Kochana Maryś! Listy z Afryki. Tom IITekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa


Strona redakcyjna

Oryginały listów do żony, a także inne dokumenty i fotografie zamieszczone w niniejszej książce pochodzą z archiwum Elżbiety Nowak-Gliszewskiej i Mariana Gliszewskiego.

Redakcja: Dominik Szmajda

Współpraca: Teresa Szmajda, Piotr Szmajda

Korekta: Wojciech Nowakowski

Projekt okładki, opracowanie materiału ilustracyjnego i skład:

Dominik Szmajda

Copyright © by DM Sorus Sp. z o.o.

Wydanie I, Poznań 2015

Printed in Poland

ISBN 978-83-65419-39-2

DM Sorus Sp. z o.o.

ul. Poplińskich 12A

61-574 Poznań

tel. 61 653 01 43

sorus@sorus.pl

www.sorus.pl

www.kazimierznowak.pl

Spis treści

O tomie II

Część I

Kongo Belgijskie, Ruanda, Urundi

Część II

Rodezja Północna i Rodezja Południowa

Część III

Związek Południowej Afryki

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

O tomie II

Trasa wyprawy Kazimierza Nowaka nie była z góry zaplanowana, lecz ulegała ciągłym modyfikacjom w zależności od rozmaitych okoliczności, możliwości i przeszkód napotkanych po drodze. Jednak Kongo Belgijskie było od samego początku głównym celem podróżnika. Kraj ten zarówno wówczas, jak i dziś stanowi serce Afryki – tak w sensie geograficznym, jak i mentalnym, kulturowym. Oprócz niewątpliwej egzotyki Kongo pociągało Nowaka ze względu na potencjalne źródło zarobku na dalszą podróż. Belgijska kolonia słynęła bowiem ze złóż złota i diamentów, a tam, gdzie są kopalnie, nie powinno brakować bogatych białych, skłonnych dobrze zapłacić za zdjęcia.

Na początku 1933 roku Nowak przekracza granicę i niemal od razu wjeżdża na złotodajne tereny północno-wschodniej prowincji Konga. Już od dawna liczył na to, że uda mu się tutaj „zahaczyć”, czyli znaleźć stałe źródło dochodu. Spotyka go jednak zawód – ogólnoświatowy kryzys ekonomiczny dotknął także Kongo:

Katastrofalny stan rzeczy, jaki na wstępie do prowincji Katanga spoty­kam, i słyszane opowiadanie o tem, co tam na południu się dzieje, wyklucza zupełnie zahaczenie jakiekolwiek. Kopalnie stanęły, oprócz kopalni złota, platyny i radu, życie zamarło, biali już uciekli lub uciekają, walą się kopal­nie, bankrutują firmy po firmach, a hotele, restauracje, wszystko zresztą pustką świeci. Zostali jeszcze urzędnicy, ale Ci nie pomogą niczem – liczyć na nich nie mogę.

Kazimierz nie ma więc szans na powiększenie i tak bardzo skromnych środków finansowych. Może jedynie liczyć na polską prasę, ale regularne wpływy z tego tytułu odczuje dopiero jesienią.

Tymczasem wykorzystuje każdą okazję, aby pisać. Dzięki tytanicznej pracy lista tytułów stopniowo rośnie. Jego relacje pojawiają się od czasu do czasu w „Kurierze Poznańskim”, „Kurierze Warszawskim”, „Światowidzie”, „Ilustracji Polskiej” i „Naokoło Świata”. Jednak to współpraca z redaktorem Mrozem z dwutygodnika „Na Szerokim Świecie” ostatecznie okaże się najbardziej owocna. Chociaż Nowak wolałby, żeby dotyczyło to innego tytułu:

Mam wprawdzie już 2 listy napisane, to jest dla Na Szer. Św. i Ilustracji – oba znośne, brak mi tematu dla Światowida, a ja naprawdę bardziej się cieszę artykułem w Światowidzie jak u Mroza! Światowid zresztą umiesz­cza pięknie moje foto, no i Światowid idzie na świat cały, a mnie naprawdę idzie o reklamę, to dużo na jutro, może nawet na niedalekie jutro!

Środki z honorariów miały służyć wyłącznie utrzymaniu rodziny, ale trudna sytuacja na miejscu w końcu wymusza na podróżniku odstąpienie od tej zasady. Po dotarciu do Ruandy pod koniec maja 1933 roku pisze:

Jeżeli miałabyś możliwość pospieszyć mi z pomocą Kochanie, byłbym naprawdę uratowany kwotą choćby 50 Belga, czyli 50 i coś złotych – czek na Bruxelę.

