Powiernik mieczy

Tekst
Autor:Kel Kade
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Powiernik mieczy
Powiernik mieczy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 96,08  76,86 
Powiernik mieczy
Powiernik mieczy
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
54,90  39,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Kroniki Mroku

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Dodatki

Seria o Kate Daniels

Karta redakcyjna

Okładka



Dziękuję swojej rodzinie oraz najcierpliwszej

i najwyrozumialszej z córek, która przez cały czas pisania

tej książki kibicowała mi oraz mnie wspierała.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Dobrzy ludzie pragną potęgi tylko po to,

by naprawiać, co złe. Wielcy ludzie pragną

naprawiać, co złe, i w tym celu gromadzą potęgę.

Wielcy przywódcy odnajdują tych, którzy

są godni władać potęgą, i nakierowują

ich tak, by naprawiali, co złe.

Coroleus, E.J. 1067

Znużony jeździec poczuł przypływ ulgi, gdy wreszcie z ponurej, oświetlonej jedynie blaskiem księżyca ciemności wyłonił się jego cel. Długo nie wierzył, że misja zakończy się powodzeniem. Gdyby zawiódł, zginąłby, nie mając nawet szansy, by poczuć żal.

Gałęzie drzew skrzypiały w rytm spokojnego oddechu nocy. Jego dźwięk był łagodny i miękki, w przeciwieństwie do gwałtownych odgłosów zasysania i cmokania wydawanych przez błoto, w którym grzązł wierzchowiec. Jeździec zadrżał pod przemoczonym płaszczem i przesunął pakunek, który miał starannie obwiązany wokół ciała, po czym zabrał się do przekładania rozmaitej broni, zarówno tej, którą widać było na pierwszy rzut oka, jak i ukrytej pod przeszywaną skórzaną zbroją. Przypomniał sobie, że przecież gdyby tamci zamierzali z nim skończyć, cały jego oręż i lata wyszkolenia zdałyby się na nic.

Kiedy dotarł do celu, przelotna ulga, jaką czuł jeszcze przed chwilą, ustąpiła wątpliwościom dręczącym go od początku misji. Uderzyła go fala gorąca i niepokoju. Lojalność i honor nie mogły motywować bez końca. Wnętrzności mężczyzny skręciły się niczym zaciskający sznur. Wisielcza pętla. Ale nie, ci ludzie nie zawracaliby sobie tym głowy. A on sam nawet by się nie zorientował. W jednej chwili by żył, oddychał i myślał, a w następnej przestałby istnieć.

Jeździec nie brał nawet pod uwagę, że mógłby w ten sposób spotkać się ze Stwórcą. Chwała życia po śmierci nie istniała dla takich jak on. Każdy związany przysięgą, kto zwróciłby na siebie uwagę suwerena, nie mógłby żywić nadziei na odkupienie swojej duszy. No a przecież lojalność i honor nie mogły motywować bez końca.

Jego koń dowlókł się bliżej złowieszczej fortecy, a on sam rozmyślał, co przyniesie przyszłość. Jak go przyjmą? Czy jego sukces zostanie uznany za coś po prostu oczywistego – zwykłe wypełnienie obowiązków, nawet jeśli wiązało się z wysiłkiem i występkiem? Czy mógł żywić nadzieję, że zostanie pochwalony za okazaną odwagę i niezachwiane oddanie suwerenowi? Mruknął cicho. Mam na to mniej więcej taką samą szansę jak na spotkanie ze Stwórcą, pomyślał cierpko. Jeśli nie zabiją go tutaj, równie dobrze mógł umrzeć po powrocie do swojego pana, po wypełnieniu powinności.

Czy suweren wreszcie obdarzył go najwyższym zaufaniem, zlecając mu tę misję, czy ostatecznie był to ślepy zaułek jego kariery, w którym czekała go śmierć? Nigdy nie przyszło mu do głowy, że mógłby nie wrócić. Zresztą gdyby uciekł, byłby ścigany i nie minęłoby wiele czasu, nim ktoś pozbawiłby go życia. Krótkie dni, może zaledwie godziny wolności, wypełniłyby się strachem i grozą. Nie, ucieczka nigdy nie wchodziła w grę. Nawet gdyby istniała choć najmniejsza szansa powodzenia, nie skorzystałby z niej. Był przecież lojalny i miał swój honor.

Gdy pokonywał ostatnie kroki dzielące go od potężnej żelaznej bramy, odetchnął głęboko, próbując się uspokoić. Zatrzymał wierzchowca i czekał. Nie było potrzeby, żeby pukaniem czy okrzykiem oznajmiał swoją obecność. Wiedzieli, że tu jest, na długo przed tym, jak dostrzegł mroczną cytadelę. Olbrzymie wrota zadrżały, a potem rozwarły się w nienaturalnej ciszy, nie licząc świstu powietrza zasysanego przez korytarz wijący się wokół potwornej budowli.

