładce wykorzystano inicjał z Book of Kells

Projekt graficzny okładki: Katarzyna Meszka

ISBN 978-83-8215-227-2

Wydawca WYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O. Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa www.wydawnictwoalbatros.com Facebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Spis treści

CZĘŚĆ I. Ślub

Rozdział 1. Czwartek, 17 czerwca 997

Rozdział 2. Sobota, 19 czerwca 997

Rozdział 3. Koniec czerwca 997

Rozdział 4. Początek lipca 997

Rozdział 5. Koniec lipca 997

Rozdział 6. Początek sierpnia 997

Rozdział 7. Koniec sierpnia 997

Rozdział 8. Początek września 997

Rozdział 9. Połowa sierpnia 997

Rozdział 10. Koniec września 997

Rozdział 11. Początek października 997

Rozdział 12. Połowa października 997

Rozdział 13. Koniec października 997

Rozdział 14. 1 listopada 997

Rozdział 15. 31 grudnia 997

CZĘŚĆ II. Proces

Rozdział 16. Styczeń 998

Rozdział 17. Luty 998

Rozdział 18. Marzec 998

Rozdział 19. Czerwiec 998

Rozdział 20. Lipiec 998

Rozdział 21. Wrzesień 998

Rozdział 22. Październik 998

Rozdział 23. 1 listopada 998

Rozdział 24. Grudzień 998

CZĘŚĆ III. Morderstwo

Rozdział 25. Styczeń 1001

Rozdział 26. Marzec 1001

Rozdział 27. Kwiecień 1001

Rozdział 28. Maj 1001

Rozdział 29. Sierpień i wrzesień 1001

Rozdział 30. Luty 1002

Rozdział 31. Czerwiec 1002

Rozdział 32. Lipiec 1002

Rozdział 33. Sierpień 1002

Rozdział 34. Październik 1002

Rozdział 35. Marzec 1003

Rozdział 36. Czerwiec 1003

Rozdział 37. Sierpień 1003

CZĘŚĆ IV. Miasto

Rozdział 38. Listopad 1005

Rozdział 39. Wiosna 1006

Rozdział 40. Lato 1006

Rozdział 41. Wrzesień 1006

Rozdział 42. Październik 1006

 

Rozdział 43. Styczeń 1007

Podziękowania

Przypisy

1 Okładka

2  O książce

3  Strona tytułowa

4  O autorze

5  Tego autora

6  Strona redakcyjna

7  Spis treści

8  Dedykacja

9  Motto

10  CZĘŚĆ I. Ślub Rozdział 1. Czwartek, 17 czerwca 997 Rozdział 2. Sobota, 19 czerwca 997 Rozdział 3. Koniec czerwca 997 Rozdział 4. Początek lipca 997 Rozdział 5. Koniec lipca 997 Rozdział 6. Początek sierpnia 997 Rozdział 7. Koniec sierpnia 997 Rozdział 8. Początek września 997 Rozdział 9. Połowa sierpnia 997 Rozdział 10. Koniec września 997 Rozdział 11. Początek października 997 Rozdział 12. Połowa października 997 Rozdział 13. Koniec października 997 Rozdział 14. 1 listopada 997 Rozdział 15. 31 grudnia 997

11  CZĘŚĆ II. Proces Rozdział 16. Styczeń 998 Rozdział 17. Luty 998 Rozdział 18. Marzec 998 Rozdział 19. Czerwiec 998 Rozdział 20. Lipiec 998 Rozdział 21. Wrzesień 998 Rozdział 22. Październik 998 Rozdział 23. 1 listopada 998 Rozdział 24. Grudzień 998

12  CZĘŚĆ III. Morderstwo Rozdział 25. Styczeń 1001 Rozdział 26. Marzec 1001 Rozdział 27. Kwiecień 1001 Rozdział 28. Maj 1001 Rozdział 29. Sierpień i wrzesień 1001 Rozdział 30. Luty 1002 Rozdział 31. Czerwiec 1002 Rozdział 32. Lipiec 1002 Rozdział 33. Sierpień 1002 Rozdział 34. Październik 1002 Rozdział 35. Marzec 1003 Rozdział 36. Czerwiec 1003 Rozdział 37. Sierpień 1003

13  CZĘŚĆ IV. Miasto Rozdział 38. Listopad 1005 Rozdział 39. Wiosna 1006 Rozdział 40. Lato 1006 Rozdział 41. Wrzesień 1006 Rozdział 42. Październik 1006 Rozdział 43. Styczeń 1007

14  Podziękowania

15  Przypisy

Ku pamięci E.F.