Brak pieniędzy nie przeszkadza jednak Nowakowi posuwać się dalej na południe, głównie dzięki pomocy licznych ośrodków misyjnych:

Co ja bym zrobił w Kongo, gdybym nie miał oparcia o misję? Od Kigali jestem na utrzymaniu Ojców, im zawdzięczam życie, ubranie, a wszędzie tyle serca znajduję, że ani uwierzysz. Jestem nawet dla misjonarzy starych bohaterem – a że paplam po franc. jak papuga, więc mam o czem gadać przy stole!

Choć wsparcie misjonarzy nie przynosi mu gotówki, to jednak udaje się Nowakowi realizować nawet tak śmiałe przedsięwzięcia, jak choćby wyprawa w góry Ruwenzori, aż do granic lodowca – powyżej 4000 m n.p.m. Paradoksalnie to właśnie brak pieniędzy skłania podróżnika do obrania najtrudniejszych odcinków, których pokonanie dostarczy najmocniejszych wrażeń. Tak było w przypadku trawersu zachodniego brzegu jeziora Tanganika:

Gdy tak sobie oglądam łódź, bestja krokodyl omal jednego murzyna nie pożarł – strzeliłem, dostał porządnie, bo bryznął wodą, znikł i znowu podpłynął, ale w końcu uszedł ranny. Dopiero koło 10tej w nocy było można ruszyć, ucichło nieco wściekłe jezioro, ale to okropne! Pomyśl – aż w dwa pirogi z obsadą 5 ludzi, i to na moją nędzarną kieszeń! Ja, bagaż i 2 wioślarzy – jedna łódź, na drugiej łodzi trzech wioślarzy i mój rower. Pruliśmy fale na przełaj, kołysanka niemożliwa, łódź trzeszczała głucho. Po godzinie może wypadły łaty z drugiej łodzi z mojim rowerem – murzyni krzyczeć zaczęli, że toną, a mnie nie ich żal było, ale roweru! Do brzegu, brzegu!

(…)

Pamiętasz? – dawno jeszcze pisałem, że trzeba tę przestrzeń przebyć okrętem, a jednak pokonałem ją, używając zaledwie kilkukrotnie łódek tu­bylczych, i nie trzeba było wydać 1500 franków!

Pieniądze od żony (80 belga) otrzyma z opóźnieniem – dopiero we wrześniu, kiedy już ich nie będzie potrzebował. Wkrótce bowiem dotrze do Elisabethville, stolicy prowincji Katanga, w której zbierze najlepsze żniwa fotograficzne w całej pięcioletniej podróży. Niebawem więc te pieniądze odeśle, a zgromadzony w mieście kapitał pozwoli mu na bezproblemowe przekroczenie granic angielskich kolonii, których tak się obawiał:

Na policji przeliczono pieniądze z mej kieszeni wyjęte – i odnoszono się z całym respektem, było bowiem aż 31 papierków funtowych i jeszcze trochę srebrniaków oraz czek, który mi moja Marysieńka przesłała ostat­nio! A to nawet dla Anglika dużo pieniędzy!

Kongo nie oszczędzi Nowakowi najbardziej znanej tropikalnej choroby – malarii. Zachoruje już na wstępie, w niecałe dwa tygodnie po wjeździe do kraju. Nawroty tej choroby będą mu towarzyszyć wiernie aż do końca podróży:

Już trzeci dzień leżę w łóżku, choć o wiele dłużej jestem chory. Znowu silny atak malarji – tak silny, że 9 bm. wieczór leżałem zupełnie bezprzy­tomny, częściowo i wczoraj. I mimo najszczerszej chęci wyjazdu jestem cią­gle w Bulawayo, ale jak w takiem stanie ruszyć w podróż?

Być może właśnie z powodu ataków malarii przejazd przez pustynię Kalahari Kazimierz często przyrównywać będzie do trudności, jakie towarzyszyły mu na Saharze. Na środku tej pustyni przyjdzie mu po raz pierwszy samotnie spędzić święta Bożego Narodzenia. Miesiąc później przekracza granicę Związku Afryki Południowej. W jej wielkomiejskich ośrodkach liczy na zdobycie kolejnych klientów na zdjęcia:

Proś Bozię o pomoc dla mnie – o to, by Johannesburg stał się dla mnie choć drugim Elville, bym coś zyskał i dla Was!