Dźgnął konia piętami i przejechał przez cień, bez wątpienia najciemniejszy, jaki kiedykolwiek napotkał. Wzdrygnął się, gdy przez myśl przemknęły mu konsekwencje przekroczenia tej zasłony. Z ocienionej wnęki wyłoniła się przed nim oblana księżycowym blaskiem postać. Inni mogli nazywać tę wnękę drzwiami do głównego korytarza, dla niego był to bardziej portal do H’khajnak, krainy demonów.

Wojownik odetchnął, by wziąć się w garść, i zmusił się do rozluźnienia chwytu na wodzach. Całe ciało wciąż jednak trwało w napięciu. Rumak parsknął i tupnął, niewątpliwie wyczuwając zdenerwowanie jeźdźca. Cała groza i wszystkie niebezpieczeństwa, na jakie narażał się mężczyzna, żeby tu dotrzeć, zlały się w końcu w jeden obezwładniający strumień. Nie tak powinien się zachowywać doświadczony weteran. Być może w końcu go złamano.

Pomimo panującego mroku księżyc błyszczał jasno i jeździec dostrzegł rysy zbliżającej się postaci. Był to mężczyzna w średnim wieku i o poważnej twarzy, która wydawała się zdolna do wyrażania tylko dwóch emocji: obojętnego spokoju i grymasu niezadowolenia. Księżycowy blask odbijał się od łysiny na czubku głowy, ale pochłaniał go ciemny, szorstki materiał szaty sięgającej do połowy ud, narzuconej na prostą tunikę. Nawet jeśli pas u spodni miał sprzączkę, nie było jej widać, ponieważ nic, co miał na sobie mężczyzna, nie odbijało światła.

Gdyby zakrył głowę, zapewne mógłby zupełnie zniknąć, o co najprawdopodobniej chodziło. Choć nie nosił widocznej broni, z pewnością był dobrze uzbrojony. Zatrzymał się w odległości kilku kroków, lecz nie rozkazał jeźdźcowi, by zsiadł z wierzchowca.

– Przywiozłeś to? – odezwał się cichym, szorstkim głosem.

– Tak... – wychrypiał jeździec. Odchrząknął i spróbował jeszcze raz: – Tak, przywiozłem ci go.

– Nie ma większego znaczenia, jak to nazwiesz. Może być „go”, jeśli wolisz. To już nieistotne – prychnął mężczyzna.

W wojowniku uczucie przerażenia ustąpiło miejsca wzburzeniu.

– Niezależnie od twoich zamiarów lepiej nie zapominaj, kim on jest. Inaczej możesz pożałować.

Mężczyzna w ciemnej szacie niemal zachichotał. Niemal.

– Nie byłem świadom, że masz wieszcze talenty. Sam natomiast lepiej zapamiętaj, że to – wymierzył sękaty palec w pakunek spoczywający na piersi wojownika – nie jest osoba. To broń, niedawno wykuta i jeszcze nie naostrzona. Każdy, kto to spotka, nie będzie tego pamiętać, bo nie będzie już żył.

 

– To dotyczy również ciebie? – parsknął jeździec.

W końcu zdał sobie sprawę z sytuacji, w jakiej się znalazł. Może jednak powinien był uciec. Z pewnością by go znaleźli, ale zanimby zginął, pewnie zdołałby gdzieś ukryć to dziecko, może u jakiejś kochającej rodziny. A jeśli zabezpieczyłby malcowi przyszłość, mógłby rzucić się na własny miecz, żeby tamci nie wyciągnęli z niego informacji na torturach.

Lekko ścisnął niewielkie zawiniątko, które zareagowało cichym, bulgotliwym gaworzeniem.

– Będę żył tak długo, na ile posłuży to mojemu celowi, tak samo jak ty – odparł skryty w cieniu mężczyzna, po którego twarzy błąkał się okrutny uśmiech. – Żaden z nas nie może liczyć na nic więcej. Teraz oddaj to. Już nie jest twoim problemem.


Trzasnęła kość, rozsunęły się mięśnie i gorąca krew trysnęła z poszarpanej rany. Straszliwy wrzask odbił się echem od kamiennych ścian i skłonił wszechobecnych czarnych strażników do ucieczki. Gdy krzyk zgasł do jękliwego łkania, kruki wróciły na swoje grzędy: szare gałęzie żałosnej imitacji drzewa zajmującego dziedziniec.

