Bez przeszłościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

THE MOTION OF PUPPETS

Copyright © 2016 by Keith Donohue

Published by arrangement with Picador, New York

All rights reserved.

Projekt okładki

Joanna Wasilewska

Zdjęcie na okładce

© Eleanor Caputo/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Mirosława Kostrzyńska

Marianna Chałupczak

ISBN 978-83-8123-831-1

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Gintrowskiego 28, 02–697 Warszawa

www.proszynski.pl

Dla Billa i Luise Pughów

Why did you glance back?

Why did you hesitate for that moment?

[Czemu obejrzałeś się za siebie?

Czemu zawahałeś się w tamtej chwili?]

– H.D. Eurydice

KSIĘGA I

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Zakochała się w marionetce.

Bo była piękna, bo była rzadka, bo nie mogła być jej. Za każdym razem, gdy przechodziła obok zakurzonej witryny sklepiku Quatre Mains, szukała jej wzrokiem. Podtrzymywana przez niewidoczną podstawkę, lalka stała pod szklanym kloszem. Dwie wywiercone czarne dziurki w jej ledwo zarysowanej twarzy były oczami. Gładką pozbawioną włosów głowę za pomocą drewnianego zawiasu osadzono na tułowiu, który wyciosano z jednego kawałka topolowego drewna, ściemniałego przez stulecia, a proste kończyny miały przebite dłonie i stopy. Zwyczajna pętelka wystawała z czubka głowy. Przez wszystkie te otwory dawno nie były przewleczone żadne nici, lecz lalka wyraźnie była prymitywną marionetką wystruganą przez rdzennego inuickiego rzemieślnika dawno temu: drewno, z którego ją wykonano, popękało z wiekiem wzdłuż słojów. Cienka szrama opasała jej tułów, jakby kiedyś przeszkodzono komuś, kto usiłował przeciąć tors na pół. Nie większa niż lalki z jej dzieciństwa, marionetka mierzyła co najwyżej trzydzieści centymetrów. Przedstawiająca mężczyznę postać czekała w zamyśleniu, aż ktoś wyzwoli ją ze szklanego więzienia. Krzywizny klosza pokrywała warstwa kurzu, a na pożółkłej, usianej brązowymi cętkami etykiecie przyklejonej do jego dolnej części widniały wyblakłe kaligrafowane litery: poupée ancienne.

Indianin był panem i władcą wszystkich zabawek w witrynie, które teraz wydawały się Kay znajome jak starzy przyjaciele. Mężczyźnie pod kloszem towarzyszyło sześć lalek – trzy po prawej i trzy po lewej stronie. Jaskrawo malowane, zastygłe w uśmiechu twarze o różanych policzkach lśniły w promieniach słońca, wpatrując się prosto przed siebie, wszystkie w ten sam punkt. Nie bawiono się nimi od bez mała stulecia, były pamiątkami z epoki wiktoriańskiej i czasów panowania króla Edwarda, miały grube brokatowe suknie i paltoty, a na głowach upięte gniazda gęstych włosów. Dwie trzymały w dłoniach złożone parasolki o szpicach ostrych jak włócznie. Brązowy niedźwiedź odziany w zdobiony koronkami czerwony fez i kamizelkę wyszywaną złotą nicią balansował na stalowym welocypedzie, jego futro było wytarte na łokciach i kolanach aż do osnowy. O niedźwiedzia opierała się pacynka: smutny pies z przydługimi uszami opadającymi aż na półkę – Kay rozpoznała w nim lalkę z programu dla dzieci nadawanego w pionierskich czasach telewizji. Punch i Judy o ordynarnych gębach, które wyblakły na słońcu, szczerzyli się w obleśnych uśmiechach. Punch unosił pałkę, zawsze gotów zdzielić nią małżonkę. Kiedy patrzyło się pod pewnym kątem, Judy zdawała się unosić ramiona, żeby się osłonić. Skryte cieniem, w nieładzie spoczywały inne zabawki: oddział ołowianych żołnierzyków w szkarłatnych płaszczach i czapkach z niedźwiedziego futra, para szklanych oczu o tęczówkach z lazurytu, waltornia dwa razy mniejsza niż zwykle, o zagięciach rurek pokrytych piękną zielonkawą patyną, i zbudowany z drewnianych członów wąż, ustawiony w takiej pozie, jakby gotów był ukąsić stąpającą w trawie nogę. Z tyłu za tą pstrokatą zbieraniną, na grubych sznurkach, których końce znikały pod belkami sufitu, wisiały marionetki czterech karych koni. W jednym z narożników witryny, między ścianą a stropem, rozpościerała się pajęczyna, aż uginająca się od kurzu; pod nią leżały dwie martwe pszczoły.

