SłużąceTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Służące
Służące
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61  48,80 
Służące
Służące
Służące
Audiobook
Czyta Anna Guzik, Anna Seniuk, Karolina Gruszka
32  26,56 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

KATHRYN STOCKETT

SŁUŻĄCE

Przełożyła

Małgorzata Hesko-Kołodzińska


Tytuł oryginału: THE HELP

Przełożyła: MAŁGORZATA HESKO-KOŁODZIŃSKA

Projekt okładki: DOROTA WĄTKOWSKA

Copyright © 2009 by Kathryn Stockett

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.

This edition published by arrangement with G.P. Putnam’s Sons, a member of Penguin Group (USA) Inc.

Copyright © for the Polish edition by Media Rodzina, 2010

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki

– z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych

– możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I elektroniczne

ISBN 978-83-7278-885-6

Harbor Point Sp. z o.o.

Media Rodzina

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 60, faks 61 827 08 66

www.mediarodzina.pl mediarodzina@mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Aibileen Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Minny Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Panienka Skeeter Rozdział piąty

Rozdział szósty

Aibileen Rozdział siódmy

Panienka Skeeter Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Minny Rozdział dziesiąty

Panienka Skeeter Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Aibileen Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Minny Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Panienka Skeeter Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Aibileen Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Minny Rozdział dwudziesty czwarty

Bal dobroczynny Rozdział dwudziesty piąty

Minny Rozdział dwudziesty szósty

Panienka Skeeter Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Aibileen Rozdział dwudziesty dziewiąty

Minny Rozdział trzydziesty

Aibileen Rozdział trzydziesty pierwszy

Minny Rozdział trzydziesty drugi

Panienka Skeeter Rozdział trzydziesty trzeci

Aibileen Rozdział trzydziesty czwarty

Podziękowania

Zbyt mało, zbyt późno Kathryn Stockett, jej własnymi słowami

Przypisy

Dla dziadka Stocketta,

najwspanialszego gawędziarza

pod słońcem

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

AIBILEEN

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Sierpień 1962

Mae Mobley narodziła się raniuśko w sierpniową niedzielę, roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego. Kościelne dziecko na nią wołamy. Ja jestem od zajmowania się małymi białaskami, sprzątam do tego i jeszcze gotuję. Siedemnaście dzieciaków wychowałam. Wiem, jak je ululać, jak pocieszyć i jak usadzić na nocniku, nim jeszcze ich mamy zwleką się rano z łóżka.

Ale w życiu nie widziałam takiego wrzaskuna jak Mae Mobley Leefolt. W pierszy dzień wchodzę do domu, a ta mała, cała czerwona, wrzeszczy, bo ma kolkę, i odpycha butelkę jak zgniłą rzepę. A pani Leefolt wygląda, jakby własnego dzieciaka się bała.

– Co robię źle? Dlaczego to ciągle wrzeszczy?

To? Od razu wyczułam, że coś jest nie tak.

Wzięłam to małe, krzyczące dziecko w ramiona, pohuśtałam na biodrze, coby gazy odeszły, i ani dwie minuty nie minęły, a Malutka przestała płakać i zaczęła się do mnie uśmiechać, jak to tylko ona potrafi. Ale pani Leefolt przez caluśki dzień nie wzięła na ręce własnego dzieciaka, o nie. Widziałam kupę kobiet, co to po porodzie były w dołku, i pamiętam, jak sobie wtedy pomyślałam, że to dlatego.

Coś wam powiem o pani Leefolt: nie dość, że wiecznie się krzywi, to jeszcze chuda jest jak szczapa. Dwadzieścia trzy lata, a płaskie toto jak czternastoletni chłopak. Nóżki cienkie jak u pająka. Nawet włosy ma cienkie, rzadkie, brązowe. Puszy je i puszy, ale przez to wyglądają jeszcze cieniej. Twarz ma kapkę taką jak ten czerwony diabełek na czerwonej puszce z cukierkami, ze spiczastą brodą, i w ogóle. Nic dziwnego, że nie daje rady uspokoić dzieciaka, taka jest kanciasta i zapadnięta. Dzieciaki wolą tłuszczyk. Lubieją wetknąć człowiekowi nos pod pachę i pospać. Lubieją też wielkie grube nogi – coś o tym wiem.

