Nie ufaj nikomuTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału: Silent Lies

Copyright © by Kathryn Croft, 2017

Copyright for the Polish edition © by Burda Publishing Polska Sp. z o.o., 2018

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Ewa Kleszcz

Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska

Korekta: Malwina Łozińska, Magdalena Szroeder-Stępowska

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcia na okładce: kitty/Shutterstock, Kotin/Shutterstock

ISBN: 978-83-8053-388-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:


Spis treści

Dedykacja

Prolog

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

List od Kathryn

Podziękowania

Przypisy

Dla Debbie i Lindsey

Prolog

Pięć lat wcześniej

Na dobre i na złe. Właśnie to ma oznaczać małżeństwo, czyż nie, Zach? Ale nie dla nas. Nie teraz, gdy odszedłeś.

Ci nieliczni żałobnicy, którzy w ogóle się pojawili, już opuszczają cmentarz, posyłając mi blade, lecz życzliwe uśmiechy. Bez wątpienia starają się, jak mogą, żeby odepchnąć od siebie myśli na temat tego, jak i dlaczego to zrobiłeś. Bo nie można się nad tym nie zastanawiać, Zach.

Jestem wdzięczna, że nikt nie zapytał, dlaczego nie będzie stypy. Organizowanie jej wydało mi się po prostu niewłaściwe, jeśli weźmie się pod uwagę okoliczności. Nie mogłam tego dla ciebie zrobić, chociaż serce mi się kraje.

Freya płacze w moich ramionach; zbyt mała, mam nadzieję, by w pełni zrozumieć, że właśnie pożegnałyśmy jej ojca, że już nigdy cię nie zobaczy.

– Już dobrze – uspokajam ją. – Wracamy do domu. Wszystko będzie dobrze, obiecuję.

– Tata… – protestuje, zanosząc się płaczem.

Słone łzy kłują mnie pod powiekami, gdy sadzam ją do wózka i przypinam, ale je powstrzymuję; nie mogę pozwolić, by zobaczyła, jak mi ciężko.

– Tata, tata, tata… – Cienki głosik Frei odbija się echem na cmentarzu, a każde jej słowo miażdży mnie swym ciężarem.

Przyspieszam kroku, by oddalić się od kościoła, i wychodzę na ulicę w nadziei, że pęd wózka odwróci jej uwagę i sprawi, że zamilknie.

Muszę opuścić to miejsce jak najszybciej, bo to nie jest normalny pogrzeb, prawda, Zach? Całej tej sytuacji daleko do normalności.

Nagle czyjaś dłoń chwyta mnie za ramię. Dwie kobiety stają mi na drodze. Nie zauważyłam, skąd się wzięły. Nie znam żadnej z nich.

Mają mordercze wyrazy twarzy, a z każdego pora w ich ciele sączy się tak intensywna nienawiść, że niemal mogłabym jej dotknąć.

– Ten człowiek nie zasłużył na pogrzeb – syczy kobieta, która mnie przytrzymuje.

Jej ślina ląduje mi na policzku, ale jestem zbyt zszokowana, żeby ją zetrzeć.

W końcu się wyrywam.

– Zostawcie mnie w spokoju!

– Wiedziałaś o tym? – krzyczy druga. – Wiedziałaś, co on wyprawiał? To obrzydliwe. Podłe. A ty jesteś tak samo winna jak on, skoro byłaś jego żoną.

Nie ma sensu odpowiadać na ich zarzuty, próbować tłumaczyć, że nie miałam o niczym pojęcia. Kilka ostatnich tygodni nauczyło mnie, że tacy ludzie nie chcą słuchać – chcą tylko wyładować na kimś swój gniew.

Skręcam wózkiem, by je wyminąć, ale blokują drogę. Serce wali mi w piersi jak oszalałe. Kolejne, czego się nauczyłam, to że tacy ludzie nie boją się wyrządzić komuś krzywdy; w ich oczach jest to usprawiedliwione działanie.

Jedna z kobiet wskazuje na Freyę, która przygląda się całemu zdarzeniu szeroko otwartymi oczami.