Wszystko wskazywało na to, że sklep Quatre Mains został opuszczony. Witryna nigdy się nie zmieniała, nic nie przemieściło się ani o milimetr od pierwszego tygodnia, gdy Kay i Theo przyjechali do Quebecu i poszli na pierwszą próbę cyrku. „Stój! Czy nie to nie urocze!”, zawołała wtedy Kay. Nikt nie wchodził i nie wychodził ze sklepu. Drzwi zawsze były zamknięte na cztery spusty. Wieczorem ani po południu, gdy nadciągały chmury burzowe, które opluwały dużymi kroplami deszczu stare witryny tutejszych sklepów, w Quatre Mains nigdy nie paliło się światło. W euforii świeżo upieczonego małżonka, żądny przygód Theo zaproponował raz, że po prostu włamią się do przybytku i zwiedzą jego ukryte zakamarki. Ponieważ w ramach przerw od samotniczej pracy miał więcej czasu na spacery niż Kay, odkrył, że kilka sklepów z antykami i osobliwościami na tych samych obrzeżach Starego Miasta, Vieux-Québec, nie radziło sobie na rynku i je też zamknięto, ale jego ponura interpretacja sytuacji wcale nie zrażała jej do snucia marzeń. Pragnęła poczuć pod palcami kształt marionetki. Chciała jej dotknąć. Na ulicy nie było oprócz niej żywego ducha, więc pochyliła się i uważnie przyjrzała lalce, przyciskając dłonie do brudnej szyby. Światło docierało tylko do pewnej granicy i ani trochę dalej. Dojrzała jedynie sylwetki i cienie, obietnicę czegoś więcej. Gorący oddech zostawił na szybie mgiełkę; gdy to zobaczyła, wytarła ją mankietem. Drewniany człowieczek w szklanym kloszu prawie niezauważalnie odwrócił głowę, przyglądając się jej, ale umknęło to uwagi Kay, bo właśnie pobiegła na próbę: znów spóźniona.

*

Kay obeszła stół dookoła i pochyliła się nad Theo, zarzuciła na niego smukłe ramiona, położyła dłonie na wysokości jego serca i przycisnęła, aż ujął je w swoje ręce. Pocałowała go lekko w policzek, jej długie włosy opadały mu przed oczami, tak że czuł się nią otulony aż do chwili, gdy poruszył ręką, a ona wyprostowała się i wybiegła, jak zawsze spóźniona, rzucając w pędzie słowa pożegnania. Następnym dźwiękiem, jaki usłyszał, był trzask zamykanych drzwi.

Cisza, która nastała, rozpraszała go bardziej niż hałas, jaki Kay robiła, gdy przygotowywała się do wyjścia. Przez godzinę Theo próbował pracować nad tłumaczeniem, łamiąc sobie głowę nad problemami, które zarzucił poprzedniego wieczoru, ale choć zależało mu na znalezieniu rozwiązań, czekał, mimo wszystko czekał, aż zostanie w mieszkaniu sam i będzie mógł się skupić. Nigdy nie zaczynał pracy w obecności Kay, nie chciał stracić okazji do wymiany choćby kilku słów, gdy się ubierała lub podczas posiłku, spożywanego wspólnie o trzeciej po południu, kiedy to jedli jajka z grzankami. Zazwyczaj zdawała się prawie nieświadoma tego, że Theo waha się ze względu na nią, że poświęca jej swoją uwagę, bo myślami była już we własnej pracy, przygotowując się do ruchów, których wieczorem będzie wymagał od niej występ. Rozciągała ręce i nogi, robiła skłony, a Theo przyglądał się temu ze swego krzesła, zachwycony jej niewymuszonym wdziękiem, a jednocześnie zastanawiał się nad konkretnym wyrażeniem, mot juste, z pomocą którego jak najcelniej oddałby brzmienie i znaczenie francuszczyzny po angielsku. Myślami był w obu miejscach naraz – z Kay i z dala od niej.