Po upadku Cesarstwa Rzymskiego Brytania uczyniła krok wstecz. Podczas gdy rzymskie wille popadały w ruinę, ludzie budowali drewniane jednoizbowe chaty bez kominów. Rzymskie garncarstwo – jakże ważne dla przechowywania pożywienia – popadło w zapomnienie. Coraz mniej ludzi potrafiło czytać i pisać.

Okres ten nazywany jest czasem wiekami ciemnymi, a postęp, który nastąpił w ciągu kolejnych pięciuset lat, był boleśnie powolny.

Aż w końcu nadeszły zmiany…

CZĘŚĆ I Ślub Rok 997

ROZDZIAŁ 1
Czwartek, 17 czerwca 997

Edgar przekonał się, że niełatwo jest czuwać przez całą noc, nawet jeśli jest to najważniejsza noc w życiu.

Rozłożył opończę na wysypanej sitowiem podłodze i położył się na niej, odziany w sięgającą do kolan brązową wełnianą tunikę, którą nosił przez całe lato, zarówno w dzień, jak i w nocy. Zimą otulał się opończą i kładł przy ogniu. Teraz jednak było ciepło – do nocy świętojańskiej został tylko tydzień.

Zawsze wiedział, jaki jest dzień, podczas gdy większość ludzi musiała pytać księży, którzy prowadzili kalendarze. Erman, starszy brat Edgara, zapytał go pewnego dnia: „Skąd wiesz, kiedy jest Wielkanoc?”, a on odparł: „Wypada w pierwszą niedzielę po pierwszej pełni księżyca po dwudziestym pierwszym dniu marca. To oczywiste”. Popełnił błąd, dodając, że „to oczywiste”, albowiem Erman uznał to za złośliwość i uderzył go pięścią w brzuch. To było jednak lata temu, kiedy Edgar był mały. Teraz dorósł. Trzy dni po wigilii świętego Jana skończy osiemnaście wiosen. Dawno już przestał zbierać cięgi od braci.

Potrząsnął głową. Te rozmyślania sprawiały, że zaczął zapadać w sen. Spróbował ułożyć się tak, by było mu niewygodnie, i złożył głowę na pięści, żeby nie zasnąć.

Zastanawiał się, ile jeszcze będzie musiał czekać.

Odwrócił głowę i omiótł wzrokiem izbę. Jego chata wyglądała jak niemal wszystkie chaty w Combe: ściany z dębowych desek, kryty strzechą dach i klepisko częściowo przykryte trzciną porastającą brzegi pobliskiej rzeki. Nie było tu okien. Pośrodku jedynej izby mieściło się otoczone kamieniami palenisko. Nad ogniem stał żelazny trójnóg, na którym wieszano garnki. Jego nogi rzucały na powałę cienie przypominające odnóża pająka. W ścianach tkwiły drewniane kołki do wieszania ubrań, garnców i narzędzi szkutniczych.

Edgar nie wiedział, ile czasu minęło, mógł bowiem przysnąć, i to kilkakrotnie. Wcześniej nasłuchiwał odgłosów miasta gotującego się do snu: pijaków śpiewających nieprzyzwoitą przyśpiewkę, małżeńskiej kłótni w domu obok, trzasku drzwi, ujadania psa i gdzieś niedaleko kobiecego szlochu. Teraz jednak nie słyszał niczego poza kołysanką fal na osłoniętej plaży. Patrzył w stronę drzwi, wypatrując przeświecających zza nich smug światła zwiastujących brzask, lecz zobaczył tylko ciemność. To znaczyło, że albo księżyc zaszedł i noc ma się ku końcowi, albo niebo zasnute jest chmurami.

Reszta jego rodziny leżała pod ścianami, gdzie dym nie był taki gęsty. Ojciec i matka spali odwróceni do siebie plecami. Czasami budzili się w środku nocy, obejmowali się, szeptali i poruszali rytmicznie, aż w końcu zdyszani opadali na posłanie. Teraz jednak spali. Ojciec chrapał. Liczący dwadzieścia wiosen Erman, najstarszy brat Edgara, leżał obok niego, a średni z trzech braci, Eadbald, kulił się w kącie. Edgar słyszał ich równe, miarowe oddechy.

