Cinder i EllaTekst

Z serii: #GOYOUNG
Z serii: Cinder & Ella #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WROCŁAW 2018

Tytuł oryginału

Cinder&Ella

Projekt okładki

ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Fotografia na okładce

© tiero / fotolia.com

Redakcja

ANNA JACKOWSKA

Korekta

URSZULA WŁODARSKA

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Copyright © 2014. Cinder&Ella by Kelly Oram

All rights reserved

Polish edition © Publicat S.A. MMXVIII (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN 978-83-271-5695-2


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Dedykacja

Prolog

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

Przypisy

Mojej córce Jackie.

Bo każda dziewczyna zasługuje

na własną bajkę

Prolog

Problem z bajkami polega na tym, że większość z nich zaczyna się od jakiejś tragedii. Doskonale rozumiem, dlaczego tak się dzieje. W końcu nikt nie chce, aby bohaterką była rozpieszczona, zadowolona z życia księżniczka. Wyzwania i problemy kształtują charakter, dodają postaci głębi, czynią ją wrażliwszą, sympatyczniejszą i pozwalają czytelnikowi się z nią identyfikować. Mierzenie się z trudnościami wzmacnia – to jasne. Nieszczęścia w bajkach są potrzebne i nikt nie ma nic przeciwko nim – chyba że akurat jest się w tej bajce główną bohaterką.

Moje życie nigdy nie przypominało bajki. Moje życzenia nigdy nie spełniały się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale też nigdy nie przydarzyło mi się żadne wielkie nieszczęście. Kiedy miałam osiem lat, mój tata opuścił mamę i związał się z inną kobietą, ale poza tym trzymałam się całkiem nieźle.

Uważam, że jestem dość ładna – mam długie, falujące czarne włosy i gładką skórę o złotobrązowym odcieniu, który zawdzięczam chilijskim przodkom ze strony mamy. A do tego duże niebieskie oczy taty... Jestem też dość rozgarnięta. Zawsze byłam piątkową uczennicą, choć nigdy specjalnie nie przykładałam się do nauki. Na dodatek jestem też dość lubiana – może nie wybraliby mnie na miss szkoły, ale w każdy sobotni wieczór mogłam liczyć na towarzystwo przyjaciół lub randkę.

Co prawda dorastałam bez ojca, ale za to mama była moją najlepszą przyjaciółką – i to mi wystarczało. Miałam wszystko, czego potrzebowałam. Nie mogłam narzekać. Można powiedzieć, że moje życie było wystarczająco dobre. Aż pewnego razu, w listopadzie zeszłego roku, kiedy mama postanowiła zrobić mi urodzinową niespodziankę i zabrać na czterodniowy wypad na narty do Vermont, wydarzyła się pierwsza w moim życiu porządna, kształtująca charakter tragedia.

– Zarezerwowałam dla nas pobyt z karnetem do spa. Zmęczone i poobijane po całym dniu szusowania wskoczymy sobie do jacuzzi, a potem pójdziemy na masaż – oznajmiła radośnie mama, kiedy tylko wyjechałyśmy poza miasto.

– To naprawdę super, ale... czy jesteś pewna, że nas na to stać? – zapytałam, uśmiechając się niepewnie.

Mama zaśmiała się głośno. Bardzo lubiłam ten dźwięczny, wibrujący śmiech, który zawsze podnosił mnie na duchu. Mama śmiała się bardzo często – była najbardziej radosną i zadowoloną z życia osobą na świecie. A przynajmniej w Bostonie.

– Czy ty siebie słyszysz? Ello, kochanie, masz osiemnaście lat, a nie czterdzieści.

– Czterdzieści? Czyli tyle, ile niektóre z nas będą miały już za miesiąc? – zapytałam, szczerząc zęby w uśmiechu.

– Cállate![1] To musi być nasz sekret. Jeśli ktokolwiek zapyta, pamiętaj, że mam trzydzieści dziewięć lat. Już do końca życia.

– Nie ma problemu. Ale zaczekaj – powiedziałam, uważnie przyglądając się jej twarzy. – Czy to nie są przypadkiem... kurze łapki?

– Ellamaro Valentino Rodriguez! – syknęła oburzona mama. – To są zmarszczki śmiechowe. Zapracowałam sobie na nie i jestem z nich bardzo dumna. – Popatrzyła na mnie, a „zmarszczki śmiechowe” wokół jej jasnych oczu na chwilę zrobiły się jeszcze głębsze. – Z taką córką jak ty muszę bardzo się starać, żeby ich nie zastąpiła siwizna.

