Syn siodlarza

Tekst
Z serii: W krainie amiszów #3
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

SADDLE MAKER’S SON

Copyright © 2016 by Kelly Irvin

Published by arrangement with The Zondervan Corporation L.C.C.,

a division of HarperCollins Christian Publishing, Inc.

All rights reserved.

Projekt okładki

Laura Klynstra

Opracowanie wersji polskiej

Ewa Wójcik

Zdjęcie na okładce

Steve Gardner and Shutterstock

Redaktor prowadząca

Milena Rachid Chehab

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-416-2

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Tima, Nicholasa i Angeliki, Erin i Shawna,

i dla maluchów, Brooklyn i Carsona.

To dla was wstaję każdego dnia.

Zawsze będę was kochać.

Wtedy przyniesiono Mu dzieci, aby włożył na nie ręce i pomodlił się za nie; a uczniowie szorstko zabraniali im tego. Lecz Jezus rzekł: Dopuśćcie dzieci i nie przeszkadzajcie im przyjść do Mnie; do takich bowiem należy królestwo niebieskie1 .

Ewangelia wg św. Mateusza, 19:13–14

1 Biblia Tysiąclecia.

Jak kogo pociesza własna matka, tak ja Was pocieszać będę2.

Księga Izajasza 66:13

2 Biblia Tysiąclecia.

SŁOWNIK

aenti – ciotka

ausbund – śpiewnik religijny amiszów

bopli, boplin – niemowlę, niemowlęta

bruder – brat

daed – ojciec

danki – dziękuję

dawdi haus – dom spokojnej starości

dochder – córka

doplisch – niezdarny

Englischer – Amerykanin lub nieamisz

fraa – żona

Gott – Bóg

groossdaadi – dziadek

groossmammi – babcia

gut – dobrze

hund – pies

jah – tak

kaffi – kawa

kepp – czepek

kinner – dzieci

lieb – miłość

mann – mąż

meidung – unikanie, stronienie

mudder – matka

nee – nie

onkel – wuj

Ordnung – zbiór pisanych i niepisanych zasad obowiązujących w społeczności amiszów

rumspringa – czas wolności i korzystania z życia

schtinkich – smród, śmierdzący

schweschder – siostra

suh – syn

wunderbarr – wspaniale

CZŁONKOWIE RODZIN AMISZÓW Z HRABSTWA BEE

Mordechaj i Abigail King

Abram (żona Teresa)

Fineasz (żona Debora; dzieci: Timothy i Melinda)

Samuel

Jacob

Rebeka (córka Abigail)

Caleb (syn Abigail)

Hazel (córka Abigail)

Susan King (siostra Mordechaja)

Leroy i Naomi Glick

Adam (żona Ester – córka Mordechaja)

Jesse (żona Leila – córka Abigail; dzieci: Grace i Emmanuel)

Joseph

Simon

Sally

Mary

Elizabeth

Will – pastor (żona Isabella – córka Aarona Shrocka)

Aaron i Jolene Shrock

Matthew

John

James

Molly

Amanda

Stephen i Ruth Anne Stetler

Joseph

Hannah

Levi Byler (wdowiec)

Tobiasz

Dawid

Marta

Milo

Rueben

Micah

Ida

Nyla

Liam

Jeremiasz (biskup) i Lena Hostetler

Vesta

Elijah

Rachel

Susie

Philip

Noah

Annie

Mary

Henry

Moses

1

Nareszcie sama. Rebeka Lantz zatrzasnęła skrzypiące drzwi szopy i oparła się o nie plecami. List od siostry ciążył jej w dłoni niczym kamień. Kiedy zdołała ukryć go w dwukółce, którą Rebeka pięć dni w tygodniu jeździła z Susan do szkoły i z powrotem? Czy schowała go, kiedy Rebeka słuchała głośnego czytania młodszych uczniów? Na pewno nie. Leila miała teraz małą córeczkę i męża. Nie mogła szwendać się po wsi, roznosząc listy.

Ale dokładnie tak zrobiła i Rebekę aż ścisnęło w żołądku. Poczucie winy mieszało się z rosnącym pragnieniem zobaczenia siostry i malutkiej siostrzenicy, dla której aenti była zupełnie obcą osobą. Nie miało znaczenia, jak bardzo zraniła ją decyzja Leili o odejściu. Nieważne, że teraz Rebeka właściwie nie miała szansy na znalezienie miłości wśród młodych mężczyzn, którzy patrząc na nią, doskonale wiedzieli, co uczyniła Leila.