Kiedy przyjechali do miasta, starali się spędzać wspólnie jak najwięcej czasu i zwiedzali razem starą francuską dzielnicę. Większość popołudni Theo łaził za Kay niczym zakochany uczniak, gdy opuszczali mieszkanie na Dalhousie i szli labiryntem ulic do magazynu, gdzie odbywały się próby cyrkowe, potem zaś siadał z kawą i gazetą, przyglądając się występom – i tak tydzień w tydzień. Cyrkowcy spotykali się w magazynie każdego popołudnia, aby omówić wszelkie zmiany w przedstawieniu, a potem ruszali na swoją scenę na świeżym powietrzu. Później, gdy cykl występów się rozpoczął, Theo dołączał do widzów prowizorycznego teatru, który urządzono na okres letni na pustym placu pod estakadą. Miejsce było cudne: podwyższona scena otoczona ogrodzeniami i rusztowaniami, lampy łukowe i punktowe reflektory. Z balustrad zwisały liny i akrobaci zachwycali widzów, gdy huśtając się, znikali w mroku wieczornego nieba. Małe przyczepy kempingowe służyły za garderoby, a w głębi placu znajdowała się konsola, za pomocą której sterowano wszystkimi efektami specjalnymi. Większość widzów musiała oglądać występy na stojąco – jak szeregowa widownia Szekspirowskiego teatru Glob – ale były też dwie przenośne trybuny dla gości specjalnych oraz nieduża przestrzeń „zakulisowa”, gdzie często tłoczno było od artystów przygotowujących się do wyjścia na scenę lub schodzących z niej po zakończonym numerze. Właśnie zza kulis Theo co wieczór oglądał spektakl, przejęty każdym z występów żony, aż w końcu ta zwolniła go z tego obowiązku.

– Masz swoją pracę – powiedziała Kay. – Nie musisz chodzić ze mną codziennie na przedstawienie. Znudzi ci się. Ja ci się znudzę…

– Nigdy – zapewnił.

Zarumieniła się i odwróciła wzrok.

– Słodki jesteś, ale mówię serio. Masz swoją robotę.

Theo zastanawiał się, czy nie ma na myśli czegoś więcej: może jest zadowolona z tego, że przestał za nią łazić, cieszy się z tych kilku godzin rozłąki? Zdjął skuwkę z pióra i położył je na czystej kartce, a potem otworzył książkę, którą tłumaczył. Francuskie słowa zaczęły się tłoczyć przed jego oczami niczym rój pszczół. L’homme en mouvement, osobliwa historia bardzo osobliwego człowieka, dziewiętnastowiecznego fotografa Eadwearda Muybridge’a, mężczyzny, który studiował sztukę ruchu.

 

Gotowe tłumaczenie Theo miał złożyć u wydawcy za jedenaście tygodni, pierwszego września, ale na razie przełożył mniej więcej jedną trzecią książki, do miejsca, gdzie Muybridge w napadzie zazdrości morduje kochanka swej żony. Muybridge dowiedział się od gosposi, że żona pojechała z gachem do chatki za miastem, więc naładował pistolet, opuścił swoje biuro w San Francisco i pobiegł na ostatni prom na północ, a gdy przeprawił się na drugi brzeg, wsiadł do pociągu. Kiedy dotarł do końca linii kolejowej, wynajął powóz i kazał się zawieźć do chatki stojącej z dala od ludzkich siedlisk, żądając od biednego woźnicy, by mimo mroku nie szczędził bata. Wiedział, że jego młoda żona jest w chatce w towarzystwie Harry’ego Larkynsa. Kiedy kochanek żony otworzył mu drzwi, Muybridge strzelił mu prosto w serce. Amour fou. Theo zastanowił się nad możliwościami przetłumaczenia tego wyrażenia. Obłąkańcza miłość, zaślepienie namiętnością, zabójcza żądza. Co mogło pchnąć człowieka do tak skrajnego zachowania? Czy skoro zbrodnia została zaplanowana, można było ją uznać za efekt chwilowej niepoczytalności? Jeśli tak, to czy nie byłoby to równe szaleństwu powodowanemu tym samym niskim uczuciem zbłąkanego, trawionego obsesją serca? Szalona miłość, uznał i zadowolony ze swego wyboru napisał: „Powodowała nim szalona miłość do żony. Posunąłby się do wszystkiego”.

Theo dobrze wiedział, jak miłość potrafi przyćmić rozum. Kay była na tyle impulsywna, że przed ślubem raz czy dwa miał poważne wątpliwości: niepokoiło go jej sekretne życie, jej nagłe ucieczki. Ale ostatecznie oszalał na jej punkcie.

