Szpieg, który mnie kocha

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kelly Hunter
Szpieg, który mnie kocha

Tłumaczenie:

Alina Patkowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Rowan Farringdon nie cierpiała niedzielnych obiadów z rodzicami. Wprowadzili tę nową tradycję równo miesiąc po tym, jak przeszli na emeryturę i kupili sobie wystawny dom, który wyglądał jak muzeum. Próżno tu było szukać ciepłej, przytulnej atmosfery. Nawet kwiaty wyglądały sztywno i oficjalnie. Wielki bukiet rozwiniętych, pachnących kremowych róż, który Rowan przyniosła ze sobą dwa miesiące temu, trafił do zlewu w pralni i zapewne przy pierwszej okazji został wyrzucony do śmieci. Nigdy więcej nie powtórzyła tego błędu.

Matka jednak z jakichś sobie tylko znanych powodów kochała ten dom i upierała się, że Rowan, jako jej jedyne dziecko, również powinna go kochać. Nic z tego. Rowan próbowała jej to wytłumaczyć – może niezbyt dyplomatycznie, ale za to szczerze.

– Mamo, jestem samodzielna finansowo. Naprawdę nie będę miała nic przeciwko temu, jeśli sprzedacie ten dom i wydacie wszystkie pieniądze, co do grosza.

Rowan i jej matka zupełnie się nie znały i nigdy się nie rozumiały.

Tego wieczoru przy wielkim, okrągłym stole siedziały cztery osoby: matka Rowan, jej ojciec, dziadek i ona sama. Kształt stołu miał sugerować, że wszyscy siedzący przy nim są sobie równi, ale z toczonych rozmów wynikało coś zupełnie innego. Słuchając kolejnego monologu ojca poświęconego dygnitarzom i rozmaitym bardzo ważnym osobistościom, Rowan wymieniła znaczące spojrzenia z dziadkiem. Rodzice służyli w wojsku, a potem w służbach dyplomatycznych i większą część życia spędzili za granicą. Córkę zostawiali w kraju z dziadkiem, emerytowanym generałem, który w swoim czasie również nie poświęcał wiele uwagi własnym dzieciom, o wnuczkę jednak się troszczył i nigdy jej nie zostawił. Za to go kochała.

W torebce leżącej na bocznym stoliku rozległ się sygnał telefonu. Rowan skrzywiła się, bo wiedziała, co za chwilę nastąpi.

– Prosiłam cię przecież, żebyś to wyłączyła – odezwała się matka chłodno i w jej brązowych oczach błysnęło niezadowolenie. Ludzie często uważają, że brązowe oczy są ciepłe i urocze, ale to nieprawda.

Rowan podniosła się.

– Wiesz, że nie mogę wyłączyć. Przepraszam, muszę odebrać.

Wyszła z telefonem do holu. Wróciła po chwili i zarzuciła torebkę na ramię.

– Wychodzisz? – zapytała matka oskarżycielskim tonem.

Rowan skinęła głową.

– Kłopoty? – domyślił się dziadek.

– Jeden z dyrektorów wyjechał za granicę i w tym tygodniu ja go zastępuję. Jego agent właśnie zakończył misję i wraca do kraju.

– Prawie cię teraz nie widujemy – poskarżyła się matka, która chyba już zapomniała, że przed przejściem na emeryturę widywali córkę równie rzadko.

– Przez całe życie rzadko ją widywałaś – odrzekł dziadek śmiało. – Rowan przynajmniej podaje jakieś wyjaśnienie, kiedy wychodzi.

Matka w milczeniu zacisnęła usta, a Rowan znów przypomniała sobie dzieciństwo.

– Przecież dziś są moje urodziny! – powtarzała z oszołomieniem, patrząc na rodziców, którzy zmierzali do drzwi, ciągnąc za sobą walizki na kółkach jak posłuszne szczeniaki na smyczach. – Dziadek zrobił dla nas tort!

– Przykro mi, kochanie – odrzekła matka. – Obowiązki mają pierwszeństwo.

– Ale dopiero wczoraj wróciłeś – powiedziała innym razem do ojca i w odpowiedzi usłyszała surowy wykład o tolerancji i odpowiedzialności.

Bardzo szybko przestała pytać, dokąd się wybierają. Chyba nigdy nie powiedzieli jej prawdy. Z ich słów wynikało tylko, że jadą w jakieś bardzo ważne miejsce, gdzie ona do niczego nie jest im potrzebna.

– Musisz się zahartować – powtarzali. W końcu się zahartowała i dlatego teraz nic jej nie obchodziło to, że matka nieoczekiwanie zatęskniła za bliższymi relacjami z jedynaczką.

