Fatalna trzynastkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kazimierz Rosinkiewicz

Fatalna trzynastka

Powieść harcerska

Warszawa 2020

Spis treści

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

XVI

I

Olek w Warszawie. Skąd ta trzynastka?

Pod koniec sierpnia przyjechał do Warszawy na stałe Olek Kozarski i zdał szczęśliwie wstępny egzamin do klasy piątej w gimnazjum.

Było to wielką dla niego samego niespodzianką, gdyż w ciągu długiej podróży z Nowego Sącza do Warszawy zakładał się sam ze sobą co najmniej trzynaście razy, że nie zda i że będzie cofnięty do klasy czwartej.

Tymczasem stało się inaczej: zdał. A wszystko odbyło się nadspodziewanie prędko.

Mama napisała do stryja, sędziego w stolicy, stryj odpisał życzliwie – no i już. Nowe dwa ubrania, kuferek, koszyk, pieczone kurczęta na drogę, pożegnanie z wilgami w sadzie, ostatnie spojrzenie na dom rodzinny, gwizd pociągu – bywaj zdrowy, drogi Sączu... tam, daleko, daleko Warszawa!... wielka, cudna Warszawa!

Najważniejszą sprawą było przyjęcie do bezpłatnego gimnazjum państwowego, bo ostatecznie, choć mama posiadała ładną willę, z której znaczną część odnajmuje jednemu z państwowych dygnitarzy za słone pieniądze, choć w dodatku ma ładny ogród z sześciuset drzewami owocowymi, to przecież ogród i willa nie dają tyle, żeby aż kąpać się w złotych polskich jak w Dunajcu; przeciwnie, babunia wraz z mamą dobrze muszą kręcić głową od marca do sierpnia, to jest do pierwszych zbiorów, żeby nie zaglądać do pocztowej kasy oszczędności. A jeżeli owoce nie dopiszą, co wtedy?

Tym razem trzynastka Olesia najwidoczniej zasnęła i zapomniała o nim chwilowo. Zresztą były i inne, ważne powody. Stryj, sędzia, kolegował swego czasu z dyrektorem gimnazjum, ojciec zaś Olka zginął podczas wojny jako oficer polskiej armii; stało się zatem zadość sprawiedliwości, że go przyjęto do gimnazjum państwowego.

Siedząc wieczorem tego wyjątkowo szczęśliwego dnia przy kolacji w rodzinnym kółku, do którego ledwo co przylgnął – stryja bowiem, stryjenkę, Michasię, Tadzika i Wacka znał dotąd tylko z opowiadań mamy i babuni – czuł się tak dumny i wywyższony, jakby mu jakiś sprawiedliwy duch zaręczył, złożywszy uprzednio palce na krzyż, że następnego poranku obudzi się z pięknym meszkiem w dolnej okolicy nosa.

Zadowolony z wyniku egzaminu sędzia śmiał się i żartował; stryjenka dokładała chłopcu potraw na talerz; Michasia, także uradowana, burzyła mu kiedy niekiedy swą białą uniwersytecką rączką szczotkowatą czuprynę na głowie; Tadzik coraz mocniej upewniał się w duchu, że z Olesiem w jednym pokoju będzie mu dobrze; wreszcie „pospolity powszechniak” Wacek, nie spuszczając oczu z nowego przybysza, huśtał pod stołem nogami tak zamaszyście, że aż dwa razy kopnął w głowę Maćka, który zaskrzeczał miaukliwie, jakby mówił srodze zagniewany: – Wacek! Czyś zwariował? Opamiętaj się! Zapomniałeś już, co ci nieraz powtarza matka, że krzesło nie jest wojskowym bębnem, natomiast żywym bębnem jest ten, kto bez potrzeby wali obcasami w krzesło. Moja głowa nie od tego, żeby w nią celować na ślepo końcem trzewika.

– Słuchaj, Olek – zagadnęła Michasia – a z matematyki jakie miałeś pytanie?

Chłopak ruszył ręką obojętnie, jakby co najmniej przetrawił całego Hoene-Wrońskiego:

– At, głupstwo: a plus b minus c w nawiasie do kwadratu.

– I zrobiłeś bez błędu?

– Jeszcze by też!

– A tak wczoraj wzdychałeś i powtarzałeś, że przy tablicy na pewno nawiedzi cię twoja trzynastka. Mów, była jaka? – wmieszał się do rozmowy Wacek.

– Co za trzynastka? – zapytał sędzia.

Oleś potrząsnął głową i zgarbił się tak, jakby miał ochotę schować głowę pod stół. Na razie dotknął tylko brodą talerza.