Mae Mobley roczku jeszcze nie miała, a już łaziła za mną jak psiak. Staję w drzwiach punkt piąta, a ta już czepia się mojego buta od Doktora Scholla, szoruje brzuchem po podłodze i ryczy, jakbym miała nigdy nie wrócić. Pani Leefolt mruży na mnie te swoje oczy, jakbym co złego zrobiła, i odrywa ryczącego dzieciaka od mojej stopy. Myślę sobie, że tak to bywa, jak obcy wychowują maluchy, a nie ich własne matki.

Mae Mobley ma już dwa lata, wielkie brązowe oczy i loczki koloru miodu, ale łysy placek z tyłu głowy wszystko psuje. Jak się martwi, to się jej robi taka sama zmarszczka między brwiami jak jej mamie. Kapkę są nawet podobne, tyle że Mae Mobley to grubas. Oj, królową piękności nie zostanie. Coś mi się widzi, że to martwi panią Leefolt, ale Mae Mobley to moja wyjątkowa dziewczynka.

STRACIŁAM SYNA, Treelore’a, tuż nim się najęłam na służbę u pani Leefolt. Miał dwadzieścia cztery lata, najlepszy wiek. Za krótko był na tym świecie.

Miał własne mieszkanko na Foley Street. Spotykał się z jedną taką miłą Frances i już myślałam, że się chajtną, tyle że jemu nie spieszyło się do żeniaczki. Nie to, coby szukał lepszej partii, ale lubiał sobie podumać. Nosił grube okulary, czytał i czytał, i nawet zaczął pisać swoją książkę o tym, jak to jest być kolorowym i pracować w Missisipi. Oj, ale byłam dumna.

Jednej nocy pracował w młynie Scanlon-Taylor, taszczył bale pięć na dziesięć do ciężarówki, a drzazgi przebijały mu się przez rękawice. Za drobny był na tę robotę, za chudy, ale potrzebował pracy. Zmachany był, padało. Ześlizgnął się z rampy załadunkowej i spadł na podjazd, a traktorzysta go nie dojrzał i zmiażdżył mu płuca, nim Treelore zdążył się ruszyć. Jak się dowiedziałam, to już nie żył.

Tamtego dnia mój świat pogrążył się w ciemnościach. Powietrze poczerniało, i słońce też, a ja położyłam się do łóżka i dalej się gapić na czarne ściany w domu. Minny codziennie wpadała zobaczyć, czy jeszcze oddycham, i mnie karmić, cobym nie umarła. Trzy miesiące przeleciały, nim wyjrzałam przez okno, coby sprawdzić, czy ziemia wciąż się kręci. Zdziwiłam się, że świat dalej jest na miejscu, chociaż mój syn już nie.

 

Pięć miesięcy po pogrzebie podźwignęłam się wreszcie z łóżka. Ubrałam mój biały mundurek i na powrót zawiesiłam złoty krzyżyk na szyi, a potem poszłam na służbę do pani Leefolt, bo urodziła córeczkę. Szybko się przekonałam, że coś się zmieniło – zakiełkowało we mnie gorzkie ziarno i już się ze wszystkim nie mogłam tak łatwo pogodzić.

DOSPRZĄTAJ DOM, a potem idź przygotować sałatkę z kurczaka – mówi pani Leefolt.