W końcu odezwał się dzwon kościelny.

W drugim końcu miasta znajdował się klasztor. Mnisi potrafili odmierzać godziny nocy: robili wysokie świece z nacięciami, które w miarę wypalania informowały o upływie czasu. Godzinę przed świtem mnisi uderzali w dzwon i wstawali, by wyśpiewywać na jutrzni swoje pieśni.

Edgar jeszcze przez chwilę leżał bez ruchu. Wiedział, że dźwięk dzwonu może obudzić matkę, która ma lekki sen. Dał jej czas, by zasnęła z powrotem, i w końcu dźwignął się z klepiska.

Po cichu sięgnął po opończę, buty i pas z przytroczonym do niego sztyletem. Uważając, by nie wpaść na któryś z mebli – stół, dwa zydle i ławę – boso podszedł do drzwi. Otworzyły się bezgłośnie, bo wczoraj porządnie nasmarował zawiasy owczym łojem.

Gdyby ktoś z rodziny obudził się teraz i zapytał, dokąd idzie, odparłby, że musi się wysikać, licząc, że nie zauważą butów w jego dłoni.

Eadbald mruknął i Edgar zamarł. Czyżby brat się obudził, czy może tylko mruczał przez sen? Nie potrafił powiedzieć. Ale Eadbald był powolny i nieskory do awantur, podobnie jak ojciec. Nie narobi mu kłopotu.

Edgar wyszedł na zewnątrz i ostrożnie zamknął za sobą drzwi.

Księżyc zaszedł, lecz niebo było czyste i miriady gwiazd rozświetlały plażę. Między chatą i palikiem wskazującym poziom wody znajdował się warsztat szkutniczy. Ojciec budował łodzie, a jego trzej synowie pracowali razem z nim. Był dobrym rzemieślnikiem, nie miał jednak głowy do interesów, więc pieniędzmi zarządzała matka, zwłaszcza gdy chodziło o wyliczanie pokaźnych sum za coś tak skomplikowanego jak statek czy łódź. Jeśli klient próbował utargować niższą cenę, ojciec był gotów przystać na jego propozycję, ale żona mu nie pozwalała.

Sznurując buty i zapinając pas, Edgar zerkał na warsztat i czekającą na ukończenie niewielką łódź do pływania w górę rzeki. Nieopodal leżała ogromna sterta cennego drewna. Rozłupane na połówki i ćwiartki pnie czekały, aż powstaną z nich części łodzi. Mniej więcej raz w miesiącu cała rodzina udawała się do lasu i wspólnymi siłami ścinała rosły dąb. Pierwsi przystępowali do pracy ojciec i Edgar – na przemian wymachiwali toporami na długich styliskach i starannie podcinali pień. Kiedy odpoczywali zmęczeni, za topory chwytali Erman i Eadbald. Po obcięciu gałęzi spławiano pień w dół rzeki do Combe. Rzecz jasna musieli za niego płacić; las należał do tana Wigelma, któremu większość mieszkańców Combe płaciła za dzierżawę i który za każde drzewo żądał trzech srebrnych pensów.

Oprócz stosu drewna w warsztacie były także beczka smoły, zwój liny i kamień szlifierski. Wszystkiego strzegł uwiązany na łańcuchu mastyf Grendel – czarne psisko z szarym pyskiem, zbyt stare, by zrobić krzywdę złodziejom, lecz wciąż potrafiące narobić hałasu. Grendel był teraz cicho i leżąc z głową na łapach, popatrywał na Edgara obojętnym wzrokiem. Chłopak przyklęknął i pogłaskał go po łbie.

– Żegnaj, staruszku – wymruczał, na co pies, nie podnosząc się z ziemi, pomachał radośnie ogonem.

W warsztacie była łódź rybacka, którą Edgar traktował jak swoją. Zbudował ją sam według projektu opartego na łodziach wikingów. Po prawdzie nigdy nie widział żadnego wikinga – ci jeszcze nigdy nie złupili Combe – lecz dwa lata temu wody wyrzuciły na brzeg wrak, pusty i poczerniały od ognia, z zatkniętą na dziobie smoczą głową rozrąbaną na pół – niechybnie podczas bitwy. Edgara zachwyciło piękno zniszczonej łodzi: pełne wdzięku łuki, długi wężowy dziób i smukły kadłub. Najbardziej jednak urzekł go biegnący na całej długości łodzi wystający długi kil, który – jak stwierdził po namyśle – przydawał jej stabilności i pozwalał wikingom przemierzać morza. Łódź Edgara była znacznie mniejsza, z dwoma wiosłami i małym, prostokątnym żaglem.

