Kochana Maryś! Listy z Afryki. Tom IIITekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa


Strona redakcyjna

Oryginały listów do żony, a także inne dokumenty i fotografie zamieszczone w niniejszej książce pochodzą z archiwum Elżbiety Nowak-Gliszewskiej i Mariana Gliszewskiego.

Redakcja: Dominik Szmajda

Współpraca: Teresa Szmajda, Piotr Szmajda

Korekta: Wojciech Nowakowski

Projekt okładki, opracowanie materiału ilustracyjnego i skład:

Dominik Szmajda

Copyright © by DM Sorus Sp. z o.o.

Wydanie I, Poznań 2016

Printed in Poland

ISBN 978-83-65419-40-8

DM Sorus Sp. z o.o.

ul. Poplińskich 12A

61-574 Poznań

tel. 61 653 01 43

sorus@sorus.pl

www.sorus.pl

www.kazimierznowak.pl

Spis treści

O tomie III

Część I

Związek Południowej Afryki

Część II

Afryka Południowo-Zachodnia

Część III

Angola

Część IV

Kongo Belgijskie

O tomie III

Dotarcie do Przylądka Igielnego było dla Nowaka osiągnięciem geograficznego celu – na przełaj przez całą Afrykę, z północnego brzegu na jej południowy kraniec. Jednak znalezienie się w tym miejscu było bardziej symbolem realizacji celu. Faktyczną metą był Kapsztad, gdzie miały rozstrzygnąć się dalsze losy podróżnika.

Decyzję o powrocie lądem, a nie statkiem prosto do kraju, Nowak podjął już kilka miesięcy wcześniej. Przyczyna była prozaiczna – brak wystarczających środków na taką morską podróż. Ale był też inny, ważniejszy powód, o którym wspominał często w listach. Powrót do Polski w tym momencie nie przyniósłby mu żadnych korzyści materialnych. Co więcej – wiązałby się z natychmiastową utratą dochodów. Koniec podróży oznaczałby jednocześnie koniec materiału do artykułów prasowych, które przecież od dwóch i pół roku są jego głównym źródłem dochodu.

A dziś – że nie wracam jeszcze, to całkiem po prostu dlatego, że nie mam jak wrócić. Trzeba na to pieniędzy przecież, i to dużo nawet, a gdy od razu z okrętu wysiądę w Polsce, to i klimat zabić mię może, i to, że stanę na bruku „goły i bosy”, jak to mówią. Nie będzie na pierwsze miesiące życia i na rozchody, aby przygotować odczyty czy wrażenia podróży. Boję się całkiem po prostu tych stosunków i warunków życia, jakie przeczuwam. Podróż powolna będzie o niebo korzystniejszą dla nas – wrócę sławnym, jedynym afrykańskim podróżnikiem polskim. Poznam wszystkie systemy kolonialne, wszystkie rasy Afryki, puszcze, pustynie i góry najwyższe, kopalnie, plantacje, farmy, przemysł i handel, florę i faunę. Czy to nie warte trudu? A teraz chcę nawiązać kontakt nie tylko z prasą w Polsce, chcę wejść w świat! W świat szeroki – i wierzę, że Bóg dopomoże!

Pozostało robić to, co czynił dotąd, czyli dalej przemierzać Afrykę, docierać do miejsc atrakcyjnych z etnicznego i przyrodniczego punktu widzenia oraz robić użytek podróży, wysyłając kolejne teksty i fotografie do polskiej prasy.

Tymczasem Kapsztad nieoczekiwanie przyniósł podróżnikowi nadzieję na odmianę tego losu. Co prawda nadal miał zajmować się pisaniem do prasy, ale już nie tylko polskiej. Kilka kapsztadzkich dzienników zainteresowało się podróżą Nowaka. Ten nawiązał współpracę z pewnym polskim studentem z Kapsztadu, który tłumaczył jego reportaże na język angielski. I choć umowa przewidywała podział honorarium na pół, to i tak kwoty od miejscowych wydawców były dla Podróżnika znacznie wyższe niż te proponowane przez krajową prasę:

Honorarja moje w tych 4 dniach wynoszą ponad 10 funtów, czyli około 300 zł, choć z tego musiałem wypłacić sekretarza, który tłumaczył na angielski, i to całe noce siedział ze mną.