Mrucząc pod nosem, sięgnęłam po telefon, który co chwila brzęczał od nadchodzących wiadomości.

– Lepiej bądź grzeczną córeczką, bo inaczej narobię ci okropnego wstydu przed wszystkimi przystojnymi chłopcami na stoku.

W głowie miałam już gotową kolejną ciętą ripostę, ale zupełnie o niej zapomniałam, bo moją uwagę całkowicie pochłonęła wiadomość, którą właśnie przeczytałam.

Cinder458: Chyba niedługo obchodzisz blogodziny, prawda?

Cinder458 – a dla mnie po prostu Cinder – jest moim najlepszym przyjacielem (zaraz po mamie), choć tak naprawdę nigdy się nie spotkaliśmy. Nigdy nawet nie rozmawialiśmy przez telefon. Ale pisaliśmy do siebie non stop, odkąd dwa lata temu Cinder natknął się w sieci na mój blog – Księgę Mądrości Ellamary – z recenzjami książek i filmów. Zaczęłam go prowadzić jako piętnastolatka i rzeczywiście wkrótce miał obchodzić trzecie urodziny.

Ellamara to moja ulubiona bohaterka z genialnej serii pod tytułem Kroniki Cindera. To fantastyka z lat siedemdziesiątych, która doczekała się sporego uznania i zajmuje ważne miejsce w historii współczesnej literatury. A w Hollywood nareszcie miała powstać filmowa adaptacja pierwszego tomu – Książę druid.

Tak się wspaniale składa, że Ellamara to również moje prawdziwe imię. Mama czytała Kroniki jako dziewczynka i tak bardzo jej się podobały, że nazwała mnie na cześć tajemniczej druidzkiej kapłanki. Byłam dumna i ze swojego imienia, i z mamy, która – w przeciwieństwie do większości czytelników – wolała Ellamarę od wojowniczej księżniczki Ratany. Ellamara jest o wiele fajniejsza.

 

Jak można się domyślić, Cinder również był wielkim fanem sagi. To moje imię i mój post na temat niedoceniania wspaniałej postaci Ellamary zwrócił jego uwagę. Okazało się, że uwielbia te książki tak samo jak ja, więc od razu go polubiłam – wybaczyłam mu nawet, że bronił księżniczki Ratany. Tak naprawdę Cinder nie zgadzał się z większością moich recenzji.

EllaPrawdziwaBohaterka: Czy wszyscy twoi ziomkowie w Hollywood wiedzą, że używasz słowa „blogodziny”?

Cinder458: Jasne, że nie. Potrzebny mi twój adres. Mam dla ciebie blogodzinowy prezent.

Miał dla mnie prezent?

Serce mocniej mi zabiło.

Nie żebym zakochała się w swoim internetowym przyjacielu. To byłoby naprawdę idiotyczne. Gość był zarozumiały, uparty i sprzeciwiał się każdemu mojemu słowu tylko po to, żeby mnie wkurzyć. Na dodatek miał sporo pieniędzy, chodził na randki z modelkami – co oznaczało, że jest zabójczo przystojny – i był molem książkowym.

Zabawny, bogaty, przystojny, pewny siebie, miłośnik książek... Zdecydowanie nie mój typ. Nie. Ani trochę.

No dobrze, w porządku, może i byłby w moim typie, gdybym od początku go nie skreśliła z powodu dzielącej nas odległości. On mieszkał w Kalifornii, a ja w Massachusetts. Zresztą nieważne.

Cinder458: Halo? Ella?? Adres??

EllaPrawdziwaBohaterka: Nie podaję swojego adresu obleśnym internetowym stalkerom.

Cinder458: Chyba rzeczywiście nie chcesz dostać tego wspaniałego pierwszego wydania „Księcia druida” w twardej oprawie. W zeszłym tygodniu byłem na spotkaniu autorskim z L.P. Morganem i poprosiłem o dedykację dla Ellamary. Będę miał teraz kłopot, bo z takim autografem nie poderwę już na tę książkę żadnej innej dziewczyny.

Nie zdawałam sobie sprawy, że zaczęłam piszczeć, dopóki samochód gwałtownie nie skręcił w bok.

– Por el amor de todo lo sagrado[2], Ellamara! – krzyknęła po hiszpańsku moja mama. – Nie strasz swojej biednej matki! Przy tej śnieżycy droga i tak jest wystarczająco emocjonująca, nawet bez twoich piekielnych pisków.