– Cisza! – Rozkazowi towarzyszył trzask bicza i lekki, zduszony okrzyk. – Nie możesz pozwolić, żeby cię usłyszano, nawet gdy jesteś ranny. Zwłaszcza gdy jesteś ranny. Cisza! Zawsze. Zachowuj. Ciszę.

Urywane łkanie powoli ustąpiło cichemu jękowi i pociąganiu nosem, gdy młody Rezkin zebrał się w sobie. W wieku sześciu lat już dobrze wiedział, że nie powinien był krzyczeć. Zachował się głupio, tak głupio. Musiał szybko myśleć. W każdej chwili mistrz Jaiardun mógł zacząć zadawać pytania i domagać się odpowiedzi, a jeśli jej nie uzyska, wymierzy jeszcze dotkliwszą karę.

Jak to się stało, że upadł? Powinien był zachować większą ostrożność. Gdyby mknąc po blankach, prawidłowo przenosił ciężar, nie poślizgnąłby się na obluzowanym kamieniu. Musiał być zawsze przygotowany do reakcji na nierówne lub zdradliwe podłoże. Tak pędził, by nadrobić stracony czas, że z nieuwagi zaplątał się w sznur. Rezkina zgubił jednak nie upadek, choć i on prowadziłby do poważnej kary. Nie, jego los przypieczętował krzyk.

W końcu zdołał zaczerpnąć pełny oddech i zaczęło mu się przejaśniać pole widzenia. Przez chwilę z powodu intensywnego bólu nic nie widział, umysł zalewały mu żar i światło. Zawroty głowy groziły utratą przytomności... lub śniadania, ale na szczęście obie te rzeczy zdołał utrzymać, unikając w ten sposób surowych konsekwencji. Wpadłby wówczas w znacznie gorsze kłopoty niż obecnie.

Krzycząc, ściągał na siebie uwagę, lecz przynajmniej wciąż mógł się bronić lub popełnić samobójstwo, żeby nie dopuścić do pojmania. Utrata świadomości oznaczałaby, że zostałby odkryty i wzięty żywcem. Do czegoś takiego nigdy nie mogło dojść, Zasada 117.

Rezkin wiedział to wszystko, a jednak nie potrafił powstrzymać odruchowych odgłosów, jakie wydobywały się z jego małych płuc.

Padł na niego cień i w górze zamajaczył mistrz Jaiardun. Miał czerwoną twarz, a widoczne nad wyraźnym grymasem niezadowolenia oczy gorzały furią.

– Zawiodłeś! Wytłumacz się.

Rezkin przełknął gulę w gardle i zaczerpnął przez nos kilka drżących oddechów, zanim na tyle powstrzymał mdłości, by móc się odezwać.

– Mistrzu, źle postawiłem ciężar i poślizgnąłem się na luźnym kamieniu. Upadłem.

– Widzę, że upadłeś – warknął Jaiardun. – Wciąż jesteś zbyt słaby. Nie potrafiłeś opanować bólu. Będziesz pilnie pracował nad nauczeniem się tego. Możesz być tego pewien. A teraz nastaw to – powiedział mistrz, niedbale wskazując ranę.

Owa rana pulsowała bólem tak przytłaczającym, że Rezkin wciąż nie był pewien, czy zachowa przytomność. Gdy tylko jego wzrok padł na zakrwawione krawędzie kości wystającej pomiędzy rozerwaną wełnianą tkaniną, zakręciło mu się w głowie i ostatecznie pozbył się śniadania. Gdy skończył wymiotować, załkał.

– Mistrzu, nie umiem.

– Zatem umrzesz – rzucił drwiąco Jaiardun. – Wydaje ci się, że zawsze będziesz miał kogoś do pomocy? Nie! Musisz być sam. Jeden. Nikt nie udzieli ci wsparcia. Nikt się tobą nie przejmie. Jeśli cię znajdą, to albo zabiją cię od razu, albo wyciągną informacje na torturach i zabiją później.

Rezkin pociągnął nosem i zaskomlał, niepewnie sięgając dłonią ku nodze. Złamanie nastąpiło w połowie goleni. Mogło skończyć się znacznie gorzej. Upadek z siedmiu metrów z łatwością mógł zabić człowieka. Chłopiec był świadom, że zapewne odniósł też inne obrażenia, ale ból rozchodzący się z nogi przysłaniał wszystko inne. Podciągnął nogawkę, by odsłonić ranę, i znów ogarnęły go mdłości.

– J-ja nie potrafię, mistrzu – załkał.

– Mężczyźni muszą sami opatrywać swoje zranienia – stwierdził Jaiardun, jakby to było takie proste.

