FurieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

JESIEŃ

rozdział 1

rozdział 2

rozdział 3

rozdział 4

rozdział 5

ZIMA

rozdział 6

rozdział 7

rozdział 8

rozdział 9

rozdział 10

WIOSNA

rozdział 11

rozdział 12

rozdział 13

rozdział 14

rozdział 15

rozdział 16

LATO

rozdział 17

JESIEŃ

rozdział 18

podziękowania

Przypisy końcowe

Tytuł oryginału: THE FURIES

Redakcja: Beata Wójcik

Projekt okładki: Micaela Alcaino © HarperCollinsPublishers Ltd 2019

Adaptacja okładki: Magdalena Zawadzka

Zdjęcia na okładce: © Lysandra Coules / Arcangel

Zdjęcie autorki: © Dearest Love Photography

Korekta: Słowne Babki, Adam Osiński

Redaktor prowadzący: Tomasz Szymański

THE FURIES

Copyright © 2018 by Katie Lowe

All rights reserved

Copyright for the Polish translation © by Aga Zano

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-938-9


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Marii

Prorok ze mnie jest żaden (nie, żeby mi zależało):

Zdarzały mi się chwile wielkości – lecz zaraz potem

Odwieczny Lokaj płaszcz mi podawał z chichotem

I strach mnie brał. Po prostu.

T.S. Eliot, Pieśń miłosna J. Alfreda Prufrocka, 1915 (przeł. Stanisław Barańczak)

Obaczcież owo plemię Czarownic, co gdy słowo jakoweś nieprzychylne a czci im odejmujące usłyszą, złodziejką albo ladacznicą etc. nazwane czem prędzej ręce załamują a łzy rzewne ronią i w te pędy ku sprawiedliwości wznoszą pretensyje żałośliwe, a prędkie są przy tem żale swe podlewać łzami. Głupota ich jednak większą, niźli by się zdało, a prawdziwa ich natura, to jest żywioły, co się w nich odbijają, znać o sobie prędko daje, kiedy oskarżyć je o straszliwy a potępienia godny grzech Czarownictwa, bo lice ich wtedy niewzruszone, a łza ni jedna nie spłynie.

Matthew Hopkins, The Discovery of Witches, 1647 (przeł. Aga Zano)

Najdziwniejsze, mówili, wykręcając dłonie i szepcząc po kątach – jakbyśmy nic nie słyszały, nie podsłuchiwały przez drugi telefon i przez szpary w ścianach – najdziwniejsze, że nikt nie wiedział, co ją zabiło.

Nie udało się ustalić jednoznacznej przyczyny zgonu. Jakby to mogło cokolwiek zmienić. A fakty były takie: martwa szesnastolatka na terenie szkoły i brak jakichkolwiek wskazówek, co i w jaki sposób odebrało jej życie. Żadnych niewyjaśnionych śladów na ciele. Sekcja nie wykazała przemocy ani gwałtu – nie znaleziono choćby jednego pyłku, który nie należałby do dziewczyny, jej koleżanek lub matki, którą objęła na pożegnanie przed wyjściem do szkoły w dniu swojej śmierci. Jak gdyby jej serce po prostu przestało bić, jakby krew zakrzepła jej w żyłach, na zawsze zatapiając ją w tej jednej chwili, wiecznie czujną, jak pierwszy promień świtu.

Gazety pokazały ocenzurowaną wersję wydarzeń. Reporterzy porobili sugestywne zdjęcia zasłony rozstawionej przez policję, zaledwie sugerując, jaki koszmar rozegrał się w środku. Ale ja wszystko widziałam. Ten obraz do dziś staje mi czasem przed oczami, gdy nie mogę zasnąć. Wrył mi się w pamięć nie dlatego, że był tak potworny, ani ze względu na jakąś zastygłą w przeszłości, nieprzepracowaną traumę. Nie, czuję coś wręcz przeciwnego: to wspomnienie wywołuje we mnie zimny, słodki dreszcz.

Przypominam sobie tę scenę ze względu na jej doskonałą kompozycję: jak na renesansowym obrazie. Nieznacznie wygięta szyja dziewczyny – jak Pietà, choć wtedy tego nie zauważyłam. Dopiero ponad dekadę później dostrzegłam to podobieństwo podczas zwiedzania Watykanu. Gdy zaczęłam opowiadać uczennicom historię rzeźby, po policzku spłynęła mi samotna łza. Podopieczne z oczywistych powodów uznały to za przejaw wyrafinowanego smaku, za reakcję na piękno dzieła Michała Anioła. Nie próbowałam wyprowadzać ich z błędu.