Fakt, że Leila rzuciła wszystko, żeby pójść za Jessem i zamieszkać wśród Englischers, wcale nie oznaczał, że Rebeka również zechce odejść. Pragnęła wykrzyczeć te słowa na następnym śpiewaniu. Wpleść je w muzykę. Napisać własną pieśń. Jednak i to nie zmieniłoby spojrzeń chłopców, których znała od dawna. Jeleń schwytany w światła reflektorów ciężarówki Englischers, sunącej ku nim po autostradzie.

Musi otworzyć ten list, przeczytać. Z każdą sekundą kartka wydawała jej się cięższa. Przez szpary w zniszczonych deskach szopy wpadały popołudniowe promienie słońca, układając się we wzór przypominający kraty. Kwietniowe słońce grzało, jakby chciało przypomnieć Rebece, że Teksas, w odróżnieniu od północnych stanów, nie czekał bezczynnie na lato. Po kilku sekundach jej oczy przywykły do półmroku. W powietrzu unosił się zapach pleśni, zbutwiałego drzewa i kurzu. Małe pomieszczenie wypełniały stare skrzynki na jajka, połamane ławki, sterta krzeseł i drewniane drzwi z obłażącą, białą farbą.

Nie była tchórzem.

Przełykając twardą kulę lęku, która dławiła ją za każdym razem, gdy robiła coś, co nie spodobałoby się mudder, Rebeka rozprostowała kartkę z zeszytu i spojrzała na schludne pismo Leili.

Droga schweschder,

mam nadzieję, że dobrze się miewasz. Spotkajmy się. Muszę porozmawiać z tobą w cztery oczy. Bądź tam, gdzie szkolna ścieżka wychodzi na drogę, w piątek w porze lunchu. Przyjadę zielonym volkswagenem garbusem. Uwierzysz, że prowadzę samochód? Ucałuj ode mnie Hazel.

Uściski

Leila

Wdychając intensywne zapachy, przypominające, że koniec końców wszystko wraca do ziemi, Rebeka przeczytała list ponownie. Leila prześlizgiwała się przez życie, nie zastanawiając się, jak jej działania wpływają na innych. Wyrzekła się rodziny. A teraz zaprasza Rebekę na spotkanie, które przysporzy jej ogromnych kłopotów, jeśli mudder albo Mordechaj się dowiedzą.

Praca Rebeki w charakterze pomocnicy Susan King nie była niczym wyjątkowym, ale tylko na to mogła liczyć. Nigdy by jej nie pozwolono pracować w miasteczku. Każdego dnia od tamtego Bożego Narodzenia dwa lata temu mudder i Mordechaj bacznie obserwowali Rebekę, jakby tylko czekali, aż ona też ucieknie.

Mudder za wszystkie czyny Leili winiła kontakt ze światem Englischers, z którym jej córka się zetknęła, gdy pracowała w żłobku w miasteczku. Nie miłość. Bo przecież to na pewno miłość kazała człowiekowi robić te wszystkie dziwne, niewytłumaczalne rzeczy. Rebeka nie wiedziała. Skąd mogłaby wiedzieć, skoro chłopcy unikali jej jak trującego bluszczu? W wieku dziewiętnastu lat nie miała żadnego wyjątkowego przyjaciela ani nawet szansy, że takiego znajdzie.

Przyciskając list do piersi, zamknęła oczy piekące od łez, których nie zamierzała ronić. Przez dwa lata od wyjazdu Leili Rebeka ani razu nie widziała siostry ani dziesięciomiesięcznej już Grace. Dlaczego teraz? Tak nagle? Miała mnóstwo czasu, żeby wybaczyć i zapomnieć, tak jak powinna. Mimo to stała tutaj, a ból i złość wzbierały w jej zatwardziałym sercu.

Musi zobaczyć się z Leilą. Chociażby po to, żeby jej to powiedzieć. Wypowiedzenie tych słów będzie pierwszym krokiem do zapomnienia o przeszłości. W każdym razie tak powiedziałby biskup.

Nagle ciszę przerwał dźwięk przypominający stłumione kichnięcie. Rebeka podskoczyła i upuściła kartkę.

Jedyne miejsce, w którym miała nadzieję być sama.

– Halo?

Cisza. Lęk wypełnił jej płuca, utrudniając oddychanie. Serce waliło jak młotem. Rebeka podniosła list i cofnęła się dwa kroki. Położyła dłoń na połamanym biurku, opartym o ścianę.

– Jest tu kto?

Coś przemknęło za stertą pojemników na jajka pod najdalszą ścianą. Rebeka postąpiła krok w stronę drzwi.

– Wiem, że tu jesteś. Wyjdę na zewnątrz i ty też możesz wyjść. Nie zrobię ci krzywdy.

Cóż za brawura.

A jeśli to kolejny zbieg z więzienia leżącego niedaleko Beeville? Rebeka oczami duszy ujrzała posiniaczoną twarz i zakrwawione ramię swojego szwagra Fineasza. Fineasz i Debora uciekli, a więzień z McConnell został schwytany, ale zdążył wyrządzić im krzywdę.