– Przepraszam mamusiu, ale Cinder napisał...

– Híjole muñeca[3], znowu ten chłopak – westchnęła ciężko. – Pamiętasz, że to obcy człowiek, prawda?

Pokręciłam głową.

– Wcale nie. Znam go lepiej niż kogokolwiek.

– Nigdy go nie widziałaś. Właściwie wszystko, co o nim wiesz, może być kłamstwem.

Nie mogłam się z nią nie zgodzić. Sama czasem się nad tym zastanawiałam, bo to, co pisał o sobie Cinder, za bardzo przypominało bajeczne życie gwiazdy rocka. Nasza internetowa znajomość trwała już jednak tak długo, że zaczęłam mu wierzyć.

– Nie sądzę, żeby mnie oszukiwał. Możliwe, że trochę ubarwia swoje opowieści, ale kto tego nie robi. A poza tym czy to ma jakieś znaczenie? Jest tylko znajomym z Internetu. I to z Kalifornii.

– Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego poświęcasz mu tyle czasu.

– Dlatego, że go lubię. Mogę z nim porozmawiać jak z najlepszym przyjacielem.

Mama znowu westchnęła, ale w końcu na jej twarz wrócił uśmiech, a głos złagodniał.

– Po prostu martwię się, że zbytnio się do niego przywiążesz. I co wtedy, muñeca?

To było bardzo dobre pytanie. Dlatego właśnie bez przerwy musiałam sobie powtarzać, że Cinder nie jest w moim typie.

Nie w moim typie.

Nie. W moim. Typie.

Cinder458: Adres. Rzeczownik oznaczający lokalizację, w której dany podmiot lub osoba zamieszkuje lub może zostać odnaleziona. Albo otrzymać niesamowity prezent.

EllaPrawdziwaBohaterka: Czy to twój samochód podał ci tę definicję?

Cinder jeździ ferrari 458. Dowiedziałam się tego, kiedy zapytałam, co oznaczają cyferki przy jego internetowym nicku. Oczywiście zaraz wyszukałam auto w sieci i okazało się, że kosztuje więcej, niż moja mama zarabia w pięć lat. Lubię mu podokuczać i powytykać snobizm. Poza tym moje pytanie było w pełni uzasadnione – ten samochód naprawdę umie mówić.

Cinder458: Akurat nigdzie nie jadę, więc tym razem powiedział mi telefon. Dawaj ten adres, kobieto, i to już! Albo nigdy ci nie powiem, kto właśnie podpisał kontrakt i zagra Cindera w filmie.

Mało brakowało, a znów zaczęłabym piszczeć. Wszyscy żyli plotkami, domysłami i czekali na wieści o obsadzie filmu. Tata Cindera to jakaś gruba ryba w Hollywood, więc Cinder zawsze jest świetnie poinformowany.

EllaPrawdziwaBohaterka: Zapomnij! Powiedz mi, bo umrę!!!

Ale nie dowiedziałam się, który sławny aktor zagra jedną z moich ulubionych książkowych postaci, bo nagle ogromna ciężarówka przewożąca drewniane bale wpadła w poślizg na oblodzonej jezdni i sunąc bokiem w poprzek autostrady, wjechała wprost we mnie i w mamę. Wpatrzona w ekran telefonu nawet tego wszystkiego nie zauważyłam. Zapamiętałam tylko przeraźliwy krzyk mamy i okropne szarpnięcie, a potem wybuch poduszki powietrznej, która wbiła mnie w siedzenie. Przez bardzo krótką chwilę poczułam ból tak intensywny, że zabrakło mi tchu, a potem już nic więcej.

Otworzyłam oczy na oddziale leczenia oparzeń w szpitalu w Bostonie, kiedy lekarze wybudzili mnie ze śpiączki, w której byłam utrzymywana przez trzy tygodnie. Miałam poparzenia drugiego i trzeciego stopnia na siedemdziesięciu procentach powierzchni ciała.

Moja mama nie żyła.

1

Trudno mi przypomnieć sobie sam wypadek, ale wspomnienie strachu, który wtedy poczułam, jest wciąż żywe. Każdej nocy męczą mnie koszmary. W kółko to samo – kilka chaotycznych, rozmazanych obrazów i bezładnych dźwięków, które mnie przerażają i paraliżują tak bardzo, że nie mogę zaczerpnąć tchu, aż w końcu budzę się z krzykiem. Można powiedzieć, że śni mi się strach.