Wyręczył go Tadzik:

– On twierdzi, że go trzynastka prześladuje.

– Fatalista! – zaśmiał się głośno sędzia.

– Nie, nie... – bronił się zawstydzony Olek. – Ja sobie tak tylko mówiłem, a on zaraz...

I łypnął z wyrzutem oczyma na brata. Sędzia jednak śmiał się dalej i z przyzwyczajenia badał:

– Skąd ją wziąłeś, tę trzynastkę?

Olek zmieszał się jeszcze więcej i milczał, podnosił tylko talerz, naciskając jeden koniec brodą. Więc odpowiedział za niego Tadzik:

– Urodził się trzynastego stycznia, w dziesięć lat później topił się w Dunajcu także trzynastego... lipca czy sierpnia, już nie pamiętam.

– Tylko tyle? – zawołał wesoło sędzia. – W ciągu jednego tylko roku mamy aż dwanaście trzynastek. Każda z nich coś nam przynosi. Jeżeli powybierasz te jedynie, kiedy miałeś katar, na pewno możesz przyjąć, że jesteś fatalistą.

Olek znowu potrząsnął głową, jakby na znak, że szkoda o tym gadać, w duchu jednak myślał:

– Mów sobie, stryju, co chcesz, a ja przecież lepiej wiem od ciebie, co o tym wszystkim sądzić.

Skończyła się kolacja i rodzina rozeszła się na spoczynek.

Mieszkanie składało się z czterech pokoi. Największy z nich, jak orzekł raz sędzia w przystępie dobrego humoru, spełniał obowiązki salonu, a zarazem prywatnej pracowni członka trybunału, trzy inne były sypialniami. Pokój Michasi i Wacka odgrywał rolę jadalni.

Mimo pełnienia obowiązków i odgrywania roli, sędzia mógł mówić o szczęściu, że tych pokoików było aż cztery.

Gdy Olek i Tadek, usiadłszy na łóżkach, zabrali się do sznurowadeł u trzewików, Olek przerwał chwilowo trzaskanie końcami tasiemek, zamyślił się i rzekł:

– Ja się nie upieram, mówię tylko, że przecież coś w tym musi być.

– W czym?

– W tej trzynastce. Zresztą może i nie w samej trzynastce, tylko w ogóle w tych niewidzialnych zagadkach, które nas otaczają. – Tu zsunął z nogi but, który, spadając z wysokości, mocno stuknął o podłogę.

– Jak to rozumiesz? – zapytał Tadzik, stwierdzając po cichu, że ludzie kulturalni nie łomocą butami i nie płoszą snu sąsiadom mieszkającym o piętro niżej, tylko dolny przyodziewek cicho układają, po wojskowemu, przy łóżku, noskami na pokój. Na razie nie chciał tego powiedzieć głośno, żeby nowemu bratu, który jeszcze się nie zadomowił, nie wyrządzić przykrości.

– Jak ja to rozumiem? – powtórzył pytanie Olek i trzasnął drugim butem o podłogę. – Widzisz, tak...

Schował się pod koc i stamtąd rozumował dalej:

– Są jakieś dziwy na świecie. Powiedz mi najpierw, czy ty wierzysz w błąkające się po świecie duchy?

– Żadnego dotąd nie widziałem.

– I ja nie. Mimo to wierzę.

– Wolno ci. W państwie konstytucyjnym wolno każdemu wierzyć, w co chce, z tym tylko małym zastrzeżeniem, żeby swojej wiary gwałtem nie narzucać bliźnim i nie stać się przez to dokuczliwym. Tak powiada mój ojciec, a on przecież jest sędzią.

– Więc nie wierzysz?

– Nie zastanawiałem się nad tym do tej chwili.

– Ja przeciwnie. Wciąż o tym myślę. Babunia mówiła, że widziała raz ducha. Także wuj Konstanty opowiadał...

– Kto to wuj Konstanty?

– Brat mamy, inżynier z Wadowic.

– Wiem, wiem. Ten, co to najpierw chodził na filozofię.

– Ten sam. Widzisz zatem, że to nie człowiek zabobonny, bo przecież i filozof, i technik. A to, co nam opowiadał, to naprawdę bardzo dziwne.

– Ano, to opowiedz. Posłucham. Można zgasić lampę? Nie boisz się? co?

– Nie... jeżeli jest kto drugi w pokoju. Gaś!