Dzisiej dzień kółka brydżowego, jak to w każdą jedną czwartą środę miesiąca. Jasne jak słońce, że wszystko gotowe – z rana zrobiłam sałatkę z kurczaka, wczorej wyprasowałam obrusy, pani Leefolt wszystko widziała. Tyle że ona lubi słyszeć swój głos, jak mną komenderuje, chociaż ma dopiero dwadzieścia trzy lata.

Już się wystroiła w niebieską sukienkę, co ją rano wyprasowałam i co ma sześćdziesiąt pięć zakładek w pasie, takich wąziutkich, że przy prasowaniu mrużę oczy za okularami. Mało czego w życiu nienawidzę, ale z tą sukienką to my się nie zaprzyjaźnimy.

– Dopilnuj, żeby Mae Mobley nam nie przeszkadzała. Mówię ci, mam jej dosyć – podarła moją piękną papeterię na strzępki, a przecież muszę napisać piętnaście liścików z podziękowaniami dla Ligi Pań, żeby...

Przygotowuję to i owo dla jej koleżanek, wystawiam najlepsze kryształy i wykładam srebrne sztućce. Pani Leefolt nie urządza brydża przy małym stoliczku, jak inne panie, o nie, my nakrywamy do stołu w jadalni. Kładziemy obrus na stół, coby zakryć wielką szparę w kształcie litery L, przesuwamy ten czerwony bukiet na bok, coby zasłonić zryte drewno. Pani Leefolt lubi, jak jest ładnie, jak zaprasza panie na te swoje lunche. Może tak okropnie się stara, coby nie było widać, jaki dom jest mały. Bogaci to oni nie są, co to, to nie. Bogaci nie muszą się tak wysilać.

Nawykłam do roboty u młodych państwa, ale coś mi się widzi, że to najmniejszy dom, w jakim pracowałam, tylko parter i tyle. Pokój państwa z tyłu to nawet całkiem spory jest, ale pokój Malutkiej – maciupeńki. Jadalnia i salon tak się jakby łączą, i są tu tylko dwie łazienki, szczęściem dla mnie, bo pracowałam w domach, gdzie mieli po pięć czy sześć. Cały boży dzionek schodził mi na czyszczeniu ubikacji. Pani Leefolt płaci ledwie dziewięćdziesiąt pięć centów za godzinę, mniej niż dostawałam przez te wszystkie lata. Po śmierci Treelore’a musiałam wziąść, co wpadło w ręce, bo właściciel domu nie chciał dłużej czekać na czynsz.

Chociaż dom nieduży, pani Leefolt ładnie go urządziła. Dobrze sobie radzi z maszyną do szycia. Jak nie może kupić czego nowego, to bierze taki niebieski materiał i, dawaj, szyje narzutę.

Słyszę dzwonek i otwieram drzwi.

– Witam, Aibileen – mówi panienka Skeeter, bo jest z tych, co gadają ze służbą. – Co słychać?

– Witam, panienko Skeeter. U mnie dobrze. O rety, ale gorąc!

Panienka Skeeter jest mocno wysoka i chuda. Włosy ma żółte i krótkie, nawet ramion nie sięgają, bo przez okrągły rok się jej strasznie kręcą. Ma coś dwadzieścia trzy lata, jak pani Leefolt i cała reszta. Kładzie torebkę na krześle i chwilę się coś tak wierci w swoim ubraniu. Ma dzisiej bluzkę z białej koronki, zapiętą po szyję jak u zakonnicy, i płaskie buty, coby nie być jeszcze wyższa. Niebieska spódnica jest za luźna w pasie. Panienka Skeeter zawsze wygląda tak, jakby kto inny jej mówił, co ma wciągnąć na grzbiet.

Słyszę, jak panienka Hilly i jej mama, pani Walterowa, wjeżdżają na podjazd i trąbią. Panienka Hilly mieszka rzut beretem stąd, ale zawsze zajeżdża autem. Wpuszczam ją, a jak mnie mija bez słowa, myślę sobie, że pora budzić Mae Mobley.