– Przepraszam, ale muszę już iść.

– Rowan, twój dziadek nie staje się młodszy. Mogłabyś poświęcić mu trochę więcej uwagi.

Rowan tylko się uśmiechnęła grzecznie. Widywała się z dziadkiem przynajmniej dwa razy w tygodniu, a co drugi dzień do niego dzwoniła, ale matka nie miała o tym pojęcia.

– Ten agent, którego ściągamy, spodobałby ci się – powiedziała do dziadka, pewna, że go to zainteresuje. – Nieźle namieszał, chociaż miał bardzo ograniczone środki.

– Czy to były wojskowy?

– Nie, z naszego szkolenia. Jest bardzo kreatywny.

Mogła się założyć, że gdy następnym razem zadzwoni do dziadka, on będzie już wiedział, kto to taki. Od dawna był na emeryturze, ale wciąż zachował imponujące kontakty.

– Tak, tak, Rowan. Wiemy, że twoja praca jest bardzo ważna – stwierdziła matka jadowicie. Rowan popatrzyła na tę kobietę z nienaganną fryzurą, która w swoim czasie również musiała walczyć o swoje w świecie mężczyzn. Mimo to zdawało się, że ani sukcesy córki, ani jej pozycja w australijskim wywiadzie nie robią na matce żadnego wrażenia.

– Bawcie się dobrze. Przyniosłam szarlotkę na deser.

– Sama ją upiekłaś?

To była kolejna zatruta strzała wypuszczona przez matkę, która przez całe życie nie kiwnęła palcem w kuchni.

– Nie, moja przyjaciółka. Zapłaciłam jej za to. To przepis jej babci, przekazywany z pokolenia na pokolenie. Mam nadzieję, że będzie wam smakować.

Nie zwracając uwagi na matkę, podeszła do dziadka i również pocałowała go w policzek. Telefon znów się odezwał.

– To pewnie twój kierowca – zauważyła matka sarkastycznie. – Bardzo niecierpliwy człowiek.

– Zawiadamia mnie tylko, że już tu jest.

– Może w przyszłym miesiącu uda ci się zostać do końca kolacji? O ile nie stracę jeszcze ochoty na urządzanie tych rodzinnych posiłków.

– Jak chcesz, mamo. – Rowan zerknęła na ojca, który zachowywał nienaturalne milczenie. – Czy ty też jesteś ze mnie niezadowolony?

Ojciec nie odezwał się.

– Wiesz, mamo… ty, tato, też. Moglibyście choć raz przestać mnie krytykować i okazać odrobinę dumy ze mnie i z mojego stanowiska. Chociaż raz. Może wtedy znalazłabym dla was więcej czasu.

I tak się właśnie kończy niedzielny obiad z rodzicami, pomyślała ponuro.

Dziadek podniósł się i, jak przystało na dżentelmena, odprowadził ją do drzwi. To nie był jego dom, ale matce nigdy nie przyszłoby do głowy, żeby okazać córce uprzejmość, jaką przez całe życie darzyła innych gości. W kręgach dyplomacji Marissa Farringdon-Stuart cieszyła się wielkim szacunkiem i uznaniem.

– Nie zwracaj na nią uwagi – powiedział dziadek łagodnie. – Staje się coraz gorsza i przestaje rozróżniać, co uchodzi, a co nie. Może to początki demencji.

– To miło, że próbujesz ją tłumaczyć, ale wiem, jak wygląda demencja.

– Jest zazdrosna i po części to moja wina – przyznał dziadek niechętnie. – Nigdy nie miałem dla niej czasu, ale nauczyłem się czegoś na własnych błędach i starałem się nadrobić to przy tobie. Poza tym doskonale sobie radzisz w pracy i przez to budzi się w niej żyłka rywalizacji.

– A o co chodzi ojcu?

– Któż to może wiedzieć? – Dziadek nie przepadał za zięciem, zresztą z wzajemnością. – To idiota. Za dużo błękitnej krwi, a za mało komórek mózgowych.

– Zadzwonię do ciebie jutro – obiecała Rowan.

– Pięknie dzisiaj wyglądasz.

– Pochlebca – odrzekła z uśmiechem. Na okazję wizyty u rodziców starała się wyglądać jak najlepiej, wiedziała bowiem, że matka tego od niej oczekuje. Nie mogła jednak nic poradzić na to, że miała nieco skośne oczy, zbyt szerokie usta i odstające uszy, których żadna fryzura nie była w stanie zamaskować. W końcu Rowan zdecydowała się obciąć włosy krótko i przestała się przejmować uszami, wiedziała jednak, że nie jest pięknością. Po półgodzinnych wysiłkach nad makijażem mogła wyglądać interesująco, a nawet atrakcyjnie, ale z pewnością nie pięknie.