Wiedział, że ma talent. Już teraz był lepszym szkutnikiem od starszych braci, a niebawem prześcignie ojca. Instynktownie wyczuwał, jak łączyć ze sobą rozmaite elementy, by razem tworzyły solidną konstrukcję. Lata temu podsłuchał, jak ojciec mówił do matki: „Erman uczy się powoli, a Eadbald szybko, lecz Edgar sprawia wrażenie, jakby pojmował wszystko, nim zdążę cokolwiek powiedzieć”. Była to prawda. Niektórzy sięgali po instrument, na którym nigdy wcześniej nie grali – fujarkę albo lirę – i chwilę później dobywali z niego melodię. Edgar miał tak z łodziami i domami. „Ta łódź będzie się przechylała na sterburtę”, mówił, albo „Ten dach będzie przeciekał”. I zawsze miał rację.

 

Odcumował łódź i zepchnął ją w stronę wody. Dźwięk kadłuba szorującego po piasku był stłumiony chlupotem fal liżących brzeg.

Edgara zaskoczył dziewczęcy chichot. W świetle gwiazd zobaczył nagą kobietę leżącą na piasku i leżącego na niej mężczyznę. Pewnie ich znał, lecz nie mogąc dostrzec twarzy, pospiesznie odwrócił wzrok. Domyślał się, że przyłapał ich na potajemnej schadzce. Kobieta wydawała się młoda, a mężczyzna być może miał żonę. Księża potępiali takie postępowanie, ale ludzie nie zawsze ich słuchali. Edgar zignorował tych dwoje i zepchnął łódź do wody.

Miał szczęście, że znalazł pracę gdzieś indziej. Interesy ojca nie szły najlepiej, odkąd Edgar skończył dziewięć lat, a wikingowie ponowili ataki na południu Anglii. Handel i połowy były niebezpieczne, gdy w pobliżu czaili się grabieżcy. Tylko najdzielniejsi ludzie kupowali łodzie.

Na przystani cumowały dwa statki rybackie do połowu śledzi i frankijski kupiecki, a na brzeg wciągnięto kilka mniejszych łodzi do pływania po rzekach i wzdłuż nabrzeży. Sam pomagał zbudować jeden ze statków rybackich. Pamiętał jednak czasy, gdy na przystani zawsze cumowało kilkanaście łodzi, a czasem więcej.

Poczuł rześką bryzę z południowego zachodu, częstą w tej okolicy. Jego łódź miała żagiel – mały, ponieważ były one niezwykle kosztowne; na utkanie naturalnej wielkości żagla dla statku żeglującego po morzach jedna kobieta potrzebowała aż czterech lat – lecz go nie rozwinął. W czasie krótkiej podróży przez zatokę nie było to warte zachodu. Edgar zaczął wiosłować. Przychodziło mu to z łatwością, miał bowiem mięśnie niczym kowal, podobnie jak jego ojciec i bracia. Przez cały dzień sześć dni w tygodniu pracowali siekierami, toporkami i świdrami, nadając kształt dębowym deskom, z których powstawały kadłuby łodzi. Była to ciężka praca dla silnych mężczyzn.

Radował się, bo udało mu się zbiec i płynął na spotkanie z kobietą, którą kochał. W świetle gwiazd piasek na brzegu rzucał biały blask, a gdy wiosła wynurzały się na powierzchnię, piana wokół nich przywodziła na myśl włosy jego ukochanej, które opadały jej na ramiona. Miała na imię Sungifu, lecz wszyscy mówili na nią Sunni, i była wyjątkowa pod każdym względem.

Widział ciągnące się na nabrzeżu zabudowania, w większości kramy rybaków i handlarzy. Był tu także warsztat blacharza wyrabiającego nierdzewne części do łodzi, podwórze, gdzie skręcano liny, a także wielki piec smolarza, w którym wypalano sosnowe kłody, aby uzyskać lepką substancję służącą szkutnikom do uszczelniania łodzi. Z wody miasto zawsze wydawało się większe. Liczyło kilkuset mieszkańców, a byt większości z nich był w ten lub inny sposób związany z morzem.