Gdyby słońce nie świeciło tak nachalnie w moją twarz i gdyby całe ciało nie bolało mnie od siedzenia w jednej pozycji w czasie pięcioipółgodzinnego lotu z Bostonu, pomyślałabym, że nadal śpię. Tak silne towarzyszyło mi przerażenie, gdy tkwiąc na podjeździe, patrzyłam w kierunku budynku, który miał być moim nowym domem.

W drodze z lotniska do położonej wśród wzgórz Los Angeles posiadłości taty podziwiałam krajobraz, myśląc tylko o jednym: to całkiem inne miejsce niż Boston – poza korkami na autostradzie. Te wszędzie są jednakowe.

Gdyby tylko zmiana scenerii była moim największym problemem... Po wypadku spędziłam osiem tygodni na oddziale intensywnej terapii, a potem całe sześć miesięcy w centrum rehabilitacji. To dawało w sumie osiem miesięcy życia w szpitalu. Po tym czasie przekazano mnie pod opiekę człowieka, który przed dziesięcioma laty zniknął z mojego życia – a ściślej mówiąc, pod opiekę jego oraz kobiety, dla której mnie porzucił. Wychowywał z nią dwie córki. One zajęły moje miejsce w jego sercu.

– Powinienem cię uprzedzić, że Jennifer prawdopodobnie przygotowała jakąś niespodziankę na powitanie.

– Mam nadzieję, że nie przyjęcie – jęknęłam, a mój lęk rozrósł się do takiego rozmiaru, że pomyślałam o rychłej śmierci. Nigdy nie przypuszczałam, że przyjdzie mi przeżyć piekło, jakiego większość ludzi nie potrafiłaby sobie nawet wyobrazić, by na sam koniec, zaraz po wyjściu ze szpitala, paść trupem na oczach zbiorowiska nieznajomych, którzy chcieli mnie poznać i powitać w nowym domu.

– Nie, nie. Oczywiście, że nie – uspokoił mnie tata. – Nic w tym rodzaju. Twoi nowi rehabilitanci odwiedzili nas w zeszłym tygodniu i wszystko nam wytłumaczyli. Jennifer wie, że spotykanie nowych ludzi może być teraz dla ciebie trudne i przytłaczające. Na razie poznasz tylko ją i dziewczynki, ale domyślam się, że w domu będą na ciebie czekały pyszny obiad i jakieś miłe drobiazgi. Jest bardzo podekscytowana, że w końcu cię pozna.

Żałowałam, że nie mogłam powiedzieć tego samego o sobie.

Moje milczenie sprawiło, że tata spojrzał na mnie z tą samą bezradnością, którą dostrzegłam na jego twarzy, gdy tylko wybudziłam się ze śpiączki i zobaczyłam go siedzącego na fotelu przy moim szpitalnym łóżku. Było to spojrzenie, na które składało się siedemdziesiąt procent litości, dwadzieścia procent strachu i dziesięć procent zakłopotania. Wyczytałam z oczu taty, że nie ma pojęcia, jak się wobec mnie zachować ani co powiedzieć – wynikało to najprawdopodobniej z faktu, że nie zamienił ze mną słowa, odkąd skończyłam osiem lat.

– To co, dzieciaku? Gotowa? – zapytał z udawanym spokojem.

Wiedziałam, że nigdy nie będę na to gotowa.

– Proszę, nie nazywaj mnie tak – szepnęłam, z trudem wypowiadając kolejne słowa, bo w moim gardle pojawiła się ogromna gula.

Tata prychnął i spróbował się uśmiechnąć.

– Jesteś już na to za dorosła, tak?

– Coś w tym stylu.

Tak naprawdę nie chciałam, żeby ktoś mówił do mnie „dzieciaku”, bo za bardzo kojarzyło mi się to z mamą. Ona zawsze nazywała mnie swoją małą laleczką – muñecą. Kiedy miałam jakieś sześć lat, tata zaczął używać słowa „dzieciak”. Uważał, że przyda mi się amerykańska ksywka, chociaż ja zawsze przypuszczałam, że był po prostu zazdrosny o więź, jaka łączyła mnie z mamą.

– Przepraszam – powiedział.

– Nie ma za co.

Otworzyłam drzwi samochodu, bo niezręczność tej sytuacji zaczynała nas oboje przerastać. Tata także wysiadł i szybko obszedł auto, żeby mi pomóc. Odepchnęłam jego rękę.