– A to jest jego córka. Biedne dziecko! Kiedy jej powiesz, że jej ojciec był potworem?

– Potworem – powtarza po niej Freya i to wtedy taranuję kobiety wózkiem, po czym uciekam przed nimi tak szybko, jak potrafię.

– Jesteś taka sama jak on! – krzyczy za mną któraś z nich. – Powinnaś była wiedzieć, co on wyprawia. Co za żona nie wie, co robi jej mąż? Mam nadzieję, że będziesz się smażyć w piekle!

Ale skąd mogłam wiedzieć, Zach? Jak miałam przewidzieć, do czego jesteś zdolny?

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Teraz

Mia

Ktoś mnie obserwuje, jestem tego pewna. Podczas gdy Freya biegnie, żeby pobawić się na huśtawce, ja rozglądam się po parku, ale nie widzę nikogo, kto zachowywałby się podejrzanie, tylko inne matki z dziećmi, kilkoro spacerowiczów z psami oraz parę staruszków przycupniętych na ławce. Ci ostatni spoglądają na wszystkich z łagodnym uśmiechem. Być może wspominają czasy, gdy sami mieli małe dzieci. Słońce świeci jasno, kąpiąc nas w swym cieple; cała ta scenka to kwintesencja beztroski. Nic okropnego nie może się wydarzyć w taki dzień jak ten, prawda? I nie ma tu nikogo, kto zwracałby na mnie uwagę.

– Mamo! – krzyczy Freya. – Patrz na mnie, patrz na mnie!

Łatwo się zatracić w obserwowaniu Frei; mimo okoliczności, w jakich pojawiła się na tym świecie, przemieniła się w piękną, pełną życia siedmiolatkę i mogę być tylko wdzięczna, że była wtedy za mała, by cokolwiek zrozumieć, za mała, żeby nawet pamiętać ojca. Teraz wzbija się w powietrze na huśtawce, wymachując nogami, aby nabrać rozpędu. Jej radosny uśmiech wywołuje podobny na mojej twarzy, ale wciąż nie potrafię pozbyć się uczucia, że ktoś mi się przygląda.

 

Podskakuję, gdy czyjaś dłoń dotyka mojego ramienia.

– Przepraszam, Mio, nie chciałem cię przestraszyć.

Jakimś cudem żadna z nas nie zauważyła nadejścia Willa, mojego partnera.

– Nie rób tak więcej! Myślałam… nieważne. Po prostu tak nie rób, proszę.

Will unosi ręce w obronnym geście.

– Okej, przepraszam. Naprawdę nie chciałem…

– Wiem, wiem. Jestem po prostu odrobinę nerwowa, to wszystko.

On marszczy brwi i domyślam się, co robi. Analizuje w myślach daty, zastanawiając się, czy dziś wypada jakaś rocznica. Urodziny Zacha? Dzień naszego ślubu? A może pierwszego spotkania? Ale to żaden z tych dni, a ja nie potrafię wyjaśnić, dlaczego czuję się podminowana.

– Dlaczego? – pyta. – Mogę ci jakoś pomóc?

Oto cały Will. Gotów naprawić wszystko, jeśli tylko zdoła.

Kręcę głową, choć wiem, że w ten sposób go rozczaruję.

– Nie, to nic takiego. Po prostu umówiłam za dużo wizyt w tym miesiącu. Trudno upchnąć wszystkich pacjentów w trzydniowym grafiku. – Żałuję swoich słów chwilę po tym, jak je wypowiedziałam.

Will i tak już uważa, że wzięłam na siebie za dużo, gdy kilka miesięcy temu otworzyłam własną praktykę, ale ja muszę pomagać ludziom. To jedyne, co naprawdę chcę robić.

Dziś środa, a ponieważ są wakacje, nie przyjmuję pacjentów przed południem, żeby być z Freyą, dopóki Will nie przyjdzie. Czasami nie mogę uwierzyć, jak wiele ten człowiek dla nas robi. Oszczędza urlop na czas wakacji Frei, żeby mieć wolne popołudnia, gdy potrzebuję pomocy w opiece nad nią. Na pewno nie jest to dla niego łatwe – pracuje jako księgowy w dużej firmie i wiem, że liczy na awans, więc ciągłe nieobecności nie są dobrze odbierane. Mimo to się dla nas poświęca. Ale wcześniej czy później to się odbije na jego pracy.