Edgar spojrzał na drugi brzeg zatoki. W ciemności nie byłby w stanie zobaczyć Sunni, nawet gdyby tam stała. Wiedział jednak, że jej nie ma, bo mieli się spotkać dopiero o świcie. Mimo wszystko nie mógł oderwać wzroku od miejsca, w którym wkrótce zobaczy ukochaną.

Sunni miała dwadzieścia jeden wiosen i była starsza od Edgara o przeszło trzy lata. Zauważył ją, gdy pewnego dnia siedział na plaży i wpatrywał się we wrak wikińskiej łodzi. Oczywiście znał ją z widzenia – znał tutaj wszystkich mieszkańców – ale wcześniej nie zwracał na nią uwagi i nie przypominał sobie, by wiedział coś na temat jej rodziny.

– Morze wyrzuciło cię razem z wrakiem? – spytała. – Siedziałeś tak nieruchomo, że wzięłam cię za drewno, które fale wymyły na brzeg.

Domyślił się, że musi mieć bujną wyobraźnię, skoro wymyśliła coś takiego, i przeczuwając, że go zrozumie, odparł, że fascynuje go kształt wikińskiej łodzi. Po godzinie rozmowy był w niej zakochany bez pamięci.

Sunni powiedziała mu, że jest mężatką, ale było już za późno.

Jej mąż, Cyneric, liczył sobie trzydzieści wiosen i Sunni poślubiła go w wieku czternastu lat. Cyneric miał niewielkie stado mlecznych krów, których doglądała. Była bystra i zarobiła dla niego dużo pieniędzy. Dzieci nie mieli.

Edgar szybko odkrył, że Sunni nienawidzi męża. Co wieczór po nocnym dojeniu Cyneric chodził do karczmy Pod Żeglarzem i upijał się. Sunni mogła się wtedy wymykać z domu na spotkania z Edgarem.

Teraz jednak przestaną się ukrywać. Dziś uciekną razem… czy raczej odpłyną. Edgarowi zaproponowano pracę i dom w wiosce rybackiej pięćdziesiąt mil dalej wzdłuż wybrzeża. Miał szczęście, że spotkał szkutnika, który szukał rąk do pracy. Edgar nie miał pieniędzy – nigdy ich nie miał, bo matka twierdziła, że są mu niepotrzebne – lecz wziął swoje narzędzia; leżały w schowku na łodzi. Wkrótce on i Sunni rozpoczną nowe życie.

Kiedy wyda się, że zniknęli, Cyneric zacznie myśleć o ponownym ożenku. Jeśli żona uciekała z innym, małżeństwo stawało się nieważne. Kościołowi mogło się to nie podobać, ale taki był zwyczaj. Sunni mówiła, że w ciągu kilku tygodni Cyneric uda się na wieś i znajdzie przymierającą głodem rodzinę z ładną czternastoletnią córką. Edgar zastanawiał się, po co mu nowa żona, skoro według Sunni łóżkowe sprawy niewiele go interesowały.

– Musi mieć kogoś, kim będzie mógł pomiatać – mówiła. – A problem ze mną jest taki, że jestem wystarczająco dorosła, żeby nim pogardzać.

Cyneric nie będzie ich ścigał, nawet jeśli się dowie, gdzie się ukrywają, co prawdopodobnie nieprędko się wyda.

– A jeżeli się mylimy i nas odnajdzie, spiorę go na kwaśne jabłko – zagroził Edgar. Sunni miała taką minę, jakby uważała jego słowa za czcze przechwałki, i nie myliła się. – Ale pewnie nie dojdzie do tego – dodał więc pospiesznie.

Dopłynąwszy na drugą stronę zatoki, wciągnął łódź na brzeg i zawiązał linę cumowniczą wokół głazu. Słyszał śpiew mnichów i ich modlitwy. Klasztor znajdował się nieopodal, a kilkaset jardów dalej stała chata Cynerica i Sunni.

Edgar usiadł na piasku i wpatrzony w ciemne morze i niebo, rozmyślał o ukochanej. Czy wymknie się z domu równie łatwo jak on? A jeśli Cyneric się obudzi i ją zatrzyma? Może wywiązać się awantura. Nagle ogarnęła go przemożna chęć, żeby zmienić plan i pójść po Sunni.