– Powinnam być samodzielna. Muszę sobie radzić.

– Racja. Przepraszam.

Wystawiłam z samochodu najpierw jedną, potem drugą nogę i za pomocą podanej przez tatę laski powoli wstałam z miejsca.

Wymagało to ode mnie wiele wysiłku i nie wyglądało zbyt atrakcyjnie, ale po tygodniach rehabilitacji w końcu mogłam samodzielnie chodzić. Byłam z siebie dumna. Początkowo lekarze nie mieli pewności, czy będzie to możliwe, ale udało mi się przezwyciężyć ból i odzyskać kontrolę nad ciałem. Wystarczyło mi, że jest całe w bliznach. Nie chciałam dodatkowo być przykuta do wózka.

Powolne przejście wzdłuż podjazdu dało mi czas na zebranie myśli i przygotowanie się na to, co czekało na mnie w środku.

Tata wskazał dłonią na dom i powiedział:

– Wiem, że od frontu nie robi wielkiego wrażenia, ale jest większy, niż może się wydawać, a widok z okien od strony ogrodu to naprawdę coś wyjątkowego.

Ten dom nie robi wrażenia? Co on opowiadał? Miałam przed sobą dwupiętrową postmodernistyczną willę za miliony dolarów. Przecież pamiętał, że w Bostonie mieszkałam z mamą w zwykłym dwupokojowym mieszkaniu. W końcu to on porządkował je po pogrzebie.

Nie wiedziałam, co powiedzieć, więc tylko wzruszyłam ramionami.

– Przygotowaliśmy dla ciebie pokój na parterze, żebyś nie musiała chodzić po schodach. Niestety, mamy salon na niższym poziomie, ale to tylko kilka stopni – nie powinnaś mieć z tym problemu. Będziesz miała swoją własną łazienkę. Przystosowaliśmy ją trochę do twoich potrzeb. Mam nadzieję, że dom ci się spodoba, ale gdyby pojawiły się jakieś problemy... Jennifer i ja już rozglądaliśmy się za czymś wygodniejszym. Na przykład w Bel-Air jest ładna nieruchomość typu ranczo.

Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech, żeby nie spiorunować go wzrokiem lub nie powiedzieć czegoś niemiłego. Rozmawiał ze mną, jakbym miała zamieszkać z nim na zawsze, a przecież ja zamierzałam zniknąć z jego życia tak szybko, jak to tylko będzie możliwe.

Podczas rehabilitacji, po trzech miesiącach spędzonych w szpitalu, miałam chwilę słabości i chciałam odebrać sobie życie. Nic wtedy nie zapowiadało, że uda mi się wyjść z tragicznego stanu. Byłam już po siedemnastu operacjach, a nadal prawie nie mogłam się ruszać, lekarze mówili, że nie ma szans, żebym zaczęła chodzić, no i tęskniłam za mamą. A do tego dochodził fizyczny ból – tak silny, że marzyłam tylko o tym, by już się skończył. Nikt nie miał do mnie pretensji o to, co próbowałam zrobić, ale też nikt nie był pewien, czy nie spróbuję jeszcze raz. Chciałam zostać w Bostonie i zaocznie skończyć szkołę, a potem, jeśli będzie taka możliwość, starać się o przyjęcie na Uniwersytet Bostoński. Skończyłam osiemnaście lat i miałam pieniądze odłożone na studia. Jednak kiedy tata dowiedział się o moich planach, szybko postarał się o ubezwłasnowolnienie i zmusił mnie, bym pojechała z nim do Kalifornii.

Trudno mi więc było spokojnie znosić jego towarzystwo.

– Jestem pewna, że dom będzie w porządku – wymamrotałam. – Chciałabym mieć już te formalności za sobą i położyć się do łóżka. Jestem wykończona podróżą i wszystko mnie boli.

 

Widząc rozczarowanie w jego oczach, trochę pożałowałam szorstkiego tonu. Pewnie chciał mi zaimponować, ale chyba nie przyszło mu do głowy, że pieniądze nigdy nie robiły na mnie wielkiego wrażenia. Prowadziłyśmy z mamą bardzo skromne życie i nigdy nie korzystałyśmy z czeków, które co miesiąc nam wysyłał. Mama wpłacała te pieniądze na konto, dzięki czemu teraz miałam dość oszczędności, żeby iść na studia. I świetnie dałabym sobie radę sama.