Na rzece Świętego Wawrzyńca, tuż pod jego oknami, rozległo się trąbienie statku. Theo skorzystał z pretekstu, wstał od stołu i sprawdził, co się dzieje. Łódź turystyczna, pływająca zarówno pod banderą z czerwonym liściem klonu, jak i pod ozdobioną lilią banderą Quebecu, przybijała do brzegu w drodze z Tadoussac – Theo był tego pewny – dokąd podróżni wyruszyli w poszukiwaniu wielorybów: długopłetwców, finwali, płetwali karłowatych, a czasem nawet płetwali błękitnych, które ściągają tu każdego lata, skuszone wielkimi ławicami ryb i krylu. Theo i Kay też wybrali się na taki rejs, kiedy trafił się im wolny dzień, i Kay była zafascynowana bieługami, które sunęły pod powierzchnią wody niczym białe widma. Usadowiwszy się przy oknie, patrzył, jak załoga wyskakuje i cumuje łódź, a potem wysiadają pasażerowie – niczym małe nakręcane lalki kroczące niepewnie po trapie. Mieli w sobie coś z ruchomych zdjęć Muybridge’a: studium ruchu szczurów lądowych. Ludzie w dole, jeden po drugim, łapali równowagę, a potem uciekali za krawędź obrazu, aż nie został już nikt i Theo poczuł się nieswojo, jak Bóg na wysokościach, któremu opustoszał świat.

W sercu Vieux-Québec dzwony kościelne biły na wieczorne nabożeństwo i Theo spojrzał na zegarek, zaskoczony, jak dużo czasu upłynęło, odkąd zapisał ostatnie zdanie. Praca rozłożona na stole gderliwie dopominała się o uwagę, ale nie był w stanie się na niej skupić. Może po kolacji, kiedy uporządkuje myśli. Wcisnął papiery i książki do skórzanej teczki, przewiesił ją sobie przez ramię i ruszył w miasto pogrążające się w zmierzchu. Uwielbiał samotność tej pory, kiedy wszystko zmieniało się z jasności w ciemność. Ulicami dolnej części miasta, Basse-Ville, mieszkańcy jechali samochodami do domów, a Musée de la Civilisation zamknęło na noc swoje podwoje. Na chodnikach prawie nie było pieszych. Może szukali restauracji, gdzie zjedzą kolację, albo wybierali się na drinka lub przedstawienie; Theo zazdrościł im powtarzalności ich dni, ustalonych harmonogramów. Idąc na skróty do ulubionej kawiarni na rue Saint-Paul, kroczył tą samą trasą, którą niedawno pokonała Kay: mijał jej ulubione sklepy, zwalniając, by zajrzeć w ich witryny, i zastanawiał się, co mogłoby jej sprawić przyjemność, a jednocześnie starał się obliczyć, ile musi zarobić, by było go stać na te skarby.

Po drugiej stronie ulicy w Quatre Mains zapaliło się światło, rzucając na chodnik prostokąt blasku. Ta oznaka życia w sklepiku z zabawkami bardzo go zdziwiła. Poprawiwszy pasek teczki na ramieniu, przeszedł przez ulicę, aby zbadać sprawę. W sztucznym świetle lalki na wystawie odcinały się wyraźniej od drugiego planu, gdzie Theo dostrzegł teraz półki z zabawkami, marionetki podwieszone na żyłkach pod sufitem i rozmaite pacynki zatknięte na hakach wieszaka do płaszczy. Przycisnął nos do szyby, zafascynowany tym, co tak długo skrywał cień; wnętrze sklepu zdawało się tętnić życiem pełnym obietnic. Theo odsunął się od witryny, sięgając po klamkę w kształcie gałki przy drzwiach tylko po to, by przekonać się, że są zamknięte jak zawsze. Zapukał głośno.

– Halo, jest tam kto?

Żadnej odpowiedzi. Załomotał w szybę i spróbował po francusku:

– Il y a quelqu’un? Allô.