– Zabierz tę szarlotkę do domu. Poproś, żeby ci ją zapakowali, bo inaczej matka wyrzuci ją do kosza. Maddy zrobiła ją specjalnie dla ciebie, z podwójnym cynamonem.

– Zostawię ci trochę.

– Trzymam cię za słowo. – Rowan objęła jego kruche ramiona. – Zobaczymy się w środę.

Dziadek skinął głową.

– Oczekuję trupów, polityki i intryg.

– Możesz być tego pewien – zaśmiała się i poszła w stronę czekającego samochodu.

ROZDZIAŁ DRUGI

Nie było go w urodziny, dwa razy w Boże Narodzenie i dwa razy w Nowy Rok, ale nie opuścił ślubu siostry. To chyba się liczyło?

I co z tego, że trochę się spóźnił i był bardzo brudny? Lena, jego siostra, bez chwili wahania dołączyła go do grupy gości, po czym znów obróciła się do księdza i poślubiła jego najlepszego przyjaciela Triga, czyli Adriana Sinclaira.

Od tej chwili minęło kilka godzin i posprzątano już naczynia po weselnej kolacji, ale tańce na brzegu leniwej rzeki nadal trwały. Jared usiłował być obecny duchem, a nie tylko ciałem. Uśmiechał się, aż rozbolały go szczęki, tańczył z panną młodą i dowcipkował z pana młodego, a kiedy poczuł, że nie jest w stanie dłużej utrzymać się na nogach, usiadł pod wielkim drzewem i oparł się plecami o pień.

Impreza dookoła niego wciąż trwała. Był już wieczór i zanosiło się na to, że wielu gości zostanie do późnej nocy. Jared czuł, że adrenalina wycieka z jego ciała, pozostawiając po sobie tylko przenikające do szpiku kości znużenie. Musiał znaleźć jakieś łóżko i spędzić w nim kilka dni, tygodni albo miesięcy. Potrzebował miejsca, gdzie mógłby się zatrzymać. Damon zaproponował mu dom na plaży. Może to było niezłe wyjście na kilka dni, ale do domu na plaży zawsze ktoś mógł wpaść, a Jared przede wszystkim chciał być sam.

 

Popatrzył bez większego zainteresowania na Triga, który zmierzał w jego stronę, ciągnąc za sobą jakąś kobietę. Pojawiła się tu przed godziną i nie wydawała się nawet w najmniejszym stopniu przejęta tym, że nie zdążyła na ślub ani na kolację. Chyba nie była gościem, ale Jared nie miał pojęcia, kim w takim razie jest. Ubrana była nienagannie i z klasą. Zauważył smukłe nogi w butach na wysokim obcasie. Te buty musiały kosztować majątek. Obydwie siostry Jareda przeszły swego czasu przez fazę drogich butów i potrafił je teraz zauważyć, nawet jeśli nie rozpoznawał marki.

Buty zatrzymały się przed nim. Podniósł wzrok, opierając głowę o pień drzewa. Z bliska było widać, że ta smukła sportowa sylwetka ma większy przebieg niż wydawało się na pierwszy rzut oka. Ten, kto stworzył twarz tej kobiety, musiał być miłośnikiem nietypowych efektów. Miała szerokie usta z uniesionymi kącikami, nieco skośne, szeroko rozstawione oczy, mały nos, brązowe, po chłopięcemu obcięte włosy i niezbyt duże, ale chyba trochę odstające uszy. Wszystko razem tworzyło całość zbyt nietypową, by można ją było uznać za klasycznie piękną, ale tak przyciągającą uwagę, że nie sposób było jej zignorować.

– Jared, chciałbym ci przedstawić Rowan Farringdon – powiedział Trig. – Nową szefową piątego wydziału kontrwywiadu.

Piąty wydział. Jared zmusił się do myślenia. Piąty wydział zajmował się Europą Wschodnią. Dwa lata temu, gdy Jared wyjeżdżał z kraju, szefował tam Dziadek Evans. Nie miał teraz pojęcia, czy ta kobieta może się pokazać przydatnym sojusznikiem. Pewnie nie.

– Pańska reputacja wyprzedza pana, panie West.

Głos miała chropawy. Odrobina ciepła przydawała mu uroku. Pochyliła się niżej, żeby spojrzeć mu w oczy.

– Nie jest pan tak przystojny, jak się spodziewałam.

– Proszę dać mi trochę czasu. Sińce w końcu zbledną.

Uśmiechnęła się przelotnie. Ten uśmiech był jej najlepszą bronią.

– Pańska siostra mówiła, że może trzeba będzie podrzucić pana do domu. Mam tu samochód.

