Nie ufaj nikomuTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nie ufaj nikomu
Nie ufaj nikomu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,90  56,72 
Nie ufaj nikomu
Audio
Nie ufaj nikomu
Audiobook
Czyta Marta Wągrocka
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

Mia

Zeszłej nocy spałam niespokojnie, strach i niepokój nie pozwoliły mi zmrużyć oka, więc jestem już na nogach, chociaż nie ma jeszcze szóstej. Wciąż w szlafroku, schodzę na dół do kuchni, a gdy otwieram drzwi, widzę Willa stojącego przy kuchence. Jest już ubrany, a z patelni wydobywa się zapach bekonu i jajek.

– Hej, jak się czujesz? Tak myślałem, że obudzisz się mniej więcej o tej godzinie, skoro poszłaś spać tak wcześnie. – Wskazuje na patelnię. – Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, ale pomyślałem, że wszystkim nam przydałoby się solidne śniadanie.

Jedzenie to ostatnie, na co mam ochotę, ale doceniam jego starania.

– Dziękuję. Czy jest już gotowe? Powinnam pójść i obudzić Freyę?

– Dopiero zacząłem. Czy moglibyśmy zamienić kilka słów, zanim Freya wstanie?

Chodzi o coś poważnego; normalnie Will nie pyta, czy możemy porozmawiać. Musi wiedzieć, że użyłam jego telefonu bez pytania. Albo jakimś cudem dowiedział się o Alison Cummings i chce wiedzieć, dlaczego to przed nim zataiłam.

– Wszystko w porządku? – pytam.

Oczywiście nic nie jest w porządku. I coś mi się wydaje, że nie będzie, dopóki nie wytropię tej kobiety i nie dowiem się, co ona knuje.

Will miesza jajecznicę, po czym zwraca się do mnie:

– Mio, naprawdę się o ciebie martwię. Najpierw mdlejesz, a potem jesteś milcząca przez cały wieczór. Wiem, że byłaś zmęczona, ale czy stało się coś jeszcze? Po prostu nie kupuję tej historii z odwodnieniem.

Próbuję go zapewnić, że nic mi nie jest, że to była jednorazowa sprawa i więcej się nie powtórzy, ale on wciąż nie jest przekonany.

– Nie możesz wiedzieć, że to się nie powtórzy, prawda? A jeśli fizycznie coś jest z tobą nie tak, to musisz się przebadać.

– Will, kocham cię za twoją troskliwość i spostrzegawczość, ale serio, nic mi nie jest. Wczoraj po prostu miałam zły dzień. Dzisiaj będzie lepiej, obiecuję. – Moje słowa są puste i podszyte fałszem.

„Czy właśnie tak czuł się Zach, gdy mnie okłamywał?”

Will pochyla się i całuje mnie w policzek.

– W porządku, ale jeśli znowu poczujesz się źle…

– Nie poczuję – zapewniam go. – Pójdę obudzić Freyę, śniadanie wygląda na prawie gotowe.

Odwracam się, zanim się załamię i wyznam mu wszystko. Nie mogę obarczyć Willa takim ciężarem. Nie teraz. Nigdy.

***

– Pamiętaj, że wziąłem dzisiaj wolne popołudnie – mówi Will, podczas gdy sprzątam po śniadaniu.

Freya bawi się w ogrodzie, na przemian na trampolinie i w baseniku, a ja obserwuję ją przez okno. Tylko ona pomaga mi zachować spokój, gdy cały mój świat wali się w gruzy.

– Pomyślałem, że moglibyśmy zabrać Freyę do zoo? – ciągnie Will.

Serce mi zamiera – zapomniałam, że umówiliśmy się na to w zeszłym tygodniu, ale ja muszę dziś wytropić Alison i odkryć, co ta kobieta wie. Nie mogę odkładać tego na później.

Przed południem, gdy ja będę przyjmować pacjentów, Freya będzie się bawić u Megan, swojej najlepszej przyjaciółki. Nie mogę odwołać wizyt, więc pozostaje mi tylko popołudnie, żeby sprawdzić adres, który podała Alison, gdy zadzwoniła, żeby się umówić. Planowałam, że zabiorę Freyę ze sobą i połączę to z wycieczką na Oxford Street, która znajduje się niedaleko wydziału prawa, gdzie pracuje Dominic.

– Och, Will, tak mi przykro. Muszę coś załatwić dziś po południu i zamierzałam zabrać Freyę ze sobą. Wiem, że to nie będzie dla niej ekscytujące, ale… W każdym razie może porobimy coś razem wieczorem?