Jednak nie pójdzie mu już tak dobrze jak w stolicy Katangi. Przeszkodą będzie brak znajomości języka angielskiego, ale nie tylko. W Bulawayo, Pretorii, Johannesburgu i Kimberley zderzy się ze światem, od którego tak bardzo już odwykł. Dla tego świata Nowak także będzie trudny do zaakceptowania:

Mam pecha – tyle zaczepek, że już mi obrzydza się życie. Naturalnie tu wszystko ogolone, wszystko w strojach europejskich. Rażę, ale co mię ulica obchodzi! Szydzą ze mnie – niech szydzą, ale bo dziś wyszedłszy z mojej herbaciarni miałem zaczepkę tak bezczelną, że musiałem jakiegoś pana nazwać po angielsku osłem. W końcu i do bójki przyszło – biłem, ale tak z całego serca, sam zaś nie odniosłem ani jednego uderzenia, a ulica wzięła moją stronę! Tylko że ręce tak drżą – oj te głupie nerwy!

To wówczas powstaną jego najciekawsze teksty o cywilizacji, pełne emocji i goryczy – jakże aktualne i dziś. Ale podobno nie tego oczekiwali jego czytelnicy:

Piszesz o cywilizacji, aby ją pominąć, ale to niemożliwe Maryś! – zwłasz­cza w tej części Afryki. To jedyny prawie temat – wpływ naszej cywilizacji na życie murzyna i na Afrykę. Polska mało zainteresowana w tej sprawie – nie mamy kolonji, a choć chcemy, nikt nam jej dziś nie da. Minął czas na to! Najwyżej mogę pisać bardziej powściągliwie, ale ja i tak ani części spraw drażliwych nie tykam!

 

Zbliżając się do południowego krańca kontynentu, staje się świadomy wyczynu, jakiego dokonał:

Wrócę podróżnikiem, znanym w całej Polsce – to mi zapłaci trud tu­łaczki długiej.

Powoli też snuje plany na podróż powrotną:

Cape Town przerzucić się koleją w stronę Wiśniewskich – to jest przez Afrykę, która należała do Niemców, a po odpoczynku i gruntownem prze­studjowaniu map i literatury ruszyć na przełaj od Oceanu Atlantyckiego przez Angolę – ku Zambeze, która niedaleko granic Angoli płynie. Na tej drodze mam przeciekawe, zupełnie prawie nieznane ludy – szczep BAROT­SE. Potem Livingstone jeszcze raz i dalej Tete i Ocean Indyjski przez całą Mozambikę. Licząc od Oceanu Atlantyckiego po Ocean Indyjski (okolice Beira), pochłonęłoby to ze 6 miesięcy czasu, ale podróż zaprawdę ciekawa, a korespondencje poszłyby z całą pewnością. Naturalnie już nie rowerem, ale bardziej urozmajicone za to wrażenia. Cowboy! „Kapitan okrętu”, wiel­ki strzelec – słowem miluchna awantura!

Jak wiemy, plany te stopniowo uległy istotnym modyfikacjom, ale z pewnością nie ich rozmach. Nowak jest już pewny, że nie ma mowy o szybkim powrocie do kraju. Choć jego reportaże przynoszą już regularne dochody, to jednak nie uczyniły go bogatym:

Dziś bądź co bądź jestem podróżnikiem, pracuję, piszę, a tysiące prze­ciekawych zdjęć czeka wykorzystania. Nauczyłem się znośnie francuskiego, uzupełniłem język włoski, wszedłem w język arabski i ostatnio szwargocę kiswaili (język murzyński). Teraz powoli wchodzę w język ang., który jest mi koniecznie potrzebny do pracy nad wrażeniami podróży. A gdybym dziś Ci doniósł: wracam! – to na pewno i na Twojim czo­le osiadłaby troska, bo i czy raj mię czeka po powrocie? Przecież od razu urwałyby się dochody z pracy (…).

Osiągając w kwietniu 1934 roku Przylądek Igielny, Kazimierz Nowak dopina swego – Afryka zdobyta! Jednak jest to triumf tylko częściowy. Troska o powodzenie dalszych planów nadal spędza mu sen z powiek. Odpowiedź ma przynieść dopiero wizyta w Kapsztadzie.

Dominik Szmajda


Część I
KONGO BELGIJSKIE


List nr 61 – cd.

Aba, Congo Belge, 13 stycznia 1933

Kochana moja Maryś!

Piszę na ganku domu urzędnika celnego, sympatycznego Belga, który mię na obiad zaprosił.

A więc już jakbym minął granicę – jeszcze kwestja kaucji niezałatwiona, ale to już samo się załatwi. Cło dość przychylne, zaledwie razem około 30 fr zapłaciłem, czyli około 10 zł – za to mam kupę informacji korzystnych, nie zginę!

Wiesz Marysiek? Dostałem zaraz na wstępie do Conga – bo w Aba – Twój Kochany list nr 55 datowany: poczta Boruszyn 30 XII tamtego jeszcze roku, a więc zdążyłaś z życzeniami na 11 stycznia do Juba, ale że ja uciekłem – moja wina! Dziękuję za opis świąt, za trudy, za wszystko razem – i Tobie ślę życzenia serdeczne na dzień imienin oraz Romulowi na dzień 29 bm. i 7 II br. Już raz przesłałem wiązankę życzeń, dziś je ponawiam i w dnie uroczyste będę przy Was pieszczoty moje!