Zauważył. Samochód był czarny i smukły, zapewne opancerzony.

– Po co tyle ochrony na ślubie? – Funkcjonariusze sił specjalnych stanowili co najmniej czwartą część gości i wciąż ich przybywało.

Znów się uśmiechnęła.

– Chyba dobrze pan wie, kowboju. Ze względu na pana.

– Nie jest pani szefową mojego wydziału.

– I bardzo się z tego cieszę. Narobił pan sporo zamieszania. Brawo. Ale musimy pana zabrać do Canberry i przypilnować, żeby po drodze nie przydarzyło się panu nic złego.

– Dajcie mi czas do końca weekendu, a pojadę dobrowolnie.

– Panie West – mruknęła pobłażliwie. – Ma pan dzisiejszy wieczór i powinien się pan z tego cieszyć. Miał pan wrócić już dwa lata temu.

– Przepraszam za spóźnienie. – Teraz on uśmiechnął się leniwie, chcąc sprawdzić, czy ją to zirytuje. – Jest pani młoda jak na dyrektora wydziału.

– Mam czterdzieści lat i jestem przebiegła jak lis.

A zatem była od niego dziesięć lat starsza.

– Przecież mówię…

Zaśmiała się swobodnie.

– Proszę mnie nie lekceważyć, panie West, a wtedy ja nie będę lekceważyć pana.

– Proszę mnie nazywać Jared – mruknął i zauważył nagły błysk czujności na twarzy Triga, swojego najdawniejszego przyjaciela, a obecnie również szwagra. Może Trig był telepatą, a może po prostu znał Jareda od tak dawna, że potrafił dostrzec jego zainteresowanie tą kobietą z zabawną twarzą, głosem jak whisky i zniewalającym uśmiechem.

– Nie – zaprotestował Trig.

– Tak.

– To naprawdę kiepski pomysł.

– Miewałem już gorsze. – Jared przeniósł wzrok na twarz kobiety i znów się uśmiechnął.

Nie można jej było zarzucić, że wolno myśli.

– Niech pan posłucha rady przyjaciela, panie West. Mogę pana przeżuć i wypluć jeszcze przed jutrzejszym śniadaniem.

– Nie miałbym nic przeciwko temu.

– Zapewniam pana, że jednak tak.

Czy kąciki jej ust zawsze unosiły się w uśmiechu?

– Jeśli wsiądę z panią do tego samochodu, to wyląduję na odprawie czy na jakiejś odludnej farmie?

– Dziś wieczorem na farmie. Daję słowo. Odprawa będzie dopiero jutro rano, o dziewiątej dziesięć.

– A czy pani wie, co zamierzają ze mną zrobić później?

Jej twarz przybrała ostrożny wyraz.

– To zależy, jak pan rozegra swoje karty. Bo chyba umie pan grać?

Był przystojniejszy, niż się spodziewała, choć oczekiwania miała wysokie – potężnie zbudowany, z ciałem zaprawionym w sztukach walki i krótko przyciętymi czarnymi włosami. Twarz miał jak z reklamy albo z plakatu filmowego, a oczy, które błyszczały łagodnym światłem, gdy patrzył na siostrę, na nią spoglądały ostro i przenikliwie.

Ten człowiek w pojedynkę zlikwidował imperium nielegalnego handlu bronią warte sto miliardów dolarów. Sam jeden wykrył, że jednostka antyterrorystyczna, dla której pracował, była zinfiltrowana aż po stanowisko zastępcy dyrektora. Wybuchł wielki skandal, a potem wszyscy zastanawiali się, czy to już koniec, czy może agent West zostawił sobie najlepsze informacje na deser. Rowan tak by właśnie zrobiła.

– Panie West, zawiozę pana do domu i zbada pana lekarz. Moi ludzie stawiają zakłady, ile ma pan złamanych żeber i czy stracił pan słuch. W tej chwili stawka wynosi trzy do jednego, że po prostu czyta pan z ruchu ust. W każdym razie ktoś musi pana obejrzeć.

Jared West skrzywił się w leniwym uśmiechu.

– Czy to jest rozkaz?

– A przyjmuje pan rozkazy?

– Od pani mógłbym przyjąć.

– Może użyje pani paralizatora? – podsunął Trig. – To chyba byłoby skuteczne.

– Jest już wystarczająco poobijany. Gdybym go zabiła, miałabym mnóstwo dodatkowej papierkowej roboty.

– Pani dyrektor, czy mógłbym zamienić kilka słów z panem młodym na osobności? – zapytał West, starając się ze wszystkich sił, żeby zabrzmiało to jak prośba.