Uśmiech znika mu z twarzy i wiem, że chce zapytać, dokąd się wybieramy, ale nigdy nie bywa wścibski, podobnie jak ja nie wtrącam się w jego sprawy.

– W porządku – mówi tylko.

– Ale nie krępuj się i spędź tutaj popołudnie. Masz swój klucz.

– Nie, nie trzeba. Mam trochę rzeczy do zrobienia w domu. – Odwraca się ode mnie i patrzy, jak Freya przechodzi przez kuchenne drzwi. – Właściwie to może ja zajmę się Freyą dziś po południu, jeśli ci to pomoże?

Nawet gdy Will zmaga się z rozczarowaniem, potrafi się przełamać, by okazać mi serce.

– Jesteś pewien? Nie chcę cię obciążać – mówię, chociaż wiem, że to będzie lepsze dla Frei. Lepsze dla nas wszystkich. Jeśli znajdę Alison, nie chcę, by moja córka była w pobliżu.

– Oczywiście. Wiesz, że traktuję ją jak własne dziecko.

Przyciągam go do siebie i przytulam mocno, bo jest takim dobrym człowiekiem, a w tej chwili ja naprawdę na niego nie zasługuję.

***

Hawthorn Gardens to wysadzana drzewami ulica pełna wiekowych wiktoriańskich domów. Większość z nich jest dobrze utrzymana i jeśli Alison naprawdę tu mieszka, to jej i Dominicowi musi się dobrze powodzić. Przypominam sobie, że on jest teraz kierownikiem wydziału na prestiżowym uniwersytecie. To coś, czego Zach nigdy nie miał szansy osiągnąć.

Gdy zmierzam w kierunku numeru 26, przychodzi mi do głowy, że Alison mogła skłamać, że Dominic Bradford jest jej partnerem – ale w jakim celu by to robiła? Nic z tego nie ma sensu, a o tym, co ma – o śmierci Zacha – nie chcę nawet myśleć.

Dom góruje nade mną, gdy staję przed drzwiami. Co ja sobie myślałam, przychodząc tutaj? Nawet jeśli istnieje nikła szansa, że Alison podała mi prawdziwy adres, co takiego mogę zrobić, by zmusić ją do przyznania, że wczoraj wspomniała o moim mężu? Uciekła z gabinetu; najwyraźniej wyrobiła sobie opinię na mój temat.

Ale muszę spróbować. Nie mogę odpuścić.

Wciskam dzwonek, ale nie słyszę nic po drugiej stronie, więc nie mam pojęcia, czy w ogóle działa.

Otacza mnie cisza, ale ostatecznie jest druga po południu, więc większość ludzi pewnie pracuje. Odwracam się, przekonana, że nikogo nie ma w domu, gdy drzwi uchylają się ze skrzypieniem.

– Czy mogę pani w czymś pomóc?

To nie Alison. Pewnie, że nie. Kobieta stojąca w progu ma co najmniej osiemdziesiąt lat i garbi się, opierając o framugę.

– Dzień dobry, szukam Alison Cummings…

Kobieta marszczy brwi i mierzy mnie wzrokiem od stóp do głów.

– Pomyliła pani adres. Tutaj mieszkam tylko ja.

– Rozumiem, przepraszam. Musiała się przeprowadzić.

– To mało prawdopodobne. Mieszkam tu całe życie, a wcześniej dom należał do moich rodziców.

Dziękuję jej, odwracam się i odchodzę. Jest tak, jak przypuszczałam, ale niepokój nie ustępuje. Co, jeśli nigdy jej nie znajdę? Co ona knuje?

***

Dawno już nie byłam na terenie uniwersytetu, ale wejście na kampus jednego z nich od razu przywołuje falę wspomnień: początki dorosłości, poznanie Zacha, jego śmierć kilka lat później. Nie sądziłam, że wizyta tutaj tak mocno mnie poruszy – ostatecznie to konkretne miejsce nie ma nic wspólnego z Zachem – ale z trudem brnę przed siebie.

Powinnam była najpierw zadzwonić. Są wakacje i chociaż wiem, że wykładowcy uniwersyteccy pracują przez większość lata, istnieje mała szansa, że on tutaj będzie. Mogłam sobie oszczędzić tego bólu. Ale nie potrafiłabym po prostu siedzieć w domu. Teraz przynajmniej coś robię. Niezależnie od tego, czy moje próby cokolwiek dadzą, czy nie, zmierzam we właściwym kierunku. Nie wiem tylko, czego się spodziewać, gdy tam dotrę.

W recepcji siedzi młoda kobieta o lśniących czarnych włosach i w okularach. Uśmiecha się, gdy podchodzę, co mnie uspokaja.

– W czym mogę pomóc?