List ten wyślę belgijską pocztą lotniczą, choć następny uda mi się jeszcze wysłać sudańską pocztą – mam jeszcze znaczki rezerwowe. Poślę też cały szereg nowych zdjęć, o ile tu znajdę okazję skopjowania i wywołania!

Aha! Kilo nie ma poczty, zatem adresuj: NIZI Dep. Ituri etc. jak na kopercie.

po południu!…

Obiad był dobry, ale niepotrzebna była „whisky” – głowa trochę ciąży, ale odmówić nie sposób było! Teraz miły Belg udał się na spoczynek, ja dokończę ten list, dziś bowiem odchodzi stąd poczta lotnicza.

Szkoda Maryś mój, że mi nie piszesz, jak wypadły te powiększenia od Gregera! Ja naprawdę nie mogę się zorjentować – a czy te małe ładne kopje? Chcę je w album oprawić i zrobić prezent. Komu? Dziś jeszcze nie wiem, w każdym razie dobroczyńcy.

Ciekawa ta zapowiedź drukowania w Przewodniku – ja wolałbym już cały numer zobaczyć, jak takie „zero”, ale czy Ty wiesz Maryś, że ja już wyzbyłem się klisz północnoafrykańskich? Zostały w Juba – nie mogłem dalej tyle kilogramów dźwigać. Zaledwie kilka zostawiłem sobie, takich najmilszych dla mnie! Szkoda, że nie przysłałaś mi opisu posiadanych fotografji – może brak jakichś ciekawych, byłbym skopjował jeszcze, a tak już trudno! Mam dla Ciebie 50 sztuk pocztówek różnych od Gadames do Juba, ale to ani połowa!

Chętnie chciałbym zobaczyć prace Gregera, jedno powiększenie duże i jedną małą kopję – odeślę odwrotnie! Pamiętaj Maryś Kochany, że pierwsze zapłacić każdorazowo Gregera z pierwszego przekazu redakcji.

Jeżeli „Przewodnik” coś wydrukuje, nie monituj o zapłatę zaraz. Idzie mi przede wszystkiem o to, by drukował – to reklama dla mnie, a także potrzebny mi nr z moją koresp., cały, oryginalny. Wysłać możesz jako przesyłkę mieszaną lub coś w rodzaju druku, aby dużo nie kosztowało!

Ale ja na dziś urwę gawędę – i tak marudzę. Jestem w Congo Belgijskim, zdrów i pełen wiary. Zdążam do Kilo – okręgu kopalń złota, w każdym razie choć jako tako zahaczę gdzieś, gdzie – nie wiem. Następny list może się spóźni, nie wiem jak kursuje poczta z Kilo, w każdym razie pamiętam o Tobie, a przerwy koresp. to brak najwyżej możności nadania poczty!

Całuję Cię mocno, a Ty ucałuj ode mnie dzieciny nasze – i tę Kochaną Elżunę dźwigającą chojinkę – biedactwo, i Romulka w dzień urodzin i imienin popieść ode mnie, a dzieci niech Ciebie tak serdecznie ucałują od Tatusia.

Pa! Twój i Wasz

Kazimierz

P.S.

Ks. Prob. w następnym liście odpiszę. Pozdrów Go ode mnie, jak i wszystkich znajomych. Do widzenia, do następnego listu – Pa!

Może dołączę foto – to wolne, jak każde – bez dopisku Marysieńce itd.

List nr 62

Tiriadro, Congo Belg., 13 I 1933

Kochana Maryś!

Dziś pop. wysłałem list do Ciebie – par avion, ale tak drogo jak te Twoje z Polski. Chciałem dołączyć 2 fotogr. – i zaraz o 4 fr drożej, a Ty za nie kto wie czy byś tyle dostała, więc wysłałem tylko sam list. Okropne ceny – pudełko zapałek 75 ct, a wszystko, co z Europy pochodzi, wprost nie do kupienia!

Piszę w Tiriadro, 16 km od Aba, i czekam na jakiegoś Polaka – po belgijsku nazywają go Kapsowicz; kto on i co za jeden – nie wiem. Posłał mię tutaj komisarz belg. policji czy coś w tym rodzaju – idzie bowiem o tę kaucję. Ja mam list z Poselstwa Polskiego w Bruxeli, że sprawa zostanie przychylnie załatwiona przez Belg. Min. Kolonji. Tymczasem w Aba, to jest w granicznem miasteczku, nic o mnie nie wiedzą. Mam zresztą i list polecający z Poselstwa Belgijskiego z Cairo, który mi nasz konsul przesłał stamtąd, i wizę, ale ot jak na granicy – trudności robią i już! Sądzę, że gdy ten Polak przetłumaczy im mój list z Poselstwa naszego z Bruxeli, ruszę naprzód.