Obróciła się gwałtownie, popchnęła drzwi i wypadła na świeże powietrze.

Tuż za nią wyskoczyła z szopy dziewczynka, ciągnąc za rękę małego chłopca. Chłopczyk, ubrany w sprane, niebieskie dżinsy i poszarzałą koszulkę, która musiała być kiedyś biała, potknął się i upadł na kolana. Brudny, postrzępiony plecak z Myszką Miki przygniótł go do ziemi. Dziewczynka, która mogła mieć jedenaście lub dwanaście lat, przystanęła i szarpnięciem postawiła chłopca na nogi. Oboje wyglądali, jakby składali się wyłącznie z kości, bez ciała, same kanty i ostre kąty. Twarze mieli brudne, a potargane włosy kleiły im się do głów. Na policzkach chłopca widniały ślady łez.

 

– Poczekajcie, poczekajcie, kim jesteście? – Rebeka rzuciła się w pogoń. Dziewczynka przyśpieszyła, zmierzając w stronę dębów, wiązowców i jałowców, rosnących na skraju szkolnego boiska. – Zatrzymajcie się! Mamy jedzenie. Comida.

Dziewczynka stanęła. Odwróciła się i wbiła wzrok w Rebekę, na jej brązowej twarzy nadzieja walczyła z podejrzliwością. Otoczyła ramieniem chłopca, który wyglądał, jakby był w wieku młodszej siostry Rebeki, Hazel, miał może pięć lub sześć lat. Jego migdałowe oczy wydawały się ogromne w wychudzonej twarzy.

– Comida?

Rebeka już od prawie trzech lat uczyła się hiszpańskiego ze starej książki, którą znalazła w sklepie z używanymi rzeczami, w nadziei, że pewnego dnia otrzyma pozwolenie, by pojechać do Meksyku razem ze starszymi, którzy wyprawiali się do Progreso do dentysty lub po lekarstwa. Znała słowa, ale nie miała pojęcia, czy poprawnie je wymawia.

– Jedzenie. Co…mi…da. Jesteście głodni?

Dziewczynka gwałtownie pokiwała głową.

– Mi hermano tiene hambre.

A zatem to rodzeństwo. Kim byli i co robili w szkolnej szopie, nie miało dla Rebeki aż takiego znaczenia jak fakt, że dzieci były głodne. Wskazała na nich, potem na szkołę, po czym przyłożyła dłoń do piersi.

– Chodźcie ze mną do środka.

Chłopczyk zaczął się cofać, ciągnąc za sobą plecak. Pokręcił głową, na jego elfiej twarzy malował się strach.

– Chcecie, żebym wyniosła wam jedzenie?

Dziewczynka przytrzymała brata.

– Sí.

– Nikt wam nie zrobi krzywdy, obiecuję. Jak się nazywacie? Nombre?

Dziewczynka wskazała głową chłopca, który wcisnął twarz w jej koszulę.

– On Diego. – Uderzyła się w pierś. – Lupe.

– Ja jestem Rebeka. – Postukała się w pierś palcem wskazującym. – Poczekajcie tu. Zaraz wrócę. Nigdzie nie odchodźcie. Tutaj nikt nie będzie was niepokoił.

Pobiegła przez boisko, przeskoczyła dwa stopnie prowadzące na mały ganek i otworzyła drzwi szkoły. W środku zatrzymała się gwałtownie. Uczniowie pierwszej klasy stali na przedzie i głośno czytali Susan. Uczniowie drugiej pisali wypracowanie, a starsi chłopcy i dziewczęta oceniali klasówki z arytmetyki młodszych.

Przysunęła się do Susan, która stała ze skrzyżowanymi ramionami i cierpliwym uśmiechem na pulchnej twarzy.

– Jesteś. Powiedziałaś, że idziesz tylko do powozu po drugie śniadanie. Już myślałam, że uznałaś, że jednak praca nauczycielki jest nie dla ciebie, i pojechałaś do domu. – Susan zachichotała i poklepała Mary po ramieniu. – Bardzo dobrze. Molly, teraz ty.

– Muszę ci coś powiedzieć – wyszeptała Rebeka, pochylając się, nie chciała postawić na równe nogi całej szkoły. – Tam, przy piecu.

Susan uniosła brwi.

– Caleb, chodź posłuchać, jak Molly czyta.

Caleb wystrzelił z krzesła z szerokim uśmiechem. Rebeka wiedziała, że jej młodszego brata zachwycała możliwość ucieczki od wypracowania, choćby na kilka chwil.