Rowan jednak nie miała zamiaru spuścić go z oka, dopóki nie sprawdzi jego stanu zdrowia.

– Porozmawiajcie nad rzeką – zaproponowała. – Tam nikt was nie usłyszy.

– Tu też nikt nas nie usłyszy.

Rowan uznała, że nie będzie dłużej chronić jego ego.

– Panie West, może się pan podniesie i pokaże moim ludziom, że jest pan w stanie iść samodzielnie?

Wysunął brodę do przodu. W jego oczach nie widziała ani cienia słabości, wyłącznie wyzwanie.

– Mogę iść.

– Chciałabym to zobaczyć.

On jednak się nie poruszył.

– Doprowadź go do domu – zwróciła się do Triga. – Lekarz już tam czeka.

Nie czekając na odpowiedź, ruszyła do samochodu. Wiedziała, jak wiele będzie kosztować Westa każdy ruch. Był pod obserwacją od chwili eksplozji na jachcie Antonowa. Ścieżka zniszczenia, jaką za sobą zostawiał, i determinacja, by zdążyć na ślub siostry, były imponujące. Nie spał od pięćdziesięciu godzin i musiał być skrajnie wyczerpany. Trzymał się na nogach wyłącznie siłą woli.

Od chwili, kiedy zdał egzamin wstępny do służb wywiadu, przygotowywany był do dowodzenia. Dotychczas doskonale wywiązywał się ze wszystkich zadań, które mu powierzono, a jeśli uznać epizod z Antonowem za samodzielną pracę operacyjną, ten test również zaliczył śpiewająco. Rowan spodziewała się zobaczyć przystojną twarz skrywającą przenikliwy intelekt, żelazną wolę i tendencję do pakowania się w kłopoty – i nie rozczarowała się.

– Ładnie chodzi – mruknął Jared, patrząc na oddalającą się sylwetkę. Podobały mu się również jej uszy.

Ale nie udało mu się odwieść Triga od tematu.

– Dasz radę iść?

– Chyba tak, tylko nie mogę wstać.

Trig wyciągnął rękę. Jared pochwycił ją chwytem wspinaczkowym, wysoko przy łokciu. W następnej chwili już stał, dysząc ciężko i usiłując nie zemdleć ani nie zwymiotować. Zaraz potem pojawiła się obok niego Lena w białej ślubnej sukni.

– Idziesz do domu?

– Za chwilę. – Najpierw musiał sprawdzić, czy jest w stanie utrzymać się na nogach.

– Połóż się spać w największej sypialni.

– To znaczy w twoim łóżku? – W małżeńskim łóżku? Jeszcze czego, pomyślał. – Ładna sukienka. Odsuń się.

Nie odsunęła się, a on przygryzł usta, żeby stłumić torsje. Lena nigdy nie wypełniała poleceń. Pod tym względem była bardzo do niego podobna. Przyłożyła dłoń do jego policzka i popatrzyła na niego z troską.

– Wyglądasz, jakbyś przeszedł przez piekło. Powiedz, że nie zamierzasz tam wracać.

– Nie mogę ci tego obiecać.

Zacisnęła zęby. Ten wyraz jej twarzy nie wróżył dobrze.

– Muszę trochę po sobie posprzątać – dodał niechętnie. – Ale to nic takiego.

– Jeszcze cię nie wyrzucili z pracy?

– Możliwe, że nie zostanę gwiazdą miesiąca.

Trig parsknął.

– Co powiedziała ta dyrektorka? – dopytywała się Lena.

– Że jutro wyjeżdżamy.

– A wspomniała, że w domu czeka na ciebie lekarz? Wezwała go w dwie minuty po tym, jak cię zobaczyła.

– Wszystkie kobiety są nadopiekuńcze.

– Nie opowiadaj głupot. Gdybym to ja pojawiła się na twoim ślubie w takim stanie, w jakim ty jesteś teraz, natychmiast zaciągnąłbyś mnie do szpitala.

– Przecież idę – wymamrotał. – Nie patrz tak na mnie, nie połamię się.

– Na mnie ludzie tak patrzyli przez cały rok.

– Ale nie ja – zaprotestował Jared słabo.

– Bo cię tam nie było.

– Ale teraz jestem.

Jego głos zabrzmiał błagalnie, bo było to błaganie o litość i rozgrzeszenie. Poza tym naprawdę powinna się od niego odsunąć, żeby nie pobrudzić sobie sukienki.

– Idę. Znajdę jakieś łóżko i zrobię wszystko, co każe lekarz. – Przelotnie dotknął jej ręki. Była to wymowna chwila słabości, a wiedział, że obserwuje ich mnóstwo oczu. – Idę – powtórzył.