Niestety po kilku miesiącach współpraca ta zakończyła się, gdy tłumacz przepadł bez wieści po podjęciu od wydawcy wysokiego honorarium. Nowak tymczasem był już w Angoli…

Koncepcja trasy powrotnej zmieniała się kilkakrotnie, jednak niezmiennym punktem była wizyta u polskich farmerów z Gumuchab w Afryce Południowo-Wschodniej (dzisiejszej Namibii). Mieczysław Wiśniewski za pośrednictwem polskiej prasy, którą prenumerował, na bieżąco śledził poczynania Nowaka i szczerze mu kibicował. Zapraszał go do siebie wielokrotnie, dołączając każdorazowo do listu funtowy banknot. Ostatecznie podróżnik trafił na farmę 19 lipca 1934 r. Jednak długo wyczekiwany odpoczynek Nowak komentował z goryczą. Powodem była żona Wiśniewskiego:

Gospodarz nader miły – taki swój brat najbliższy, ale gospodynia nerwowa – dziwaczka, bigotka, brutalna w obejściu! Chce pod nogami trzymać nie tylko męża, ale nawet zapracowanego gościa – żąda punktualności, ani rozmawiać nie można – musimy się kryć po kątach…

Pewnej modyfikacji ulega logistyka komunikacji z Marią:

Wiesz co Maryś? Będę teraz do Ciebie pisał 2 rodzaje listów: jedne jak ten np., to jest o rzeczach dla Ciebie mniej ważnych, moje przeżycia podróżne – Tobie do wiadomości. Z tych wiedzieć będziesz, co porabiam, gdzie jestem, jakie myśli włóczą się po mojej głowie etc. Drugie listy będą krótkie, to jest do załatwienia: sprawy prasy i zlecenia oraz prośby załatwienia czegoś. Pierwsze przeczytasz i odłożysz, drugie załatwić trzeba. W ten sposób unikniesz czytania podwójnie innych długich marudzeń.

Przez tę zmianę w listach z tej części powstaje dla nas pewna trudność w odczytaniu właściwej chronologii poszczególnych listów. Dla porządku przyjęliśmy więc zasadę publikacji kolejnych listów według kolejności ich numerów, czyli dat nadania, a nie dat ich pisania. Zatem czytelnik będzie je czytał mniej więcej w takiej chronologii, w jakiej czytała je Maria.

Prawdziwy przełom nastąpił w temacie środka transportu, jakim podróżnik się przemieszczał. Wysłużony ponad wszelkie wyobrażenie rower miał dotrzeć jedynie do Kapsztadu. Nowak poważnie rozważał zakup dwóch osłów, jednak już w stolicy zmienił zdanie:

Prawdopodobnie pojadę jeszcze dalej rowerem – to jest aż do granicy S.W. Afrika, jakichś 600 do 700 km. To jedyna droga wyjścia o tyle, że tu osły drogie, a do tego psa warte w terenie pustynnym – przywykłe bowiem jeść i pić dobrze.

Ostatecznie pomysł z osłami wybił mu z głowy Wiśniewski, przekonując jednocześnie do podróży konnej. Na tę okoliczność sprezentował Nowakowi jednego ze swoich koni – Żbika, a drugiego – Rysia sprzedał – częściowo na kredyt. Ten darowany już na starcie okazał się zbyt słaby na warunki tak trudnej wyprawy i został wymieniony w jednej z burskich farm na innego – Cowboya.

W takim składzie kawalkada przebyła 3000 km w czasie czterech miesięcy podróży. To było zupełnie nowe doświadczenie dla Nowaka, który nigdy wcześniej nie jeździł konno, a tym bardziej nie podróżował w ten sposób. W przeciwieństwie do roweru, zwierzęta wymagały nieustannej opieki, a troska o nie była dla świeżo upieczonego jeźdźca prawdziwym wyzwaniem:

Śniadanie trzeba dać koniom, a potem i sam zjeść – siodłanie i odjazd. Konie już wprawdzie chodzą za mną jak dobry pies, ale to takie duże dzieci. Jeżeli się chce, aby nie zdechły, trzeba na każdy ich ruch baczyć – omijać przede wszystkiem przepełnione piaski „Sandfeldu”, interesować się nawet ich odchodem…

W Kraju Owambo – tuż przed granicą z Angolą, podróżnika zwala z nóg jeden z silniejszych ataków malarii. Wyzdrowiawszy nieco, opuszcza gościnne misje protestanckie i rusza dalej na północ.

Na Święta Bożego Narodzenia Nowak dociera do Nowej Lizbony (dziś Huambo), gdzie okoliczne majątki, zwane w Angoli „fazendami”, zamieszkuje tutejsza Polonia. Korzysta z zaproszenia od właściciela jednej z nich (Bõa Serra), którym jest hrabia Michał Zamoyski i jego żona. Spędzi u nich cały miesiąc, przygotowując się do dalszego etapu. Tym razem pobyt u Polaków będzie wspominać jak najlepiej:

Hrabia miły człowiek, a żona jego bardzo grzeczna – ani porównań robić nie można z tą chamką Wiśniewską. W każdym razie parutygodniowy postój da mi przyjść trochę do sił, tem bardziej że nie jestem zupełnie krępowany – mogę wstawać, kiedy chcę, a także w łóżku jadać, o ile nie będę chciał iść do stołu.