Była piękna już za życia – jak dziecko dopiero odkrywające swoją władzę. Uczyła się siebie, cała z ostrych kątów obojczyków i rozkwitającego ciała. Należy jednak przyznać, że śmierć nadała jej urodzie nowy wymiar. Trochę jak w tym wierszu Michaela Fielda, La Gioconda: „Bezwieczne spojrzenie, badawcze, z ukosa / Na policzku połysk niczym świeża rosa / Spokojne wargi wygięte ku górze; smukła dłoń spoczywa / Łagodnie i miękko, niespieszna, cierpliwa / W okrucieństwie, co czeka, nie rusza poszukiwać / Zwierzyny…”1. Trzeba przyznać, że śmierć i młodość to niedoceniany mariaż. Nawet teraz uwielbiam te słowa.

Znaleźli ją w takiej właśnie pozie: siedziała wyprostowana na huśtawce, z otwartymi oczami. Nieskazitelna, jak żywa – z wyjątkiem pobłękitniałych nitek odtlenowanej krwi w miejscu młodzieńczego rumieńca. Dłonie miała przywiązane do łańcuchów huśtawki cienkimi srebrnymi łańcuszkami. Kiedy wreszcie ktoś ją dostrzegł, rozkołysaną łagodnie w przód i w tył, plecy miała już sztywne, zmrożone przez rigor mortis. Nogi skromnie skrzyżowane w kostkach, choć jeden but spadł na ziemię. Siedziała w zwiewnej białej sukience, niemal przezroczystej od porannej rosy. Współczesne arcydzieło: każdy szczegół pełen głębi i precyzji.

„Tragedia”, mówili. „Niebo zabrało swojego anioła”, pisali na kartkach przyklejonych do bukietów kupionych w supermarketach. Tusz rozpływał się w deszczu. Rolnicy i rybacy szeptali na bazarach. Lokalne gazety – zazwyczaj zmuszone do pisania o rosnącej populacji mew i argumentach za zniesieniem systemu ulic jednokierunkowych – przez wiele tygodni zapełniały swoje strony jej zdjęciami. Tuż przy logotypie widniała jej szkolna fotografia i napis złożony zgrzytliwą czcionką: „Nigdy Cię nie zapomnimy”. Reporterzy – tacy prawdziwi, z krajowych gazet, a nawet przyciągnięci tematem z zagranicy – tygodniami czaili się wśród mieszkańców miasta, podsłuchiwali przyciszone rozmowy, szukali wskazówek. Hotele zaczęły nagle wynajmować o wiele więcej pokojów niż wcześniej. Restauratorzy żartowali ponuro, że śmierć powinna częściej nas odwiedzać. Według ich księgowych to był bardzo dobry rok.

 

– Podejmiemy wszystkie możliwe kroki, by rozwiązać tę sprawę. Zrobimy, co w naszej mocy, by coś takiego już nigdy nie wydarzyło się w naszej społeczności – oznajmił komendant policji, wypinając pierś i pusząc się przed kamerami jak paw.

Słuchałam jego wystąpienia razem z matką. Wiele lat później znów natrafiłam na to nagranie, po tym jak anonimowy podglądacz umieścił je w internecie. Tym razem obejrzałam je sama. Ziarno obrazu przywoływało na myśl skojarzenia z wielkimi tragediami epoki telewizji, przypominało mi nagranie z zabójstwa Kennedy’ego. Ten sam pełen powagi ton, nieznaczne odrzucenie głowy w tył.

– Zbadamy sprawę pod każdym kątem. Sprawdzimy każdy trop, przesłuchamy każdego, kto miał kontakt z tą młodą kobietą. Nie spoczniemy, dopóki nie ustalimy dokładnych okoliczności, które doprowadziły do jej tragicznej śmierci – powiedział komendant.

Oczywiście nic z tego nie wyszło. Po kolei wykluczyli wszystkich typowych podejrzanych – chłopaków, byłych chłopaków, zwyrodniałych rodziców – i nic nie znaleźli. Nawet teraz, jeśli wpisać jej imię i nazwisko w wyszukiwarce, prędko znajdą się detektywi amatorzy przedstawiający własne teorie na forach internetowych. Niektóre są zupełnie pozbawione sensu, czasem jednak ich wnioski okazują się zaskakująco trafne. Błądzę w te miejsca późną nocą, gdy wszystko otacza gęsty mrok i wzbiera we mnie potrzeba, by na nią popatrzeć. Jestem wdzięczna internetowym podglądaczom i nieznajomemu, który umieścił w internecie zdjęcia ze sceny zbrodni dekady po zajściu. Na ich widok przez żyły przebiega mi prąd. Wspomnienie promieniuje żarem, czyste i rozgrzane do białości.