Opieka nad moją córką nie należy do obowiązków Willa; nie jesteśmy po ślubie i – mimo jego licznych próśb – nawet nie mieszkamy razem, więc mam wobec niego ogromny dług wdzięczności, że robi tak dużo dla Frei. Kiedyś wreszcie będę gotowa na następny etap w naszym związku, ale Will rozumie, że nie mogę kimś tak po prostu zastąpić Zacha.

– Czy możesz jakoś…

– Nie mogę przestać przyjmować pacjentów, którzy mnie potrzebują, Will. Mogę jednak obiecać, że na razie nie wezmę nikogo nowego.

Kiwa głową.

– To dobry pomysł. Ale nie brakuje ci pieniędzy, prawda? Bo gdybyś kiedykolwiek czegoś potrzebowała, wystarczy, że powiesz.

Zach nie miał ubezpieczenia na życie, ale finansowo radzę sobie nieźle. Pracuję ciężko, żeby zapewnić Frei wszystko, czego potrzebuje – chociaż jej nie rozpuszczam – i nigdy nie doprowadzę do tego, by stać się zależna od kogokolwiek.

Ujmuję rękę Willa i zachęcam go, żeby usiadł przy mnie na ławce, tymczasem Freya piszczy z zachwytu i puszcza jeden z łańcuchów huśtawki, żeby mu pomachać. Gestem pokazuję, żeby trzymała się obiema dłońmi.

– Dziękuję ci. To wiele dla mnie znaczy, ale dam sobie radę.

Will odmachuje Frei.

– To chyba oznacza, że nadal nie bierzesz pod uwagę możliwości, że się do ciebie wprowadzę? A może moglibyśmy kupić coś nowego razem? Wiem, że uwielbiasz Ealing, więc z radością zamieszkałbym w tej okolicy. Właśnie zleciłem wycenę swojego mieszkania i mogę dostać za nie niezłą sumkę. Najwyraźniej po tym całym zamieszaniu na rynku nieruchomości to dobry moment na sprzedaż.

Myślę o mieszkaniu Willa – w nowym budownictwie w Chiswick – i nie mam wątpliwości, że dostałby za nie dobrą cenę, ale zamieszkanie razem to nie jest decyzja, którą mogę podjąć, kierując się logiką. To serce musi mi powiedzieć, że nadeszła odpowiednia pora.

Ściskam jego dłoń w nadziei, że zrozumie, jak się czuję, choćby częściowo.

– Tak mi przykro, Will, ale nie jestem jeszcze gotowa. Nie mówię, że nie stanie się to nigdy, ale po prostu jeszcze nie teraz. Muszę się skupić na mojej praktyce i, cóż, Freya jest teraz taka szczęśliwa. Przez ostatnie pięć lat mieszkałyśmy same, więc… – Tyle że Freya uwielbia Willa, a on był dla niej jak ojciec przez ostatnie dwa lata, więc nie powinnam używać tego argumentu. Poprawiam się: – Ale wiem, że byłaby zachwycona, gdybyś się wprowadził…

Will wzdycha i przez chwilę milczy.

– W porządku. Wiem, że ty również musisz być gotowa. – Odwraca się i przenosi wzrok na Freyę, niezdolny, by spojrzeć mi w oczy, bo po raz kolejny go odrzuciłam. Najlepszego człowieka, jakiego mogłabym spotkać.

Ale czy tak samo nie myślałam o Zachu? Ufałam mu bezgranicznie, a on tak bardzo mnie zawiódł. Nie pozwolę jednak, żeby to wpłynęło na moje uczucia do Willa. Muszę być wobec niego sprawiedliwa: to nie jest Zach.