– Ale ja jestem tylko małym mężczyzną – odparł Rezkin. – Nie wiem jak.

– To żadna wymówka! Nawet jeśli małym, to wciąż jesteś mężczyzną. Ale nigdy nie staniesz się dużym mężczyzną, jeśli nie nauczysz się tej Umiejętności – złajał go nauczyciel.

– Jaiardun, dość – zza Rezkina dobiegł łagodny, lecz stanowczy głos.

Zaskoczony chłopiec obrócił gwałtownie głowę i poczuł ostry ból promieniujący z nogi. Powinien był usłyszeć zbliżającego się mistrza Peidera. Powinien był wiedzieć, gdzie konkretnie znajduje się starzec. Rezkin zaczął martwić się o stan swojego umysłu. Jak to możliwe, że wciąż zawodził?

Peider przyjrzał się krytycznie chłopakowi. Widząc wyraźną panikę na jego twarzy, stwierdził:

– To ból, Rezkinie. Ogłupia mózg. Sprawia, że człowiek nie może klarownie myśleć, może natomiast łatwo stracić świadomość swojego otoczenia, a czasami nawet zapomnieć, kim jest albo jaki stoi przed nim cel. Rana jest szkodliwa. Ból może prowadzić do śmierci.

Peider obrócił się do Jaiarduna.

– Zabiorę go – oznajmił spokojnym, pewnym głosem. – Jeśli ta rana nie zostanie odpowiednio opatrzona przez biegłego uzdrowiciela, może zniweczyć całe nasze szkolenie. Chłopiec stanie się bezużytecznym kaleką.

– Musi się nauczyć sam opatrywać takie urazy – zripostował niezadowolony Jaiardun. – Jeśli w przyszłości nie popełni już nigdy podobnego błędu, będzie to jego jedyna rana tego rodzaju, a potrzebne mu doświadczenie. Poza tym oduczy się lekkomyślności.

Peider zmarszczył brwi.

– Jestem pewien, że już żałuje swojej lekkomyślności. Nie znieczulę go podczas opatrywania. Będzie obserwował, jak się to robi, żeby wiedzieć, jak samodzielnie zająć się takim urazem w przyszłości. Mimo to będę musiał użyć odrobiny mocy, żeby pobudzić i przyspieszyć proces leczenia, chyba że wolisz, żeby przez następnych sześć miesięcy nie był zdolny do szkolenia. Oczywiście sam nie zdoła zrobić czegoś podobnego.

– W porządku – prychnął mistrz Jaiardun. – Tylko dopilnuj, żeby miał z tego nauczkę. Nic by nie dało, gdyby przespał opatrywanie rany i nie odebrał z niego lekcji. – Popatrzył z namysłem na Rezkina. – Staniesz znów przede mną, gdy się wyleczysz. Nie będzie to dla ciebie przyjemne.

„Przyjemne”? Co to miało znaczyć? Rezkin zmarszczył brwi na swojej małej twarzy. Nie był pewien, o co chodziło z tym „przyjemnym”, ale chyba o coś związanego z dużymi mężczyznami. Będzie musiał spytać o to później mistrza Peidera.

Wiedział, że ma wiele do nauczenia się o sprawach dużych mężczyzn. Mistrzowie wyjaśnili mu, że ludzie pojawiają się na tym świecie bardzo mali i pozbawieni wiedzy. Aby stać się dużym człowiekiem, musiał nauczyć się Zasad i Umiejętności. Ignorancja (czyli nieznajomość Zasad i Umiejętności) nie tłumaczyła porażki. Mali mężczyźni byli zawsze karani za naruszenia (czyli łamanie Zasad lub niepowodzenie podczas korzystania z Umiejętności), a gdy stawali się więksi, karano ich mniej, ponieważ znali już jedno i drugie.

Rezkin chciał szybko stać się dużym mężczyzną, pracował więc bardzo ciężko, żeby poznać wszystkie Zasady i Umiejętności. Niestety, właśnie poniósł okropną porażkę z Umiejętnościami. Złamał także Zasadę 6: „Nie daj się zranić” i Zasadę 12: „Nie hałasuj”. Gdy mistrz Peider nachylił się, by go podnieść, chłopiec wciągnął powietrze i dostrzegł na bruku krew oraz wymiociny. Za chwilę złamie Zasadę 10: „Nie zostawiaj śladów”... Kiedy Peider uniósł go nad ziemię, Rezkina przeszył rozdzierający ból i wszystko pogrążyło się w czerni.