A to dlatego, że pomimo wszystkiego, co wydarzyło się później – mimo dochodzenia, pytań, łez przed kamerą i pustych słów rzucanych w spazmach szlochu do zaślinionych reporterów – po tylu latach nadal nie mogę pogodzić się z potworną prawdą: nie żałuję tego, co zrobiłyśmy. Niczego nie żałuję. Oczywiście wiem, że popełniłyśmy przestępstwo. Dręczy mnie lęk przed karą, to naturalne. A jednak nie czuję wyrzutów sumienia, gdy myślę o jej śmierci.

Przez ten rok, kiedy ją znałam, i podczas tych wydarzeń, które doprowadziły do jej śmierci – do jej morderstwa – miałam w sobie więcej życia niż kiedykolwiek wcześniej lub później. „Płonąć zawsze płomieniem twardym jak szlachetny kamień”2… Często powtarzam ten cytat moim uczennicom, choć mam wrażenie, że nie jest w stanie zawładnąć ich wyobraźnią do tego stopnia co naszą. Według Patera właśnie tak powinno wyglądać spełnione życie. Kiedy ją wspominam, czuję ten płomień, mocny i jasny.

Zbliżyłyśmy się do niebiańskiej siły. Dotknęłyśmy bóstw, ich moc popłynęła nam w żyłach. Bicie naszych serc było silniejsze od pożądania, zawiści, chciwości i przez krótki czas byłyśmy prawdziwie, niepowstrzymanie pełne życia. Każda z nas mogła skończyć na rozkołysanej huśtawce, na zawsze zamknięta w łagodnym spokoju Madonny. Tylko łut szczęścia sprawił, że padło na nią zamiast na mnie.

JESIEŃ

rozdział 1

Turyści żartowali, że to takie miejsce, do którego przyjeżdża się umrzeć. Miasteczko na końcu świata, tuż przed końcem wieku: dalej nie ma już nic.

Podstarzali mieszkańcy, chorzy i zmęczeni jak opustoszałe ruiny ceglanych domów, w których gwiżdże wiatr. Nieco na południe czekało ulubione miejsce samobójców: białe klify, przyciągające ku sobie desperatów, którzy rzucali się z nich w szare, zimne morze. Tory kolejowe urywały się niespodziewanie, drogi prowadziły tutaj i nigdzie dalej… To chyba dość oczywiste znaki: aż prosiły się o szyderstwo. Ale nie tylko stąd wziął się ten żart.

Obrazu dopełniały schłostane deszczem witryny sklepów z łuszczącą się farbą na szyldach. Pawilony upstrzone graffiti i ptasimi odchodami. Szare plaże, wysypane w równych częściach piaskiem, odłamkami szkła, zgniecionymi puszkami po piwie i foliówkami. Salony z automatami do gier na promenadzie: Caesar’s Palace, Golden Ticket, Lucky Strike – wewnątrz dywany zawilgłe od płynu do czyszczenia i rozlanego piwa, groszaki pobrzękujące w metalowych przegródkach. Mężczyźni z papierosami stojący w trupiej poświacie maszyn do gry, zahipnotyzowani terkotem i podzwanianiem jednorękiego bandyty. Blade połacie wypalonej trawy, drut kolczasty, cegły. Stocznie, a w nich statki: potężne stalowe grobowce, budowane przez mechaniczne bestie. Nachalny, mdlący smród rynku rybnego. Pokarbowane bunkry, kamienna syrena o twarzy zeszlifowanej przez wiatr.

To tutaj spędziłam swoją młodość. Utkwiłam tu jak postać na obrazie olejnym. Rozkład postępuje, morze pochłania brzegi. Pewnego dnia to wszystko zniknie, a świat tylko na tym zyska.