Tadzik zagasił lampę, Olek zaś rozpoczął:

– Wyszedł on raz z trzema kolegami na wycieczkę ku granicy rosyjskiej, bo wtedy jeszcze, kiedy chodził na filozofię, granica była. Szli cały dzień. Pod wieczór przekonali się, że już nie zdążą do Krakowa, więc postanowili zanocować na wsi. Pod lasem była leśniczówka. Idą tam i proszą leśniczego o nocleg. Ten skrzywił się i odpowiedział, że nie może ich przyjąć w domu, bo ma chorego, prawie umierającego ojca. Ale powiada: – Chcecie, panowie, to idźcie do stodoły, każę wam na klepisko narzucić słomy. – Zgodzili się i podziękowali. A była właśnie wtedy pełnia księżyca. Poszli zatem do stodoły i ułożyli się na słomie. Lecz że w stodole było parno (wycieczka odbywała się w lipcu), więc zostawili wrota od stodoły otwarte na oścież. Wuj, bojąc się, żeby nie zaprzepaścić zegarka w słomie, wsadził go do trzewika i usnął. Jakoś po północy obudził się i zdziwił; w progu otwartej bramy stał staruszek. Był tylko w bieli i miał narzucony na ramiona rosyjski szynel. W tych czasach, twierdził wuj, nasi chłopi często kupowali przez granicę kradzione szynele. Wuj zapytał: – Czy pan może kogo szuka? – Na to staruszek rozpłynął się i znikł. Wuj pomyślał sobie, że mu się uroiło. Chcąc się przekonać, czy daleko jeszcze do rana, sięgnął po zegarek i zobaczył na nim przy świetle księżycowym, że jest druga. Schował z powrotem zegarek do trzewika i usnął. Rano poszli podziękować leśniczemu za gościnę. Weszli do pokoju i cofnęli się: na stole leżał martwy staruszek w rosyjskim szynelu. Wuj przeraził się. Leśniczy tymczasem wskazał ręką na ojca i rzekł: – Widzicie, panowie, ojciec umarł mi tej nocy; więc nie dziwcie się, żem was nie przyjął w domu.

 

– A o której godzinie umarł ojciec? – zapytał wuj Konstanty.

– Kilka minut po jedenastej, bo właśnie wtedy popatrzyłem na zegarek.

Akademicy pożegnali się i odeszli, wuj jednak zawrócił do stojącego w progu leśniczego i przeprosił go:

– Proszę pana, może by mi pan powiedział, która godzina, bo mój zegarek w nocy stanął.

Nie była to prawda, tylko wuj chciał porównać czas.

Leśniczy wszedł do izby i po chwili, wróciwszy oświadczył: – Pół do siódmej.

Między jednym a drugim zegarkiem była różnica dwudziestu minut... No, a teraz powiedz, co ty o tym sądzisz.

Tadzik pomyślał chwilę, potem rzekł spokojnie:

– Nie sądzę nic. Nie byłem tam i nie widziałem. Może być tak, może być inaczej. Czy ja wiem?

– E, bo ty jesteś niewierny Tomasz. A co do tej trzynastki, to znam ja znowu inną historię. Trzy lata temu czytałem jakąś powiastkę. Zdaje mi się, że było to tłumaczenie z francuskiego. Otóż tam było opisane takie wydarzenie. Żył pewien człowiek na świecie, którego stale prześladowało nieszczęście. Do czego tylko rękę przyłożył, wszystko mu się rwało. Tak go w końcu to stałe nieszczęście zgnębiło, że postanowił się zastrzelić. Była noc. Wziął tedy rewolwer do ręki i powiedział sobie: – Jeżeli wybije godzina parzysta, będzie to znak, że mam jeszcze żyć i próbować szczęścia dalej; jeżeli nieparzysta, dowiem się, że wybiła moja ostatnia godzina. – Czeka zatem, czeka, czeka... wreszcie z drugiego pokoju odzywa się ścienny zegar. On liczy: raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć, jedenaście, dwanaście! Odetchnął i ucieszył się. – No – myśli – będę jeszcze żył. – Ale w tej chwili zegar uderzył jeszcze raz i na tym skończył: wybił godzinę trzynastą, której nigdy przedtem nie wydzwaniał. Nieszczęśliwy człowiek przyłożył sobie rewolwer do skroni i pociągnął za języczek... Od tej chwili, uważasz, i ja uwierzyłem w moją trzynastkę.

– Już koniec? – zapytał sennym głosem Tadzik. Przewrócił się na drugi bok i dodał: – Ot, literacka bajka. Warto z nią wiązać własne rojenia!