Najgorsze, bo spodnie zupełnie zużyte i dziurami świecą kolana, a i rower choć doraźnie zreperować trzeba, a to w kieszeni grosze zaledwie! Zmieniłem dziś funta egipskiego = 121 fr belg. – i już pół setki tylko w kieszeni z tego! Znaczki i trochę papierosów, i ani jadłem, ani piłem – pół setki na fisz, jak mówi Arab. Ale ten sam Arab mówi potem „ma lesz!” (niech sobie!), więc i ja powiadam sobie: ma lesz!

godz. 7ma wiecz.

Pan, na którego czekam, jeszcze nie powrócił. Studjowałem mapę – aż głowa rozbolała, bo do gór Katanga olbrzymi szmat drogi, ciężkiej i skomplikowanej do tego, bo trzeba będzie i częściowo przebijać okrętem przez olbrzymie jeziora, a to i koszt nie lada, zaś przewidzieć trudno, czy coś do kieszeni wpadnie i kiedy. Na Polskę nie liczę wcale – Wy przymieracie głodem, a ja, gdybym nawet całe te moje „dochody z prasy” otrzymał i chciałbym niemi żyć w świecie – nie wiem, czy by na 2 miesiące życia starczyło w roku. Ale co o tem pisać – nie lecę aeroplanem, nie mam kuzynów redaktorów, a gazety polskie są na to, aby „brać”, a nie „dać”. Mają zresztą kupę bezpłatnych artykułów – choć takich „à la Maniura”, ale mają, a więc trzeba się bić z losem.

Gorsza sprawa z garderobą – ani całej koszuli, ani spodni, buty i rower dogorywają, a jak Cię widzą, tak Cię piszą – mówi przysłowie! Mam na te zakupy, ale bez grosza w kieszeni zostanę wtedy, a to najstraszniejsze. Jeżeli znajdę garstkę Włochów, będę uratowany, a od Polaków nic nie wezmę, o nic prosić nie będę, bo potem tysiąc razy by mi wytknęli, a to boli – bo przecież ja nigdy za darmo nie chcę pieniędzy, najwyżej za fotografję, zaś taki WPan potem liczy grosz mi dany, nie licząc mych rozchodów i pracy!

I głowa boli, a do mych osobistych trosk i Wasze dochodzą. Chciałbym duszą całą pomóc – nie umię, nie mogę, a na domiar ta karta Conga mię przeraża i ta przeogromna odległość od Was, i to, że groszy mało, a takie drogie wszystko – nawet poczta! Dziś widziałem tut. misjonarzy – niemili, zresztą nie znam tak języka franc., aby móc dowoli się wysłowić – a to dużo!, dużo!

Raz jeszcze czytałem Twój drogi list 55, dziś otrzymany – biedny mój Maryś się zamęczy! O Maryś!, jak ja bym chętnie Ci pospieszył z pomocą!, lecz jak? – i znowu jak nad mapą Conga głowa boli, bo co warte chęci choćby najlepsze, gdy brak złotych czy funtów? I brak do tego szczęścia?! Tyle trudu, tyle niebezpieczeństw, grozy śmierci, a w zamian ani chleba zapewnić Wam nie mogę. Listy tkwią po redakcjach, a ja naprawdę nie wiem, co pisać, jak, aby uzyskać miejsce. Myślałem, że w Sudanie zwiększą się moje dochody – było to zresztą i logiczne – a tymczasem przeciwnie!

Kryzys! Kryzys! Każdy list z Polski o nim wspomina – straszny kryzys!, a w czasie tego kryzysu ludzie jakoś z głodu nie umierają, przynajmniej nie ci, co o kryzysie piszą!

Kryzys! – ja go ale nie tak nazwę! To chęć nadmiernego zysku raczej! Ludzie przywykli w pierwszych latach po wojnie zarabiać 100 procent dziennie – chłop w lakierki się stroji, baby w jedwabie i kapelusze, a na to zarabiać trudno dzisiaj! Słowem: ludzie żyją ponad stan i jednych stać na wszystko kosztem drugich, którzy nędzę skrajną cierpieć muszą! Trudno! Tak widać musi być!