– Zastanawiałam się, czy Dominic Bradford jest dziś w pracy? Kierownik wydziału prawa? To mój stary znajomy i chciałam się z nim skontaktować.

Kobieta patrzy w stronę wyjścia.

– Och, właśnie się pani z nim minęła. Ale wyszedł dopiero co, więc jeśli się pani pospieszy, może go pani dogoni. Pewnie idzie w kierunku stacji metra.

Szybko wychodzę na ulicę, ale jest zbyt zatłoczona. Kręci się po niej wielu mężczyzn, którzy mogliby być Dominikiem. Nie rozpoznam go od tyłu, zwłaszcza że widziałam go tylko raz, pięć lat temu. Obracam się, jednocześnie chcąc i nie chcąc go znaleźć, i nagle zauważam go po drugiej stronie ulicy, jak pochyla się, żeby zawiązać sznurowadło.

Dominic jest wyższy, niż go zapamiętałam, co najmniej pięć kilo cięższy, ale ma taką samą fryzurę, a jego twarzy nie da się pomylić z inną. Na pogrzebie uznałam ją za arogancką, ale aż trudno uwierzyć, by ten człowiek zachowywał się agresywnie, chociaż mężczyźni stosujący przemoc wobec kobiet nie chodzą po ulicy z etykietkami czy znakami ostrzegawczymi. To zawsze są ludzie, których najmniej się o to podejrzewa. „Jak Zach”, myślę sobie.

Dominic prostuje się i rusza dalej, więc przechodzę przez ulicę i zmierzam w jego stronę. Ale co niby miałabym mu powiedzieć? Nie mogę po prostu podbiec i zażądać, by mi powiedział, czy spotyka się z niejaką Alison Cummings. Nie ma mowy, żebym mogła z nim o tym porozmawiać. Poza tym jeśli ona mówiła prawdę o tym, że Dominic ją bije, to co on zrobi, gdy odkryje, że zwróciła się do mnie o pomoc? To tylko spotęgowałoby jego gniew.

Zwalniam i zachowuję dystans, ale nadal za nim idę. Wpadłam na lepszy pomysł.

***

Nie muszę go długo śledzić – pokonujemy tylko kilka stacji metrem, z Euston do East Finchley, a po krótkim spacerze cichymi uliczkami skręcamy w Abbots Gardens. Dominic zbliża się do numeru 95, dużego białego bliźniaka, którego ogród porastają ogromne drzewa, zapewniające mieszkańcom odrobinę prywatności.

Ale widzę wyraźnie, jak stoi przed wejściem, grzebiąc w kieszeni, najwyraźniej w poszukiwaniu kluczy, i właśnie je wyciąga, gdy drzwi otwierają się i staje w nich Alison, po czym cofa się o krok, żeby go wpuścić. Żadne z nich się nie uśmiecha. Nawet się ze sobą nie witają.

Przywieram do drzewa w nadziei, że Alison mnie nie zauważyła. Zrobiłam dziś duże postępy i wrócę tutaj, żeby zdobyć odpowiedzi.

***

– Mamusiu! Gdzie ty byłaś? Czekaliśmy na ciebie całą wieczność!

Freya pędzi do drzwi, gdy tylko słyszy, jak przekręcam klucz w zamku, i rzuca się na mnie, obejmując mnie ramionami, jakbyśmy nie widziały się od tygodni.

 

Zerkam na Willa, który kręci głową, stojąc w progu kuchni. Wzruszam ramionami w przepraszającym geście i całuję córkę w czubek głowy.

– Przepraszam, skarbie, coś mnie zatrzymało. Ale już jestem.

Freya odrywa się ode mnie:

– Will powiedział, że jest już za późno, żeby gdzieś wyjść. I że już prawie pora spać, prawda?

Nie zamierzałam wrócić tak późno, ale przedarcie się przez połowę Londynu w godzinach szczytu pochłonęło mnóstwo czasu.

– A może zjemy pizzę na kolację? – sugeruję. To kolejne z ulubionych dań Frei, więc powinno przynajmniej odrobinę poprawić jej humor. – I możemy zagrać w tę twoją ulubioną grę, Sequence.

To wywołuje uśmiech na jej twarzy.

– Ale tym razem nie pozwolisz mi tak po prostu wygrać, prawda? Mam już siedem lat, mamusiu, dam sobie radę sama.

Czochram jej włosy.

– Będę grała uczciwie – obiecuję. – I spróbuję wygrać.

Odnosi się to również do Alison Cummings, którą tak łatwo dziś odnalazłam, chociaż to nie jest żadna gra.

Freya pyta Willa, czy zostanie, ale on kręci głową.