Jak tylko wchodzę do jej pokoju, Mae Mobley uśmiecha się do mnie i wyciąga tłuste łapki.

– Już wstałaś, Malutka? Czemuś na mnie nie wrzasnęła?

Śmieje się i przebiera nóżkami, cobym ją wyciągnęła. Ściskam ją od serca, bo jak pójdę do domu, to pewno nikt już jej tak nie wyściska. Często przychodzę do pracy i widzę, jak mała drze się w łóżeczku, a pani Leefolt siedzi nad maszyną i oczami przewraca, jakby to nie jej dziecko krzyczało, a kocur-przybłęda, co wziął i utknął w drzwiach.

Pani Leefolt dzień w dzień ładnie się ubiera. Zawsze jest umalowana, i garaż też ma, i wielką lodówkę z kostkarką do lodu. Jakby ją kto zobaczył w sklepie, w życiu by nie pomyślał, że taka pani mogłaby zostawić płaczące dziecko w łóżeczku. Ale służba wie takie rzeczy.

Za to dzisiej jest dobrze, moja dziewczynka się uśmiecha.

– Aibileen – mówię.

– Ai-bee – mówi ona.

– Kocham – mówię.

– Kocham – powtarza.

– Mae Mobley – mówię.

– Aib-ee.

Śmieje się i śmieje, przestać nie może, taka zadowolona, że mówi. Najwyższy czas, myślę sobie. Treelore też nic nie gadał przez piersze dwa lata, za to w trzeciej klasie podstawówki nawijał lepiej niż sam prezydent Stanów Zjednoczonych. Wracał do domu i używał takich słów jak koniugacja i parlamentarny. Jak poszedł do liceum, tośmy wymyślili taką specjalną grę – ja mówiłam jakieś proste słowo, a on zamieniał je na fikuśne wyrażenie. Na przykład mówiłam „kot”, a on na to udomowiony drapieżnik z rodziny kotowatych. Mówiłam „mikser”, a on na to zmotoryzowany propeller. Jednego dnia mówię mu „crisco”, a ten się tylko drapie po głowie. No uwierzyć nie mógł, że wygrałam czymś tak zwyczajnym jak crisco. To było takie nasze śmieszne słówko na to, czego nie da się upięknić, choćby się człowiek nie wiadomo jak starał. Zaczęliśmy mówić „crisco” na jego tatę, bo nie da się ładnie nazwać gościa, co dał nogę i zostawił rodzinę. A poza tym to najgorsze beleco, jakie chodziło po tym świecie.

Niosę Mae Mobley do kuchni i sadzam w wysokim krzesełku. Myślę o dwóch rzeczach, co je muszę dzisiej zrobić, nim się pani Leefolt wścieknie – odłożyć na bok wystrzępione serwetki i wyczyścić srebrne sztućce w komodzie. Ech, pewno będę musiała to zrobić w czasie wizyty pań.

Biorę tacę z faszerowanymi jajkami i niosę do jadalni. Pani Leefolt siedzi u szczytu stołu, po lewo ma panienkę Hilly Holbrook i jej mamę, panią Walterową, co to do niej panienka Hilly nie ma za grosz szacunku. A po prawo pani Leefolt siedzi panienka Skeeter.

Podaję paniom jajka, zaczynając od starej pani Walterowej, bo ma najwięcej lat. Ciepło jest, a ta zarzuciła na ramiona gruby brązowy swetr. Podnosi jajko i mało go nie upuszcza, tak się jej ręce trzęsą. Potem podchodzę do panienki Hilly, a ona się uśmiecha i bierze dwa jajka. Panienka Hilly ma okrągłą twarz i ciemnobrązowe włosy, utapirowane na czubku głowy, a skórę oliwkową, pełno na niej piegów i pieprzyków. Panienka Hilly nosi od metra czerwonej kratki i ma dużą pupę. Dzisiej gorąco, więc włożyła czerwoną sukienkę bez rękawów i wcięcia w pasie. To jedna z tych dorosłych pań, co to się stroją jak małe dziewczynki, w wielkie kokardy, dopasowane kapelusiki i tak dalej. Nie za bardzo ją lubię.