Przy jednym z najbliższych listów poślę jedną choćby fotogr. dla p. Breit… Nie napiszę ale jej nazwiska, nie wiem bowiem, jak brzmi, ale z dedykacji domyśli się, że to dla niej. Dołączę również życzenia dla Józefa, już zapomniałem, jak się nazywa, ten w Tarnówku – aha: Figlarz. Gdy dyplomatycznie mu oddasz, względnie jego żonie, może pocztówka da Wam choć dzień życia, albo może nawet list napiszę – choć to nie wypada, prawda?! O Maryś! – jak to ciężko pomóc komuś, gdy się jest tak bardzo, bardzo daleko – aż w Congo Belgijskim.

Gdybym w tej chwili był w Polsce, to z „Contaxem” na pewno tyle bym zarobił, żeby i trzewiki było za co kupić, i masełka by nie brakło. Mógłbym obstać pracować 2 poczt. za 1 zł, a to by poszło – choćby od Boruszyna zacząć! Poszłoby!, wiem!, ale ja pod równikiem jestem, daleko!, aż w Congo, i nie znam mego jutra – czy zahaczę, czy wywalczę byt. Boże! Boże!

Pisałbym dużo – ale ja Tobie głowę zawracam mojemi myślami, a to sieczka, bo za to nic nie kupisz!, prawda?

A ten pan, na którego czekam, jeszcze nie przyjechał – jak będzie z noclegiem, ani pojęcia nie mam jak postąpić. Rozbić namiot bez pozwolenia – głupio, a naprawdę zmęczony jestem. Już 4 dni jak opuściłem Juba, ponad 250 km drogi ciężkiej na rozklekotanym rowerze i ta cała przeprawa przez granicę! – a do tego paszport nie w mojich rękach jeszcze, nie mam wizy tutejszego urzędu, a więc nerwy naprężone!

Poczekam jeszcze z godzinę, a potem rozbiję „budę” na podwórzu – przecież i przespać się trzeba! Bo ja przecież z Juba rowerem tu przybyłem, a to szmat drogi prawie taki jak z Poznania do Warszawy; 3 dni tylko jechałem, a więc forsowałem prawdziwie – paliło słońce! Pa, całuję mocno

Tiriadro, Congo Belg., 14 I 33

Kochany mój Marysiek!

Congo! – a więc ostatecznie jestem w Congo. Dziś ostatecznie załatwiłem się z granicą – trudności pokonane!

Badanie lekarskie wypadło bardzo korzystnie – płuca jak dzwon, śpiączki ani śladu, ani malarji. Dużo zawdzięczam Polakowi, który jako urzędnik państwa belgijskiego, znając osobiście oficera imigracji, na podstawie dokumentów przesłanych z poselstwa naszego z Belgji i wycinków z prasy – ostatecznie bez ryzyka – poręczył za mnie, a kryje go list, jaki dostałem z Bruxeli, donoszący, że pomyślnie orzekli mą prośbę gdzie należy.

 

Cały dzień zbiegł, lecz na pisanie czasu nie było. Rano byliśmy w Aba autem, potem obiad – państwo położyło się spać, ja czytałem cały plik Kurjera Warszawskiego i oprócz artykułu, który mi już posłałaś, znalazłem w dodatku ilustrowanym z 4 grudnia 1932 moją fotografję z Pustyni Nubijskiej z dwoma Buszerinami, ale oni za to nie płacą, a ja boję się ich monitować teraz! Jest to zresztą reklama dla mnie!

W tym samym numerze jest artykuł III pt. Naokoło Świata – jakiegoś p. inż. Janisław Kamieński, ładnie dość pisany, z Buenos Aires (Argentyna koło Brazylji). Pisze o podróży morskiej – zdąża ku „srebrnej rzece”, a ja nad drugą ogromną rzeką w Afryce – nad Congiem niedługo się znajdę.

Nie jest to może silny konkurent, choćby ze względu na znajomość tematu, a zresztą Congo nie Argentyna! Artykuł przed chwilą przeczytany najwyżej zachętą jest dla mnie, a sądzę, że ten, który jest w posiadaniu Kurj. Warsz. – w międzyczasie już został wydrukowany.

I tak czytałem dużo i mówiłem dzień cały po polsku – a więc wybacz, że o Tobie mniej myślałem, względnie myślałem dużo – ale bez dowodu!

Potem daleko w góry pojechaliśmy znowu razem autem i po drodze zetknęliśmy się z chmurą szarańczy, ale taką okropną, że aż lęk ogarnia – ciemno całkiem, chmurą leci to obskurne robactwo! I po kolacji znowu czytałem – dawno już po północy, a rano ruszam w drogę, w Alpy kongoskie, ku kopalniom złota – jezioro Alberta – i najwyższy szczyt gór afrykańskich jeszcze przed równikiem spowity śniegiem. Przeciekawa droga przede mną – przeciekawa, przepiękna, romantyczna, straszna, groźna, a przede wszystkiem bardzo, bardzo trudna!