Niewiele mogę powiedzieć o latach przed piętnastymi urodzinami. Dzieciństwo miałam ciche i nijakie, dni i lata zlewały się w jedno, do niczego nie prowadząc. Mama nie chodziła do pracy. Uczyła mnie czytać i patrzyła, jak rosnę. Tata prowadził niewielki sklepik, który – na ile udało mi się zaobserwować – miał w asortymencie wszystko. Często chowałam się w chłodnym, ciemnym magazynie i podbierałam neonowe flamastry i błyszczące temperówki z odrapanych plastikowych tacek i wilgotnych kartonowych pudełek. Testowałam gry planszowe: ja kontra mój cień. Ostrożnie czytałam książki, tak żeby nie powyginać grzbietów. Trzymałam je w koniuszkach palców jak starożytne manuskrypty. To pewnie brzmi, jakbym była samotnym dzieckiem, ale wcale się tak nie czułam.

Kiedy skończyłam osiem lat, mama oznajmiła, że w tym roku dostaniemy na Boże Narodzenie wyjątkowy prezent, po czym pogłaskała się po nabrzmiałym brzuchu. Poszłam po encyklopedię. Wyobraziłam sobie, jak jej wnętrzności się rozciągają, drobne piąstki chwytają za sznury ścięgien, woreczek owodniowy pęka, maleńkie palce wypełzają na zewnątrz. To jedne z niewielu świąt, które nadal pamiętam jako dorosła.

Okazało się, że to dziewczynka. Wierzgająca, rozwrzeszczana dziewczynka o czerwonej buzi, z burzą czarnych włosów i zimnymi szarymi oczami. Była opętana od urodzenia – zawsze wyglądała, jakby wiedziała więcej, niż daje po sobie poznać. Mała kolekcjonerka sekretów. Miała siedem lat, kiedy wybraliśmy się na plażę, ale nigdy na nią nie dotarliśmy, bo nasz samochód wpadł pod koła ciężarówki. Tata zginął na miejscu, ona trzymała się jeszcze cztery dni, choć ledwo przypominała samą siebie – nie wyglądała nawet jak człowiek. Skórę miała poznaczoną sinoniebieskimi plamami, mokre szwy wgryzły jej się głęboko w czaszkę.

Ja za to wyczołgałam się z samochodu o własnych siłach. Starłam z ramienia smugę krwi (nie mojej), wyciągnęłam z włosów odprysk kości (też nie mojej). Otrzepałam kurz drobinek szkła, które przykleiły mi się do skóry. Gdy odchodziłam, miałam wrażenie, że właśnie obudziłam się z długiego, pustego snu.

I to chyba był koniec. Albo początek, zależy, jak na to spojrzeć.

Ich życie się skończyło, a życie mamy zatrzymało się w miejscu. Nawet dekady później, kiedy wróciłam, by posprzątać dom po jej śmierci, wszystko nadal wyglądało dokładnie tak samo jak tamtego dnia. Szarzejąca tapeta, wyślizgane dywany. Te same książki na półkach, te same kasety wideo w pudełkach pod starym telewizorem, który dalej wydawał z siebie niski elektryczny szum. Z klamki w sypialni rodziców nadal zwisał luźno zawiązany krawat, w koszu leżały te same pogniecione papiery, na pożółkłej kartce wciąż widniały ostatnie słowa, porzucone w połowie zdania.

„Może powinniśmy poszukać innego sposobu na” – ostatnia myśl taty, zapisana rozmazanym czarnym atramentem. Wszystko obrosło warstwą wspomnień. Do każdego skrawka przestrzeni przykleiły się odciski palców ojca i śmiech siostry. Jak stara skóra, która nie daje się zrzucić.

Ja jednak nie czułam nic. Wyszłam ze szpitala: nic. Kiedy rzucałam garść wilgotnej ziemi do dziury, nasłuchiwałam miękkiego klaśnięcia na lakierowanym sosnowym drewnie: nic. Pamiętam, jak mama szlochała na kanapie, chwytała mnie za włosy, przyciskała wilgotne, gorące dłonie do mojej twarzy, rozpaczliwie czepiała się mojego życia. Dalej nic.

Kilka tygodni później obudziłam się na kanapie, a ona wpatrywała się we mnie jak w ducha, którego na wpół spodziewała się zobaczyć. Wargi miała pogryzione na miękką papkę.

– Myślałam, że ona… Że ciebie też już nie ma – wyszeptała. Oczy miała mokre od łez.