Nieświadomy myśli kłębiących się w mojej głowie, Will zwraca się do mnie:

– Hej, czy ty przypadkiem nie masz za chwilę pacjentki? Lepiej się zbieraj.

Sięgam po telefon, żeby sprawdzić godzinę. Byłam tak pochłonięta rozmyślaniami, zamknięta w swojej klaustrofobicznej bańce, podczas gdy Freya się bawiła, że nie zdawałam sobie sprawy z upływu czasu. Nowa pacjentka, kobieta, której jeszcze nie znam, ma przyjść o czternastej.

– Całe szczęście, że mieszkasz po drugiej stronie ulicy! – woła Will.

Wiem, co robi: próbuje rozładować napięcie żartami, żebym nie przyjmowała pacjentki obarczona poczuciem winy.

– Zabiorę Freyę do kina – sugeruje. – Grają chyba Piękną i bestię.

Znając Willa, już to sprawdził, wybrał seans i wyliczył, o której będą musieli wyjść z parku, żeby dotrzeć do kina na czas i nie przegapić początku filmu.

– Bardzo ci dziękuję – mówię szeptem.

Czuję dławienie w gardle na myśl o jego troskliwości.

Wychodzę z parku i zerkam w stronę domu. Domu, na który Zach i ja oszczędzaliśmy tyle lat temu, w nadziei na lepszą przyszłość dla naszej małej rodziny.

Zanim przejdę przez ulicę, odwracam się i widzę, jak Freya zarzuca Willowi ramiona na szyję. On ją podnosi, a ona piszczy z radości. Para staruszków siedzących na ławce kiwa głowami i się uśmiecha. Pewnie myślą, że Will jest ojcem Frei. Czasami naprawdę chciałabym, żeby nim był.

***

Po wejściu do domu zmierzam prosto do gabinetu, żeby poczekać na pacjentkę. Mam szczęście, że mogę tu pracować i nie muszę wynajmować biura, a mój gabinet znajduje się tuż przy drzwiach wejściowych. To przestrzeń oddzielona od reszty domu. Ustalenie wyraźnego podziału między pracą a życiem prywatnym z Freyą było dla mnie bardzo ważne i na razie dobrze się to sprawdza. Toaleta na dole znajduje się tuż koło gabinetu, więc jestem pewna, że klienci nie będą oglądać reszty pomieszczeń. Gdy wybieraliśmy z Zachem to miejsce, nie myślałam, że będę tu pracować ani że jego kiedykolwiek przy nas zabraknie.

Teraz, kiedy tylko znajdę się w gabinecie, natychmiast skupiam się na pracy, odsuwając inne myśli na bok. Nabrałam wprawy, chociaż Zach pewnie powiedziałby, że zawsze byłam w tym dobra. Muszę poświęcić sto procent uwagi kobiecie, która ma się tu zjawić lada chwila. Sprawdzam kalendarz, żeby przypomnieć sobie jej nazwisko.

Alison Cummings. Zadzwoniła dwa dni temu i powiedziała, że po doświadczeniu przemocy w związku chyba potrzebuje pomocy terapeuty. Nie podała więcej informacji. Nie mam pojęcia, ile ma lat, czy ma dzieci, ale jestem pewna, że dowiem się tego w swoim czasie.

Spóźnia się. Niezbyt dobry początek. Minuty mijają i już mam się poddać – to nic nadzwyczajnego, że ludzie w ostatniej chwili zmieniają zdanie na myśl o obnażeniu duszy przed obcą osobą – gdy rozbrzmiewa dzwonek do drzwi. Wstaję, wygładzam dżinsy i idę otworzyć. Nie ubieram się formalnie na czas sesji; odkryłam, że swobodny strój działa na ludzi uspokajająco. Patrzą na mnie jak na kogoś takiego jak oni, kogoś, przed kim mogą się otworzyć.

Pierwsze, co zauważam, to że pacjentka jest młoda. Wygląda na jakieś dwadzieścia lat, chociaż gdy przyglądam się jej uważniej, zdaję sobie sprawę, że zmyliła mnie jej drobna budowa ciała. Sama mam tylko sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, ale jestem od niej sporo wyższa. Mimo upału jest ubrana na czarno. Nie potrafię stwierdzić, czy ma na sobie legginsy, czy dżinsy, ale ciasno przylegają do jej patykowatych nóg, jeszcze bardziej podkreślając chudość sylwetki.