W środku nic się nie poruszyło. Theo zaczął nasłuchiwać kroków, złożył dłonie w kształt lornetki, wpatrując się we wnętrze za szybą, ale niczego niezwykłego nie dostrzegł. Może sklep miał tylne wejście w bocznej uliczce? Jeszcze dwa razy pokręcił gałką i zawołał po raz kolejny. Jego głos odbił się echem od sklepowych witryn, zawstydzająco inny w swym brzmieniu niż zazwyczaj. Obok przeszła pięcioosobowa rodzina, rodzice z trójką małych dzieci, którzy równocześnie odwrócili głowy, patrząc, o co robi tyle hałasu. Wtem światło w sklepiku zgasło i Theo, spowity mrokiem, zaczął się zastanawiać nad swym następnym ruchem. Cofnąwszy się parę kroków, podniósł wzrok na piętro nad sklepem, ale okna były tak samo nieprzystrojone i zakurzone jak zawsze. Musi być jakieś tylne wejście, uznał, po czym przeszedł na drugą stronę ulicy, żałując, że przegapił okazję, by kupić Kay coś ładnego. Kiedy wkroczył do kawiarni, gwarny tłum i zmysłowe aromaty z kuchni sprawiły, że o wszystkim zapomniał.

*

Sarant ułożyła dłonie na kuli, ostrożnie uniosła ciało, opierając jego ciężar na nadgarstkach, i zgięła ręce w łokciach. Na otwartym placu, gdzie cyrk dawał darmowe letnie występy – przedsmak spektakli przygotowanych na później – czerwcowe powietrze było gorące i wilgotne. Parę centymetrów od jej twarzy zatrzepotała ćma, ale Sarant nie dała się rozproszyć, cały czas skupiona na swym wewnętrznym żyroskopie. Estakadą przejechał z łoskotem autokar, ale ludzie na trybunach i miejscach stojących nie dostrzegali nic oprócz akrobatów, świateł i muzyki granej przez niewidoczną orkiestrę. Sarant przystąpiła do następnego etapu: wygięła grzbiet, unosząc i podkurczając nogi, a potem wyprostowała ramiona, układając całe ciało jak znak zapytania. Czarne niczym dziury, jej oczy skupiały się na punkcie nad czołem, gdzie wkrótce opuści palce stóp. Wśród widzów stojących najbliżej sceny przebiegł pomruk niepokoju, bo zdali sobie sprawę, że ludzkie ciało nie zostało stworzone do wykonywania takich skłonów. Mięśnie zadrgały jej z wysiłku i Sarant ostrożnie wypuściła powietrze z płuc – jeden niekontrolowany oddech mógłby zaburzyć równowagę i skończyć się upadkiem. Słabe oklaski z mroku potężniały w crescendo; Sarant utrzymała pozę jeszcze przez kilka chwil, po czym jednym płynnym ruchem opuściła tułów. Potem siadła okrakiem na metalowej kuli i wyskoczyła do przodu, precyzyjnie lądując na scenie. Utrzymała się w pionie, jak na urodzoną gimnastyczkę przystało. Ze swego miejsca w chórze za akrobatką Kay widziała strużkę potu, która w postaci ciemnej niczym krew kreski na kostiumie biegła wzdłuż jej pleców. Aplauz ucichł, kiedy Sarant ukłoniła się z uśmiechem. Kay wolałaby burzę oklasków – czy ci ludzie nie zdają sobie sprawy, jakie to trudne? Ale nie, widownia zarezerwowała swój największy podziw dla linoskoczków, którzy tańczyli na linie przymocowanej do przęseł estakady, dla śmiałków, którzy pędzili po rampach na wrotkach i rowerach, i dla aranżera na monocyklu, dla akrobatów powietrznych i ryzykantów. Subtelność i wdzięk numeru ekwilibrystycznego bladły w zestawieniu z zachwycającą ruchliwością, która stanowiła znak rozpoznawczy cyrku.

Przejęta tą bolesną niesprawiedliwością, Kay o mało nie przegapiła początku własnego numeru. W osiem, po cztery po każdej stronie, wstały jednocześnie i otoczyły solistkę, tworząc falujący kwiat lotosu – z Sarant w roli promiennego centrum. Ekwilibrystka zniknęła w płatkach zamykającego się kwiatu, po czym wymknęła się przez zapadnię w scenie, tak że kiedy lotos się rozchylił, jej już nie było. Sztuczka zawsze wywoływała pełne uznania westchnienia widzów, zwłaszcza dzieci, które były szczególnie zdumione i zachwycone. Punktowe reflektory zgasły, aby płatki lotosu mogły uciec w mrok, podczas gdy inny reflektor oświetlił grupę mężczyzn na rowerach górskich i deskorolkach, którzy jeździli po kładce zawieszonej trzy metry nad ziemią w głębi sceny. Kay miała czternaście minut na przebranie się w kostium do ostatniego numeru.