Wziął oddech, potem następny, postąpił o krok do przodu i naraz cały świat pogrążył się w czerni.

ROZDZIAŁ TRZECI

– Uparty jest, prawda?

Rowan próbowała uspokoić pannę młodą, nieodstępującą brata na krok. Miejscowy lekarz, którego udało się nakłonić do przyjścia, nakazał panu młodemu i jednemu ze świadków ułożyć Jareda Westa na łóżku na plecach.

– Nawet nie ma pani pojęcia, jak bardzo – odrzekła Lena ponuro. – Powinnam go odesłać do szpitala od razu, gdy się tu pojawił.

Jared uchylił powieki o milimetr i posłał im groźne spojrzenie.

– Jak on się nazywa? – zapytał lekarz.

– Jared West – odrzekła Lena.

Doktor zapalił małą latarkę i nachylił się nad pacjentem.

– Jared, słyszy mnie pan?

Z łóżka rozległo się chrząknięcie.

– Muszę sprawdzić, czy pańskie źrenice reagują na światło. To nie będzie bolało.

– Nie mam wstrząśnienia mózgu. Miałem trzy dni temu. Już mi przeszło – wymamrotał Jared, ale otworzył oczy szerzej.

– Cieszę się, że to słyszę. Czy ta diagnoza jest wsparta stosowną wiedzą medyczną?

– Doświadczeniem.

– Ma pan jakieś guzy na głowie?

– Kilka – odrzekł Jared i pozwolił lekarzowi obmacać swoją czaszkę.

– A kark? Nie sztywnieje? Ma pan swobodę ruchów?

Jared przymknął oczy.

– Kark w porządku, ale ramię mam rozwalone.

Słuch też w porządku, pomyślała Rowan z ulgą. Jared odpowiadał na pytania lekarza z przymkniętymi oczami, a zatem nie musiał czytać z ruchu warg.

– Nie jesteś głuchy – powiedziała na głos i dostrzegła na jego twarzy cień uśmiechu. – Połowa moich agentów właśnie straciła tygodniówkę.

– Ale dzięki temu druga połowa się wzbogaci.

– Jak on wygląda, kiedy uśmiecha się naprawdę? – zapytała Rowan. Może nie była to najbardziej odpowiednia chwila na takie pytania, uznała jednak, że powinna uzbroić się we wszelkie możliwe informacje.

– Już dawno tego nie widziałam – odrzekła Lena. – Ale według zapisów historycznych jest to zabójczy uśmiech. Narody klękają, anioły zanoszą się szlochem. Coś w tym rodzaju.

– Amen – wymamrotał Jared.

– Gdyby nie był taki potłuczony, wybiłabym mu z głowy tę arogancję – ciągnęła Lena. – Bo ja go kocham.

Do oczu napłynęły jej łzy. Odwróciła twarz, lekarz jednak zdążył je zauważyć i powiedział uspokajająco:

– Jest przytomny i świadomy…

– Nie mam żadnych krwotoków, wewnętrznych ani zewnętrznych. Jestem okazem zdrowia. Ma pan jakiś środek przeciwbólowy? – odezwał się pacjent.

– Na co?

– Żebra.

– Proszę usiąść, obejrzę te żebra.

 

Z pomocą Triga Jaredowi udało się przysiąść na skraju łóżka. Pozwolił sobie pomóc przy zdejmowaniu pożyczonej marynarki, ale guziki koszuli rozpiął samodzielnie. Pod spodem miał zakrwawiony bandaż przyklejony do ciała srebrną taśmą izolacyjną.

– Miałem wybity bark, ale już go sobie nastawiłem.

– Sam?

– Oparłem się o wannę.

– Jared, czy może pan podnieść ramiona nad głowę?

– Już próbowałem i ocknąłem się dwie godziny później, twarzą w dół na pokładzie.

– Kiedy to było?

– Trzy dni temu.

– A czy od tamtej pory miał pan jeszcze jakieś problemy?

– Brak snu.

– Jared, muszę sprawdzić pańskie płuca i serce. Potem podniesie pan na chwilę ramiona, osłucham pana jeszcze raz, a potem położy się pan i obejrzę dokładniej te żebra.

Jared skinął głową. Rowan próbowała nie gapić się na niego ostentacyjnie, ale trudno było oderwać oczy od rozległych sińców na pięknie rzeźbionej piersi. Ktoś nieźle mu przyłożył.

Lekarz osłuchał płuca i serce, a potem zaczął uciskać brzuch. Pacjent podniósł ramiona i gdy doktor ucisnął jego żebra, znów zemdlał. Lekarz pochwycił go w porę i z imponującą nonszalancją znów ułożył na plecach.

– Równie dobrze mogę już dokończyć badanie.