– Przykro mi, dziś nie mogę. Muszę jeszcze popracować. Ale najpierw zjem z wami pizzę, jeśli nie macie nic przeciwko?

Kieruje to pytanie do mnie, a ja kręcę głową.

– Oczywiście, że nie. Wiesz, że nie musisz pytać.

Ale czy on na pewno to wie? Od wczoraj zachowuję się przy nim tak dziwnie, że nie zaskoczyłoby mnie, gdyby nie czuł się tu komfortowo.

Nie postępuję wobec niego fair. Myślałam, że pogodziłam się z przeszłością, ale potem pojawiła się Alison i namieszała. Muszę się dowiedzieć, co się dzieje, a potem może wreszcie zacznę normalnie żyć.

Will nie mówi za wiele w trakcie kolacji, ale gadanina Frei wypełnia ciszę, podczas gdy moja córka ekscytuje się jutrzejszą wyprawą do dziadków. Rodzice Zacha mieszkają w Reading i staram się zabierać tam Freyę tak często, jak to możliwe.

Zawsze ją uwielbiali, a teraz stanowi ona jedyne ogniwo łączące ich z synem, więc każda spędzona z nią chwila jest dla nich jeszcze cenniejsza. Freya też uwielbia tam jeździć; dziadkowie potrafią odmalować jej obraz Zacha nawet lepiej niż ja.

Wychodząc, Will całuje mnie przelotnie i mówi, że zadzwoni jutro.

– Wiem, że Freya wyjeżdża na kilka dni, ale naprawdę muszę nadrobić zaległości w pracy w ten weekend. Może spotkamy się w poniedziałek?

Nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że czasami nie widzimy się przez kilka dni – ostatecznie oboje jesteśmy bardzo zajęci – ale nie wydarzyło się to od bardzo dawna. Ostatnio zazwyczaj spotykaliśmy się codziennie. Teraz jednak przyda mi się ten czas, więc chętnie przystaję na jego propozycję.

***

Coś wyrywa mnie ze snu: ostry, przeszywający dźwięk, którego początkowo nie potrafię zidentyfikować. To dzwoni moja komórka leżąca na stoliku nocnym.

Nieprzytomnym wzrokiem zerkam na ekran, ale numer jest zastrzeżony. Normalnie zignorowałabym taki anonimowy telefon – większość z nich to zawracanie głowy – ale jest druga w nocy, więc to musi być coś ważnego.

Odbieram i czekam na wieści, które mogą być tylko złe.

– Mia? Co robiłaś dziś pod moim domem? – Przez telefon głos Alison brzmi inaczej.

Ignoruję jej pytanie i chcę wiedzieć, dlaczego powiedziała, że mój mąż nie popełnił samobójstwa.

– Zostaw to w spokoju, Mio. I nie przychodź do mnie więcej. Nie masz pojęcia, co robisz.

A potem zapada cisza, gdy Alison przerywa połączenie.

6

Josie

Alison nie odzywa się do mnie od czasu incydentu z Aaronem i nawet nie chce dać mi szansy, żebym mogła wyjaśnić, co się wydarzyło. Za każdym razem, gdy próbuję z nią porozmawiać, wychodzi z pokoju bez słowa i to – o dziwo – okazuje się gorsze, niż gdyby po prostu na mnie naskoczyła.

Racja leży po mojej stronie, ale ona nie chce mnie wysłuchać, co czyni z niej jeszcze dziwniejszą osobę, niż myślałam. Nie wiem, czy próbowała kontaktować się z Aaronem, ale jeśli rozmawiali, to jestem pewna, że naopowiadał jej bzdur.

Dziś jest ostatni dzień ferii świątecznych i jakimś cudem udało mi się przebrnąć przez ten okres. Brałam dodatkowe zmiany w kawiarni i rzuciłam się w wir nauki – w dziwnej mieszance determinacji i desperacji, jednocześnie pragnąc odnieść sukces i zagłuszyć samotność, żeby nie ulec pokusie i nie pójść na drinka.

Ale dziś nie pracuję, a nie mogę znieść myśli o tym, że utknę tutaj, z Alison wałęsającą się po mieszkaniu i odpychającą mnie swoim milczeniem, równie zagubioną jak ja, tyle że w inny sposób. Większość przerwy świątecznej spędziła u rodziców, ale teraz wróciła i już sama nie wiem, co jest gorsze.