Zobaczymy, jak pójdzie dalej! Chwilowo jeszcze jakoś dam sobie radę. Ot! – choćby i miesiąc jechać. Pocztę nadam obfitą, ale dopiero z okolic Kilo, to jest z NIZI, jakieś 700 km stąd – daleko! Choć z drogi już wyślę obszerny list do Kurjera Warsz – i „Ilustr Kurj. (Krakowski) Codzienny”. Oni też (I.K.C.) muszą umieścić choć jeden list – umyślnie dla nich napiszę coś ładnego!

Politycznie pisać będę przychylnie dla Belgji – mam zresztą plany dalsze, a w końcu ja sympatyzuję z Belgami, bliżsi mi jak Anglicy. Ale i Pa! Dobranoc – całuję mocno! Pa.

Aba, Congo Belg., 15 stycz. 1933

Maryś! Maryśko moja!

Dobry wieczór! Wiesz? Taka mię dziś tęsknota owłada, że aż sam nie wiem, co ją potęguje – tak mi tu obco, tak dziwnie – jakbym po raz pierwszy znalazł się za granicą!

Uciekłem od tego Polaka w południe – obrzydł mi wraz ze swoją wielkopańską manierą bicia w mych oczach biednych murzynów – i tak w rozmowie starłem się kilkakrotnie! To zresztą nie towarzysz dla mnie – raz że inżynier, drugie – zarabia tu grube tysiące, ma własne auto i żonę, Belgijkę – brzydką, ale mu auto i inne dobra wniosła, więc i co tam siedzieć miałem? Pomógł mi ominąć trudności graniczne – przeczytasz nawet w Kurj. Warsz., jak ładnie o nim piszę, ale to nie z serca! Zarabiając grube tysiące, mógł mi inaczej dopomóc – choćby zapłacić za 6 zdjęć „Contaxem”.

Uciekłem z Tiriadro, jakby mię coś gnało! Wjechałem w puszczę – i lżej mi się zrobiło, weselej.

Jechałem, a w połowie drogi niespodzianka nie lada – burza mię chwyciła, pioruny, ulewa, ale jeszcze nie do nitki mokry skryłem się w jakiejś murzyńskiej porzuconej lepiance. Do Aba przyjechałem o 4tej pop. – wszystko zamknięte, nawet papierosa nie było gdzie kupić.

Udałem się do misjonarzy (Biali Ojcowie). Kościół zamknięty, więc od razu na ganek zaszedłem, przywitałem się i zaczęła się rozmowa po franc. Oj! – ale Twój Kazik tuman nauczyć się nie może po franc. Rozumieli mię jednak dobrze, ale Francuzi jak Francuzi – w końcu jakąś szopę dali mi na nocleg, na ziemi, bez łóżka, nawet na kolację nie zaprosili – przez murzyna tylko posłali mi kosz bananów i pomarańcz, któremi tu świnie się karmi. Poprosiłem murzyna, naturalnie „na migi”, o trochę drzewa – przyniósł, zgotowałem herbatę, piję i na wymioty mi się zbiera – głowa rozbolała.

Tak widzisz trzecią już noc spędzam w Congo, trzeci raz na ziemi, bez żadnej wygody – a jutro ruszyć trzeba dalej, daleko. Powlokę się do Kilo najmniej 2 tygodnie, bo po drodze wysokie góry, no i do NIZI stąd według informacji 535 km – a z NIZI do KILO 16 km – szmat drogi!

Może jutro trochę nareperuję rower, kupię z kilogr. mąki i w drogę. Całe szczęście, że duży bagaż zostawię – pójdzie autem aż do Kilo. To dużo dla mnie! Będę forsował do Kilo i w okolicy się zatrzymam. Zrobię dużą wycieczkę do Jeziora Alberta – może w międzyczasie przyjdzie poczta pocieszająca i dużo wycinków z gazet – i to mię pchnie do pracy.

Ja chwilowo dam sobie radę, a może i los się uśmiechnie, może coś po drodze choćby na ubranie zyskam, na buty – byle redakcje Wam coś posłały!

Ale Pa! Coś mi niedobrze – położę się. Dobranoc! Całuję mocno!

Wasz K.

Aba, Congo, 16 I 33

Kochana Maryś!

A więc gotów! – za jakąś godzinę opuszczę Aba. Skończyłem z cłem – bagaż duży nadszedł wczoraj z Juba, musiałem go otworzyć i całe rupiecie pokazać. Wszystko teraz w porządku, a więc jadę dalej! Sprych nie ma, naprawić nie mogę roweru, ale może jakoś dojadę!

Całuję mocno i pieszczę czule – pisz adres NIZI, używaj pocztę zwykłą, nie lotniczą – bo i to grzech moja Maryś po tyle złotych za list wydawać. Ja w miarę możności pisać będę „par avion”, a TY, gdy możesz, pozbywaj znaczki, ale za cenę, jaka jest na znaczkach – nie taniej!