– A ja ci mówię, że nie bajka – upierał się Olek. – Ja na podstawie własnych doświadczeń wyobrażam sobie tak. Są na świecie radia, co przenoszą opery na odległość. To chyba nie bajka. A proszę cię, czy ty widzisz te fale, co idą na przykład z Paryża do Warszawy, albo te wszystkie inne fale, które się koło nas wciąż kręcą? Podobnie może być z duchami, których także nie widzimy. Czyż więc nie mogłoby się zdarzyć, że taki niewidzialny duch, który prześladuje człowieka, staje koło zegara i po wydzwonieniu godziny dwunastej prędko przesuwa palcem wskazówki o jedną godzinę naprzód? Wtedy z dwunastej robi godzinę trzynastą. Zegar spełnił tylko to, co umiał i musiał, a przecież stał się cud. Co?... może nie?... Przyznaj sam.

W odpowiedzi Tadzik zachrapał mocno.

II

W stolicy. Trzeba użyć. Nadworny budżet. Dziesięciominutowy gniew. Braciszek-mumia

Olek był oczkiem w głowie mamy i babuni, zwłaszcza od czasu, gdy starsza od niego siostrzyczka umarła przed kilku laty na szkarlatynę.

Odtąd każde najdrobniejsze życzenie jedynaka musiało być spełnione; odtąd też wszystko, co w domu powiedział, uczynił, uważano za dobre, ładne, zajmujące; a nawet gdy coś takiego zbroił, co każdy przeciętny człowiek potępia, starano się w domu usprawiedliwić, pomniejszyć, wygładzić.

– On jeszcze taki dziecinny – pocieszała się babka.

– Przyjdzie czas, nabierze rozumu – dodawała matka.

Inna rzecz, że Olek z natury był dość podatny, uległy, posłuszny i posiadał sporo przyrodzonych zdolności: przede wszystkim miał pochwytną i dobrą pamięć a zarazem ochotę, niekiedy nawet zapał, do zajęć, które mu się chwilowo podobały. Toteż, gdy go oddano do gimnazjum w Nowym Sączu i dobrano mu sumiennego opiekuna, chłopak trzy pierwsze klasy przeszedł wcale dobrze. Dopiero w czwartej, pozostawiony sam sobie, zmienił się zupełnie: opuszczał godziny szkolne, wykręcał się, kłamał, dokazywał podczas lekcji i tak dokuczył nauczycielom, że dyrekcja musiała zażądać od mamy, żeby sobie jedynaka zabrała do domu. A że w tym czasie Oleś zapadł na katar płucny i kaszlał, więc go istotnie zabrano z początkiem drugiego półrocza do Zakopanego, gdzie dla osób chorych na płuca ma być doskonałe powietrze.

W Zakopanem był podówczas młody pomocnik adwokacki, który chętnie w godzinach pozabiurowych udzielał lekcji. Tego to młodego prawnika wyszukała babcia dla Olesia jako domowego nauczyciela. Po dłuższym tedy wypoczynku oddano Olka w opiekę panu Rajewskiemu, dzięki czemu chłopak uczył się dalej. Prawdę mówiąc, trochę się uczył, trochę nie uczył, tak jak godzina ochoty czy niechęci do pracy wpłynęła na jego humor i postanowienie. Był drugi rok w klasie czwartej; więc gdy zebrał to wszystko, co jednym uchem pochwycił w Nowym Sączu, z tym, co mu wtłoczył do głowy Rajewski, przecież zdołał wytrząsnąć z mózgu taki zasób wiedzy, iż jako tako wystarczył do zdania wstępnego egzaminu w Warszawie.

Olek miał już lat piętnaście i fizycznie rozwinął się dobrze. Również i umysł jego okazywał spory zasób dodatnich przebłysków. Przede wszystkim chłopak czytał bardzo dużo, połykając z pasją książki, zasobne głównie w fantazję, a więc opowieści o nadzwyczajnych przygodach podróżników, o walkach farmerów z Indianami, o pościgach za kryminalistami i bandytami, itd. Oczywiście bajki pełne duchów, czarownic, zaklętych księżniczek i śmiałych junaków, co poszukiwali skarbów w noc świętojańską, gdy paproć kwitła, zajmowały długi czas u Olka pierwsze miejsce. Lecz właśnie dlatego, że dużo czytał, przyswoił sobie znaczny zasób pojęć, wyrazów i zwrotów, dzięki czemu z łatwością ubierał swe myśli w potoczyste zdania, a to w nauce szkolnej nie jest bez znaczenia. Olek, krótko mówiąc, umiał się wygadać, albo inaczej: sprzedać swoje „nic” za dobrą monetę. I byłoby wszystko szło wcale dobrze, gdyby nie ta przeklęta trzynastka... która mu często dokuczyła do żywego.