Wskazała na twarz na ekranie, podobną do mojej z wyjątkiem szczegółów. Ciemnoblond włosy – jej lśniące, moje suche, o końcach postrzępionych jak stary sznurek. Oczy niemal czarne, ale w jej lewej tęczówce krył się odłamek bursztynu. Moje okrągłe wargi, zawsze zbyt pełne, by móc używać szminki – przez nią przypominałam klauna. Spękane i pokryte białym nalotem lekarskiego balsamu, bo nie potrafiłam przestać ich skubać. Jej usta, różowe i gładkie, odsłaniały białe, niepołamane zęby. Kiedy zobaczyłam jej twarz migającą na ekranie, pomyślałam, że jest lepszą wersją mnie. Taką, jaką pragnę się stać. Oto ideał artysty. Pędzel łagodzi rysy, gładko ukrywa niedoskonałości, delikatnie poprawia niedociągnięcia między jedną linią a drugą.

– Nastoletnia Emily Frost zniknęła bez wieści dokładnie miesiąc temu. Miejsce jej pobytu pozostaje nieznane. Rodzina ponawia apel o zgłaszanie jakichkolwiek informacji związanych ze zniknięciem Emily.

Wpatrywałam się w przebitki znajomych klifów, ich nazbyt wyraźnie zapamiętaną krawędź. Nikomu nie chciało się wtedy liczyć samobójców. Emily ostatni raz była widziana właśnie tam, na najwyższym punkcie wzniesienia.

– Mamo, jestem tutaj. To nie ja. Jakaś dziewczyna skoczyła z klifu – uspokoiłam ją i sięgnęłam po pilota. – Oni zawsze tak kończą.

– Chcemy tylko, żebyś wróciła do domu – powiedział jej ojciec, wpatrując się prosto w obiektyw. – Tęsknimy za tobą, Emily. Proszę, błagam, wróć do domu.

Zmieniłam kanał i znów poszłam spać.

Jeśli są jakieś dobre strony przeżycia cudem wypadku samochodowego – poza tą najbardziej oczywistą – to jest nią fakt, że nie trzeba chodzić do szkoły.

– Wrócisz, jak będziesz gotowa – powiedziała mama. Terapeuta pokiwał mądrze głową. Płatek śniadaniowy przykleił mu się do wąsów, na okularach miał tłustą smugę po odcisku palca. – Nie musisz robić nic na siłę. Daj sobie czas.

Więc dałam sobie czas: odpuściłam szkołę aż do egzaminów końcoworocznych, wybierając zamiast tego „edukację domową”. Testy odbywały się w wielkiej, cichej sali gimnastycznej. Siedziałam otoczona dawnymi szkolnymi znajomymi, którzy na mój widok zaczęli do siebie szeptać.

– Myślałem, że ona nie żyje – powiedział ktoś, wskazując na mnie palcem. Paznokieć miał obgryziony do krwi.

Już zdążyłam zaplanować sobie przyszłość, a przynajmniej zarysowałam ogólny szkic. Zamierzałam wyjechać, choć nie byłam pewna dokąd. Może zostałabym kelnerką w cichej kawiarni, gdzie interesujący goście opowiadaliby mi zachwycające kłamstwa. Albo znalazłabym pracę w księgarni i otwierała drzwi do nowych światów przed znudzonymi dziećmi. Mogłabym być asystentką w galerii. Nauczyć się śpiewać albo grać na gitarze. Napisać książkę. Życie tykałoby cicho wokół mnie. Nie byłoby zbyt efektowne, ale nie potrzebowałam nic więcej. Wszędzie byłoby mi lepiej niż tutaj, w tym miasteczku poszarzałym od starych domów, gdzie niebo i morze sączą się człowiekowi prosto w serce, aż nieodwracalnie sczernieje.

Kiedy jednak wróciłam do domu w dniu ogłoszenia wyników, mama czekała na mnie przy kuchennym stole. W pobielałych dłoniach ściskała plik papierów.

– Oni też by tego dla ciebie chcieli – oznajmiła, wręczając mi podanie do Elm Hollow Academy, prywatnej szkoły dla dziewcząt na obrzeżach miasta. – To prawdziwy przywilej – dodała. Przywilej zapewniony mi przez gigantyczne odszkodowanie zapłacone przez firmę transportową, której tir zmiażdżył nasz samochód.

Szkoła przywodziła mi na myśl jedynie pozaklejane taśmą okna i przysadziste budynki o kruszejących ścianach, szarych nawet w pełnym słońcu. Prowizoryczne pomieszczenia, w których zawsze panował przenikliwy ziąb. Lustra w łazienkach zamazane sprejem i markerami. Gęsty, szlamowaty smród nastoletniego potu.

– Nie chcę – powiedziałam i wyszłam.