– Dobrze, kotku... – Urwał, krzywiąc się. – Przepraszam, domyślam się, że to zdrobnienie także znalazło się poza listą zwrotów akceptowanych. Mam rację?

– To może zostańmy przy Elli? – zaproponowałam.

Dom prawdopodobnie miał cały system alarmów, które zaczynały wyć, jeśli gdziekolwiek pojawił się choćby najmniejszy pyłek. Moi rehabilitanci na pewno byliby zachwyceni. Wnętrze urządzono z wielkim smakiem, a wszystkie meble wyglądały na wyjątkowo niewygodne. Nie było szans, żebym kiedykolwiek mogła się tu poczuć jak u siebie.

Nową panią Coleman zastałam w olbrzymich rozmiarów kuchni. Właśnie poprawiała ustawienie srebrnej patery z owocami na granitowym blacie. Sądzę, że była to patera z prawdziwego srebra. Kiedy tylko kobieta nas dostrzegła, jej twarz rozjaśnił najszerszy i najbielszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widziałam.

– Ellamara! Witaj w domu, kochanie!

Jennifer Coleman musiała być najpiękniejszą kobietą w całym Los Angeles. Złotowłosa jak słońce, o oczach błękitnych jak samo niebo i rzęsach tak długich jak stąd na księżyc. Jej nogi również były długie, talia cienka, a wielkie piersi idealnie okrągłe i sterczące. Seksbomba – to było jedyne słowo, jakie przychodziło mi na myśl.

Nie wiem, dlaczego jej uroda tak mnie zaskoczyła. Wiedziałam, że Jennifer jest profesjonalną modelką reklamową – nie wybiegową. Była twarzą szamponów i balsamów do ciała, więc wyglądała zdrowo, a nie jak suchy patyk.

Sądząc po rozmiarze domu, musiała nieźle sobie radzić, bo chociaż mój tata jest znanym prawnikiem, jego prokuratorskie wynagrodzenie nie wystarczyłoby na to wszystko. Kiedy jeszcze mieszkał ze mną i z mamą, mogliśmy sobie pozwolić na dom na przedmieściu, ale z pewnością nie było nas stać na rezydencję na wzgórzu ani nowego mercedesa.

Jennifer zrobiła krok naprzód i ostrożnie mnie objęła, cmokając powietrze przy moim policzku.

– Tak się cieszymy, że wreszcie jesteś z nami. Rich tyle mi o tobie opowiadał, że czuję, jakbyś od dawna była częścią naszej rodziny. To musi być dla ciebie ogromna ulga, że w końcu zamieszkasz w prawdziwym domu.

Szczerze mówiąc, opuszczenie kliniki rehabilitacyjnej było dla mnie jednym z najtrudniejszych momentów, a przybycie do tego domu nie wywołało uczucia ulgi – a wręcz przeciwnie. Ale oczywiście nic takiego nie powiedziałam. Bardzo chciałam zacząć od czegoś, co będzie prawdą, ale jednocześnie nikogo nie obrazi.

– Cieszę się, że w końcu wysiadłam z tego samolotu.

Uśmiech Jennifer stał się pełen współczucia.

– Biedactwo, musisz być taka zmęczona.

Przełknęłam swoją niechęć i zmusiłam się do odwzajemnienia uśmiechu. Nie znosiłam, gdy ludzie litowali się nade mną, tak samo jak nie cierpiałam, gdy się na mnie gapili. Albo nawet bardziej. Zanim zdołałam wymyślić kolejną odpowiedź, drzwi wejściowe otworzyły się i do domu wpadły moje dwie przyrodnie siostry.

– Dziewczynki, spóźniłyście się! – zawołała Jennifer. W jej głosie słychać było dezaprobatę, ale szeroki uśmiech miała widocznie na stałe przyklejony do twarzy. – Spójrzcie, kto przyjechał!

Siostry zatrzymały się gwałtownie w miejscu, wpadając na siebie. Były bliźniaczkami. Może nie identycznymi, ale wyglądały tak podobnie, że gdyby nie ich fryzury, na pewno bym się pomyliła. Ze zdjęć, które pokazał mi tata, zapamiętałam, że Juliette jest długowłosą blondynką. Jej włosy opadały jedwabistymi falami na plecy. Tymczasem włosy Anastasii przystrzyżone były w gładkiego boba, który idealnie prostą linią przechodził od karku do krawędzi podbródka. Wyglądała, jakby właśnie wyskoczyła z jednego z czasopism, które przegląda się w salonach fryzjerskich.