Susan przeszła za nią do stojących rzędem przy ścianie szafek, w których przechowywano pudełka ze śniadaniem i przybory szkolne.

– Coś się stało?

– Nee. To znaczy, może. Nie wiem. – Rebeka bębniła palcami o szafkę. W swoim pudełku miała kanapkę z masłem orzechowym i dżemem z winogron. Dwa owsiane ciastka. I kilka pieczonych ziemniaków na zimno. Za mało dla dwójki głodnych dzieci. – Znalazłam w szopie dwoje kinner.

Susan obróciła się do rzędów ławek. Uniosła dłoń i wyciągnąwszy pulchny palec, zaczęła szeptem odliczać.

– Nee, nie nasze. Nie wiem, skąd przyszły, ale…

– Zapytałaś, skąd są? – Dydaktyczny ton Susan wymagał odpowiedzi. – I co robią w szopie?

– Chyba się ukrywają…

– Dlaczego?

– Nie wiem. Słabo mówią po angielsku.

– Są z Meksyku?

– Raczej nie. Brzmieli… inaczej.

– Dlaczego ich tam zostawiłaś?

– Bali się wejść do środka.

– Dlaczego?

– Nie wiem.

– A co w ogóle wiesz?

– Tylko tyle, że są przerażeni, brudni i najwyraźniej nie mają nikogo, kto mógłby się nimi zaopiekować. I są głodni.

Zamknęła usta i czekała. Susan potarła palcem zadarty nos, wydęła pełne wargi i zmarszczyła czoło, przysłonięte kosmykiem kasztanowych włosów, który wymknął się spod kepp.

– Chyba musimy zawołać Mordechaja.

Brat Susan – ojczym Rebeki – wiedziałby, co zrobić. I był diakonem. Jednak powozem droga na farmę i z powrotem zajęłaby pół godziny. Zresztą, Mordechaj i tak najprawdopodobniej był na polu, gdzie krzątał się wokół uli.

– A możemy ich najpierw nakarmić? Wyglądają na wygłodzonych.

Susan przygryzła wargę.

– Nie mogę znieść widoku głodnych dzieci.

– Ja też nie. – Rebeka złapała swoje pudełko ze śniadaniem. – Mam jedną kanapkę z masłem orzechowym i dżemem.

Susan wzięła czerwone pudełko z wypisanym czarnym markerem jej imieniem po obu stronach.

– Ja mam kiełbasę z dziczyzny i biszkopt.

W trakcie ich rozmowy czytanie ustało. Rebeka zerknęła przez ramię. Cała piętnastka uczniów wpatrywała się w nią i w Susan.

– Proszę pani, co się dzieje? – Oczywiście Caleb, jako jeden z najbardziej zuchwałych, miał czelność wypowiedzieć na głos pytanie wypisane na twarzach wszystkich. – Ktoś tam jest?

– Mamy gości. – W ustach Susan zabrzmiało to jak zwyczajna wizyta rodziców. Zjawiali się od czasu do czasu, niekiedy przynosząc gorący posiłek lub deser, ale mali uciekinierzy, mówiący obcym językiem, byli w szkole po raz pierwszy. – Zachowujcie się grzecznie i pracujcie dalej.

Rebeka, z pudełkami w dłoniach, pośpieszyła do wyjścia. Susan ruszyła za nią.

– Jesteś pewna, że są sami? Że nikt nie czai się wśród drzew?

– Nikogo nie widziałam. Wydawali się zupełnie sami.

Poczekała, aż Susan otworzy przed nią drzwi. Jej ciotka obrzuciła klasę surowym spojrzeniem.

– Sally, przejmujesz dowodzenie. Wszyscy robią dalej dokładnie to, co robią teraz.

– Tak, proszę pani – odpowiedzieli uczniowie jednym głosem.

Rebeka nie miała wątpliwości, że postąpią tak, jak im kazano. Nie miała pojęcia, jak Susan to robi, ale uczniowie nie tylko słuchali swojej nauczycielki, ale też kochali ją i starali się sprawiać jej przyjemność. Rebeka wybiegła na mały ganek i spojrzała na schody.

– Lupe! Diego!

– Nee, jestem Tobiasz Byler. A ty kim jesteś?

Rebeka wyciągnęła szyję. Na furmance siedział mężczyzna, z twarzą ukrytą w cieniu słomkowego kapelusza, otoczonego promieniami popołudniowego słońca. Obok niego, sztywny jakby kij połknął, siedział starszy – wysoki, szczupły – z wielkimi dłońmi na kolanach. Furmankę za nimi wypełniało pięcioro dzieci w różnym wieku.

Rebeka postawiła pudełka śniadaniowe na ganku i uniosła dłoń do czoła, by osłonić oczy.