Pierwsze dnie pobytu w Warszawie wprawiły go w zachwyt. Piękne miasto, szerokie ulice, bogate wystawy. Łazienki, Zamek Królewski, statki na Wiśle, boiska sportowe, liczne kina z fantastycznymi i sensacyjnymi programami, wreszcie sama szkoła, większa i lepiej wyposażona niż gimnazjum sądeckie, podziałały tak, że Olek poczuł się na bruku warszawskim niby w ogrodzie z czarodziejskiej bajki. Stryjostwo byli dla niego dobrzy, w kieszeni miał pieniądze. Czegóż więcej trzeba do szczęścia w piętnastym roku życia?

A z tymi pieniędzmi w kieszeni było tak.

W przeddzień wyjazdu Olka z Sącza pomyślała mama:

– Nie wiadomo, jak chłopcu będzie w Warszawie. Braterstwo, choć zacni i godni ludzie, muszą w stolicy liczyć się z każdym groszem i prawdopodobnie żywią się skromnie. Za Olka wprawdzie będziemy płaciły i co miesiąc poślemy coś z gospodarstwa domowego, mimo to biedaczek może będzie czasami głodny. Trzeba mu dać trochę więcej pieniędzy do ręki, aby sobie coś kiedyś kupił do zjedzenia. Niech dojada. Dam mu (tu matka się zamyśliła) dwadzieścia... nie, trzydzieści złotych. Tylko nie trzeba, żeby o tym babcia wiedziała, bo zaraz powie, żem rozrzutna i chłopca psuję.

Przywołała Olka i strzygąc oczyma ku kuchni, wręczyła mu trzydzieści pięć złotych na drobne wydatki. Olek w lot zrozumiał, że to sekret przed babką: przecież go w ciemię nie bito.

W tym samym czasie babunia, prasując w kuchni, myślała:

– Nie wiedzieć, jak tam biednemu Olesiowi będzie w Warszawie... Wacławostwo godni ludzie, ale tam drożyzna... Ot, dobrze by było dać co chłopcu do ręki, żeby czasem kupił sobie jaką bułkę ze szynką albo jakie ciasteczko. Toteż muszę mu dać ciepłą ręką (tu babunia się zamyśliła) dwadzieścia złotych... albo i trzydzieści. Tylko nie trzeba o tym nic mówić Julci, bo zaraz by powiedziała, że chłopca rozpuszczam.

Wieczorem, gdy Julcia objęła komendę nad czerwoną duszą w żelazku, babunia przywołała ruchem całej ręki Olesia do siebie i cichaczem wręczyła mu czterdzieści złotych, a gdy chłopak zabierał się posuwiście do jej zgrzybiałej ręki, położyła palec na ustach i podniosła brwi do góry.

Olek zrozumiał, co to znaczy: przecież go w ciemię nie bito. Dzięki sekretowi, podniesionemu do kwadratu, Olek, jadąc do Warszawy, rozmyślał wiele nad tym, co by tu na wstępie kupić sobie w stolicy. Ale już Krakowie, gdy dłużej czekał na pociąg warszawski, zebrała go chętką, żeby sobie użyć. Więc, lubo miał jeszcze dwa nietknięte kurczaki w koszyku i flaszkę z doskonałą kawą, wszedł do bufetu i wypił dwie polewki popielatej barwy, powołane do odgrywania roli białej kawy, i przegrodził je kilku ciasteczkami pamiętającymi zeszłorocznego Lajkonika, a gdy pragnienie, wywołane pierwszym całym kurczakiem, nie ustępowało, kazał sobie podać piwa. Po tak szczęśliwie dobranym menu nudziło go troszkę, ale nie bardzo – w każdym razie „użył”. Potem wyszedł na peron i kupił papierosa. Próbował sztuki zaciągania się jeszcze w Sączu, niestety, rezultat był trochę godny pożałowania. Ale to dawne czasy – teraz co innego... Wyższe gimnazjum to przecież nie sztuba. Zapalił, zaciągnął się, poczekał, podumał i stwierdził, że zanudziło go cokolwiek więcej. Odrzucił więc papierosa daleko z pogardą i spojrzał jakiemuś staruszkowi wyniośle w oczy, jakby mówił: – Co za podła marka te rządowe papierosy! W domu nigdy takich nie palę, tylko dziś wyszły mi domowe.

Na to staruszek:

– Panie, panie... W kulturalnym społeczeństwie nie ciska się niedopalonych papierosów bliźnim pod nogi. Ot tam, w kąciku, jest skrzyneczka z piaskiem, jeżeli łaska...