Obie dziewczyny były równie piękne jak ich matka – te same jasne włosy, niebieskie oczy i idealne sylwetki. I obie były takie wysokie! Moje skromne metr sześćdziesiąt siedem sprawiało, że górowały nade mną niczym dwie wieże. Na dodatek obie miały na nogach szpilki dodające im jeszcze z dziesięć centymetrów. Były ponad rok młodsze ode mnie, ale na pierwszy rzut oka śmiało mogły uchodzić za dwudziestolatki.

Nie zawracając sobie głowy powitaniami, Anastasia przyłożyła dłoń do dekoltu i powiedziała:

– O rany, jak to dobrze, że nie zmasakrowało ci twarzy.

Juliette przytaknęła i z szeroko otwartymi oczami dodała:

– No właśnie. Oglądałyśmy w Internecie zdjęcia poparzonych ludzi i dosłownie wszyscy mieli takie ohydne blizny na twarzach. To było obrzydliwe.

Tata i Jennifer jednocześnie wydali z siebie dźwięk przypominający nerwowy śmiech i podeszli do córek.

– Dziewczynki – upomniała je delikatnie Jennifer – nieelegancko jest rozmawiać o takich... deformacjach.

Wzdrygnęłam się, słysząc to określenie. Czy to właśnie o mnie myślała? Że byłam „zdeformowana”? Moja twarz miała szczęście, ale cały prawy bok od ramienia w dół i wszystko poniżej pasa pokrywały grube, wypukłe różowe blizny, które mocno odznaczały się na mojej naturalnie oliwkowej karnacji. Tata rozdzielił siostry, biorąc każdą z nich pod ramię. W butach na obcasie niemal zrównywały się z nim wzrostem. Uważałam go za dość przystojnego mężczyznę, ale w towarzystwie pięknych córek wyglądał dużo lepiej niż zazwyczaj. Rodzina jak z obrazka. Jego brązowe włosy nie zaczęły się jeszcze przerzedzać i nie było na nich śladu siwizny. No i te niebieskie oczy – takie same jak moje.

– To są moje córki, Anastasia i Juliette. Dziewczynki, to wasza przyrodnia siostra, Ellamara.

Uśmiechnął się z dumą, błyskając białymi zębami, i mocno objął córki. Zobaczyłam siateczkę cienkich linii wokół jego oczu i serce ścisnęło mi się z żalu. Zmarszczki śmiechowe. A więc i on lubił się śmiać. Z przykrością słuchałam, że przedstawia bliźniaczki jako swoje córki, choć był tylko ich ojczymem.

Walcząc z pragnieniem, by zwinąć się w kłębek i rozpłakać, wyciągnęłam dłoń na powitanie.

– Po prostu Ella. Ella Rodriguez.

Żadna z dziewcząt nie podała mi ręki.

– Rodriguez? – prychnęła Juliette. – Nie powinnaś nazywać się Coleman?

Moja ręka powoli opadła, a ja, wzruszając ramionami, odparłam:

– Wolałam panieńskie nazwisko mojej mamy. Przybrałam je, kiedy miałam dwanaście lat.

– Dlaczego?

– Dlatego, że było mi bliższe.

Obie siostry popatrzyły na mnie, jakby poczuły się urażone. Musiałam ugryźć się w język, żeby nie powiedzieć im paru niemiłych rzeczy po hiszpańsku. Potem spojrzałam na ojca.

– Gdzie jest moja torba? – zapytałam. – Muszę wziąć lekarstwo i odpocząć. Bolą mnie nogi.

Idąc za tatą w stronę swojego pokoju, słyszałam, jak Jennifer rozgorączkowanym szeptem sprzecza się o coś z dziewczętami. Wiedziałam, że to ja byłam przedmiotem tej dyskusji, ale nic mnie to nie obchodziło. Cieszyłam się, że mam za sobą całe to powitalne zamieszanie, i odtąd zamierzałam na wszystkie sposoby unikać ich towarzystwa.