– Mia Hamilton? – pyta cicho, niepewnie.

Wyciągam do niej rękę na przywitanie.

– Ty musisz być Alison. Miło cię poznać, wejdź.

Jej dłoń jest delikatna i wątła jak reszta ciała, a do tego wilgotna. Alison się denerwuje.

Cofam się o krok, żeby ją wpuścić, ale ona dalej stoi w progu niczym posąg i ani drgnie.

– Alison? Wszystko w porządku?

Kiwa głową, ale nadal się nie porusza. Omiata wzrokiem dom.

– A więc tu mieszkasz? – pyta. – Myślałam, że to będzie… biuro czy coś.

– Pracuję w domu, ale mój gabinet znajduje się tuż obok wejścia. – Wskazuję na pobliskie drzwi, żeby poczuła się bezpieczniej.

– Okej. – W końcu robi krok do przodu, a ja zamykam za nami drzwi.

– Napijesz się czegoś? – pytam, gdy wchodzimy do gabinetu.

Teraz, gdy stoi blisko mnie, czuję zapach jej szamponu albo jakiegoś innego kosmetyku do włosów, którego dziś użyła. To mogą też być perfumy. Z jakiegoś powodu ten zapach przywodzi mi na myśl Zacha, chociaż nie mam pojęcia dlaczego; to zdecydowanie damska woń.

Alison mierzy wzrokiem szafkę w rogu, gdzie trzymam czajnik, kubki i dzbanek z wodą.

– Nie, dziękuję, nie trzeba.

– Może chociaż szklankę wody? Na dworze jest dziś bardzo ciepło. Tutaj w sumie też. Przepraszam, że nie mam klimatyzacji, to coś, czym zamierzam się wkrótce zająć – plotę trzy po trzy, jakbym sama była zdenerwowana, chociaż nie wiem dlaczego.

Pierwsze sesje, zanim dobrze poznam pacjenta, zawsze wydają mi się trudne, bo mimowolnie czuję się osądzana. Ludzie mają oczekiwania; spodziewają się, że terapeuta będzie znał odpowiedzi na wszystkie ich pytania, tymczasem prawda jest taka, że terapia to podróż, przez którą musimy przejść razem. A to znaczy, że najpierw muszę ich poznać, odkryć, kiedy się odprężają, a co wprowadza ich w zakłopotanie. Jednak dziś po południu chodzi o coś więcej, chociaż nie potrafię ustalić o co.

– Usiądź, Alison. – Otwieram okno, bo powietrze w gabinecie wydaje się gęste i lepkie. Odgłosy dobiegające z parku natychmiast napływają do środka. – Pozwól, że najpierw opowiem ci trochę o sobie.

Kiwa głową, a ramiona lekko jej opadają; wyraźnie odczuła ulgę, że to ja będę mówić pierwsza.

– Studiowałam psychologię, ale potem zrobiłam sobie kilka lat przerwy na podróżowanie. Byłam właściwie wszędzie: w Tajlandii, Ameryce, Nowej Zelandii, Europie… – Podczas gdy wymieniam niektóre z odwiedzonych miejsc, czuję się oderwana od rzeczywistości, jakbym opowiadała o życiu kogoś innego. Bo to wszystko działo się wcześniej, a teraz jestem już inną osobą. – Potem poznałam męża i urodziłam córeczkę. Ma teraz siedem lat. – Oczywiście nie wspominam, że Zach nie żyje ani że tak naprawdę nigdy nie znałam człowieka, którego poślubiłam.

Will byłby zdruzgotany i prawdopodobnie zacząłby kwestionować cały nasz związek, gdyby się dowiedział, że o nim nigdy nie mówię podczas tych wprowadzeń, ale jak miałabym to robić? Prowokowałoby to pytania, na które nie umiem odpowiedzieć, zresztą nie mogę pozwolić, żeby pacjenci naruszali moją prywatność: granice muszą być wyraźne.