Olek poczerwieniał, ukłonił się, podniósł papierosa i wrzucił go do skrzyneczki. Oddalając się zaś pomyślał:

– Co za impertynent! Szkoda, żem mu nie nawymyślał. Ośmielił się prawić mi nauki moralne, jak wygląda kulturalne społeczeństwo. Niby ja tego sam nie wiem. Stary dureń!

Zawrócił i postanowił dać staremu naukę, jak wygląda przyzwoitość i dobry ton. Niestety, staruszek gdzieś się zapodział. Tymczasem na tor wjechał pociąg warszawski.

Zapoczątkowana w Krakowie myśl o użyciu niepokoiła Olka w dalszym ciągu w Warszawie, gdy tylko opuścił wagon. Oczywiście trudno było wymyślić coś na poczekaniu, więc ograniczył się tylko do odpowiedzi na pytanie: samochód, czy dorożka? Wybrał samochód. Przypadkowo wybrał szczęśliwie, dorożkarz warszawski bowiem, sprytny lis, oceniając lata i akcent młodziana, byłby niewątpliwie wymusił na nim dwa razy większą zapłatę. Ale o tym Olek nie wiedział; a szkoda, bo łatwo i tanim kosztem mógł był stwierdzić, że tym razem trzynastka jego spała.

Dopiero dnia następnego, gdy go Tadzik oprowadzał po Warszawie, nadarzyła się lepsza sposobność do użycia. Zaraz po obejrzeniu kolumny Zygmunta i zewnętrznych murów Zamku zaprosił brata-przewodnika do kina. Tadzik wypraszał się dobrą chwilę, lecz w końcu uległ i poszli na film. W pół godziny potem, gdy tylko opuścili przybytek sztuki, Oleś wciągnął znowu Tadzika niemal przemocą do cukierni. Tu jednak miał z nim wiele kłopotu, gdyż twardy braciszek po szklance herbaty i jednym ciastku oświadczył stanowczo, że niczego więcej nie przyjmie, a nawet, gdy go Olek naleganiami zanadto przypierał do muru, poczerwieniał przelotnie na twarzy, jakby siłą woli tłumił w sobie gniew. Wtedy Olek zrozumiał, że braciszek z Warszawy, starszy od niego o rok szóstoklasista, nie należy do tych, których łatwo można do czego przymusić. Uparty był i miał jakieś tam swoje zasady, od których nie odstępował.

Ledwie wyszli na ulicę i uszli kilka kroków ku Alejom Ujazdowskim, Olek, ujrzawszy nowe kino, wykrzyknął:

– Rany boskie!... Znowu jest! Tadek, idziemy na drugie przedstawienie.

– Dziś nie! – odrzekł Tadek stanowczo. – Jeżeli zechcesz, pójdziemy jutro... ale fundatorem będę ja.

– O, nie, nie!

– W takim razie nie pójdziemy.

– Mój złoty, jak cię kocham, no... widzisz, dalibóg... Jeżeli odmówisz, sprawisz mi wielką przykrość.

– Jeżeli nie ustąpisz, sprawisz mi jeszcze większą. Widzę, że pokutuje w tobie duch starego szlachcica, który nienawidzi pieniędzy.

 

– Przeciwnie, bardzo je lubię.

– Tak ci się tylko zdaje. Lubi pieniądze ten, kto je w kieszeni dusi, nienawidzi zaś ten, kogo one do tego stopnia niepokoją, że musi je wydać, czy trzeba, czy nie trzeba.

– A ty je lubisz, czy nienawidzisz?

– Ani to, ani owo. Ja je traktuję tak, jak na to zasługują. Myślę o nich tylko wtedy, gdy tego wymaga właściwa chwila; wydaję tylko tyle, ile mogę i mam; wreszcie wydaję tylko wtedy, gdy zachodzi istotna potrzeba. Słowem, jestem neutralny i powolny własnemu nadwornemu podskarbiemu.

– Nie chodzisz zatem do cukierni, do kina, do teatru?...

– Tak źle nie jest. Prawda, że do cukierni prawie nie chodzę, gdyż w domu mam tyle słodyczy, ile mi do zdrowia potrzeba, a może nawet cokolwiek za wiele dla chwilowego uszczęśliwienia gruczołów językowych; ale teatr i kino mieszczą się w moim miesięcznym nadwornym budżecie. Stosownie do ułożonego preliminarza, chodzę co miesiąc dwa razy do kina albo raz do teatru, jeżeli program jest zachęcający. Pod tym względem jestem wybredny. Bywają jednak i wyjątki, oczywiście w ramach ustanowionej zasady, to znaczy: jeżeli zostaną mi zapasy kasowe w jednym miesiącu, zużywam je w następnych. Zawsze jednak nadworny budżet idzie przede mną, a nie ja przed nim.