– Byli tutaj chłopiec i dziewczynka. Widzieliście, dokąd poszli?

– Mały chłopiec i dziewczynka uciekli, kiedy Tobiasz na nich nawrzeszczał. – Tej zaskakującej informacji udzieliła tonem pełnym dezaprobaty sepleniąca panienka, która przyciskała do piersi dwie lalki. Wstała i wyciągnęła rękę. – Pobiegli między tamte drzewa.

– Nawrzeszczałeś na nich? – Rebeka miała dosyć rozumu, żeby nie łajać mężczyzny, żadnego mężczyzny, a zwłaszcza takiego, którego nie znała. Jednak nie mogła się powstrzymać. – One są głodne. To tylko dzieci.

Tobiasz uchylił kapelusza, odsłaniając kasztanowe włosy i zielone oczy, lśniące w poważnej, opalonej twarzy. Z jakiegoś powodu jej wybuch wydał mu się zabawny. Wcisnął kapelusz z powrotem na głowę, jakby miał cały czas świata na rozważenie jej uwag.

– Omal nie przejechałem chłopca, kiedy wybiegł przed furmankę. Uznałem, że krzyk będzie na miejscu.

– Tobiasz. – Drugi mężczyzna miał ten sam głęboki głos i akcent, pochodzący gdzieś z terenów na północ od linii Masona-Dixona. – Dopiero co się tu przeprowadziliśmy. Nie zaczynajmy od kłótni.

– Ale ojcze…

– Przywieźliśmy kinner, żeby zobaczyły, gdzie jutro pójdą do szkoły. Wiem, że zostało tylko kilka tygodni nauki, ale nie mogły się doczekać, żeby poznać inne kinner z okolicy. – Daed Tobiasza uśmiechnął się do Susan, która stała obok Rebeki z rękami na biodrach. – Przykro mi, ale obawiam się, że samą szkołą są znacznie mniej podekscytowane. Jestem Levi Byler, wasz nowy sąsiad. A ty musisz być nauczycielką.

Dlaczego nie pomyślał, że to Rebeka jest nauczycielką? Otworzyła usta. Susan dotknęła jej ramienia. Zamknęła usta.

– Miło mi cię poznać. Nazywam się Susan King, a to jest Rebeka Lantz. – Susan porzuciła swój dydaktyczny ton. Mówiła miękko, niemal z wahaniem. Przekrzywiła głowę, jakby chciała zajrzeć za Leviego. – Pięcioro? Cieszę się, że nasza gromadka się powiększy. Zapraszam was do środka, poznacie pozostałych uczniów.

– A co z dziewczynką i chłopcem…?

Piorunujący wzrok Susan zamknął Rebece usta.

Dzieci wysypały się z furmanki i potruchtały do drzwi, przedstawiając się po drodze nauczycielce. Rebeka usłyszała imiona: Rueben, Micah, Ida, Nyla i Liam, wypowiadane różnymi głosami, od miękkiego i pełnego szacunku po chichoczący. Liam, najmłodszy, ledwo słyszalnie wyszeptał swoje imię z łobuzerskim uśmiechem, po czym wbiegł w podskokach po schodach. Susan i Levi poszli za nim.

Tobiasz zeskoczył z furmanki i stanął obok Rebeki.

– Pomogę ci szukać.

Był od niej o wiele wyższy. Z bliska wyglądał na jeszcze lepiej zbudowanego i szerszego w ramionach. Odrywając wzrok od jego bicepsów, Rebeka wzięła głęboki oddech.

– A dlaczego miałbyś to zrobić?

– Ponieważ to oczywiste, że inaczej mi nie wybaczysz.

– Powinniśmy wybaczać bez względu na wszystko – odrzekła tonem, który jej samej wydał się zbyt ostry. Gdyby tylko wiedział, jak trudno jej było stosować się do własnych rad. I jaką była hipokrytką. Dlatego nieco łagodniej dodała: – Chowanie urazy nie byłoby właściwe.

– A ty zawsze robisz to, co właściwe?

Jej dłoń pofrunęła do miejsca, w którym ukryła list od Lei­li, w rozerwanym szwie z boku fartucha. On zadawał zbyt wiele pytań, a jego zielone oczy wydawały się widzieć za dużo.

– Staram się.

– Ja też.

Rzucany przez niego cień sprawiał, że mężczyzna wydawał się mierzyć trzy metry. Od patrzenia w górę Rebekę bolała szyja.

– Nie sądzę, że powinniśmy iść sami.

– To tylko dzieci. Ze mną będziesz bezpieczna.

Delikatny sarkazm, wyczuwalny w jego głosie, wcale nie sprawił, że czuła się bezpieczna.

Wręcz przeciwnie.