Stłoczone w garderobie w jednej z przyczep akrobatki i ekwilibrystki zdejmowały trykoty i przywdziewały bardziej ekstrawaganckie stroje, malowały twarze, wkładały gorsety i nakrycia głowy, barwne pióropusze, zdobione cekinami fatałaszki ponętnie obnażające ciało. Reance, mistrz ceremonii, kluczył między dziewczynami w dezabilu, zatrzymując się raz, by szepnąć słówko do drobnego ucha Sarant, skryty komplement, od którego zarumieniła się pod makijażem. Przecisnąwszy się między dwiema półnagimi kobietami, ruszył prosto do Kay. Podniosła wzrok na lekko komiczną postać, na ucharakteryzowaną twarz pokrytą popękaną warstwą szminek, na staroświecką czapkę pilotkę i gogle okolone siwymi włosami, na idiotyczne bokobrody i wąsy, na długi skórzany płaszcz, obwieszony zegarkami na dewizkach, kompasami i innymi przyrządami dyndającym na łańcuszkach. Był steampunkowym Ojcem Czasem, choć nigdy nie mogła zrozumieć symbolicznego znaczenia odgrywanej przez niego roli. Był pilotem wszystkich snów czy kimś podobnym. Tak naprawdę słabo się orientowała w dramaturgii barokowego, niczym opera, przedstawienia, w którym głównym wątkiem był trójkąt miłosny, a postacią centralną – chłopiec zagubiony w czasie, uwięziony w śnie o przyszłości. Kay skupiała się na własnym występie i rzadko myślała o rozgrywającej się na scenie historii. Zresztą był to tylko pretekst do pokazania kunsztu akrobatów i żonglerów, kostiumów i muzyki, świateł i olśniewającego ruchu. Reance patrzył, jak Kay zapina bluzkę, a potem pochylił się nad nią tak blisko, że poczuła jego czosnkowy oddech.

– Wspólna kolacja? – zapytał, unosząc krzaczastą brew; nie wiedziała, czy naprawdę z nią flirtuje, czy to tylko taki żart. Zabawny stary oblech. – Tylko skromna imprezka. Sarant już się zgodziła, podobnie jak kilka innych osób z doborowego towarzystwa. Ale bez ciebie to nie będzie to samo.

Przez wszystkie tygodnie pracy w cyrku Kay była niewidzialna, a może po prostu nie liczyła się z zainteresowaniem zespołu. Co wieczór Theo czekał przed garderobą i Kay żegnała się ze wszystkimi, a potem razem szli do domu. Teraz jednak zaoferowano jej wstąpienie do wewnętrznego kręgu. Założyła ramiączka i udała, że rozgląda się w poszukiwaniu butów.

– Dobrze. Zapowiada się niezła zabawa – rzuciła w stronę podłogi.

Reance położył dłoń na jej obnażonym ramieniu, pozbawiona palców rękawiczka zdawała się pełzać po jej ciele niczym wąż.

– Tak się cieszę. A teraz uwaga, za moment wyjście na scenę.

Widownia hałaśliwie domagała się wielkiego finału, wspaniałej parady skaczących i koziołkujących akrobatów, wylegających tłumnie na scenę linoskoczków, ekwilibrystów, tancerek i klaunów, wyreżyserowanego tak, by wzbudzić jak największą aprobatę. Mały chłopiec, bohater, który wyśnił cały ten spektakl, zeskoczył z barków Reance’a. Potem zaklaskał i się ukłonił, a cały zespół ukłonił się w ślad za nim przy akompaniamencie gromkich braw. Ludzie za światłami rampy bili brawo tak mocno, że aż bolały ich ręce. W kulminacyjnym momencie, gdy aplauz był największy, zgaszono światła i wszyscy artyści zeszli ze sceny.

Kay sięgnęła do szafeczki i znalazła rzeczy, które trzymała tu na specjalne okazje. Szybko przebrała się w żółtą sukienkę i ulubione buty, błękitne czółenka na obcasie. Po zmyciu z twarzy szminek, po odłożeniu na miejsce piór, cekinów i szali odszukała resztę zespołu w kolejce przy bramie. Szybko napisała jeszcze do nowego męża: „Idę na kolację z zespołem. Wrócę późno. Nie czekaj”.