Kolejnym etapem podróży miał być rejs na pokładzie niewielkiej własnej łodzi wraz z nurtem afrykańskich rzek. Pomysłem spływu Nowak cieszył się już od wielu miesięcy – jeszcze w drodze na południe. Ale dopiero w Gumuchab opracował trasę rzekami Kasai i Kongo, a teraz przyszedł czas na realizację tego śmiałego przedsięwzięcia. Miejsce możliwego startu spływu znajdowało się 800 km na wschód od Nowej Lizbony. Z racji na niesprzyjający klimat konie nie mogły mu towarzyszyć w tej podróży (zostaną już na zawsze w Bõa Serra). Odległość tę przebył na pożyczonym od hrabiego rowerze.

 

Dotarłszy nad brzeg Kasai zleca budowę dwóch bliźniaczych czółen. Połączone burtami dłubanki ochrzczone nazwą „Poznań I” nie były jednak w stanie pokonać bystrzy w początkowym biegu Kasai. Ostatecznie już trzeciego dnia spływu zatonęły na jednym z nich.

Rozbiłem się – to jest nie tyle ja, co mój „Poznań I” – z czem zresztą liczyłem się całkiem poważnie i dlatego nazwałem go I. Nie to rozbicie łodzi tak mię przygnębiło, bo przecież cudem uratowałem życie, a i bagaż nie stracony, ale sytuacja – prawie bez wyjścia.

Prawie, bo owym wyjściem z tej sytuacji okazało się najęcie miejscowych tragarzy, na głowach których cały bagaż został przetransportowany aż do miasta Luebo w Kongu Belgijskim – bagatela 1300 km. Był to więc kolejny etap konsekwentnie zrealizowany bez udziału transportu mechanicznego. Przejście tej odległości zajęło karawanie nieco ponad dwa miesiące.

Tam Nowak zakupił wielką, bo aż 13-metrowej długości dłubankę i wybudował na niej funkcjonalną kabinę. Łódź ochrzcił oficjalnie przy udziale księdza, nadając jej imię „Maryś”. 1 lipca 1935 roku odbił od brzegu, obierając sobie za cel Leopoldville, wzbudzając tym samym niedowierzanie i ogólną sensację wśród miejscowych Belgów. Rozpoczął się bodaj najprzyjemniejszy ze wszystkich etapów pięcioletniej podróży Kazimierza Nowaka, a fotografia uwieczniająca podróżnika na jego „Maryś” jest niewątpliwie najbardziej romantycznym jej symbolem.


Część I
ZWIĄZEK POŁUDNIOWEJ AFRYKI


List nr 111 – cd.

pod namiotem, 2 maja 34

[Cape Agulhas]

Marysieńko Kochana!

Dziś myślałem, że ranka nie doczekam. Zima na dobre się zaczęła! Dziwne to – jesteśmy małżeństwem, a u Ciebie maj wiosną – u mnie zimą. Zima tutejsza to właściwie mała różnica między naszą wiosną – w dzień ciepło, ale noce wilgotne i chłodne, a ja na ziemi sypiam, bez materacy czy siennika, na słomiance tylko – jak pies w biednym domu. Zresztą w latach minionych tak się wyprażyłem w słońcu, takie upalne noce przeżywałem, że teraz marznę, choć termometr wskazuje temperaturę wcale nie zimnego pokoju. Tem bardziej że ten bawełniany kocyk wytarty – pełno dziur.

Dopiero o 11tej byłem w Bredasdorp – na poczcie nic nie było dla mnie, bo tak pisałem – to jest podałem adres Bredasdorp do 23 kwietnia, resztę kazałem zatrzymać w Cape Town!

Dziś prawie cały funt poszedł na znaczki, a tyle jeszcze na ten cel trzeba wydać w Kapsztadzie, ale co robić? Na pocztę tracę, ale temi listami zarabiam, więc trzeba!

List do Ciebie i Mroza, który nosi stempel L’Agulhas, sam przywiozłem do Bredasdorp – ciekawe listy! Odeszły z Cape Agulhas, a nadane avion z Bredasdorp dopiero – zaś aeroplanem polecą z Cape Town. Zachowaj ten list nienaruszony poza rozcięciem, to koperta wartościowa! (dla zbieraczy). W ogóle kopert nie niszcz, pozostawiaj tak, jak nadchodzą – to dowody i kiedyś przynieść mogą grosz.