Mama nie próbowała się ze mną sprzeczać, zostawiła jednak papiery na stole. Leżały tam przez kilka tygodni, za każdym razem przyciągając mój wzrok lśniącymi zdjęciami na okładce szkolnej broszury. Widniały na nich potężne budynki z czerwonej cegły na tle nienaturalnie błękitnego nieba. Promienie słońca przebijały się przez perłowe chmury i opadały tuż za gotyckimi łukami. Czuć było w tym obrazku dekadenckie, słodkie jak miód bogactwo. Wiedziałam, że to nie dla mnie, ale zerkałam na nie w słabym świetle kuchennej lampy, wciągałam w płuca zatęchłą wilgoć i wyobrażałam sobie, że to zupełnie inny świat.

 

Aż wreszcie – niechętnie, przynajmniej podczas rozmowy z mamą – zgodziłam się spróbować. Nasze rozklekotane volvo przeturlało się przez bramy szkoły. Odwróciłam się, żeby pomachać jej na pożegnanie, ale ona – sądząc, że nikt jej nie widzi – wbiła wzrok w kierownicę. Twarz miała rozciągniętą w sztywnym, sztucznym uśmiechu, przetłuszczone włosy opadały jej na twarz. Odwróciłam się z grymasem. Czułam na sobie spojrzenie przechodzącej dziewczyny, zawstydzonej za nas obie.

Prędko ruszyłam w stronę szkoły, spoglądając na wysoką, błyszczącą w słońcu wieżę zegarową – campanilę, jak miałam zostać wkrótce poprawiona – inspirowaną czerwienią i kremową bielą swoich toskańskich kuzynek. Weszłam pod łuki prowadzące do głównego budynku. Uczennice siedziały grupkami na schodach i szeptały do siebie.

Zupełnie niezauważenie minęłam wszystkie dziewczęta i trzy razy powtórzyłam swoje nazwisko przysadzistej siwowłosej kobiecie, która wyglądała, jakby zeszła prosto z obrazu Botera. Przez chwilę przyglądała mi się pustym wzrokiem przez szybkę, mętną od odcisków palców i niepokojących zadrapań. Bez słowa przesunęła przez szparę plik papierów i wskazała na rząd siedzeń. Usiadłam i bezmyślnie zagapiłam się na niekończącą się listę zajęć pozalekcyjnych i programów dla zaawansowanych, które w najmniejszym stopniu mnie nie interesowały. Nagle przeszła obok mnie dziewczyna o rdzawych włosach. Po jej rajstopach pięły się starannie wyszarpane, długie oczka. Pomachała mi dwoma palcami i uśmiechnęła się, nie wyjmując z ust skręconego samodzielnie papierosa. Wpatrywałam się w nią do ostatniej sekundy, aż zniknęła w tłumie. Dopiero wtedy zdołałam przywołać na wargi słaby, zagubiony uśmiech.

Pewnie patrzyła na kogoś innego, pomyślałam. Kiedy jednak rozejrzałam się wokół, uznałam, że to mało prawdopodobne, skoro za mną była tylko ściana. Siedziałam oszołomiona wśród marmurowych popiersi i ponurych portretów dawno zmarłych dyrektorów, aż rozległ się dzwonek. Korytarze w jednej chwili opustoszały. Czekałam dalej, rozglądając się niepewnie. Zastanawiałam się, czy wszyscy o mnie zapomnieli.

Nagle usłyszałam skrzypienie drzwi i ktoś wywołał moje imię. Wstałam. Mężczyzna czekający w progu był wysoki, choć nie aż tak, by mnie onieśmielić. Sweter pod tweedową marynarką nieco opinał mu się na brzuchu. Spoglądał na mnie zza okularów w rogowej oprawie. Jego skóra była woskowoblada, jak u kogoś, kto spędza za dużo czasu w zamkniętych pomieszczeniach. Przyjrzał mi się, zamrugał, odkaszlnął. Wyciągnął dłoń – palce miał krótkie, poplamione atramentem.

– Proszę, wejdź – powiedział łagodnie.

Przy biurku stał wysłużony szeroki fotel. Mężczyzna zdjął z siedzenia stertę książek i papierów, żeby zrobić mi miejsce. W gabinecie było ciepło, trochę duszno. Książki piętrzyły się wysoko pod grubym osadem kurzu, na ścianach wisiały średniowieczne ryciny w ramkach.

– Może herbaty? – zapytał.

Miałam wrażenie, że przyłapał mnie na gorącym uczynku. Przestałam się rozglądać, potrząsnęłam głową i zaczęłam skubać wystającą nitkę z brzegu płóciennej teczki.