Podchodzę do panienki Skeeter, ale ona marszczy nos i mówi: „Nie, dziękuję”, bo nie jada żadnych jajek. Ciągle to przypominam pani Leefolt, jak ma się zebrać jej kółko brydżowe, ale i tak mi każe robić te jajka. Boi się, że panience Hilly to nie będzie w smak.

Na koniec obsługuję panią Leefolt, bo gospodyni ostatnia wybiera. Potem, jak odchodzę, panienka Hilly mamrota: „Nie zwracajcie na mnie uwagi” i zgarnia jeszcze dwa jajka, co mnie za bardzo nie dziwi.

– Zgadnijcie, na kogo wpadłam w salonie piękności? – mówi panienka Hilly do pań.

– No na kogo? – pyta pani Leefolt.

– Na Celię Foote. I wiecie, o co mnie zapytała? Czy mogłaby pomóc przy naszym tegorocznym balu dobroczynnym.

– To dobrze – mówi panienka Skeeter. – Potrzebujemy pomocy.

– Wcale nie tak bardzo. Powiedziałam jej: „Celio, żeby pomagać, trzeba być członkinią Ligi albo sponsorem”. Czy im wszystkim się wydaje, że Liga Pań to pospolite ruszenie?

– Czyżbyśmy w tym roku nie uwzględniały osób spoza Ligi? Mimo że impreza tak bardzo się rozrosła? – pyta panienka Skeeter.

– No tak – przyznaje panienka Hilly. – Ale tego nie zamierzałam jej mówić.

– Nie mogę uwierzyć, że Johnny poślubił tak nieciekawą dziewczynę jak Celia – mówi pani Leefolt, a panienka Hilly kiwa głową i zaczyna rozdawać karty do brydża.

Kuchenną łyżką nakładam zmrożoną sałatkę, a obok kładę kanapki z szynką, i nic nie poradzę na to, że słyszę, co mówią. Te panie gadają tylko o trzech rzeczach: o dzieciach, strojach i przyjaciółkach. Słyszę słowo „Kennedy” i z miejsca wiem, że nie chodzi o politykę, tylko o to, w czym pani Jackie paradowała w telewizorze.

Jak podchodzę do pani Walterowej, bierze ode mnie tylko maciupką połówkę kanapki z szynką.

– Mamo! – drze się panienka Hilly. – Weź jeszcze jedną kanapkę, jesteś chuda jak patyk. – Panienka Hilly rozgląda się po reszcie pań. – Ciągle jej powtarzam, że skoro ta cała Minny nie umie gotować, to trzeba ją zwolnić.

Strzygę uszami, bo mowa o służbie. Minny to moja najlepsza przyjaciółka.

– Minny dobrze gotuje – mówi stara pani Walterowa. – Po prostu nie mam już takiego apetytu jak dawniej.

Minny jest chyba najlepszą kucharką w Hinds County, a kto wie, czy nie w całym Missisipi. W każdą jedną jesień, jak się odbywa bal dobroczynny Ligi Pań, panie zawsze chcą, coby Minny upiekła dziesięć ciast karmelowych na aukcję. Każden jeden dom w tym stanie by się o nią zabijał, jakby Minny nie była taka pyskata. Zawsze się odszczekuje – jednego dnia białemu kierownikowi w sklepie Jitney Jungle, drugiego własnemu mężowi, a raz to nawet nagadała białej pani, co się u niej najęła. Pracuje tak długo u pani Walterowej tylko dlatego, że pani Walterowa głucha jest jak pień.