Z trudem się powstrzymał. Wiedział, że dziewczyna lepiej poradzi sobie sama. Pijany Cyneric spał twardo, a ona poruszała się cicho jak kotka. Zamierzała położyć się do łóżka w jedynej ozdobie, jaką miała – misternie rzeźbionym srebrnym kółku zawieszonym na skórzanym rzemyku. W sakiewce u pasa miała igłę i nić, a także haftowaną płócienną obręcz na głowę, którą zakładała na wyjątkowe okazje. Podobnie jak Edgar, mogła wymknąć się z domu w ciągu kilku sekund.

Niebawem tu będzie, z oczami błyszczącymi z podniecenia i gibkim ciałem spragnionym jego dotyku. Padną sobie w objęcia i tuląc się do siebie, pocałują się namiętnie, a gdy już nacieszą się sobą, Sunni wejdzie do łodzi, którą on zepchnie do wody, i oboje popłyną ku wolności. Pomyślał, że gdy będą już daleko od brzegu, znowu ją pocałuje. Kiedy będą mogli się kochać? Sunni była równie niecierpliwa jak on. Może wrzuci do wody obwiązany liną kamień, którego używał jako kotwicy, i zlegną na dnie, pod ławką wioślarską. Będzie im trochę niewygodnie, ale jakie to miało znaczenie? Łódź zakołysze się na falach, a oni poczują na nagiej skórze ciepłe promienie wschodzącego słońca.

Choć może rozsądniej byłoby rozwinąć żagiel, oddalić się od miasta na bezpieczną odległość i dopiero wtedy zarzucić kamień kotwiczny. Chciał odpłynąć jak najdalej, nim słońce stanie wysoko na niebie. Wiedział, że nie będzie to łatwe, kiedy Sunni znajdzie się tak blisko, wpatrzona w niego i uśmiechnięta. Przede wszystkim jednak chciał, żeby oboje byli bezpieczni.

Postanowili, że gdy dotrą do nowego domu, powiedzą, że są małżeństwem. Jeszcze nigdy nie spędzili nocy we wspólnym łożu. Od dziś co wieczór będą razem jeść kolację i zasypiać, tuląc się, a rankiem uśmiechać się do siebie znacząco.

Zobaczył błysk światła na horyzoncie – znak, że niedługo zacznie świtać. Lada chwila Sunni powinna tu być.

Na myśl o swojej rodzinie poczuł smutek. Wyobrażał sobie życie bez braci, którzy nadal traktowali go jak głupiego młokosa i próbowali udawać, że są od niego mądrzejsi. Będzie jednak tęsknił za ojcem, przez całe życie powtarzającym mu rzeczy, których on nigdy nie zapomni, na przykład: „Bez względu na to, jak dobrze spasujesz klepki, łączenie jest zawsze najsłabszym punktem”. Na myśl, że porzuca matkę, łzy napłynęły mu do oczu. Była silną kobietą; w trudnych chwilach nie utyskiwała na swój los, lecz stawiała mu czoło. Trzy lata temu, kiedy ojciec zapadł na poty i omal nie umarł, to ona przejęła obowiązki. Mówiła chłopcom, co mają robić, ściągała długi i dbała o to, by klienci nie rezygnowali z zamówień. Potrafiła przewodzić, i to nie tylko rodzinie. Ojciec był jednym z dwunastu starszych Combe, ale to matka poprowadziła mieszkańców, gdy tan Wigelm próbował podnieść komorne.

Myśl o porzuceniu rodziny byłaby nie do zniesienia, gdyby nie to, że Edgara czekała przyszłość u boku Sunni.

W bladym świetle dostrzegł na wodzie coś dziwnego. Wzrok miał dobry, nawykły do wypatrywania statków, i z daleka potrafił odróżnić kadłub od wysokiej fali albo nisko wiszącej chmury, teraz jednak nie wiedział, na co patrzy. Wytężył słuch, lecz wychwycił jedynie chlupot fal omywających piaszczystą plażę.

Po chwili wydało mu się, że dostrzegł łeb potwora, i zdjął go strach. Na tle jaśniejącego nieba ujrzał coś przypominającego spiczaste uszy, wielkie szczęki i długą szyję.

W końcu dotarło do niego, że to, na co patrzy, jest gorsze od potwora. Była to łódź wikingów ze smoczą głową zatkniętą na wysokiej dziobnicy.