Rezkin sięgnął ku kołyszącej się gałęzi i z trudem złapał opuszkami palców szorstką korę. Gdy tylko chwycił podporę, użył znacznej siły kryjącej się w jego żylastej sylwetce, żeby się podciągnąć. Przycupnął na konarze, znów rozglądając się wokół siebie. Wciąż doskonalił swoje Umiejętności obserwacyjne.

Mistrz Jaiardun zapewnił go, że gdy stanie się w pełni dojrzałym dużym mężczyzną, nie będzie już musiał tak mocno koncentrować się na otoczeniu. Umiejętność w takim stopniu wyryje się w jego umyśle, że będzie ją stosował odruchowo, nie zastanawiając się nad tym. Jednak na razie musiał się skupiać. Adwersarze Farson i Adona znajdowali się gdzieś tutaj i szukali go. Było to zdecydowanie najtrudniejsze zadanie, jakie dotąd otrzymał. Nie tylko musiał zakraść się do fortecy, do tego za dnia, lecz także „mieszkańcy” zostali uprzedzeni o jego nadejściu.

Nie dostrzegał żadnego ruchu na dziedzińcu ani na balkonie przed sobą. Nie zauważał żadnych śladów świadczących, że ktoś się tam ukrywał. Rozejrzał się po okolicy widzeniem peryferyjnym. Czasami kątem oka dawało się zobaczyć coś, co nie było widoczne w sposób bezpośredni. Wciąż nic się nie pojawiło.

Odetchnął głęboko i podniósł się, balansując ciężarem ciała na piętach. W normalnych okolicznościach obróciłby stopy na bok, by zejść po spirali z drzewa, jednak to, co zamierzał, wymagało szybkości i siły. Bez chwili wahania rzucił się naprzód, ledwo dotykając stopami solidnego konaru, po czym skoczył w powietrze.

Gdy już zaczął sądzić, że źle ocenił odległość, osiągnął balustradę balkonu. Silne dłonie chwyciły rzeźbiony kamień i Rezkin ugiął nogi, by dotknąć stopami ściany poniżej. Stopy przyjęły impet uderzenia i chłopak odepchnął się od muru niczym żmija. Wystrzelił w górę i przemknął nad balustradą, by wylądować delikatnie w cieniu kamiennej ściany.

Miękkie buty lekko i bezszelestnie dotknęły płyt podłogi. Drzwi prowadzące na balkon z pewnością będą zamknięte, ale to nie powinno stanowić problemu – już nie. W minionym roku zdobył Umiejętność otwierania zamków. Obecnie, w wieku dwunastu lat, skupiał się na kilku innych Umiejętnościach, przy czym najbardziej na zakradaniu się za dnia.

Jego zadanie polegało na wejściu do fortecy i zabraniu przedmiotu ze wskazanego wcześniej miejsca, po czym przekazaniu rzeczonego przedmiotu mistrzowi czekającemu w stajni. Wymagano od niego, nie tylko by nie dał się schwytać, lecz także by osiągnął sukces w taki sposób, aby nikt nie zauważył zniknięcia obiektu, zanim Rezkin zakończy misję.

Pięciu adwersarzy otrzymało role strażników pełniących wartę w konkretnych miejscach, czterech patrolowało teren, dwóch zaś, Farson i Adona, aktywnie go szukało. Adwersarzom wolno było zaglądać do pomieszczenia z artefaktem tylko raz na dwadzieścia minut, dysponował więc akurat czasem, żeby go zdobyć.

Rezkin musiał zaplanować całe wejście samodzielnie, co stanowiło element jego Umiejętności określanej jako „strategia i taktyka zakradania się”. Sprawę jeszcze bardziej utrudniało to, że w tym konkretnym ćwiczeniu nie wolno mu było zabić ani nawet zaatakować żadnego ze strażników. Rzeczywistym celem zadania było sprawdzenie, czy chłopak zdoła wślizgnąć się w taki sposób, by nikt tego nie zauważył.

Przecisnął się przez drzwi balkonowe, po czym zaryglował je za sobą. Nie zamierzał wychodzić tą samą drogą, upewnił się więc, że nie zostawi śladów swojej obecności. Niezamknięte wejście z miejsca by go zdradziło.

Zdecydował się na wykorzystanie tego balkonu, ponieważ był tak oczywisty. Gdyby „mieszkańcy” nie spodziewali się włamania, nigdy nie wybrałby tej drogi. Skoro jednak już go szukali, nigdy nie pomyślą, że postawiłby na tak banalne rozwiązanie.