– Moim zdaniem jesteś zwyczajnie niedożywiona, mamo! – wrzeszczy panienka Hilly. – Ta cała Minny nie daje ci jeść, bo chce ukraść wszystkie rodzinne pamiątki, które zostawiłam. – Nerwuje się, zrywa z krzesła. – Idę przypudrować nos. Uważajcie na nią, bo jeszcze tu wykituje z głodu.

Jak panienka Hilly wychodzi, pani Walterowa mamrota cichutko pod nosem:

– Zakład, że byś się ucieszyła.

Wszystkie panie udają, że nic a nic nie słyszały. Lepiej zadzwonię dzisiej do Minny i powtórzę jej, co panienka Hilly wygadywała.

Malutka siedzi na wysokim krzesełku w kuchni, całą buzię wysmarowała fioletowym sokiem. Jak wchodzę, uśmiecha się do mnie. Nie kwęka, że tkwi tu sama jak palec, ale i tak nie cierpię jej tak zostawiać na długo. Wiem, że caluśki czas cichutko patrzy się na drzwi, póki nie wrócę.

Klepię ją po główce i wracam nalać herbaty z lodem. Panienka Hilly siedzi już na swoim miejscu i chyba wkurza się na co innego.

– Och, Hilly, szkoda że nie skorzystałaś z łazienki dla gości – mówi pani Leefolt, przekładając swoje karty. – Przed lunchem Aibileen nie sprząta łazienki na tyłach domu.

Hilly unosi brodę, a potem mówi to swoje „u-hm”. Umie naprawdę cicho pochrząkiwać, a wtedy wszyscy zwracają na nią uwagę i ani się połapią, że ich do tego zmusiła.

– Ale przecież z łazienki dla gości korzysta służba – mówi.

Przez chwilę panie milczą, a potem pani Walterowa kiwa głową, jakby to wszystko wyjaśniało.

– Jest zdenerwowana, bo czarnoskóra korzysta z łazienki w domu, i my też.

Nie, nie znowuż. Wszystkie się patrzą, jak porządkuję szufladę ze srebrami w komodzie i wiem, że na mnie pora. Nim odłożę ostatnią łyżeczkę, pani Leefolt posyła mi te swoje spojrzenie i mówi:

– Przynieś jeszcze herbaty, Aibileen.

Robię, co każe, chociaż w filiżankach pań herbaty jest po brzegi.

Chwilę stoję w kuchni, ale nic tu po mnie, muszę iść do jadalni, coby dokończyć porządki. Dzisiej mam się jeszcze zająć komodą z serwetkami, ale stoi w holu, tuż za jadalnią. Nie bardzo mi się widzi siedzenie dłużej w robocie, bo pani Leefolt akurat gra w karty.

Czekam parę minut, czyszczę kuchenną ladę. Daję Malutkiej więcej szynki, a ona zajada, aż jej się uszy trzęsą. W końcu wymykam się do holu i modlę się, coby nikt mnie nie zobaczył.

Wszystkie cztery panie trzymają w jednym ręku po papierosie, a w drugim karty.

– Elizabeth, gdybyś miała wybór – słyszę głos panienki Hilly – nie wolałabyś, żeby załatwiali się na zewnątrz?

Cichutko otwieram szufladę z serwetkami i bardziej się przejmuję, coby mnie pani Leefolt nie przyłapała, niż tym, co mówią. Ich gadanina to dla mnie żadna nowość. W mieście wszędzie są osobne ubikacje dla kolorowych, w większości domów też. Zerkam do jadalni i widzę, że panienka Skeeter patrzy się na mnie, więc zamieram i myślę sobie, że wpakowałam się w kłopoty.

– Licytuję jeden kier – mówi pani Walters.

 

– Sama nie wiem. – Pani Leefolt marszczy się i patrzy się w karty. – Raleigh rozkręcił własną firmę, pora rozliczeń podatkowych dopiero za pół roku... Teraz naprawdę musimy liczyć się z pieniędzmi.

Panienka Hilly mówi powoli, jakby kusiła dziecko słodyczami.