Kolejna łódź zamajaczyła w oddali, a po niej trzecia i czwarta. Żagle wydymały się na wzmagającym się południowo-wschodnim wietrze, gdy lekkie łodzie ślizgały się na falach. Edgar zerwał się na równe nogi.

Wikingowie byli złodziejami, gwałcicielami i mordercami. Atakowali wzdłuż wybrzeży i w górze rzek. Palili miasta i wioski, zabierali wszystko, co zdołali unieść, i wyrzynali wszystkich z wyjątkiem młodych mężczyzn i kobiet, których brali jako jeńców i sprzedawali w niewolę.

Edgar wahał się przez chwilę.

Widział teraz dziesięć łodzi, a to znaczyło, że płynie ku nim co najmniej pięć setek wikińskich wojowników.

Lecz czy to aby na pewno byli wikingowie? Inni szkutnicy wzorowali się na nich… sam tak robił. Potrafił jednak dostrzec różnicę: łodzie skandynawskich wojowników miały w sobie groźbę, której nie sposób było podrobić.

Zresztą któż inny mógłby płynąć w takiej liczbie bladym świtem? Nie, Edgar nie miał wątpliwości.

Do Combe nadciągało piekło.

Musiał ostrzec Sunni. Gdyby dotarł do niej na czas, wciąż jeszcze mogliby zbiec.

Ze wstydem uświadomił sobie, że to o niej pomyślał w pierwszej kolejności. Nie o rodzinie. Ich także musiał ostrzec. Mieszkali jednak na drugim końcu miasta. Najpierw odnajdzie Sunni.

Zawrócił i pobiegł wzdłuż plaży, wypatrując na ścieżce na wpół ukrytych przeszkód. Po chwili zatrzymał się i obejrzał na zatokę. Przeraziło go to, jak szybko płyną wikińskie statki. Widział zbliżające się płonące pochodnie, których blask odbijał się w wodzie. Inne łodzie wciągano na brzeg. Już tu byli!

Poruszali się bezszelestnie. Edgar pomyślał o modlących się mnichach, nieświadomych czekającego ich losu. Ich również powinien uprzedzić. Ale przecież nie mógł ostrzec wszystkich!

A może mógł… Patrząc na wieżę kościoła, rysującą się na tle jaśniejącego nieba, pomyślał, że istnieje sposób, by ostrzec Sunni, swoją rodzinę, mnichów i całe miasto.

Skręcił gwałtownie w stronę klasztoru. Z ciemności wyłonił się niski płotek i Edgar, nie zwalniając, przesadził go jednym susem. Lądując po drugiej stronie, zatoczył się, zaraz jednak odzyskał równowagę i popędził dalej.

Dotarł do drzwi kościoła i obejrzał się. Klasztor zbudowano na niewielkim wzniesieniu, z którego roztaczał się widok na całe miasto i zatokę. Setki wikingów biegły przez płycizny ku plaży i dalej w stronę zabudowań. Zobaczył, jak kryty wyschniętą strzechą dach zajmuje się ogniem. A zaraz potem następny i jeszcze jeden. Edgar znał wszystkie domy i ich mieszkańców, lecz w słabym świetle poranka nie był w stanie rozpoznać, czyje obejścia płoną; pomyślał ze zgrozą, że to może być ich dom.

Pchnięciem otworzył drzwi kościoła. Nawę oświetlało światło świec. Niektórzy mnisi przestali śpiewać, gdy zobaczyli go, biegnącego do wejścia na wieżę. Ujrzał zwisającą linę, chwycił ją i pociągnął. Ku jego przerażeniu dzwon nie wydał żadnego dźwięku.

Jeden z mnichów odłączył się od pozostałych i ruszył ku niemu zdecydowanym krokiem. Ogolony czubek jego głowy otoczony był wianuszkiem siwych loków. Edgar rozpoznał w nim przeora Ulfrica.

– Wynoś się stąd, ale już, głupi chłopcze – powiedział oburzony mnich.

Chłopak nie miał czasu na wyjaśnienia.

– Muszę uderzyć w dzwon – odparł gorączkowo. – Co jest z nim nie tak?

Msza została przerwana i wszyscy mnisi patrzyli w ich stronę. Chwilę później do Edgara podszedł klasztorny kucharz, Maerwynn. Był młodszy od Ulfrica i nie tak napuszony.

