CóreczkaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Córeczka
Córeczka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,90  51,92 
Córeczka
Córeczka
Audiobook
Czyta Ewa Abart
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6.

Grace stoi w przedpokoju; nie zdjęła kurtki ani nawet rękawiczek. Już samo to pokazuje, jak nieswojo musi się czuć w moim domu. Włączam termostat i ściągam płaszcz, zastanawiając się, czy dziewczyna uzna to za zaproszenie. Ale nie, rozgląda się tylko, chłonąc wzrokiem szczegóły wystroju. Być może też powinnam się denerwować, że wpuściłam pod swój dach nieznajomą, ale nie dręczy mnie niepokój. Przeciwnie, uznaję, że teraz to ja mam przewagę. Grace znalazła się na moim terenie i zapewne czuje się zagubiona. Bez wątpienia zastanawia się, czy można mi wierzyć. W końcu jesteśmy sobie zupełnie obce. W zasadzie powinnam złamać dane słowo i zadzwonić na policję. Tylko co bym im powiedziała? Nie ma żadnych dowodów na to, że Grace popełniła jakiekolwiek przestępstwo, a jedyną poszlaką łączącą tę dziewczynę z Heleną jest obecność pluszowej zabawki.

Przyglądając się Grace, zauważam, że trochę się rozluźniła. Nie kuli się już tak mocno jak na zewnątrz.

– Chodź do kuchni – mówię.

Tam jest cieplej.

Posłusznie drepcze za mną.

– Macie piękny dom. Jest ogromny. Mieszkanie ma… Ginny wcale nie jest małe, ale przy tym wygląda jak pudełko od zapałek!

Rozglądam się po kuchni, starając się zobaczyć dom oczami Grace. Mieszkamy w wiktoriańskim szeregowcu, dom ma cztery sypialnie i jest zaskakująco przestronny. Nie wydaje mi się jednak przesadnie duży. Nie należymy z Mattem do ludzi, którzy lubią popisywać się majątkiem. Po prostu chcieliśmy zamieszkać gdzieś, gdzie czulibyśmy się swobodnie. I gdzie byłoby miejsce na kilka osób, gdybyśmy jednak zdecydowali się na ten krok.

– Macie więcej dzieci? – pyta Grace, jak gdyby czytała mi w myślach.

Przełykam nerwowo i gestem zapraszam ją, by usiadła na kuchennym krześle.

– Nie… Myśleliśmy o tym, ale ja nie mogłam się na to zdobyć. To tak, jakbym zastępowała Helenę kimś innym. Nie chciałam tego robić.

Sama się dziwię, jak łatwo przyszło mi zwierzyć się Grace z czegoś takiego.

Ona tylko kiwa głową i sadowi się przy stole.

– Napijesz się czegoś? – pytam, świadoma niecodzienności całej sytuacji.

Czemu podejmuję tę dziewczynę u siebie, jakby była znajomą, z którą nie widziałam się od bardzo dawna?

– Poproszę coś zimnego – odpowiada. – Nie przepadam za herbatą ani kawą. Ostatni raz piłam kawę wieki temu, kiedy byłam z wizytą u mamy.

Tym razem się nie poprawia, ostatnie słowo dźwięczy w powietrzu jak niewypowiedziany wyrzut.

Żadna z nas się nie odzywa, kiedy nalewam Grace soku pomarańczowego. Jestem jednak świadoma jej obecności i tego, że uważnie śledzi każdy mój ruch. Może analizuje mój wygląd, szukając podobieństw? A może śmieje się w duchu z mojej łatwowierności? Ani jej twarz, ani mowa ciała nie sugerują nic podobnego, ale wolę jeszcze nie opuszczać gardy. Trwamy w milczeniu – jeszcze nie przyjaznym, ale i nie wrogim. Nie wiem, co mam myśleć o panującej między nami atmosferze, tak jak nie wiem, co myśleć o samej Grace.

Podaję jej szklankę, a ona pociąga łyk i ponownie rozgląda się po kuchni. Siadam naprzeciwko, by bliżej przyjrzeć się jej twarzy.

– Zanim wsiadłyśmy do metra, dzwoniłam do Matta, mojego męża. Będzie w domu dopiero za parę godzin. Całe popołudnie przyjmuje pacjentów.

– Twój mąż jest lekarzem? – pyta Grace z zainteresowaniem.

– Tak, internistą. Ma gabinet niedaleko stąd, przy Fulham Palace Road.

Natychmiast karcę się w duchu, że to powiedziałam. Nie powinnam dzielić się z nią żadnymi informacjami. Nie wiem przecież, kim naprawdę jest ani czego chce.

– Nie wiem, gdzie to jest. Pierwszy raz jestem w Fulham. Znaczy, przejeżdżałam tędy, ale zupełnie nie znam tej dzielnicy. – Obejmuje szklankę palcami, ale nie unosi jej do ust. – Twój mąż wie, że tu jestem? Powiedziałaś mu o mnie? Myślisz, że mi uwierzy?

Zarzuca mnie pytaniami w takim tempie, że nie wiem nawet, od którego zacząć.

– Niewiele mu powiedziałam. Zostawiłam tylko wiadomość, że muszę z nim porozmawiać, kiedy wróci. Będę chciała zamienić z nim parę słów, zanim się poznacie. Wyjaśnić mu, co mi powiedziałaś.