– Powiedz Raleighowi, że przy sprzedaży domu odzyska każdy grosz włożony w tę łazienkę. – Kiwa głową, jakby się zgadzała sama ze sobą. – Te wszystkie domy, które budują bez wygódek – toż to niebezpieczne! Każdy wie, że oni roznoszą inne choroby niż my. Podwajam.

Biorę stosik serwetek. Sama nie wiem czemu, ale nagle chcę usłyszeć, co pani Leefolt na to. To moja szefowa, no a pewno każden jeden lubi wiedzieć, co szefostwo o nim myśli.

– Byłoby miło, gdyby nie korzystała z łazienki w domu – mówi pani Leefolt, i zaciąga się papierosem. – Licytuję trzy pik.

– Właśnie dlatego przygotowałam Inicjatywę Sanitarną dla Pomocy Domowych – mówi panienka Hilly. – Jako środek zapobiegawczy.

Dziwne, że tak okropnie mnie w gardle ściska. Szkoda, że już lata temu nauczyłam się siedzieć jak mysz pod miotłą.

Panienka Skeeter chyba nie bardzo rozumie.

– Jaką inicjatywę?

– Ustawę, która wymaga, żeby w każdym domu białych była osobna łazienka dla kolorowej służby. Nawet powiadomiłam naczelnego lekarza Missisipi, żeby przekonać się, co on na to. Pasuję.

Panienka Skeeter marszczy czoło i patrzy się na panienkę Hilly. Kładzie karty koszulkami do dołu i mówi poważnym tonem:

– Może wybudujemy ubikację na zewnątrz dla ciebie, Hilly?

O rety, w pokoju cicho jak makiem zasiał.

– Moim zdaniem nie powinnaś stroić sobie żartów z sytuacji z kolorowymi, jeśli nadal chcesz być redaktorką w Lidze, Skeeter Phelan – mówi panienka Hilly.

Panienka Skeeter niby się chichra, ale słychać, że wcale nie jest jej do śmiechu.

– Co? Wywaliłabyś mnie za to, że się z tobą nie zgadzam?

Panienka Hilly unosi brew.

– Zrobię, co konieczne, żeby chronić nasze miasto. Twoja kolej, mamo.

Idę do kuchni i nie wychodzę, póki za panienką Hilly nie zamkną się drzwi.

JAK JUŻ MAM PEWNOŚĆ, że panienka Hilly wyszła, sadzam Mae Mobley w kojcu i wystawiam pojemnik ze śmieciami na ulicę, bo dzisiej przyjeżdża śmieciarka. Mało brakło, a przy końcu podjazdu panienka Hilly i jej mama-wariatka stuknęłyby mnie swoim autem. Wrzeszczą, że to niby niechcący, a ja idę do domu i cieszę się jak głupia, że nie dorobiłam się połamanych nóg.

Jak wchodzę do kuchni, widzę panienkę Skeeter. Opiera się o ladę, a minę ma poważną, nawet bardziej niż zwykle.

– Hej, panienko Skeeter, podać co?

Patrzy się na podjazd, gdzie pani Leefolt rozmawia z panienką Hilly przez okno w samochodzie.

– Nie, ja tylko... czekam.

Wycieram tacę ścierką, a jak zerkam na panienkę Skeeter, widzę, że wciąż się patrzy przez okno i czymś się gryzie. Nie wygląda jak inne panie, taka jest wysoka, i kości policzkowe jej widać. Ma niebieskie oczy i wciąż opuszcza wzrok, przez co wydaje się nieśmiała. Jest cicho, tylko radyjko na ladzie pogrywa, nastawiłam na stację z pieśniami gospel. Chciałabym, coby sobie poszła.

– Czy to kazanie pastora Greena w radiu? – pyta.

– Tak, psze pani.

Panienka Skeeter jakby się uśmiecha.