Jared po chwili oprzytomniał, ale zanim zdążył się poruszyć, lekarz przytrzymał go na miejscu. Badanie trwało jeszcze kilka minut, po czym nastąpił werdykt.

– Bez zdjęcia rentgenowskiego wydaje mi się, że ma cztery żebra solidnie strzaskane.

– I co jeszcze ? – zapytała Lena zmartwionym głosem.

– Uszkodzenia tkanek miękkich. To widać. Niektóre tkanki mogą być zmiażdżone. Czy wiadomo, co spowodowało obrażenia?

– Wiemy, że na jachcie nastąpiła seria eksplozji, i mamy powody przypuszczać, że Jared znajdował się w polu rażenia. Potem przejechał ciężarówką przez ścianę magazynu i dachował jeepem na pustyni. – Tylko tyle Rowan mogła powiedzieć cywilnemu lekarzowi. – To wszystko zdarzyło się dwa do trzech dni temu. Od tamtej pory był w drodze. Czy trzeba go przewieźć do szpitala?

– Nie – oświadczył West, który znów odzyskał przytomność. – Byłem już w szpitalu.

– Gdzie?

– W… chyba to był Budapeszt. Rentgen. Lampy stroboskopowe. Wszystko. Dali mi tabletki.

– Jesteś pewien, że to nie była dyskoteka? – wtrąciła Rowan sucho.

– Podobasz mi się – odrzekł Jared.

– Pamięta pan, jak się nazywały te tabletki? – zapytał lekarz.

– Nie, ale były dobre. W kieszeni mam opakowanie.

Lekarz wyjął niewielką fiolkę z leżącej na podłodze koszuli.

– Ile dali panu tych tabletek?

– Pięć.

– Dwa do trzech dni temu, tak? Tu jest napisane, że bierze się jedną dziennie. Powinny zostać jeszcze dwie. Gdzie one są? Tylko proszę nie mówić, że podwoił pan sobie dawkę.

Pacjent nic nie odpowiedział.

– Co to za tabletki? – zapytała Lena.

– Pochodna kokainy. Pewnie dzięki temu udało mu się tu dotrzeć i dlatego teraz zupełnie opadł z sił.

– No – mruknął Jared. – Spać. – Spróbował usiąść, znów bez powodzenia. – Co to za truskawki? Czy to jest sypialnia młodej pary?

– Nie, gościnna – wyjaśniła Lena.

Jared nie odrywał wzroku od truskawek.

– Dlaczego one rosną w takim wielkim kubku w paski?

– A co w tym dziwnego?

– Dlaczego? – powtórzył z uporem.

– To dom twojej siostry i jej zasady – powiedziała Rowan. – Nie zastanawiaj się nad tym zbyt wiele.

Jared rozchylił powieki odrobinę szerzej.

– Czy u ciebie w gościnnym pokoju też rosną truskawki?

– Ja nie mam gościnnego pokoju.

– Goście śpią w tym samym co ty? Podoba mi się ten pomysł – uśmiechnął się krzywo.

– Jared – oświadczyła Lena surowo. – To twoja szefowa. Okaż jej odrobinę szacunku.

– A co ty tu jeszcze robisz? Powinnaś być chyba na weselu? Ja zaraz zasnę. – Jego głos złagodniał. – Wszystko w porządku. Przecież udało mi się tu dotrzeć.

– Jared, jeśli kłamiesz, że już byłeś w szpitalu, to przysięgam na duszę mojego nowo poślubionego męża, że pożałujesz.

– Ona jest wredna – powiedział Jared do swojego najlepszego przyjaciela. – Mam nadzieję, że wziąłeś to pod uwagę?

Odpowiedział mu szeroki, szczery uśmiech.

– Odpocznij.

– Odpocznę, gdy stąd wyjdziecie.

Państwo młodzi ruszyli do wyjścia. Gdy drzwi się za nimi zamknęły, na twarzy Jareda pojawił się grymas bólu.

– Doktorze, te środki przeciwbólowe…

– Jak by pan określił swój ból na skali od jednego do dziesięciu?

– Jeśli w ogóle się nie ruszam, to schodzi do jakichś siedmiu.

Lekarz pogrzebał w torbie, wyjął dwie małe błękitne tabletki i podał je pacjentowi razem ze szklanką wody.

– To pana uśpi. Obudzi się pan rano i może pan wtedy wziąć prysznic, ale żadnych gwałtownych ruchów. Najlepiej byłoby, żeby przez jakiś czas nie brał pan udziału w wybuchach ani w wypadkach komunikacyjnych.