– Dobrze, w takim razie zacznę od standardowego wstępu, a potem będziemy mogli się lepiej poznać – powiedział i usiadł za biurkiem. Nachylił się w przód, opierając łokcie na kolanach. Wziął głęboki oddech: poczułam ciężki, kwaśny zapach porannej kawy.

– Na początek chciałbym w imieniu całej kadry nauczycielskiej powitać cię w gronie uczennic Elm Hollow. – Zamilkł i popatrzył na mnie z zadowoleniem. – Jesteśmy małą szkołą o bogatej, prestiżowej historii. Wśród naszych absolwentek znajdują się liderki wielu różnorodnych dyscyplin świata nauki i sztuki. – Kolejna krótka pauza. Zauważyłam, że czeka na reakcję. Gdy przytaknęłam, podjął wypowiedź. Jego uśmiech wyglądał tak, jakby był skierowany do dobrze wytresowanego psa. – Nasza kadra składa się z wielu takich osób, a dzięki szerokiemu wachlarzowi zajęć teoretycznych i praktycznych nasze uczennice mają szansę podążyć ich śladem. Ja nazywam się Matthew Holmsworth i jestem dziekanem do spraw uczniów. Zajmuję się głównie historią średniowiecza, ale jestem też odpowiedzialny za dbanie o dobro uczennic, i oczywiście za witanie w naszym gronie nowych nabytków, takich jak ty. Możesz mi mówić Matthew, choć radziłbym zwracać się do innych nauczycieli „panie profesorze” albo „pani profesor”, dopóki nie wejdziecie na pewien poziom zażyłości, choć jeśli mam być szczery, nie ze wszystkimi ci się to uda… Ja jednak wolę, żeby zwracano się do mnie po imieniu.

Znów przerwał, wziął wdech i się uśmiechnął. Odwróciłam wzrok. Podczas miesięcy, które nastąpiły po wypadku, przyzwyczaiłam się do ludzi patrzących na mnie jak na „tragiczny cud”, jakby szczerze zdumiewało ich moje istnienie. Mdliło mnie od tego.

– Co cię do nas sprowadza, Violet? – zapytał, choć po tym spojrzeniu domyślałam się, że już zna odpowiedź.

– Muszę zdać maturę – odparłam głucho. Mój głos zmienił się w skrzekliwy pisk.

– Wspaniale. Świetnie. Słyszałem, że w zeszłym roku uczyłaś się w domu? – Nachylił się nieco bliżej. Fotel zaskrzypiał cicho. Podniosłam głowę.

– Tak, ja… Tak.

– To imponujące. Na pewno jesteś z siebie dumna.

Skinęłam głową. Kolejne spojrzenie w moje papiery, ledwo zauważalnie uniesiona brew. Wiedziałam, że mimo nastoletniej apatii poradziłam sobie całkiem dobrze; lepiej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.

– Widzę, że interesujesz się sztuką – ciągnął, widocznie postanowiwszy nie komentować ocen. Zarumieniłam się z zażenowania na myśl, że spodziewałam się czegoś więcej. Wstyd owinął mi się wokół żołądka i zacisnął w węzeł. – Mamy tu fenomenalny wydział humanistyczny. Program literatury angielskiej jest fantastyczny, a większość uczennic po kierunkach muzycznych trafia do akademii muzycznych w kraju i w całej Europie, więc jedno i drugie to świetny wybór. Może zainteresują cię też zajęcia z historii sztuki? Annabel prowadzi ostrą selekcję, ale mógłbym zasugerować, żeby spojrzała na twoje wyniki, jeśli jesteś zainteresowana…

Mówiąc to, gładził nieobecnym ruchem szybkę oprawionej akwaforty leżącej na biurku. Czarny tusz na kremowym papierze przyciągnął moją uwagę. Ilustracja przedstawiała kobietę na stosie, wpatrzoną w oczy wielkiej przyczajonej bestii o powykręcanych rogach i rozpostartych szeroko skrzydłach. Za nią czyhały trzy gule, wyciągające ramiona ku jej szyi.

Zapadła cisza. Uświadomiłam sobie, że dziekan czeka na odpowiedź.

– To brzmi… świetnie.

– Doskonale – przytaknął z entuzjazmem supermarketowego świętego mikołaja. – Masz do mnie jakieś pytania?

– Mogłabym to obejrzeć? – odparłam natychmiast, sięgając po obrazek. W ostatniej chwili zorientowałam się, co robię, i zabrałam dłoń.