– To mi przypomina czasy dzieciństwa z moją pomocą domową.

– Znam Constantine – mówię.

Panienka Skeeter patrzy się tera na mnie.

– Wiedziałaś, że to ona mnie wychowała?

Kiwam głową i żałuję, że nie trzymałam języka za zębami. Wiem aż za dużo o tej całej sprawie.

– Próbowałam zdobyć adres jej rodziny w Chicago, ale nikt nie chce mi niczego powiedzieć – ciągnie.

– Ja też go nie mam, psze pani.

Panienka Skeeter znowuż patrzy się przez okno, na buicka panienki Hilly. Lekuchno kręci głową.

– Aibileen, ta rozmowa... To znaczy to, co mówiła Hilly...

Podnoszę filiżankę i zaczynam ją bardzo porządnie wycierać.

– Chciałabyś czasem... coś zmienić? – pyta.

Nie mogę się powstrzymać, patrzę się prosto na nią. To chyba najgłupsze pytanie, jakie w życiu słyszałam. Ma zawstydzoną, pełną niesmaku minę, jakby posoliła sobie kawę zamiast posłodzić. Wracam do zmywania, coby nie zobaczyła, jak przewracam oczami.

– O nie, psze pani, wszystko w porządku.

– Ale ta rozmowa o ubikacji... – Przerywa, bo do kuchni wchodzi pani Leefolt.

– A, tu jesteś, Skeeter. – Dziwnie się na nas patrzy. – Przepraszam, czy coś... przerwałam?

Obie stoimy i główkujemy, co mogła usłyszeć.

– Muszę lecieć – mówi panienka Skeeter. – Do zobaczenia, Elizabeth. – Otwiera drzwi z tyłu, dodaje: – Dziękuję za lunch, Aibileen – i już jej nie ma.

Wchodzę do jadalni i zaczynam sprzątać stół po brydżu. Tak jak się spodziewałam, pani Leefolt włazi tam za mną z tym swoim krzywym uśmieszkiem i wyciąga szyję, jakby się gotowała, coby mnie o co spytać. Nie lubi, jak gadam z jej przyjaciółkami bez niej, nigdy nie lubiała. Zawsze chce wiedzieć, co mówimy. Mijam ją, wchodzę do kuchni i sadzam Malutką w wysokim krzesełku, a potem biorę się do czyszczenia piekarnika.

Pani Leefolt wchodzi do kuchni za mną. Gapi się na pojemnik z crisco, odstawia go. Malutka łapki wyciąga do mamy, chce na ręce, ale pani Leefolt otwiera szafkę i udaje, że nic a nic nie widzi. Potem trzaska drzwiczkami i otwiera następną, a potem to już tylko stoi. Ja, na czworakach, tkwię z głową w piekarniku, jakbym się chciała zagazować.

– Ty i panna Skeeter wyglądałyście tak, jakbyście rozmawiały o okropnie poważnych sprawach.

– Nie, psze pani... Tylko się pytała, czy chcę stare ubrania. – Mój głos brzmi tak, jakbym siedziała w studni. Mam tłuszcz na rękach, śmierdzi tu jak spod pachy. Pot w mig spływa mi po nosie, a za każdym jednym razem, jak się podrapię, brudzę twarz. Piekarnik to chyba najpaskudniejsze miejsce pod słońcem – albo je czyścisz, albo się w nim pieczesz. Na pewno dzisiej mi się przyśni, że tu utknęłam i ktoś włączył gaz. Nie wystawiam głowy z tego okropnego piekarnika, bo już wolę być tu, czy diabli wiedzą gdzie, niż odpowiadać na pytania pani Leefolt o to, co panienka Skeeter próbowała mi powiedzieć, i mówić o tym, że pytała, czy chciałabym coś zmienić.

W końcu pani Leefolt wzdycha i idzie do garażu. Pewno się zastanawia, gdzie wybudować ubikację dla kolorowych.