Popatrzył na pacjenta i dodał do listy jeszcze kilka punktów:

– Żadnego surfowania, boksu, skoków ze spadochronem ani treningów sztuk walki. Żadnego podnoszenia ciężarów, wspinaczki ani wypraw kajakiem. Rozumie pan?

– Bardzo dobrze rozumiem.

– Może pan spokojnie pływać, żeglować albo wiosłować. Niech pan udaje, że ma pan znowu trzy lata. To nie powinno być trudne.

Rowan coraz bardziej podobał się ten starszy lekarz z małego miasteczka.

– Niech pan słucha swojego ciała, to może wyjdzie pan z tego w lepszym stanie, niż pan sobie zasłużył.

Rowan wpadła w zachwyt.

– Nie szuka pan przypadkiem dodatkowego zatrudnienia? Bardzo mi się podoba pańskie podejście do pacjenta.

– Brakuje mi dwóch lat do emerytury. Gdy chodzi o wypadki, widziałem już wszystko, co chciałem zobaczyć, i jeszcze o wiele więcej. Nie potrzebuję nowych wrażeń.

– Hej, doktorze – wymamrotał pacjent. – Nie sądzi pan, że ona ma zabawną twarz? Ale podoba mi się.

Lekarz westchnął.

– Widzę, że środki przeciwbólowe zaczęły już działać.

– Głos też ma ładny – ciągnął Jared. – Nasuwa mi myśli o seksie. A panu nie?

– Synu, potrzebujesz odpoczynku. Przestań z tym walczyć. – Lekarz zerknął na Rowan i uśmiechnął się krzywo. – Może lepiej pani stąd wyjdzie, zanim on się oświadczy.

– Jeśli to zrobi, będę miała czym go szantażować – odrzekła, ale Jared już spał. – Czy możemy zabrać go stąd rano helikopterem?

Lekarz skinął głową.

– Trzeba go jak najszybciej prześwietlić, nawadniać i obserwować.

– Bardzo panu dziękuję.

– Nie ma za co. Wbrew temu, co mówi moja żona, zawsze z przyjemnością pomagam naszemu wywiadowi. – Uśmiech doktora był czarujący. – Komu mam przysłać rachunek?

Jared obudził się w łóżku, które nie kołysało się wraz z oceanem. To nie było jego łóżko, tego jednego był pewny. Przez ostatnie dwa lata spał na wąskiej koi tuż przy maszynowni jachtu Antonowa. Jacht był właściwie pływającą fortecą, zdolną wyśledzić i zatopić każdą łódź, która próbowałaby się do niego zbliżyć. Tamto łóżko nie było takie miękkie jak to i z pewnością nie było obok niego komody ani drewnianego okna w ścianie. Czy na tym oknie naprawdę stała doniczka z truskawkami? Niejasno sobie przypominał, że zauważył coś takiego wieczorem.

Otworzył oczy nieco szerzej, obrócił głowę i wpatrzył się w prześcieradło w kolorze limonki i kołdrę we fioletowo-zielone kwiaty. Jeśli to był motel, to chyba trafił mu się dziecinny pokój. Ale jakoś nie sądził, by był w motelu.

Obrócił się na plecy i skrzywił, gdy całe jego ciało przeszył ból. Wieczorem chyba był tu lekarz. Jared sądził wcześniej, że ma złamane dwa żebra, ale lekarz powiedział, że złamań jest więcej. Dał mu też jakieś tabletki na sen.

W końcu Jared przypomniał sobie, że jest w wiejskim domu Leny. Przydałoby się jeszcze kilka tych tabletek. Usłyszał dźwięk otwieranych drzwi i gdy kroki zatrzymały się przy nogach łóżka, otworzył oczy nieco szerzej. Ładna, pomyślał w pierwszej chwili. I zabawna. Tę kobietę również widział wieczorem. Przypomniał sobie jej usta i uszy, ale dopiero teraz zauważył złociste piwne oczy.

– Nie śpisz?

Przypomniał sobie także ten głos. To nie była po prostu zwykła kobieta, tylko dyrektor wydziału kontrwywiadu. Miała na sobie białą koszulę, ciemnoszare spodnie i cieniutki srebrny naszyjnik, który wyglądał tak, jakby miał się zerwać przy najlżejszym szarpnięciu. Z pewnością była o parę lat od niego starsza i zwracała się do niego w sposób, w jaki żadna kobieta nie mówiła do niego już od paru lat.

– Spotkaliśmy się już wczoraj – powiedział głosem wciąż ochrypniętym od snu.

– Tak.

Nie nosiła obrączki ani żadnego pierścionka.

– Ale nie pamiętam, kim jesteś. Mam luki w pamięci.

Chciał sprawdzić, czy poczuje się zirytowana, ale ona tylko się uśmiechnęła.