W końcu podejmuję decyzję: dziś pojadę do domu. Oczywiście nie po to, żeby zobaczyć się z nią, ale tęsknię za Kierenem i wiem, że jemu też musi mnie brakować. Nie rozumie, dlaczego wyprowadziłam się tak daleko, dlaczego musiałam od niej uciec. Może Liv próbowała nastawić go przeciwko mnie, ale nie zdaje sobie sprawy, jak mocny charakter ma Kieren, chociaż ma jeszcze tak mało lat. Jest taki jak ja – gdy ona w końcu to odkryje, nie będzie zachwycona…

Podróż pociągiem do Brighton mija zbyt szybko i wychodzę na peron, chociaż nie jestem jeszcze gotowa na powrót do miasta, o którym nigdy nie zdołam myśleć jak o domu. A jednak jeszcze kilka miesięcy temu stnowiło jedyne miejsce, w którym kiedykolwiek mieszkałam, jedyne miejsce, w którym kiedykolwiek byłam.

Jakimś cudem ona ma wielu przyjaciół, którzy ją wspierają: zbyt wielu, rozsianych po całym osiedlu. Wzdrygam się na myśl o tym, ile osób przeciwko mnie nastawiła. Muszę zachować czujność i być gotowa, żeby bronić siebie i swoich działań. Ale mogę trzymać głowę wysoko, bo zrobiłam jedyne, co mogłam zrobić: postąpiłam właściwie.

Jest tylko jedna osoba, która nie odwróciła się ode mnie po tym, co się stało: Sinead, mieszkająca po sąsiedzku. Mimo że jest mniej więcej w wieku Liv i sama ma dwoje dzieci, nigdy nie znalazła z nią wspólnego tematu i nigdy jej nie lubiła, więc nie byłam zaskoczona, gdy podeszła do mnie któregoś dnia w sklepie i powiedziała, że wierzy w moją wersję wydarzeń.

– Wiem, że nigdy byś nie skłamała, Josie. Za to Liv… Przepraszam, wiem, że to twoja mama, ale mój Boże, co za ciężki przypadek.

Od tamtego czasu Sinead regularnie wysyła mi esemesy z informacjami na temat Kierena – tylko dzięki temu wiem, co u niego słychać. Zastanawiam się, czy nie zapukać do niej, zanim pójdę do Liv, ale szybko dochodzę do wniosku, że to zły pomysł. Nie chcę, żeby ktoś mnie tam zobaczył; Sinead i jej rodzina mieliby przez to nieprzyjemności.

Dom Liv – nie mój, nigdy nie był mój – znajduje się niedaleko plaży, więc najpierw podjeżdżam autobusem na molo, żeby dać sobie więcej czasu. O tej porze roku nabrzeże jest opuszczone, atmosfera w niczym nie przypomina zgiełku letnich miesięcy, ale to mi odpowiada – mogę być niewidzialna.

W tej chwili naprawdę chętnie bym się napiła, żeby choć trochę się uspokoić, bo tak naprawdę boję się, do czego ona jest zdolna. Ale trzymałam się z dala od Brighton już wystarczająco długo. Cztery miesiące to cholernie dużo czasu dla dzieciaka, a chcę, żeby Kieren wiedział, że o nim nie zapomniałam; że nigdy nie zapomnę.

Gdyby istniał sposób, żeby odebrać go jej teraz, zrobiłabym to za wszelką cenę. Ale taki sposób nie istnieje; już to sprawdziłam. Nie wiem, jak wygląda życie Kierena, ale modlę się, żeby nie było tak złe jak moje kiedyś. To chłopiec, więc przynajmniej nie będzie o niego zazdrosna, ale wciąż nie ma pojęcia, jak być matką – to nie leży w jej naturze. Dla niej dzieci to tylko błędy, które powstrzymują ją przed życiem, jakie chciałaby wieść. I odstraszają każdego mężczyznę, którym jest zainteresowana.

Zbyt długo gapię się na fale i już naprawdę nie mogę tego odwlekać. Przyjechałam tutaj, żeby zobaczyć Kierena. Aby to zrobić, muszę się z nią zmierzyć.

„Dobra, jestem gotowa. Dawaj! Zniosę wszystko”.

Dom jest tak samo obskurny, jak zapamiętałam, przez co uświadamiam sobie, że nic się tu nie zmieniło. Naciskam dzwonek i słyszę, jak jego dźwięk rozlega się w środku. Nabieram powietrza w płuca i przygotowuję się na najgorsze, gdy drzwi otwierają się powoli.

– JoJo! – piszczy Kieren i rzuca się na mnie, ściskając mocno.

Kucam, żeby się z nim zrównać.

– Gdzie mama? Chyba jest w domu, prawda? – To byłoby w jej stylu, zostawić pięciolatka samego.

Kieren kiwa głową, a uśmiech znika mu z twarzy.