2

Tobiasz wydłużył krok. Rebeka Lantz może i była chudsza niż jego cień, ale nadrabiała energią, która pchała jej wysoką – jak na dziewczynę – postać przez boisko w stronę grupki tego, co w południowym Teksasie uchodziło za drzewa. Wysiłek albo nerwy wywołały rumieńce na jej wysokich kościach policzkowych. Nie patrzyła ani w lewo, ani w prawo, a już na pewno nie na niego. Nagle zachciało mu się śmiać. Nie z niej, tylko z pomysłu, że jakakolwiek kobieta mogłaby czuć się przy nim skrępowana. Pomimo swoich dwudziestu dwóch lat miał niewielkie doświadczenie z kobietami. W każdym razie niewielkie pozytywne doświadczenie.

– Idziesz czy nie? – Wzrok Rebeki powędrował w okolice jego lewego ramienia. W życiu nie widział równie lśniących, błękitnych oczu jak jej, gdy tak zerkała spod kasztanowych włosów, wystających spod kapp. – Nie mogli odejść zbyt daleko.

– Wyglądali, jakby bardzo się śpieszyli. – Tobiasz zmusił się, by oderwać wzrok od jej twarzy, po czym skręcił między dąb i nopal, rozłożysty kaktus, ale nie ukrył się tam żaden mały chłopiec. – Może zmienili zdanie.

– W sprawie jedzenia? Nee. – Wydawała się rozgoryczona, jakby to on zagłodził te biedne maluchy osobiście. – Nie widziałeś, jacy są chudzi?

Chudzi, brudni i przerażeni. Przesunął spojrzeniem po dywanie czarnookich rudbekii, które właśnie zaczynały kwitnąć. Pomagając przy wychowaniu młodszych braci i sióstr, Tobiasz doskonale znał wilcze apetyty dzieci. Troska o rodzeństwo stała się jego drugą naturą, jakby nosił płaszcz zimowy przez cały okrągły rok.

– Lupe! Diego! Wyjdźcie! Przepraszam, że na was nakrzyczałem.

Po raz pierwszy Rebeka nagrodziła go uśmiechem. Pojawił się razem z dwoma dołeczkami, dzięki którym wyglądała na jeszcze młodszą, niż początkowo myślał. Była zbyt śliczna, by opisać to słowami. Pokręciła głową.

 

– Oni nie mówią po angielsku. Ale doceniam wysiłek. – Zwinęła dłonie w trąbkę wokół ust. – Lupe, Diego. Por favor. Hay comida.

Południowy akcent nadał obcym słowom dziwny zaśpiew.

– Co to znaczy?

– Poproszę. Mam jedzenie. – Wyciągnęła szyję i przyjrzała się kępie przerośniętego zielska. – W każdym razie tak mi się wydaje.

– Dobrze znasz hiszpański?

– Nee. Nawet nie jestem pewna, czy prawidłowo wymawiam słowa. Nauczyłam się ich z książki.

Śliczna i mądra.

– Vayan. Idź sobie.

Wysoki, drżący głos dobiegał zza jadłoszynu.

– Przepraszam, że przestraszyłem twojego braciszka. – Tobiasz przerwał, czekając, aż Rebeka podejdzie bliżej. – Nie chciałem go przejechać.

– My odejść.

Głos drżał.

– My pójść.

– Zostańcie. – Rebeka wydawała się zdeterminowana, żeby pomóc tym dzieciom. Śliczna, mądra i dobra. Wyciąg­nęła dłoń, jakby podawała ją niewidocznym malcom. – Przynajmniej zjedzcie, a potem zdecydujecie, co dalej. Comida, potem iść. Na szkolnym ganku.

– Hombre malo.

Rebeka posłała mu spojrzenie, którego Tobiasz nie potrafił odczytać.

– Co ona powiedziała?

– Powiedziała, że jesteś złym człowiekiem.

– Nie jestem złym… – Tobiasz zacisnął wargi.

Rebeka potrząsnęła głową.

– Ona pewnie boi się wszystkich obcych mężczyzn. Kto wie, co jej się przydarzyło, kiedy tak wędruje sama i nie ma jej kto chronić.

Nie ma jej kto chronić. Na samą myśl Tobiasza aż ścisnęło w żołądku. Każdego dnia dbał o to, żeby jego bracia i siostry byli bezpieczni.

– Nie jestem… malo. – Skinął Rebece głową. – Jak się mówi gut? Powiedz jej, że jestem gut.

– A jesteś?

Ona uważała go za złego człowieka, ponieważ odstraszył te kinner?

– Nie jestem zły.

Jej kąciki ust się uniosły. Droczyła się z nim, w takiej sytuacji.

– No malo. Bueno. Hombre bueno.

Lupe wysunęła głowę zza drzewa.

– Malo?