– Tak, widziałam cię przed chwilą w parku z córką. Jest słodka. Oczywiście nie miałam pojęcia, że to ty, dopóki nie otworzyłaś mi drzwi.

Więc miałam rację, gdy wydawało mi się, że ktoś mnie obserwuje. Cóż, przynajmniej teraz wiem, że to była tylko ta kobieta.

– Dziękuję. W każdym razie dwa lata temu przeszłam szkolenie terapeutyczne i teraz prowadzę własną praktykę. Czy masz jakieś pytania, zanim zaczniemy?

Alison kręci głową, a zasłona rudych włosów opada jej na twarz.

– W porządku. Cóż, skontaktowałaś się ze mną, bo czujesz potrzebę przepracowania pewnych kwestii. Chcesz mi powiedzieć, co takiego sprawia ci ból emocjonalny?

– Trudno o tym mówić – odpowiada, gapiąc się w okno nad moim ramieniem. Promienie słońca zalewają połowę jej twarzy i muszę obrócić się nieco w fotelu, żeby widzieć ją wyraźnie. – Ja… mój partner… on… mnie bije. – Zerka na mnie, żeby sprawdzić reakcję; być może myśli, że będę ją osądzać, ale ja pozostaję niewzruszona.

 

– Wiem, że powinnam go zostawić, ale to nie takie proste – ciągnie. – O Boże, wiem, jak to musi brzmieć. Ale tyle nas łączy, taka skomplikowana historia. Wiele razem przeszliśmy.

W trakcie rozmowy telefonicznej Alison dała mi do zrozumienia, że już wyzwoliła się z tego związku, a teraz mówi zupełnie co innego. Nie zamierzam jej jednak krytykować; jestem wdzięczna, że opowiada o tym tak otwarcie. Zazwyczaj potrzeba więcej czasu, żeby dojść do sedna sprawy.

– Tylko, proszę, nie mów, żebym poszła na policję – zastrzega, zanim jeszcze zdążę otworzyć usta. – To nie wchodzi w grę.

– To zrozumiałe, że się boisz, ale istnieją bezpieczne miejsca, do których mogłabyś się udać. Tam zadbają o to, żeby on nie mógł cię więcej krzywdzić. To jest najważniejsze, czyż nie?

Alison nie odpowiada i ciężkie milczenie wypełnia gabinet, w jakiś sposób tłumiąc ryk silników samochodowych i okrzyki dobiegające z parku.

Alison wzdycha.

– Proszę, czy możemy po prostu o tym porozmawiać, bez prób zmuszania mnie, żebym zgłosiła się na policję? Czy nie powinnaś mi pomóc w znalezieniu siły, by od niego odejść?

Znowu te oczekiwania. Przekonanie, że machnę czarodziejską różdżką i rozwiążę wszystkie problemy. Ale życie nie jest takie proste, wiem to aż za dobrze. Wszyscy nosimy blizny z przeszłości, kimkolwiek jesteśmy. Nieusuwalne tatuaże wryte w skórę.

– W porządku – zgadzam się. – W takim razie może na początek powiesz mi coś więcej o tym, co się dzieje?

Alison zaplata dłonie i nabiera powietrza w płuca.

– Byłam młoda, gdy się poznaliśmy. To znaczy: wciąż jestem młoda, mam tylko dwadzieścia sześć lat, ale w tamtym czasie miałam dwadzieścia jeden. On jest znacznie starszy ode mnie. Miał czterdzieści jeden, gdy się spotkaliśmy. – Badawczo przygląda się mojej twarzy, po raz kolejny szukając oznak potępienia, ale to ostatnie, co tam znajdzie.

Szybko kalkuluję, że teraz jej partner musi mieć czterdzieści sześć lat. Kiwam głową i czekam na dalszy ciąg opowieści.