Autor w mroźny poranek przyrządza sobie herbatkę. Pierwszy biwak w powrotnej drodze

Oprócz listu do Mroza pisałem list do Red. Przewodnika, ale nie korespondencję z podróży! Naszkicowałem mapkę, aż naprawdę zadowolony jestem z tego „obrazka” mej podróży – to naprawdę ładnie wygląda taka linijka z Tripolisu do Cape Agulhas. List zaś osobisty do Red. to taki zbiór igieł, naturalnie ukrytych, kłujących ale! Ciekaw jestem rezultatu?! Sądzę, że Foreckiemu podobają się moje uszczypliwe listy i one tylko odnoszą skutek. Idzie mi o to, by prosił o dalszą korespondencję i mam nadzieję!

Ja ale mam koniecznie napisać dużo jeszcze listów do Redakcji. Potrzebuję do tego pokoju i ciszy, skupienia w ogóle – inaczej potem z drogi nie będę miał możności. A przecież „pukaj, a otworzą” – zwłaszcza, bądź co bądź, jestem po ładnem zwycięstwie i to mię podnosi! Szkoda, że nie odesłałaś mi tych powiększeń, które darmo zapłaciłaś, a ja mógłbym tu i tam posłać je jeszcze i choć wydatek by się wrócił.

Tak się rozpisałem w Bredasdorp, że zapomniałem, że pop. we środę sklepy zamknięte, i nic na drogę nie kupiłem, ale jeszcze jakoś wyszukałem w plecaku na kolację coś niecoś. Ruszyłem dopiero o 4tej pop. i nocuję na ściernisku może 2 km przed osiedlem NAPIER – już na kapsztadzkiej drodze. Wokół pola orne – sieją właśnie, bo tu nie w lecie, a w zimie dojrzewa zboże, lato za gorące. Dobranoc na dziś i całuję. Pa.

pod namiotem, 3 maja 1934

Drogi Marysiek!

Nocy minionej ani rusz usnąć – tak strasznie drżałem ze zimna. Czułem, że mam gorączkę, a jednak zimno mi było. Rano ledwo się ściągnąłem z barłogu i w drogę. Ciężka ta droga! Oj! Ciężka naprawdę, choć nie górzysta, ale te pagórki zaorane świeżo gorsze od gór Zwartbergu dla cyklisty. Tam bowiem cały dzień się szło pod górę – tu wlecze się silnie pod górę 10 do 15 minut, pot cieknie rękawami, a potem tak nagły zjazd, że kark skręcić można, po to, by na nowy pagórek się drapać. Zaziębiłem się temi zjazdami.

Farm dużo, ale wiesz? Straszni ludzie! Pomyśl! Może 10 farm obszedłem spragniony wody i nigdzie mi trochę wody dać nie chciano. Pokazywano wyschłą rzekę, która miejscami pobłyskiwała zgniłemi kałużami brudnej, cuchnącej wody! A koło domów mają duże baseny z deszczówką, ta ale dla nich! Egoizm krańcowy! I tak ciągle jeszcze pustynia właściwie, gorzej nawet, bo tam w żadnej oazie wody nie żałują podróżnemu, ale serdecznym „FADDAL” zapraszają do jadła i picia.

Nocuję tuż przy drodze, jakieś 15 mil przed miasteczkiem Caledon.

Czuję się jak niedorżnięte kurczę, ledwo kolację zgotowałem na oślim kale i kilku trzasenkach. Gorączka pali – oj ta gorączka!

Całuję Was i ślę „dobranoc”. Deszcz kropi. Pa.

P.S. Aha! Dziś 3 maja – rocznica konstytucji. Myślałem dużo o naszych łobuzach, które pewnie urządzali jakieś uroczystości szkolne. Oj! 3 maj – wiosna, cudowna i wonna, a ja nawet wody nie mam do syta!

pod namiotem, 4 maja 1934

Maryś mój Jedyny!

Noc nareszcie! Ani kolacji nie gotowałem, taki pół trup jestem. Dzień był więcej jak straszny, oprócz drogi niemożliwie stromej lub spadzistej i ostatecznie zużytej padał „polski kapuśniaczek”, a wichura chciała wywrócić.

Po obu stronach drogi były farmy, ale to gorzej jak pustynią – ludzie źli, a nawet w taki czas nie dadzą schronu. Przemokłem i zamarzłem formalnie i wlokłem się, bo tak miałem pewność, że żyję jeszcze troszeczkę…

Była 5ta pop., gdy osiągnąłem Caledon, ale hotele w cenie takiej, że chcąc nie chcąc grzech by było wydać tyle pieniędzy, tem bardziej że ich coraz mniej w kieszeni! Powlokłem się dalej, szukając odpowiedniego miejsca pod namiot. Ale to coraz trudniejsza rzecz. Dojeżdżam do stolicy, ziemia nie bezpańska – wszędzie płoty z kolczastego drutu. Ostatni blask dnia, a ja jeszcze na nogach po 20 milach pieszej drogi i do tego nie sposób było coś zgotować, a więc i głodno. W końcu gdzie bądź stanąłem.