W Nizi będę z końcem stycznia, a może znowu w Twoje Imieniny – jak zeszłego roku w Gat na Saharze – zatem całuję Cię raz jeszcze silnie na ten dzień podwójnie uroczysty! A także 29 styczeń będę bliziutko Ciebie i Romula. Oj Maryś! – Chciałbym już naprawdę ucałować, a nie pisać!

Ale i w drogę czas! List ten wysyłam przez Juba, bo mam jeszcze znaczki małe trzy z drogi. Wybacz ewentualną zwłokę – myślę o Was stale, codziennie – zawsze!

A teraz już naprawdę całuję i pozdr. i w drogę się wybiorę.

Wasz Kazimierz

P.S. Pisz co tygodnia – pocztą zwykłą. Pozdrów znajomych. Pa!

Nusi prześlij ucałowania i pozdr. Niech i ona napisze

Pa!

List ten potwierdź osobno.

List nr 63

Congo Belg., 16 stycznia 1933

Ukochany mój Maryś!

Dobry wieczór spod namiotu. Nocuję 50 km od Aba i gdybym był o godzinę wcześniej wyjechał, byłbym nocował może wygodniej w miasteczku Faradje, a tak stanąłem kwaterą wśród murzynów – których języka ani „w ząb”, jak to mówią.

Obiad jadłem w pierwszorzędnej restauracji – zostałem zaproszony przez jakiegoś Rosjanina, który znał nawet trochę język polski, ale był i celnik – a tego się bałem, bo tu okropnie ostro z aparatami foto – bezwarunkowo biorą cło, a ja aż 2 posiadam! Ale wcale ich nie kryłem, nie tajiłem – głupstwo zresztą cło!, już zapłaciłem przecież!

Straszna dzicz ci murzyni ze szczepu Logo – panicznie się boją białych, ale gdy się przekonają, że nic złego im się nie zrobi, natrętni, aż wściekłość mię bierze! Już dobrze po 9tej, a ta czarna hołota obsiada mój namiot i wyśmiewa każdy mój ruch. Wiesz? – to trochę aż głupio być zupełnie samotnie wśród tej dziczy! Zgaszę teraz świeczkę, może hołota się rozejdzie! Pa!

Faradje, 17 I 1933

Marysieńko Droga!

Dziś zaledwie parędziesiąt km zrobiłem – ale tak się złożyło. Przyjechałem bez spodni – całkiem podarte, tak że nie sposób było jechać dalej. Miałem list do jednego Greka – jeszcze z Khartum. Grek ten ma tu sklep z różnościami i sprzedał mi parę spodni „khaki” za 60 fr (ostatecznie gratis, bo pieniędzy nie przyjął). W drugim składzie, też greckim, dostałem na szczęście 8 sprych, toteż zabrałem się pilnie zaraz po obiedzie do klejenia gum i założyłem sprychy – znowu bieda połatana!

Obiad był pyszny, syty. Ach! – najadłem się prawdziwie, a i na noc zostanę tutaj, bo dopiero pop. dostałem pozwolenie na poruszanie się w obrębie tak zwanym „Kilo-Moto” to jest w terenie kopalni złota, które mi stają na drodze.

Rankiem ruszę!…

Ciekaw jestem, czy wczoraj wysłany list polecony dojdzie Twych rąk. Posłałem go prywatnie do Misji Kat. w Juba, ofrankowany odpowiednio sudańskiemi znaczkami, jakie mi pozostały jeszcze – i proszę o nadanie polecone. Załączyłem do tego listu 2 fotogr. (wolne!) do ewent. sprzedaży. Może dojdzie!

Najbardziej się cieszę, że mam spodnie nowe i tak tanio! – pomyśl, 0 fr tylko, do tego jeść do syta, rower zreperowany – pójdzie znowu kawałek drogi!

I popatrz – Polak ani groszem nie pomógł, choć byłbym nie przyjął, obcy około 100 fr w towarze i życiu jednego dnia dali. No! – ale Pa!

Batu, Congo Belg., 18 I 33

Drogi mój Marysiek!

Noc spędzam w murzyńskiej podróżnej chacie, na ziemi – pościeliłem, ugotowałem herbatę i jajecznicę z 2 jaj, a teraz, zanim usnę, chwilkę pogawędzę.

Ruszyłem dopiero około 8mej rano z Faradje. Po drodze wpadłem jeszcze do jednego Greka – znajomego od wczoraj, który mi coś obiecał na drogę. Było to 200 papierosów pysznych i ładna cygarniczka z kości słoniowej w kształcie krokodyla.