– No. Bueno. – Rebeka ostrożnie przysunęła się bliżej. – Wyjdźcie. Proszę. Jedzenie. Comida.

– Diego, no! – Lupe wychynęła zza drzewa z wyciągniętą ręką, jakby chciała pociągnąć brata z powrotem. – Cuidado!

Czego ona tak bardzo się boi? Tobiasz uniósł obie ręce do góry, by pokazać jej, że niczego nie ukrywa. Niczego, czym mógłby ją skrzywdzić.

– Wrócę do furmanki i poczekam.

Odwrócił się i odszedł, boleśnie świadomy miękkiego, słodkiego mruczenia Rebeki, które uspokajało i kusiło. Jego własny oddech się wyrównał, rozluźniły się spięte mięśnie między łopatkami. Nic dziwnego, że pracowała w szkole. Miała podejście do dzieci.

Kilka minut później dwójka uciekinierów – musieli być uciekinierami gdzieś z głębi południa – siedziała na ganku, pożerając kanapki, marynowaną okrę i zimne, pieczone ziemniaki. Obdarzyli Rebekę odrobiną zaufania, zwłaszcza gdy wyjęła garść ciastek owsianych. Lupe z ponurą miną wydawała się nie spuszczać jednego oka z jedzenia, a drugiego z Tobiasza. On trzymał się na dystans w obawie, że dziewczynka czmychnie niczym jeleń przed tropiącym go myśliwym.

Po kilku minutach podszedł do furmanki i sięgnął do jutowego worka, który Marta zabierała dla Liama i reszty maluchów. Rośli niczym chwasty i zawsze, zawsze byli głodni. No pewnie. Dwa piękne, lśniące jabłka.

Lekkim krokiem i ze spokojną, neutralną miną podszedł do ganku. Lupe przestała żuć, kanapka zawisła w powietrzu. Po jej twarzy przemknął strach, jakiego żadne dziecko nigdy nie powinno doświadczyć. Widywał ten rodzaj przerażenia u płochliwych koni, które trenował jego ojciec. Jak gdyby były pewne, że oto nadszedł ostatni dzień ich życia.

– Proszę. – Wyciągnął jabłka, które idealnie mieściły się w jego wielkiej dłoni. – Jabłko. – Zerknął na Rebekę. – Jak się mówi „jabłko”?

Wzruszyła ramionami.

– Nie pamiętam.

– Ty im daj.

Rebeka wzięła owoce z jego ręki, w ogóle go nie dotykając.

– Danki.

– Mam więcej. Marta zawsze pakuje zapas przekąsek.

– Na razie wystarczy. – Rebeka wytarła jabłko o fartuch i wyciągnęła dłoń. Lupe wzięła owoc, jakby dostała wyjątkowy prezent. Podała go bratu. – Diego jeść, on bardziej głodny.

Tobiasz w to wątpił.

– Daj jej drugie.

Rebeka posłuchała. Lupe odgryzła spory kęs. Z głośnym chrupaniem pożerała słodki owoc. Sok spływał jej po brodzie, żłobiąc ślad w brudzie pokrywającym twarz dziewczynki. Tobiasza aż świerzbiły ręce, żeby ją umyć. Marta błyskawicznie by ich wyszorowała. Mógłby zabrać ich do domu, wciąż pełnego walających się wszędzie pudeł, czekających na rozpakowanie. Cóż znaczyło dwoje więcej przy dziewięciorgu kinner w wieku od sześciu do dwudziestu dwóch lat, ściśniętych w podupadającym domu o pięciu sypialniach, zbudowanym z drewna i kartonowo-gipsowych płyt. Ubrania, brudne buzie i przerażone oczy uciekinierów dobitnie świadczyły o tym, że potrzebują opieki.

Opieka nad dziećmi była zadaniem Tobiasza. Nie mógł pozwolić sobie na stratę już ani jednej osoby, którą kochał. Skinął w stronę boiska. Rebeka poszła za nim kilka kroków od uczty na ganku.

– Co teraz z nimi zrobisz? Chyba nie pozwolisz im samym odejść, prawda?

Rebeka potrząsnęła głową.

– Nie znamy jeszcze ich historii. Nie chcę, żeby odeszli, ale to Jeremiasz zdecyduje, co zrobimy. Susan będzie chciała porozmawiać z nim i z Mordechajem. Jeremiasz jest biskupem, a Mordechaj…

– Wiem. To Jeremiasz przekonał ojca do przyjazdu tutaj, po tym, jak Leroy Glick wycofał się z zawodu. Mordechaj odwiedził nas rano, żeby się przywitać. – Z zapasem miodu i historyjkami, przy których uśmiechała się nawet mała Nyla, ośmiolatka, która nigdy się nie śmiała. – Pozwól nam zabrać ich do domu, dopóki nie zapadnie decyzja.