Ziemia błotna, wszędzie kałuże wody, trzeba było wybrukować kamieniami łóżko, nakryć go trochę pustynną trawą, aby nie nurzać się jak prosię. Oj, ciężki był dzień Maryś. Taki ciężki, że już z radością wlazłem do mojej budy, która przynajmniej od mroźnego wiatru chroni.

Nocuję około 70 mil od Cape Town, ale lżej było na Saharze! Tu cywilizowana pustynia dla podróżnego.

Pa! Dobranoc! Całuję Was czule.

5 maja 1934, pod namiotem…

Maryś mój Jedyny!

Pod namiotem znowu, jak prawie codziennie teraz. Stałem się naprawdę koczownikiem, a że kraj propustynny ciągle, więc ani się nie myję, bo trudno nawet o wodę do picia. Bardzo trudno się rozebrać na noc, zimno, zresztą masa skorpionów i innego robactwa wyklucza położenie się rozebrany do bielizny.

Nocy minionej ledwo usnąłem, a tu masz! Huraganowy, mroźny wicher zaczął targać płótnem namiotu, że czekałem tylko, jak strzępy będą z mego domu. Obeszło się na 2–krotnym rozerwaniu szczytu, który nocą, bez światła, zreperować nie można było – zaledwie sznurkiem wiązałem. Nad rankiem, gdy już senny byłem śmiertelnie – masz! Ludzie z pobliskiej farmy przyszli orać tuż obok, a poganiacze tak przeraźliwie krzyczą na nieskończenie długi zaprząg osłów ciągnących pług, że o spaniu już mowy nie było, zaś wstać nie miałem odwagi. Na dworze mroźny wicher, wilgoć, słońce jeszcze nie wzeszło na strop.

W końcu i słońce! – ale jakby zamarzło od wichru, ani trochę ciepła. Wstałem, rozgrzałem się gorącą herbatą i w drogę. Około południa kupiłem 2 jaja i posiliłem się kluskami kładzionemi, a po chwili masz! Ostatecznie rower skończył swoje wysługi. Tylne koło pękło całkiem – jeszcze guma tylko trzyma, że da się toczyć. Idę zatem pieszo, choć miejscami dałoby się toczyć rowerem. Czy znajdę ratunek po drodze – wątpię, a to jeszcze do Kapsztadu 55 mil! Kupa drogi na piechotę!

Pod wieczór osiągłem osadę Bot-River i wstąpiłem do rzeźnika. Żyd z Wilna. Pomyśl! Handluje świniną także! Kupiłem trochę baraniny i wieprzowiny z okrasą – pieniędzy nie przyjął!

Potem jeszcze trochę cukru i herbaty – i powlokłem się dalej. Przejście przez łańcuch górski dość łagodne, a tuż obok drogi, poniżej nieco, widać tor koleji. Słońce zachodziło – na szczęście znalazłem wgłębienie wśród skał, zagajnik mały – raj dla koczownika, bo ochrona od wichru, tylko brak będzie rano wody. Gotowałem, smażyłem okrasę – ot, trzeba!

Żebyś Ty Maryś zobaczyła moje ręce! Mozoły, pełno przypuchniętych ran, które co dzień nowe – to przy rąbaniu lub przy reperacji roweru, a potem ognisko, chwytanie uciekającej herbaty czy kaszy. Przepocony, niemyty, obdarty, a na domiar przyjaciel mój stanął dęba! Jak widzisz – to choć niby nie mam przy sobie dzieci, też mi niewygodnie i trudno, ciężko. Bóg tylko sił dodaje i nie narzekam. Może kiedyś lepiej będzie!

Pa! Dobranoc. Całują i pieszczę moja Trójkę. Wasz K.

pod namiotem, 6 maja 1934

Mój Drogi Marysiek!

Zbuntowałem się i nie ruszyłem z miejsca, gdzie wczoraj namiot rozbiłem. Niedziela dziś, odpocząłem trochę. Pomodliwszy się rano, odszukałem wodę, obmyłem raz w końcu twarz, potem narąbałem drzewa – dużo drzewa! – aby i na noc starczyło, ale znowu poraniłem ręce – mam pecha. Odegrzałem obiad i marzyłem u ogniska, aby to tak zamiast do Kapsztadu dojeżdżać już do Poznania!

Chciałem pisać, ale ja w dzień wcale nie mam polotu myśli. Prawie wszystko, co napisałem w podróży, to pod nastrojem nocy afrykańskiej – tych cudownych gwiazd i ciszy, która myśli pozwala biegnąć po każdej obranej linij. Było mile tak raz posiedzieć i wdychać swobodnie śnieżne górskie powietrze…

Czytałem trochę, aż w końcu sen zmorzył – wlazłem do namiotu i zdrzemnąłem, a gdy wstałem, zabrałem się do pisania – znowu do Mroza, to jest dla Na Szer. Świecie.