– Jest w wannie – odwraca się i spogląda na schody wiodące na piętro. – Powiedziała, że mam cię nigdy nie wpuszczać – mówi. – Dlaczego ona jest dla ciebie taka okropna?

„Wyjaśnię ci to pewnego dnia, gdy będziesz wystarczająco duży, żeby zrozumieć, co mi zrobiła”.

Spoglądam nad jego ramieniem w głąb przedpokoju i zauważam piętrzące się buty i kurtki oraz porzucone worki ze śmieciami. Ich zawartość wysypuje się na ziemię, bo nie chce jej się przejść tych kilku dodatkowych metrów, żeby wrzucić je do kontenerów na zewnątrz.

– Kieren, kiedy poszła się kąpać?

Mój brat wzrusza ramionami.

– Dopiero co. Powiedziała mi, żebym oglądał telewizję i nikomu nie otwierał.

To na wypadek, gdybym się pojawiła. Ona wiedziała, że nie dam rady długo trzymać się z dala od Kierena. Zawsze wyleguje się w wannie godzinami, więc odprężam się odrobinę i mówię mu, żeby włożył kurtkę i dołączył do mnie na progu. Moja stopa nie postanie w tym domu, o ile nie będę zmuszona tam wejść.

Siadamy na schodkach i wtulamy się w siebie, żeby się ogrzać.

– Myślałem, że wyjechałaś – mówi Kieren. Odsuwa się, żeby na mnie popatrzeć. – Mama powiedziała, że nigdy nie wrócisz.

– Cóż, a jednak tu jestem – odpowiadam.

Z łatwością mogłabym wyjaśnić, jak podłą, kłamliwą suką jest ta kobieta, ale nie chcę mu tego robić. Tak długo, jak ona go karmi, ubiera i nie znęca się nad nim, nie zamierzam mówić o niej źle w jego obecności. Mój brat jest w takim wieku, gdy rodzice są dla dziecka całym światem, i nie chcę mu tego odbierać. A gdy patrzę na jego najwyraźniej nową i nieskazitelnie czystą bluzę z Myszką Miki, wszystko wydaje się w porządku.

„A zatem maltretowanie i zaniedbywanie było przeznaczone tylko dla ciebie, Josie. Czy to sprawia, że czujesz się lepiej, czy gorzej?”

– Jadłeś lunch? – pytam.

Sięgam do torby po kanapkę z tuńczykiem i kukurydzą, którą kupiłam na stacji.

– Nie – zaprzecza.

– Proszę, weź ją – proponuję, ale on po nią nie sięga.

Zerka z powrotem na schody i kręci głową.

– Nie, będę miał kłopoty. Później Richard zabiera nas do McDonalda.

Nigdy wcześniej nie słyszałam tego imienia, ale nie muszę pytać, kto to jest. Nowy chłopak mamy, bez wątpienia. Cóż, szybko pogodziła się z utratą Johnny’ego. Na samą myśl o nim robi mi się niedobrze.

– Czy Richard jest dla ciebie miły? – pytam.

Bo jeśli nie, zabiorę brata ze sobą w tej chwili. Pieprzyć konsekwencje.

Kieren wzrusza ramionami.

– Jest w porządku, sam nie wiem. – Wtula twarz w zgięcie mojego ramienia. – Tęsknię za tobą, JoJo.

Mierzwię mu włosy.

– Ja za tobą też.

– Mogę zapytać, czy wolno ci wrócić… Wtedy znowu moglibyśmy być razem.

Serce mi się kraje, gdy mówię mu, że to niemożliwe. Próbuję wyjaśnić, że jestem teraz na studiach i muszę mieszkać z dala od domu, ale że będę odwiedzać go tak często, jak to możliwe.

– To nie fair! – protestuje. – Dlaczego mama cię nienawidzi?

– Bo twoja siostra jest paskudną, obrzydliwą kłamczuchą i nie zasługuje na to, żeby żyć.

Serce mi zamiera, gdy słyszę chropawy głos Liv. Ledwie dociera do mnie, co powiedziała, taka jestem oszołomiona, że stoi za nami i żadne z nas nie słyszało, jak schodzi z piętra. Ma na sobie długi, puszysty zielony szlafrok, poplamiony kosmetykami do makijażu, a włosy zawinęła w różowy ręcznik. Co ona właśnie powiedziała? Chyba coś o tym, że życzy mi śmierci.

Kieren puszcza mnie, ale nie rusza się z miejsca, sparaliżowany tak jak ja. Gdyby to ona otworzyła drzwi, byłabym przygotowana na konfrontację. Nie radzę sobie jednak dobrze, gdy ktoś mnie bierze z zaskoczenia.