– Co to za zwierz ten nadworny budżet?

– Jeżeli cię to zaciekawia, chętnie opowiem, jak opowiadam kolegom. Mam już kilku takich, którzy mnie naśladują i bardzo są z tego zadowoleni. A widzę, że i tobie przydałaby się książeczka wydatków domowych.

– O, ho, ho! – zaśmiał się Olek.

Nie zważając na to, Tadzik mówił dalej:

– My oboje z Misią otrzymujemy od ojca co pierwszego po dziesięć złotych na drobne wydatki...

– E, dziesięć złotych! Co to jest...

Tadzik spojrzał z ukosa na brata i niezrażony ciągnął dalej:

– Nam to wystarcza. Wydatki nasze zapisujemy sumiennie w książeczce nadwornego budżetu. Słowo nadworny to historyczny żarcik; sądzę, że tak to rozumiałeś. Powszechniak Wacek dostaje na razie pięć złotych, ale on nawet do takiej nadworności nie dorósł, gdyż jest dotąd, tak jak może i ty, ogrodnikiem.

– Dlaczego ogrodnikiem?

– Ano... rozsiewa grosze i dziesiątki po wszystkich kątach i nigdy nie umie wyliczyć się ze swego budżetu. Misia zbiera cierpliwie jego posiew i sekretnie chowa go do „depozytu”, potem, gdy sporządzamy miesięczne zamknięcia, sto pociech mamy z naszego kochanego powszechniaka, gdy wymyśla wydatki, których nigdy nie było. A poci się przy tym, wzdycha, kręci głową i wciąż woła, żeby mu nie przeszkadzać, bo inaczej straci wątek.

– Jak widzę, wy tu wszyscy żyjecie bardzo skromnie.

– W samą miarę. Długów nie mamy, przeciwnie, wszyscy, nie wyłączając ojca i matki, posiadamy nadworne zapasy. Rzecz prosta: według stawu grobla. Oprócz miesięcznych zamknięć robimy na świętego Sylwestra roczne zestawienia. Dzięki temu mamy uporządkowane życie i żadnej nie boimy się niespodzianki, żadnej trzynastki... a, przepraszam.

– Ależ to musi być nudne... piekielnie nudne!

– Gdzież tam. Przeciwnie, wcale zajmujące, jeżeli się kto do tego przyzwyczai.

Ujął Olka pod ramię, skręcił na Marszałkowską i mówił dalej:

– Przy sposobności pokażę ci swoje rachunki z ostatnich trzech lat. Mógłbym nawet zaraz to uczynić, gdyż mam je zawsze przy sobie, tylko na ulicy nie wypada. Mówię ci, jest to wcale przyjemna zabawa – zabawa skromnego śmiertelnika we własnego ministra skarbu, którego żaden sejm obalić nie może. Jeżeli wolno bawić się w milionerów, bohaterów, sportowców, znawców sztuki, czemuż nie wolno by było raz zabawić się w ministra skarbu i w politykę budżetową, zwłaszcza że taka zabawa przynosi poczucie własnej siły: panujesz, bracie, nad budżetem, a nie budżet nad tobą; jesteś władcą, a nie nędznym niewolnikiem. Ojciec powiada, a ja na tym punkcie zgadzam się z nim w zupełności, że do tej zabawy zapraszają nas uprzejmie dzieje Polski, a więc: starostowie króla Wacława, pakt koszycki, zniesienie dwu groszy z łanu za Władysława IV i trzy rozbiory... Wreszcie domaga się jej od każdego z nas uczciwe sumienie sędziowskie.

Powiadasz: ucz-ci-we sę-dziow-skie su... Co to znaczy? Czyż bywają dwa sumienia?

– Bywają.

– Zaczekaj!

Olek przystanął i ożywił się nagle.

– Nie! – zawołał. – Jak Boga kocham... nowe kino! A to prawdziwe zatrzęsienie!

Porwał brata za ramię, ścisnął mocno i mówił szybko, namiętnie:

– Mój złoty, mój kochany, odstąp raz od swoich zasad i chodź ze mną do środka! No, mówię ci: wyjątkowo... pierwszy i ostatni raz! A ja w zamian wysłucham cierpliwie twego wykładu o budżecie domowym i może dla utrwalenia naszej braterskiej przyjaźni dam się nakłonić do jednomiesięcznej próby. Ale teraz ustąp ty, ponieś dla mnie ofiarę: niech będzie wet za wet... Zobaczysz, że się ubawimy doskonale!