Ściemniło się, a ja zaledwie 12 stron napisałem, ale w dzień już tak zawsze. Ciekaw jestem, co Mróz powie na tak częste moje listy, żeby go tylko nie wzięła ochota rzucić do kosza! Z Kapsztadu dopiero napiszę do innych redakcji. Trzeba koniecznie parę nocy na ten cel poświęcić!

Boże! – ale kiedy ja tam stanę?! Że też to paskudne koło nie mogło doprowadzić aż do celu – ja jednak silniejszy jestem jak żelazo!

I już noc! Brakło mi zapałek, a byłem pewny, że mam jeszcze w plecaku, i przez to, aby rano rozgrzać się herbatą – muszę całą noc palić ognisko. Całe szczęście, że w czas się spostrzegłem i z reszty ogieńków roznieciłem palenisko.

Wiesz co Maryś? Będę teraz do Ciebie pisał 2 rodzaje listów: jedne jak ten np., to jest o rzeczach dla Ciebie mniej ważnych, moje przeżycia podróżne – Tobie do wiadomości. Z tych wiedzieć będziesz, co porabiam, gdzie jestem, jakie myśli włóczą się po mojej głowie etc. Drugie listy będą krótkie, to jest do załatwienia: sprawy prasy i zlecenia oraz prośby załatwienia czegoś. Pierwsze przeczytasz i odłożysz, drugie załatwić trzeba. W ten sposób unikniesz czytania podwójnie innych długich marudzeń.

Te pierwsze, to jest długie listy, wysyłać będę dla oszczędności pocztą zwykłą, a choćby 2 razy na miesiąc poślę listy lotnicze, abyś wiedziała o wszystkiem ważnem! Czynię to nie tyle ze samej oszczędności, co z konieczności oszczędzania!

No! – ale i dobranoc! Czego Ciebie ale tu nie ma? Trzeba by rękę pokaleczoną zajodynować i obandażować! Oj Maryśku, brak mi Ciebie! Całuję mocno moją Trójkę. Wasz biedny Kazimierz.

 

pod namiotem, 7 maja 1934

Maryśku mój!

Gdzieś w dole widać na tle czarnej nocy niby diamentową kolię. To już światła Kapsztadu!

Właściwie to już 8 maja, bo stanąłem obozem gdzieś dobrze po drugiej godz. w nocy. Ciężki był dzień!

Rano wstałem przed wschodem słońca, zamarznięty na lód. Dalej szukać jeszcze żaru w palenisku, na szczęście kilka węgielków było jeszcze! Potem tylko herbata, bo już nic do jedzenia nie było. Szedłem pieszo, szedłem i szedłem, ale dopiero po pop. dobrze osiągłem osiedle ELGIN i skusiło mię wejść do garażu, aby trochę jakoś zreperować rower.

Partacze tutejsi mechanicy, ani pojęcia o pracy, a leniwe! Niech Bóg broni. Chciał za taką głupią robotę prawie 10 zł. Zgodziłem 3 zł, więc zrobili tak, że ani rusz jechać dalej, ale zlepił obręcz, choć ją zmniejszył. Zacząłem teraz borykać się z okropnościami ósemkania, ale gdy koło dało się obracać na rowerze, zaszło słońce. Okolica cała na przestrzeni kilkudziesięciu mil zalesiona, piękny las sosnowy to eukaliptusowy na przemian, sucho jak pieprz, a więc w lesie obozować nie wolno, a za palenie ogniska więzienie. Słusznie całkiem! – ale ani zgotować coś, ani spać. Poszedłem do żydowskich kupców z Polski i Litwy i odmówili, kierowali do hotelu. Pozostało zatem nocą iść dalej – noc czarna, las, ani na krok nic nie widać. Szedłem jednak, długo. Teraz dopiero czuję ból nóg. Las się skończył, wszedłem w przejście górskie zwane SIRLOWRY-PASS. Spad szalony, a w dole widać miasto SOMMERSET-WEST, zaś dalej całą grupkę innych miast – w końcu i stolicę: Cape Town.

Szedłem, już sił nie czułem. Przebyłem ponad 20 mil pieszo, czyli 30 km, z czego dużo pod górę.

No! – ale odpocząć trzeba, a i pomodlić się jeszcze. Może przy pomocy Boga dotrę już jutro do stolicy. Całuję Cię silnie i dzieci.

Twój i Wasz

Kazimierz

Bellville, 8 maja 1934

Maryśko Jedyna!