Przemknął jak najszybciej przez salon, przykucnięty, w razie gdyby ktoś spoglądał przez liczne, duże i otwarte okna. Wyprostował się przy drzwiach prowadzących na korytarz i przyłożył do nich ucho. Obserwował światło dobiegające przez szczelinę przy podłodze i starał się wyczuć najlżejsze podmuchy. Gdy upewnił się, że nikt nie czai się po drugiej stronie, bardzo ostrożnie uchylił drzwi, tylko na tyle, by prześlizgnąć się przez szparę. Podniósł wzrok i zmartwiał.

 

Serce dudniło mu szaleńczo, a jego uwagę przyciągnął zakuty w zbroję strażnik spokojnie stojący na baczność naprzeciwko niego.

Zbroja. Rezkin odetchnął głęboko, żeby uspokoić szalejące tętno. Pełna zbroja płytowa. Żaden strażnik nie nosił takiego pancerza. Był to jedynie wystawiony eksponat. Tylko że nigdy dotąd korytarza nie ozdabiała zbroja. Postawili ją tutaj, żeby go zdezorientować lub zdenerwować. Uświadomił sobie, że musi się pospieszyć. Jeśli zdecydowali się na taki krok, wówczas musieli rozważyć możliwość, że jednak wybierze to wejście. Nie dało się stwierdzić, co jeszcze mogli zmienić, by wprowadzić go w błąd.

Chłopak wiedział, że ma tylko chwilę, zanim kolejny strażnik zajdzie do tego korytarza. Szybko i cicho przekradł się na jego koniec, do rozwidlenia w kształcie litery T. Tam sprawa się skomplikowała. Trzydzieści kroków w lewo znajdowało się kolejne skrzyżowanie. Wartownik minie je w tej samej chwili, gdy inny patrolujący strażnik wejdzie w hol, w którym Rezkin akurat stał. Musiał wślizgnąć się w drugi korytarz dokładnie w tym samym momencie, kiedy drugi wartownik zniknie z pola widzenia, inaczej dostrzeże go pierwszy.

Zbrojni wykorzystywali czasomierze do koordynowania swoich wysiłków. Chłopiec nie posiadał takiego urządzenia, ale dwa dni wcześniej otrzymał rozkład zmian, co stanowiło odpowiednik sytuacji, w której miałby szpiega w rezydencji. W takim stopniu zapamiętał trasy patroli i przemieszczenia wartowników względem siebie, że wręcz śnił o nich minionej nocy.

Nadstawił uszu. Czy to był szelest? Rezkin starał się dosłyszeć kroki strażnika w trzecim korytarzu. Są. Był pewien, że dobiegło go skrzypnięcie. Dwa kolejne oddechy dadzą wartownikowi wystarczająco dużo czasu na przejście. Chłopak odetchnął i wyjrzał za róg, akurat gdy za następnym narożnikiem znikały brązowe włosy. Zerwał się i wpadł do drugiego holu, słysząc już szelest stóp w przejściu, które właśnie opuścił.

Nasłuchiwał przez chwilę. Żadnych odgłosów biegu. Znów odetchnął bezgłośnie. Strażnik go nie zauważył. Na szczęście nie musiał się przejmować wymykaniem wszystkim pilnującym, ponieważ byli rozmieszczeni w całej fortecy. Jeśli zdoła uniknąć drugiego z wartowników oraz tego, który stał na warcie w pobliżu celu, będzie dobrze – przynajmniej póki nie dostanie przedmiotu w ręce. Później będzie musiał się wyślizgnąć, zanim zorientują się, że się tutaj zakradł.

Dotarł do kolejnego rozwidlenia i wyjrzał za róg. Drugi strażnik oddalał się od niego. Rezkin nie miał czasu czekać, aż mężczyzna opuści korytarz, musiał zatem podążać za nim po cichu w nadziei, że tamten się nie odwróci.

Dwadzieścia pięć kroków dalej znajdowała się wnęka prowadząca do schowka, przez który przechodziło się do nieużywanych korytarzy dla służby. Oczywiście w fortecy nie pracowali służący, ale Rezkin słyszał, że dawno temu warownia miała inne przeznaczenie. Nikt nie uznał za stosowne przekazać mu, na czym ono polegało. Nie miało to znaczenia. Zamierzał dziś skorzystać z tych korytarzy.

Przesuwając się bezszelestnie za wartownikiem, chłopak nagle poczuł mrowienie i włoski na karku stanęły mu dęba. Wiedział, że ktoś zbliża się od tyłu. Wystrzelił naprzód najszybciej jak mógł, licząc na to, że nie wyda przy tym żadnych odgłosów, i wślizgnął się do wnęki. Dudniło mu serce, a dźwięk krwi szumiącej w uszach utrudniał dosłyszenie, czy ktoś go ściga.