– Nie! – odparł Tadzik twardo. – Postępujesz... postępujesz... jakby to powiedzieć w rękawiczkach, żebyś się nie obraził... postępujesz nielojalnie. Obietnicą, której może nie dotrzymasz, starasz się popełnić szantaż, wymuszenie. Bądź ostrożny, bo gotów jestem pogniewać się na całe dziesięć minut. Patrz, biorę zegarek do ręki... U nas w domu taki zwyczaj; mówię dlatego, żebyś się przy okazji nie zdziwił. Ojciec pozwala nam gniewać się, ale nie dłużej nad dziesięć minut. To nas zwykle rozbraja. No, a teraz – pochwycił brata wpół i pociągnął naprzód... – Kroczymy! – dokończył z humorem. – Zaprowadzę cię jeszcze przed gmach politechniki, potem wrócimy tramwajem do domu. Dalsze oględziny odłożymy do jutra i na niedzielę. Politechnika to mój najsympatyczniejszy gmach w Warszawie. Nie dlatego, żeby miała w sobie coś wyjątkowo ciekawego pod względem architektonicznym, nie, tylko dlatego, że ja po maturze pójdę na politechnikę, przeto już dzisiaj pokochałem uczelnię, do której wstąpię za trzydzieści pięć miesięcy – westchnął lekko.

Obejrzeli gmach politechniki i wrócili do domu.

Tu, w pokoju pełniącym obowiązki salonu, zastali zgrabnego, wytwornie ubranego młodzieńca rozmawiającego z panią Kozarską i Michasią przy stole z kwiatami i widokówkami.

Rozmowa toczyła się gładko i żwawo, wśród częstych wybuchów śmiechu.

Gdy chłopcy weszli do salonu, przez który wiodła droga do ich pokoju, stryjenka przedstawiła Olesia nieznanemu panu.

– Mój nowy syn, Aleksander... co prawda nie z Macedonii, tylko znad granicy czechosłowackiej.

Piękny pan podniósł się i podał chłopakowi rękę:

– Wronowski – wymienił, potem zaraz zwrócił się do Michasi i coś żywo opowiadał dalej.

– Kto to taki? – zapytał Oleś Tadzika, gdy weszli do swego pokoju.

– Starszy kolega Michasi z uniwersytetu. Teraz jest już w banku i czasem do nas przychodzi.

W kilka chwil potem pan Wronowski odszedł, więc gimnazjaliści udali się do pokoju odgrywającego rolę jadalni.

Michasia śmiała się i przykładała rękę do twarzy:

– Ach, to nudziarz!... Boże, co za nudziarz ten Wronowski!... Taki nieraz zabawny...

Pobiegła do fortepianu i zagrała walca. Przerwała go jednak w pół taktu. Zerwała się, zakręciła Olkiem niby wrzecionem w kółko i buchnęła na kanapę. Olek pomyślał: – Zabawny nudziarz? Takiegom jeszcze nie widział.

W przedpokoju ozwał się dzwonek. To sędzia wracał z biura do domu.

– Jak się macie, chłopcy! – rzekł wesoło; oddając zaś Tadzikowi plik gazet i czasopism, dodał: – Przeczytaj artykuł o wyzyskaniu ciepła wód morskich jako siły napędowej. Bardzo ciekawa rzecz, ona cię zajmie. Czytałem urywki w tramwaju.

– Dziękuję, ojcze – odrzekł Tadzik i zabrał się do przeglądania dzienników. Odczytując nagłówki artykułów, zapytał Olka przelotnie:

– Ty prenumerujesz jakie pismo?

– Nie.

– A dzienniki czytujesz?

– Nie... to jest... właściwie nie, bo to nudne. Wolę ciekawe książki. A ty często czytujesz dzienniki?

– Tak. Trenuję na nich moje sumienie sędziowskie i dlatego trzymamy pisma różnych obozów.

Olek rozgniewał się w duchu:

– Do licha!... Co za sumienie sędziowskie! Ten mój braciszek to prawdziwa mumia. Do kina chodzi na komendę, ciasteczka je na komendę, gniewa się z zegarkiem w ręku, zapisuje każdy wydatek, sam siebie trzyma za kark i wciąż się w czymś trenuje. Do Dunajca z taką robotą! On z pewnością nie wie, jak wygląda piłka nożna albo łyżwy, halifaksy. Ja takich ludzi nie rozumiem, a jego już się cokolwiek boję. W tym roku muszę sobie kupić dżeksy, tylko do tego potrzebne są osobne trzewiki. Ale babunia da.