Dziś nie pod namiotem piszę, ale w izdebce jakiegoś Greka, przygodna znajomość. Dzięki Bogu! – bo na dworze zimno, noc wilgotna, a zanim rano złożyłbym namiot, byłoby już nie rano, ale południe.

Dziś miałem jeden z tych dni pełnych trudu i trosk. Po nocy, zanim słonko wstało, paliłem już ognisko, aby zmarznięte nogi do życia przywrócić. Złożyłem potem mokry namiot i wlokłem się z góry, ale tak „z pieca na łeb”. Pode mną gdzieś głęboko były gęste chmury, tak że miałem wrażenie człowieka stojącego głową na dół.

Po ostrym spadzie zacząłem jechać kawałkami, wiatr przegonił chmury i pokazało się miasteczko Somerset-West. Było ale południe, gdy wjechałem do tego osiedla, napiłem się herbaty w herbaciarni i ruszyłem dalej. Było jeszcze 33 mil do Kapsztadu, gdy ostatecznie pękło tylne koło, ale tak! – że już nie jechać, ale ani prowadzić nie sposób było. Wybiłem parę szprych, aby choć jakoś dociągnąć rower z powrotem do minionego osiedla, aby jakoś rower naprawić, bo przecież nie mogłem jechać autem czy pociągiem do Kapsztadu – sama przyznasz. O ile w mej podróży użyłem innego środka lokomocji jak rower czy pieszo, to tylko dlatego, że siła wyższa zmusiła mię do tego – siła ale tak wysoka, że nie mogłem się jej oprzeć. Tu ale nie było tej siły wyższej – można przecież kupić nowe koło, tem bardziej że stać mię na to.

Zaczęło się reperowanie! Oj Maryś, jacy to mechanicy w Afryce! Zwłaszcza ci tutejsi – synowie Burów. Ja naprawdę znam się więcej od nich na rowerze. Gdy już oś tylna była wyjęta ze szprych, masz! – okazuje się, że ja potrzebuję obręcz z 36ciu dziurkami na szprychy, a oni mają tylko z 40tu dziurkami, to jest nic z reperacją!

Wszyscy radzili, aby jechać do Kapsztadu, ale czem?! W końcu sam znalazłem drogę wyjścia, i to ciekawą – przyznasz sama.

Tylne koło w kawałkach, a teraz to samo trzeba było robić z przednim kołem, to jest poprzecinać szprychy, wyrzucić oś przednią – po to, aby mieć obręcz z 36 dziurkami do tylnego torpeda, które kupę pieniędzy kosztuje. Tak teraz już było można tylne koło zmontować, ale przecież bez przedniego koła nie pojadę dalej! Znalazło się i przednie koło, stare, przechodzone, ale silne jeszcze – tylko „Stomil” znowu nie nadawało się do niego. Pozostało kupić nową oponę.

Była 6ta pop., gdy rower stał gotów do drogi, słońce ale gasło. Stanąć? – nie! Kupiłem nową baterję do lampy – pojechałem. Strasznie! Noc czarna, a setki aut oślepia reflektorami i tak lodowato zimno. Jechałem ale, bo chcę przed świętem stanąć w Cape Town. Asfaltowa droga, droga w porządku prawie, mijałem milę po mili, aż oto dotarłem do Bellville – była 10ta wiecz. Jeszcze 12 mil do Kapsztadu. Dobrze! – ale co ja zrobię w dużym mieście o północy tak stając?! Wszedłem do jakiejś kawiarenki – Grek – zahaczyłem dzięki Bogu dobrze, a rano stanę w stolicy.

Ale pomyśl, że akuratnie tam, gdzie osiągłem doskonałą drogę asfaltową, tuż pod Cape Town, do którego już było tylko 33 mil, musiałem zmienić i koło, i gumę! No! Ale jest przysłowie: „Kto na złej drodze jedzie – dobrą pieszo przebędzie”.

A jutro Kapsztad! Poczta od mojej Maryśki, konsulat polski, brrr… i ta walka znowu = wizy, pozwolenia, ekwipunek, osły, siodło. Wiesz Maryś? Chciałbym już być poza Cape Town – to jest nie w dal, bo już w dal nie ma drogi, ale dojeżdżać do kraju wielkiego Manakawa. To jest do granicy kraju, w którym mieszka Wiśniewski, a który nazywa się „South West Africa”, przedtem „Deutsche West Afrika”, kolonia Niemiec – dziś protektorat Unji Południowo Afrykańskiej. Da Bóg i tam dotrę jakoś, odpocznę trochę, bo już naprawdę siły opuszczają.

Dziś Imieniny śp. Ojca – Boże! Mnie się wierzyć nie chce, że On już nie żyje! I to wnet 3 lata! Ale dobranoc! Całuję silnie! Pa!

Cape Town (Kapsztad)

9 maja 1934

Najdroższy mój Maryś!