– Wynoś się z mojego domu! – Liv niemal wypluwa te słowa.

– Właściwie to nie jestem w twoim domu. – To marna próba, ale nie pozwolę się zastraszyć.

Jak to możliwe, że łączą nas te same geny?

Liv pochyla się i łapie Kierena za ramię.

– Idź na górę, natychmiast.

On nie protestuje, tylko ucieka, nie oglądając się za siebie, a jego kroki dudnią na schodach. Widać, że się boi. Ale gdy dociera na podest, obraca się i przesyła mi buziaka, którego tylko ja mogę zobaczyć.

 

– Masz niezły tupet, żeby tutaj przychodzić – syczy Liv. – Wiesz, ile osób chciałoby zobaczyć, jak zostajesz powieszona, wybebeszona i poćwiartowana za to, co zrobiłaś?

– A co takiego zrobiłam, matko? – Pytam, chociaż wiem, że nie zauważy ironii, jaką nasyciłam to słowo. Dla mnie ona jest i zawsze była tylko Liv Carpenter.

– Naprawdę? Chcesz dalej udawać? Posyłasz niewinnego człowieka do więzienia i odchodzisz, jakby nic się nie wydarzyło! – Zbliża się do mnie, a jej oczy są zimne jak lód. – On ma myśli samobójcze, wiesz? A jeśli ze sobą skończy, to niech Bóg ci dopomoże, bo ludzie dokonają na tobie samosądu. On ma dużą rodzinę, mnóstwo przyjaciół. I wszyscy chcemy sprawiedliwości.

Ledwie powstrzymuję mdłości, żeby nie obrzygać popękanego progu jej domu.

Unoszę ręce.

– Nikogo tu nie ma, Liv. Nikt nie słucha. Więc czemu po prostu nie powiesz prawdy? Bo wiesz, co on zrobił. Widziałaś go, wiem, że widziałaś, więc daruj sobie ten fałsz. Jesteś równie winna jak on i to się kiedyś na tobie zemści.

Odwracam się szybko i odchodzę. Nie mogę dłużej na nią patrzeć.

Jej krzyki odprowadzają mnie, gdy idę ulicą.

– Nie pokazuj się tu więcej, ty brudna dziwko. Słyszysz mnie? Zdechnij w jakimś kącie, tylko na to zasługujesz.

Jakie to dziwne, że jej słowa potrafią ranić tak samo, a nawet bardziej niż to, co dotąd mi zrobiła.

***

Gdy wracam do domu, w mieszkaniu panuje cisza, ale to nie znaczy, że jestem sama. Alison zawsze zachowuje się przesadnie cicho, przemyka ukradkiem, niezauważona, dopóki nagle nie zobaczę jej, jak stoi i się na mnie gapi. Ciarki mnie od tego przechodzą.

Przeżyłam taki dzień, że ucieszyłabym się, gdyby była w domu; chcę uporządkować sprawy między nami i zmusić ją do słuchania. Musi poznać prawdę.

Ale ta taktyka nie sprawdziła się dzisiaj w przypadku Liv… Kiedy się nauczysz, że ludzie tacy jak ona i Alison słyszą tylko to, co chcą usłyszeć, a ty strzępisz sobie język, próbując ich przekonać, że masz rację?

Mogę zrobić tylko jedno, żeby nie upić się do nieprzytomności: przygotować się do jutrzejszych wykładów. Z samego rana mam zajęcia u Zacha i właśnie upływa termin oddania kolejnej pracy, więc muszę ją jeszcze raz przejrzeć.

Gdy wchodzę do swojego pokoju, wyczuwam zapach mdląco słodkich perfum Alison. Przesiąkło nim całe mieszkanie: łazienka, kuchnia, a teraz przesączył się nawet do mojej sypialni, jedynego miejsca, w którym mogłam się ukryć przed współlokatorką. A od incydentu z Aaronem Alison skrapia się tymi perfumami jeszcze obficiej, prawdopodobnie po to, żeby mnie zirytować.

Sadowię się przy biurku, odpalam laptopa i szukam pendrive’a. Zazwyczaj zostawiam go w szufladzie biurka, ale teraz go tam nie ma. Zapisałam na nim wszystkie prace pisemne i gdybym go zgubiła, to byłaby katastrofa. Czuję tylko lekki przypływ paniki – już mi się zdarzało, że znajdowałam go w kieszeni czy w torbie – ale po gorączkowych poszukiwaniach odkrywam, że nie ma po nim śladu.

Klnąc pod nosem, przeglądam pliki w komputerze. Na szczęście zapisuję kopie najważniejszych prac. Ale opowiadania dla Zacha tam nie ma. Przeszukuję twardy dysk i nie wyświetla się żaden plik z nazwą mojej pracy.