– Początkowo w ogóle go nie lubiłam. To dopiero ironia losu. Właściwie to wręcz go nie znosiłam. Był arogancki. Zadufany w sobie, jakby wszystko mu się należało. – Spuszcza wzrok. – To chyba jeszcze pogarsza sprawę, prawda? Że wiedziałam, jakim jest człowiekiem, jeszcze zanim zaangażowałam się w ten związek? – Milknie na tak długo, że zastanawiam się, czy w ogóle się jeszcze odezwie.

– Jak się poznaliście? – Muszę ją jakoś zachęcić do dalszych zwierzeń, a to pytanie wydaje się wystarczająco niewinne.

– U niego w pracy. To znaczy podczas moich studiów. Był wykładowcą na uniwersytecie, na który uczęszczałam. Nie uczył mnie, ale to nie ma znaczenia, prawda?

Czuję ucisk w piersi i mam wrażenie, jakbym miała zapaść się w siebie. To tylko zbieg okoliczności. Muszę się opanować, ale nie mogę wydusić słowa. Wszystko powraca, by mnie prześladować.

Alison pochyla się ku mnie i marszczy brwi.

– Mio? Dobrze się czujesz? – Nasze role się odwróciły i teraz to ona zachowuje się jak terapeutka, podczas gdy ja potrzebuję pomocy.

Udaje mi się kiwnąć głową.

– Przepraszam, mów dalej, proszę. – Wyciągam chusteczkę z pudełka na biurku. – Mam silną alergię, a stężenie pyłków jest dziś wyjątkowo wysokie.

Alison nadal marszczy brwi, ale podejmuje opowieść, a ja próbuję skupić się na każdym jej słowie, chociaż zlewają się ze sobą.

– Zeszliśmy się przez przypadek. Ja byłam pijana i nie powinnam była się do niego zbliżać, ale było mi tak źle z sobą samą, czułam się taka… sama nie wiem… odrzucona przez wszystkich i wszystko i chyba po prostu chciałam poczuć, że ktoś mnie pragnie. Czy to świadczy o mojej słabości?

– Nie, zdecydowanie nie. To świadczy tylko o tym, że jesteś człowiekiem. – Trudno mi zachować przytomność umysłu, ale muszę się skupić, jeśli mam pomóc tej kobiecie. – Takie uczucia są zrozumiałe, Alison. Wszyscy czasami popełniamy błędy, nie obwiniaj się z tego powodu.

Kręci głową.

– Tu nie chodzi o poczucie winy. W tym przypadku go nie mam… – Milknie na moment. – Głupia. Właśnie tak się czuję.

– Cóż, upiłaś się…

– I to bardzo. A normalnie nigdy nie tykam alkoholu. Gdybym tylko tego nie zrobiła, wszystko potoczyłoby się inaczej, a ja byłabym… wolna.

– Więc czujesz się jak więzień?

– Tak, właśnie tak. Jak więzień we własnym życiu.

– Powtórzę raz jeszcze, to normalne. Teraz musimy ustalić, jak wydostać cię z tego więzienia, a zawsze istnieje jakiś sposób. – Czyż sama nie jestem tego dowodem?

– Muszę odebrać Dominicowi klucz i się uwolnić – mówi, patrząc mi prosto w oczy.

Teraz już nie jestem w stanie zignorować tak ogromnego zbiegu okoliczności. Płonę, duszę się i nie mogę przed tym uciec.

– Dominicowi?

– Tak się nazywa mój partner. – Jej głos jest bardziej stanowczy, spokojniejszy; nagle stała się jakby inną osobą. – I myślę, że wiesz, kto to taki.

Jej słowa są jak cios w podbrzusze. Kim jest ta kobieta i co tutaj robi?

– Dominic Bradford – mówi, gdy widzi, że mnie zatkało. – O ile mi wiadomo, był współpracownikiem twojego męża, Zacha.

Jego imię odbija się echem w gabinecie i czuję żółć zbierającą mi się w gardle.

– Kim… kim jesteś?

– Tym, kim mówiłam, że jestem. Po prostu nie wspomniałam, że ja wiem, kim jesteś ty, ani że przyszłam tutaj po to, by ci powiedzieć, że twój mąż nie popełnił samobójstwa.