Całuję silnie za pocztę, którą szczegółowo potwierdzę jeszcze, ale już brak sił pisać – północ właśnie, a od 6tej rano dużo przeżyłem.

Przede wszystkiem dotarłem do ostatecznego celu – to jest po 9tej godz. rano osiągłem Kapsztad. Zastałem pocztę, byłem w Konsulacie, gdzie przyjęto mię serdecznie i pomogli dużo, bo groziło aresztowanie i przymusowe wysiedlenie z Unji, a więc skandal, na szczęście ale Konsul przez znajomości (bo osobiście nie może zrobić tego bez pozwolenia specjalnego Warszawy) znalazł Żyda, który zagwarantował za mnie sumą 50 funtów szterlingów – pomyśl, co za gruba suma! 50 funtów to ponad 1500 zł. Potem zakwaterowałem w żydowskim domu noclegowym – na tydzień kupa pieniędzy, ale co zrobić, kiedy na asfalcie rozbić namiotu nie można, a w końcu mam dość – ledwo dyszę, przeziębiony jestem strasznie. Przed chwilą wróciłem od p. Roińskiego, Lwowianina – żonaty z Angielką – sytuowany gorzej ode mnie, ale zna miasto i język, potrzebuję go. Herbatka, gawęda, ciekawy typ nędzarza inteligenta, druh mój o tyle, że dola nasza nieco podobna, a z jednej strony ja szczęśliwszy, z drugiej on, bo żyje ze żoną i dziećmi, ma dom, a ja kij tułaczy. Jest nas zaledwie 3 Polaków w całem Capetown – Konsul, p. Roiński i ja, jest ale dużo Żydów z Polski, ale przeważnie dawnych imigrantów, którzy nie mówią po polsku ani niemiecku. Pracowity dzień, a tyle jeszcze pracy – zabawię niedługo tutaj. Ale i Pa! Całuję mocno za list i gazety, a na końcu podam nr koresp. dziś otrzymanej. Całuję. Pa!



Kapsztad, 10 maja 34

Moja Marysieńko!

Święto Wniebowstąpienia, a ja ani na mszy św. nie byłem, ale naprawdę wbrew woli – miałem ochotę, tylko zaspałem.

Przyszedł do mnie też Żyd, co gwarantował na 50 funtów – jest krawcem. Kupiłem u niego bryczesy, dość możliwe – chciał 2 funty, potargowałem się ale trochę. Potem byłem u Biskupa Hennemanla. Niemiec, miły człowiek – podpisał się w pamiętniku, a i 1/2 funtem dopomógł – będzie na koszulę choćby.

Czeka mię przebój – walka nie lada, bo pieniądze uciekają, zaś nie mogę ich się wyzbyć, bo wtedy przepadłem! Prawdopodobnie pojadę jeszcze dalej rowerem – to jest aż do granicy S.W. Afrika, jakichś 600 do 700 km. To jedyna droga wyjścia o tyle, że tu osły drogie, a do tego psa warte w terenie pustynnym – przywykłe bowiem jeść i pić dobrze.

I tak Maryśko, niby Przeznaczenie: „rower mnie się trzyma, a ja roweru”. Nie będzie to złem o tyle, że oszczędzę dużo czasu – rowerem jedzie się dużo prędzej, potem rower to mój stary druh, ani jeść, ani pić nie woła! Zresztą to sprawa jeszcze nie ustalona, ale gdy ten list czytać będziesz, ja już nie będę w Cape Town, ale w drodze znowu na Północ. Gdy dłużej tu się zatrzymam, to i opinję naruszę, i więcej funtów ucieknie – lepiej zatem uciekać. Nie rozczarowałem się ale – wiedziałem, że Kape Town nic mi nie da i tak Bogu dzięki uratowano mię od opresji policji tutejszej – to już więcej jak dużo!

Maryśku mój! Adres ciągle Cape Town, ale nie avion pisz, ale zwykłą pocztą, chyba bardzo ważne przez lotniczą! Listy pójdą za mną. Nowy adres podam już z drogi. Ciekaw jestem naprawdę, jaka droga mi się otworzy? Jak pojadę? Zdaje mi się, że Zambezi nici z tego – nie umię zresztą ustalić drogi poruszania, wszędzie „imigracja”. To piekło kaucji i innych sykatur. Gdybym miał w kieszeni choćby ze 60 funtów, to inna rzecz – 50 na kaucję, a 10 na ewentualne życie. Wtedy cała podróż stałaby się lekka i bez przeszkód, ale skąd wziąć te pieniądze? Ani nadzieji najmniejszej… Naprawdę to jednak ciekawe! Jadę, a nie mam pojęcia którędy i jak – jestem po prostu zdany na los szczęścia…