– A skąd wiesz, że zgodzą się z tobą pójść?

– To kinner. Zrobią, co im się każe.

– Przywędrowali do nas z bardzo daleka, z jakiegoś niebezpiecznego miejsca. Myślę, że mają własne zdanie.

Impas.

– Zapytajmy ich.

Odwrócili się. Lupe otaczała braciszka ramieniem. Opierał się na jej piersi, oczy miał zamknięte, brudną buzię spokojną we śnie, jabłko zaciśnięte w umorusanej dłoni. Wyglądał tak dziecinnie. Lupe zerknęła na nich. Wzruszyła ramionami.

– Mucho sueño.

Tobiasz odwrócił się do Rebeki, która uśmiechała się do dziewczynki.

– Ja też. Po jedzeniu.

– Co ona powiedziała?

– Że był śpiący.

– W naszym domu są już łóżka, i kuchnia. – Skinął w kierunku szkoły. – Przy tych wszystkich maluchach najpierw zadbaliśmy o łóżka, dla własnego spokoju, i o gotowanie jedzenia.

– Pewnie twoja mudder o wszystko zadbała.

Tobiasza, jak zawsze, przeszył ostry ból. Już sześć lat starał się pogodzić się z boskim planem dla ojca, dla niego samego, dla Marty, która w wieku dziesięciu lat nosiła niemowlę, jakby było jej własne, dla tych wszystkich maluchów. Dla Tobiasza nie miało to żadnego sensu, ale daed często mu przypominał, że nie musi mieć sensu dla nich. Podczas długich dni, gdy w przyjaznej ciszy pracowali w warsztacie siodlarskim, podczas długich wieczorów na patio, gdy z wyciągniętymi nogami kontemplowali czysty majestat nieba Ohio, Tobiasz starał się przejąć niezachwianą wiarę ojca, ale bez powodzenia.

– Moja mudder odeszła sześć lat temu.

– Ach. – Skinęła głową, ale nie wypowiedziała żadnego okolicznościowego banału. Kolejna cecha, którą docenił. – W takim razie twój daed ma ręce pełne roboty.

– Wszyscy mamy. Moja siostra Marta zarządza domem. Pomagają jej moi bracia, Dawid i Milo. Każdy w czymś pomaga, nawet maluchy.

Czyli tak, jak w każdym domu, zwłaszcza takim, w którym brakowało kamienia węgielnego, fraa i matki.

– Trudne zadanie.

Tobiasz odchrząknął.

– Łatwiejsze przy kinner, które wiedzą, co robić.

Odwrócił się, żeby znów spojrzeć na Diega i Lupe dokładnie w chwili, gdy Rebeka zrobiła to samo.

– Powinieneś ich zabrać – powiedziała miękkim głosem. – Wśród takiej gromady jak wasza poczują się jak w domu. Kinner zrozumieją siebie nawzajem.

– Ale ona się mnie boi.

– Widziała dzieci w twojej furmance. Dlaczego miałaby się lękać, skoro one się ciebie nie boją? Jeśli uważają, że jesteś bueno, to musisz być bueno, prawda?

Mądra jak na tak młodą i śliczną osobę.

Usiadła obok Lupe i zaczęła mówić cicho, prawie szeptem. Tobiasz nie mógł zrozumieć słów. Lupe raz po raz zerkała na niego, na początku obojętnie, potem z coraz większą ciekawością, na koniec z wahaniem.

Po kilku chwilach Rebeka wstała i zatarła ręce.

– Mówi, że na jedną noc.

– Na jedną noc. Skąd oni są? I dokąd jadą?

– Przyjechali z Salwadoru. Nie mogłam zrozumieć nazwiska. Chyba powiedziała, że mają rodzinę w San Antonio. Może tatę. Usłyszałam to samo słowo, oznaczające rodzinę i San Antonio. I coś o jedzeniu ryb, co nie ma żadnego sensu. – Jej ton i mina sugerowały, że nie była pewna, czy może do końca wierzyć w słowa dziewczynki. – W każdym razie to przynajmniej jakiś początek.

W rzeczy samej.

– Powiadomię ojca. – Wyminął ją i wszedł na schody.

– Powiedziałeś, że Jeremiasz namówił go do przyjazdu.

Obejrzał się przez ramię.

– Jah.

– Dlaczego Jeremiasz chciał, żebyście tu przyjechali?

– Ponieważ jesteśmy siodlarzami i trenujemy konie. Uznał, że to kolejne wyroby i usługi, które można zaoferować Englischers. Żeby pomóc społeczności, jak powiedział daed.

– Będziecie z synami Leroya ujeżdżać konie?