– Co się dzieje, Edgarze? – spytał.

– Wikingowie! – krzyknął chłopak. Kolejny raz szarpnął linę. Nigdy dotąd nie próbował uderzyć w kościelny dzwon i zdumiał się, jak bardzo jest ciężki.

– Nie! – zawołał przeor Ulfric. Surowość na jego twarzy ustąpiła miejsca przerażeniu. – Boże, miej nas w opiece!

– Jesteś pewien, Edgarze? – zapytał Maerwynn.

– Widziałem ich z plaży!

Maerwynn podbiegł do drzwi i wyjrzał na dwór. Kiedy wrócił, twarz miał białą jak płótno.

– To prawda – potwierdził.

– Uciekajcie! – ryknął Ulfric. – Wszyscy uciekajcie!

– Zaczekajcie! – odezwał się Maerwynn. – Edgarze, ciągnij za linę. Trzeba szarpnąć kilka razy, żeby uderzyć w dzwon. Uwieś się na niej. Słuchajcie – zwrócił się do mnichów – mamy chwilę, nim tutaj dotrą. Uciekając, niech każdy z was coś weźmie: w pierwszej kolejności relikwiarze ze szczątkami świętych, wysadzane klejnotami paramenty i księgi. Potem biegnijcie do lasu.

Uwieszony liny Edgar oderwał stopy od podłogi i chwilę później usłyszał donośny dźwięk dzwonu.

Ulfric chwycił srebrny krzyż i rzucił się w stronę drzwi. Pozostali mnisi poszli za jego przykładem. Niektórzy ze spokojem zbierali cenne przedmioty, inni krzyczeli i panikowali.

Rozkołysany dzwon uderzał raz za razem. Edgar wściekle ciągnął za linę, wieszając się na niej całym ciężarem ciała. Chciał, by wszyscy wiedzieli, że nie jest to zwykłe wezwanie do pobudki, lecz alarm, który ma postawić na nogi całe miasto.

Po chwili uznał, że już wystarczy, puścił rozkołysaną linę i wybiegł z kościoła.

Gryząca woń palonej strzechy uderzyła go w nos. Rześki południowo-zachodni wiatr sprawiał, że ogień rozprzestrzeniał się w zastraszającym tempie. Dniało. Ludzie wybiegali z chat, niosąc na rękach niemowlęta, młodsze dzieci i co tylko mieli cennego: narzędzia, kury i skórzane sakiewki z pieniędzmi. Najszybsi biegli już przez pola w stronę lasu. Widząc to, Edgar pomyślał, że dzięki dzwonowi przynajmniej niektórzy zdołają zbiec.

On, omijając przyjaciół i sąsiadów, biegł pod prąd, w stronę domu Sunni. Zobaczył piekarza, który o tej porze zwykle krzątał się już przy piecu. Teraz wybiegał z domu z workiem mąki zarzuconym na ramię. W karczmie Pod Żeglarzem było cicho; jej bywalcy najwyraźniej nie spieszyli się z ucieczką. Złotnik Wyn przegalopował obok na koniu ze skrzynią przytroczoną do grzbietu wierzchowca. Przerażone zwierzę gnało ile sił, złotnik zaś kurczowo obejmował je za szyję. Niewolny o imieniu Griff niósł na rękach starą kobietę, która była jego panią. Edgar przyglądał się twarzom mijających go ludzi, wypatrując wśród nich Sunni. Nigdzie jej jednak nie widział.

I nagle zobaczył wikingów.

Na ich czele szedł tuzin rosłych mężczyzn i dwie budzące grozę kobiety – wszyscy w skórzanych kamizelkach, uzbrojeni we włócznie i w topory. Edgar zauważył, że nie mają hełmów, i kiedy strach podchodził mu do gardła jak wymiociny, uświadomił sobie, że słabowici mieszkańcy Combe nie stanowią dla nich żadnego zagrożenia. Niektórzy z najeźdźców już nieśli łupy: miecz z rękojeścią wysadzaną klejnotami, który bardziej nadawał się na pokaz niż do bitwy, sakwę ciężką od monet, futro, drogie siodło i uprząż zdobioną złoconym brązem. Jeden prowadził białego konia, który jeszcze niedawno należał do właściciela statku do połowu śledzi, a inny niósł przerzuconą przez ramię dziewczynę. Edgar odetchnął z ulgą, widząc, że to nie Sunni.