Jak mogłam być taka głupia? Szukam w pamięci i po chwili przypominam sobie, że ją zapisywałam. Mogłabym przysiąc. Pamiętam nawet, jak kopiowałam ją na pendrive’a, zastanawiałam się, czy Zach wyrazi się o niej równie pochlebnie jak o poprzedniej, i przekonywałam samą siebie, że w końcu zrozumie, że się co do mnie pomylił.

Przez kolejne pół godziny przewracam pokój do góry nogami, aż wygląda, jakby się do niego włamano, ale poszukiwania nie dają rezultatu.

Alison… to musi być jej sprawka. Próbuje mi dokuczyć w ten swój pasywno-agresywny sposób i zrobiła coś, co wie, że mnie zaboli. Pędzę do jej pokoju i walę w drzwi, wykrzykując jej imię, na wypadek gdyby się tam ukrywała. Ale odpowiada mi tylko cisza.

Łapię klucze i wypadam z mieszkania, zatrzaskując za sobą drzwi. Nawet nie zawracam sobie głowy zakładaniem kurtki i ignoruję lodowaty wiatr. Moje kroki dudnią po chodniku. Nie mam pojęcia, dokąd zmierzam, ale muszę się wynieść z tego mieszkania.

Po kilku minutach czuję, jakby głowa miała mi eksplodować. Uświadamiam sobie, że biegnę w stronę kawiarni. Mimo zimna jestem zlana potem i muszę wyglądać okropnie, ale to nic. Przyda mi się trochę kofeiny, żeby zapanować nad tętnem i skupić się na napisaniu tej cholernej pracy od nowa.

Wciąż mam odręczne notatki, które sporządziłam, zanim zabrałam się do pisania, ale wiem, że nigdy nie uda mi się odtworzyć oryginalnej historii. Nie ma szans, by ta nowa okazała się równie dobra jak poprzednia. Niech szlag trafi tę dziwkę, straciła głowę dla mężczyzny – jeśli Aarona w ogóle można tak nazwać – i dlatego to zrobiła. Widywałam Liv zachowującą się podobnie. Nigdy nie pozwoliłabym, żeby facet doprowadził mnie do tego rodzaju psychotycznych zachowań.

Gdy wchodzę do środka, w kawiarni siedzi tylko jeden klient: starszy mężczyzna, któremu drży ręka, gdy unosi filiżankę do ust. Za barem stoi dziś Lucia i pyta, czy chcę to, co zwykle.

– Nie – mówię. – Poproszę podwójne espresso.

Będę siedziała dziś do późna i muszę wlać w siebie jak najwięcej kofeiny.

Lucia marszczy brwi i jednocześnie się śmieje, a potem wtrąca coś po słowacku.

– Przepraszam. Siadaj. Już przynoszę.

Starszy mężczyzna właśnie sobie poszedł, więc zajmuję jego miejsce w kącie przy oknie i wyciągam notatnik w oczekiwaniu na kawę. Gapię się na swoje zapiski i modlę się o wenę. Ale słowa zlewają się w czarną bazgraninę. To na nic; nie dam rady tego zrobić.

– Hej, oto balsam dla zbolałych oczu.

Podnoszę wzrok, a Zach Hamilton stoi przy moim stoliku i uśmiecha się szeroko.

– Co tutaj robisz? – próbuję ukryć zadowolenie, jakie odczułam na jego widok.

Przysiada się do mnie.

– Musiałem ocenić kilka prac na ostatnią chwilę i pomyślałem, że wpadnę tutaj, zanim wrócę do domu. Zastanawiałem się, czy dziś pracujesz… – Spogląda na notatki rozrzucone po blacie. – …ale najwyraźniej nie.

– Nie dzisiaj, ale musiałam chociaż na trochę wyjść z mieszkania. Mam dużo nauki.

Gdyby tylko wiedział…

Zach marszczy brwi.

– Josie, wszystko w porządku? Wydajesz się odrobinę… nie w sosie? Och, Boże, to głupie wyrażenie, prawda? Muszę brzmieć, jakbym miał z dziewięćdziesiąt lat.

Ale ja nie potrafię się zmusić do śmiechu. Jeszcze nigdy w życiu nikt nie zapytał, czy wszystko u mnie w porządku, no może poza policją, więc siłą tłumię łzy cisnące mi się do oczu.

– Nie, właściwie to nie. Wcale. Nic nie jest w porządku.

Już w chwili gdy wyrywają mi się te słowa, wiem, że popełniam błąd, wciągając Zacha Hamiltona do swojego życia.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?