Rezkin odetchnął kilkakrotnie, sięgając drżącymi palcami do sakiewki przy pasie. Szybko wyciągnął mały gliniany słoik zamknięty korkową zatyczką. Sięgnął do środka i nabrał grudę gęstego smaru zrobionego z wieprzowego smalcu. Urywanymi ruchami posmarował stare zawiasy schowka, zamknął z powrotem słoiczek i wstrzymując dech, pchnął ciężkie drzwi. Otworzyły się łagodnie i bezszelestnie do wewnątrz, a on odetchnął lekko.

Przemknął do środka i zamknął drzwi za sobą w tej samej chwili, gdy w polu widzenia w niszy pojawił się ciężki but. W tym momencie nie powinno tam być żadnego strażnika, a więc but zapewne należał do Farsona lub Adony. Rezkin musiał działać szybko. Jeśli któryś z adwersarzy postanowi teraz sprawdzić schowek, chłopak będzie skończony.

Po nasmarowaniu zawiasów kolejnych drzwi pchnął je, ale nie chciały się otworzyć. Uświadomił sobie, że będzie musiał naprzeć na nie całym ciężarem, i miał nadzieję, że odgłos nie okaże się na tyle głośny, by ostrzec strażników. Potrzebował trzech prób, ale w końcu drzwi rozwarły się z głuchym stuknięciem. Rezkin skrzywił się na ten dźwięk. Oczywiście złamał Zasadę 12... znowu. Chyba była najtrudniejsza. Niektóre wydawały się znacznie prostsze, na przykład Zasada 156: „Nie umieraj”.

Ruszył korytarzem i nagle się zatrzymał. Obejrzał się za siebie i od razu uświadomił sobie, że popełnił błąd. Kolejna zasada złamana. Zasada 10, znowu. „Nie zostawiaj śladów”. Podłogę pokrywał kurz, w którym widać teraz było odciski jego stóp. Zastanowił się, co może zrobić, i uznał, że ma tylko trzy możliwości.

Po pierwsze, mógł próbować znaleźć sposób, by zamaskować ślady, co byłoby trudne i czasochłonne. Po drugie, mógł sprzątnąć całe przejście, co wprawdzie usunęłoby ślady, ale mogłoby ostrzec wartowników, że ktoś tędy niedawno przechodził. Ta metoda również była czasochłonna, poza tym nie miał miotły. No i narobiłby hałasu. Chłopak zdecydował, że musi mu wystarczyć trzecie rozwiązanie. Pójdzie po prostu dalej i będzie liczył na to, że użycie niewykorzystywanego korytarza pozwoli mu zaliczyć sprawdzian. Raczej mało prawdopodobne, że ktoś tu zajrzy i odkryje jego trop.

Przejście dla służby skręcało kilka razy i dwukrotnie się rozwidliło, zanim Rezkin wkroczył przez kolejne drzwi do wychodka. Jeden wdech wystarczył, żeby chłopiec się zakrztusił i uświadomił sobie, że przydałoby się tu posprzątać. On sam zdecydowanie nie miał zamiaru tego robić. Uchylił drugie prowadzące z ustępu drzwi i wyjrzał na korytarz.

Pokój, który stanowił jego cel, leżał zaledwie dziesięć metrów na lewo, po przeciwnej stronie holu. Mistrzowie nie postawili strażnika przy samych drzwiach, ponieważ wtedy nie dałoby się zaliczyć sprawdzianu. Zamiast tego patrolujący wartownik miał mijać pomieszczenie co dwie minuty.

Rezkin przymknął z powrotem drzwi, gdy zza rogu wyłonił się strażnik. Byłoby znacznie prościej, gdyby chłopak mógł po prostu zabijać pilnujących, ale nie na tym polegało zadanie. Odczekał w napięciu, aż mężczyzna przejdzie, po czym policzył do piętnastu, zanim sprawdził, czy pilnujący skręcił w inny korytarz. Zamknął za sobą wychodek i bezgłośnie przemknął pod właściwe pomieszczenie.

Nacisnął klamkę, ale zamek oczywiście został przekręcony. Nie był to żaden problem dla włamywacza, więc szybko go otworzył, ale zdążył zaledwie o włos przed kolejnym wartownikiem.

Gdy wślizgnął się do środka, westchnął. Nikt nie wejdzie tu przez następnych dwanaście minut. Wolałby znaleźć się na miejscu zaraz po poprzedniej inspekcji, żeby mieć do dyspozycji pełne dwadzieścia minut na opuszczenie fortecy i powrót do mistrza, ale wtedy spodziewaliby się go w pobliżu. Wolał zatem odczekać nieco kosztem odrobiny czasu mogącego służyć do ucieczki.