Usiadłam na swoim nowym łóżku rehabilitacyjnym regulowanym za pomocą pilota. Mogłam na nim leżeć z uniesionymi nogami, co przynosiło ulgę i zmniejszało opuchliznę. Połknęłam porcję tabletek i dopiero wtedy rozejrzałam się po pokoju. Ściany miały kolor delikatnej słonecznej żółci. To nie przypadek. Jeden z lekarzy powiedział mojemu tacie, że żółty podnosi na duchu i wycisza. Ogólnie rzecz biorąc, nie byłoby źle, gdyby nie ten zestaw infantylnych białych mebelków, które sprawiały, że czułam się, jakbym znowu miała sześć lat. Były straszne.

– Podoba ci się? – zapytała Jennifer głosem pełnym nadziei. Weszła do pokoju i przysiadła obok taty, który otoczył ją ramieniem i pocałował w policzek.

Wiele wysiłku kosztowało mnie, żeby się nie skrzywić.

– Nigdy nie miałam czegoś takiego – odpowiedziałam, powoli dobierając słowa.

Tata wziął do ręki coś, co przypominało pilota z ekranem dotykowym.

– Jeszcze nie widziałaś najlepszego – stwierdził i pokazując zęby w uśmiechu, zaczął naciskać kciukiem urządzenie. – Później nauczę cię, jak to obsługiwać. Możesz nim kontrolować telewizor, wieżę, światła, wentylację i okna.

– Okna? – zdziwiłam się.

Miałam okna na pilota?

Tata z zadowoleniem nacisnął przycisk. Okazało się, że na przeciwległej ścianie, za białymi zasłonami sięgającymi od sufitu do podłogi, było ukryte wielkie przeszklenie z przesuwnymi drzwiami pośrodku. Kolejne dotknięcie pilota sprawiło, że zewnętrzne żaluzje przeciwsłoneczne uniosły się, a pokój zalało światło. Tata otworzył szklane drzwi i wyszedł przez nie na drewniany taras, z którego rozciągał się zapierający dech w piersiach widok na całe Los Angeles. Teren poniżej mocno opadał, jakby dom był położony na samej krawędzi urwiska.

– To pokój z najlepszym widokiem. Musisz koniecznie zobaczyć, jak to wygląda wieczorem. Jest niesamowicie.

Wziąwszy pod uwagę częste trzęsienia ziemi w Kalifornii, wizja przebywania na tym tarasie wydała mi się odrobinę niepokojąca.

Tata wszedł do środka i w kilka chwil żaluzje i zasłony wróciły na swoje miejsce. Spojrzał na mnie, pewnie licząc na jakąś pozytywną reakcję, i zauważył, że zerkam w kierunku biurka. Stał na nim piękny, cieniutki jak naleśnik, srebrny laptop. Kiedyś o takim marzyłam, ale teraz nie wydawał mi się już taki wspaniały. Tata podszedł i otworzył go, żeby mi pokazać.

– Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu. Twój poprzedni komputer był już antykiem. Pomyślałem, że ten będzie dla ciebie lepszy. Wszystkie dane ze starego dysku zostały skopiowane. Masz też nowy telefon, bo tamten się spalił... – To powiedziawszy, wręczył mi nowego iPhone’a w jaskraworóżowym etui. – Możesz do woli wydzwaniać do przyjaciół w Massachusetts. Rozmowy są nielimitowane.

Na myśl o przyjaciołach aż się skuliłam. Od wypadku z nikim się nie kontaktowałam. Kiedy doszłam do siebie na tyle, żeby móc do kogokolwiek zadzwonić, uznałam, że po tak długim czasie wszyscy już o mnie zapomnieli. Nie chciałam zawracać im głowy. Zresztą miałam przeprowadzić się do taty, więc nasze kontakty i tak by się urwały. Teraz, kiedy dzieliły nas tysiące kilometrów, tym bardziej nie widziałam żadnego sensu w podtrzymywaniu dawnych znajomości.

Tata musiał pomyśleć o tym samym, bo ze sztucznym uśmiechem potarł kark i odwrócił wzrok. Był zakłopotany.

– Dzięki – powiedziałam. – A gdzie są wszystkie m o j e rzeczy?

Tata odetchnął z ulgą, zadowolony, że wróciliśmy do łatwiejszych spraw i pytań, na które można udzielić prostej odpowiedzi.

– Wszystkie rzeczy z twojego dawnego pokoju, oprócz mebli, znajdziesz w pudłach w garderobie.

Miałam też garderobę?

– To musi być spora garderoba – zauważyłam.

Jennifer uznała, że to bardzo zabawne.

– Nie tak duża jak moja. – Zaśmiała się. – Ale ty pewnie nie masz mojego problemu z butami.

Inne książki tego autora