– To? Oczywiście. – Zawahał się. – Dotarł dziś rano. Chciałem zdobyć kopię tej ilustracji, odkąd rozpocząłem pracę w szkole.

Podał mi ramkę. Położyłam ją sobie na kolanach i nachyliłam się, by z bliska obejrzeć pióra i łuski bestii, jej wściekłe, dzikie ślepia, uśmiech sprzedawcy używanych samochodów. Płomienie oblizywały stopy kobiety i wznosiły się ku długim włosom spływającym jej po plecach.

– Margaret Boucher – powiedział po chwili. – Domyślam się, że zdążyłaś już poznać historię Elm Hollow, prawda?

Podniosłam wzrok.

– Czytałam broszurę.

– Nie, nie. Broszura to katalog sprzedażowy. Oczywiście zgodny z prawdą – dodał, uśmiechając się krzywo. – Ale to dość uładzona wersja. Większość nauczycieli dołącza do nas, bo zafascynował ich któryś z aspektów historii szkoły. To bardzo atrakcyjny grunt dla badaczy naukowych. – Dziekan zniżył głos do poufnego szeptu. – Moje zainteresowania na przykład skupiają się wokół procesów czarownic, które odbywały się w naszym mieście w siedemnastym wieku. Niewykluczone, że dokładnie tu, gdzie siedzimy.

– Mówi pan poważnie?

– O, jak najpoważniej. Ten wiąz, który minęłaś po drodze do szkoły, stoi w miejscu, gdzie je palono. – Wlepiłam w niego niedowierzające spojrzenie, ale on ciągnął dalej z nieskrywanym entuzjazmem. – Dawniej wierzono, choć chciałbym podkreślić, że to średniowieczny zabobon, a nie fakt, że ta przestrzeń stanowi żyzny grunt dla wszelkich czarodziejskich praktyk. Wiele znanych podań ludowych ma swoje źródło właśnie tutaj, choć odwołania do Elm Hollow z czasem się rozmyły. Szkoła odwaliła kawał dobrej roboty, żeby zmienić sobie PR.

– Naprawdę?

– Naprawdę. Przez kilkanaście lat to było prawdziwe szaleństwo. I co jakiś czas, tak przynajmniej mówią, od kiedy… Ale to nie moja dziedzina, w końcu jestem mediewistą. Zdarza się jednak, że zaglądają do nas różni ciekawscy liczący na audiencję z diabłem – zachichotał pod nosem i oparł się o krzesło. – Zamiast tego natrafiają na panią Coxon w recepcji i prędko tracą zainteresowanie.

Nagle zakaszlał, jakby zauważył, że trochę się zagalopował.

– Mniejsza z tym. Od dawna szukałem tej ilustracji. Owszem, to kopia, ale bardzo dobrej jakości. No, nieważne. Nie masz o co się martwić – dodał z uśmiechem. – Mamy do zaoferowania coś więcej niż tylko diabły i dzikie bestie. Może lepiej zajmijmy się twoim planem lekcji i zobaczmy, czego możesz się spodziewać.

Wyszłam z gabinetu dziekana z dziwnie pustym planem zajęć.

– Oczekujemy od uczennic, że wypełnią wolne godziny zajęciami, które pomogą im stać się wszechstronnie wykształconymi młodymi kobietami – wyjaśnił, dostrzegłszy moje zdumione spojrzenie.

Zapisałam się zarówno na praktykę sztuk wizualnych, jak i na estetyzm – zajęcia bardziej teoretyczne – a do tego na literaturę angielską i klasyczną, której moja poprzednia szkoła nie miała w ofercie. Uwielbiałam ten temat od dzieciństwa, kiedy tata czytał mi do snu opowieści o Meduzach i Minotaurach. Wybrałam maksymalną liczbę czterech przedmiotów – tylko tyle można było podjąć. Zastanawiałam się, co zrobię z całym tym wolnym czasem, który mi pozostawał. Wyobraziłam sobie swoją najbliższą przyszłość: samotną, zakopaną w stosach książek.

Korytarz ciągnący się w stronę wydziału literatury angielskiej – gdzie odbywały się zajęcia, na które byłam już spóźniona dobre dwadzieścia minut – zdradzał prawdziwy wiek szkoły, choć w ścianach nadal można było doszukać się odrapanej godności, niemal melancholijnej pustki, jakby zostały wyciągnięte z głębokiej szczeliny w czasie.