Mistrzowie nie powiedzieli mu, czego mógł się spodziewać wewnątrz. Sądził, że będzie musiał szukać wskazanego przedmiotu, ale ku jego uldze leżał on na stojaku na toaletce. Był to naszyjnik na cienkim srebrnym łańcuszku i z zielonym kamieniem barwy młodych letnich liści. Rezkin uniósł go do światła.

Docenił stopień wypolerowania i odbijania światła, pozwalający użyć obiektu do dawania sygnałów partnerowi podczas misji, ale poza tym nie dostrzegał w nim żadnych przydatnych cech. Dzięki odebranym naukom rozumiał, że ludzie ozdabiali się biżuterią, ponieważ chcieli sprawić, że będą wydawali się ważni lub pociągający. Nie rozumiał, w jaki sposób nałożenie sobie na szyję metalu i kamieni mogło zwiększyć czyjeś przymioty. Może chodziło o jakiś efekt hipnotyzujący. Podczas szkolenia ze sztuki przetrwania dowiedział się, że można było stosować błyszczące obiekty, żeby wabić ryby, zatem całkiem możliwe, że ten naszyjnik wywierał podobny efekt na ludzi.

Młodzieniec pokręcił głową i wsunął przedmiot do sakiewki przy pasku. Zmarszczył brwi, spoglądając na pusty stojak. Wyraźnie było widać, że czegoś tam brakuje. Rozejrzał się i nagle go olśniło. Musiał działać szybko, ponieważ kończył mu się czas. Przemknął do łóżka i chwycił długi frędzel wykonany ze splecionej srebrnej nici. Wyciągnął z niego kilka pasm i skręcił je ze sobą, podchodząc do bocznego stolika. Stała tam ozdobna lampa oliwna, z której szczytu zwisały wielokolorowe szklane paciorki.

Przechylił lampę, żeby zabrać zielony paciorek z tyłu, po czym nawlókł go na srebrne pasmo i wrócił do toaletki. Zawiesił udawaną błyskotkę na stojaku i przeszedł pod drzwi. Przy bliższym przyjrzeniu stanie się oczywiście jasne, że naszyjnik nie jest prawdziwy, ale jeśli strażnicy zerkną jedynie do środka, mogą nie dostrzec zniknięcia oryginału. Ten fortel miał szansę zapewnić mu więcej czasu, jeżeli ucieczka nie będzie szła sprawnie.

Przycisnął ucho do drzwi, starannie nasłuchując kroków przechodzącego wartownika, po czym wykradł się z pomieszczenia. Pomknął korytarzem, rozejrzał się szybko i skoczył za róg. Rozplanował swój czas, uwzględniając konieczność szukania obiektu, więc po wykonaniu podróbki wcale nie był do tyłu. Nie mógł jednak czuć się odprężony, ponieważ teraz zostało mu tylko osiem minut na dotarcie z powrotem do mistrza, zanim ktoś zajrzy do pomieszczenia z naszyjnikiem.

Jeszcze dwukrotnie młodzieniec musiał czekać, aż strażnicy przejdą za róg, a gdy znalazł się na poddaszu, był już przygotowany mentalnie na najbardziej śmiałą... lub lekkomyślną, a już na pewno najniebezpieczniejszą część planu. Okna poddasza były już otwarte, podszedł więc do nich ostrożnie, pamiętając, że wciąż nie ma pojęcia, gdzie znajdują się Farson lub Adona. Kryjąc się w cieniu, wyjrzał do ogrodu poniżej. Nie dostrzegł żadnego ruchu ani ludzkich sylwetek. Podejmując konieczne ryzyko, wychylił głowę na zewnątrz, rozejrzał się po dachu po bokach oraz nad sobą – i znów nikogo nie zauważył.

Wyszedł na parapet i przyjrzał się drodze ucieczki. Od ziemi dzieliło go dziewięć metrów i nie był pewien, czy prządki losu pozwoliłyby mu przetrwać taki upadek. Ogród otoczony był trzymetrowym kamiennym murem, na którym umieszczono półtorametrowe żelazne ogrodzenie. W wieku dwunastu lat Rezkin miał niewiele ponad półtora metra wzrostu, zatem gdyby zwiesił się z parapetu, musiałby opaść zaledwie trzy metry do ogrodzenia. Wieńczyły je jednak długie na trzydzieści centymetrów metalowe szpikulce, zatem chłopiec zostałby zmuszony do wcelowania stopami w poprzeczki między kolcami, inaczej nabiłby się na ostrza. Poza tym te poprzeczki miały dosłownie kilka centymetrów szerokości, a trzeba by utrzymać na nich równowagę.