Przypominają mi się opowieść Grace i epizod z mieszkaniem Lucasa. Jak mam o tym powiedzieć Mattowi? Najpierw sama muszę zrozumieć, co zaszło.

Grace wierci się na krześle.

– Nie mów mu o Lucasie. Bardzo cię proszę. Nikt więcej nie powinien o tym wiedzieć.

– Spokojnie, nie będę z nim o tym rozmawiać. W każdym razie nie teraz.

Nie wyjaśniam, że uparłam się rozszyfrować, o co tu naprawdę chodzi. Niech myśli, że będę tańczyć, jak mi zagra. Tylko tak zdołam przyłapać ją na kłamstwie.

Słucham podziękowań, przypatrując się jej uważnie. Zastanawiam się, czy istotnie może być moją córką. Czy Helena – jeśli nadal żyje – mogłaby tak wyglądać? Grace jest w tym samym wieku, a włosy ma prawie tego samego koloru co Matt. Muszę dowiedzieć się o niej czegoś więcej.

– Kiedy są twoje urodziny? – pytam.

– Siódmego grudnia.

– Helena urodziła się pierwszego. Tydzień wcześniej.

Sama nie wiem, co to miałoby oznaczać.

Grace nerwowo zmienia pozycję; pewnie też nie jest pewna, czy to dobry, czy zły znak. Postanawiam więc zmienić temat.

– Rozumiem, że nie mieszkasz z mamą?

Staram się, żeby to wyglądało zupełnie naturalnie. Ot, zadaję parę pytań dla podtrzymania rozmowy.

Grace potrząsa głową.

– Jestem na pierwszym roku studiów. Mama nie chciała, żebym się wyprowadzała, ale ja wolałam przenieść się do akademika. Mieszkam teraz w Liberty Hall. Przyjemnie tam jest. Fakt, bardzo za nią tęskniłam… ale to było, zanim się dowiedziałam… – Zawiesza głos, skoncentrowana na jakimś nieprzyjemnym wspomnieniu.

Zadaję jeszcze kilka pytań i dowiaduję się, że studiuje dziennikarstwo.

– Wybrałyśmy podobny zawód, co nie? – zauważa i uśmiecha się z dumą.

Kiwam głową i przyznaję, że też studiowałam dziennikarstwo. Zabawny zbieg okoliczności. A może coś więcej?

Żeby zmienić temat, pytam, gdzie mieszka jej matka. Oczy Grace momentalnie zwężają się w szparki.

– W Ewell. Czemu pytasz? Nie zamierzasz chyba…?

– Szczerze mówiąc, sama nie wiem, co zamierzam. No bo co mam dalej robić? Po wszystkim, co mi powiedziałaś? Co teraz?

Nie wiem, dlaczego obnażam przed nią swoje wątpliwości. Grace potrząsa głową i odstawia szklankę. Jest tak samo zdezorientowana jak ja – chyba że cała historia to skomplikowany szwindel.

– Nie wiem. Nie zastanawiałam się, co będzie, kiedy cię już znajdę i… poproszę o pomoc. Nie mam do kogo się zwrócić.

Słyszę tę frazę już drugi raz i mięknie mi serce. A jeśli to jednak jest Helena? Nie mogę odesłać jej z kwitkiem, nie sprawdziwszy nawet, czy to może być prawda. Ta myśl przypieczętowuje moją decyzję. Przede wszystkim muszę mieć pewność, czy to moja córka. Od tego zależy, co zrobię dalej.

– Jak wróci Matt, musimy podpytać go o możliwość wykonania testu DNA. Żebyśmy mieli pewność.

Mówiąc to, przyglądam się jej twarzy; nie wydaje się zszokowana ani przestraszona moją propozycją.

– Zgadzam się. Chociaż ja już wiem. Wiedziałam, odkąd zobaczyłam twoje zdjęcie w internecie.

Łatwość, z jaką zgadza się poddać testom, nieco mnie uspokaja. Potem jednak zdaję sobie sprawę z tego, że na wyniki być może trzeba będzie czekać tygodniami.

Grace wstaje, przeciąga się.

– Czy mogę skorzystać z łazienki? – pyta.

Wskazuję jej drogę do toalety na parterze, zadowolona, że nie muszę prowadzić jej na piętro. Nie chcę na razie spuszczać jej z oka.

Postanawiam zrobić nam obu kanapki. Nie zdążyłam zjeść lunchu, a ona też pewnie jest głodna. Grace wraca i oferuje pomoc. Kiedy odpowiadam, że sobie poradzę, podchodzi do okna w salonie i chwilę patrzy przez szybę. Odwraca się, dopiero kiedy wołam ją do stołu. Zgarnia z talerza pierwszą kanapkę z brzegu i wgryza się w nią, nie sprawdziwszy, z czym jest. W tym wyraźnie się różnimy – jeśli chodzi o jedzenie, jestem bardzo wybredna.

A ja dopiero teraz, kiedy kanapki są już gotowe, zdaję sobie sprawę, że nie przełknę ani kęsa. Za dużo muszę się najpierw dowiedzieć.

– Jaka jest twoja mama… Ginny?

Jeśli moje pytanie ją zaskakuje, nie daje tego po sobie poznać.

– No, ona… Nie wiem. Ludzi trudno się opisuje, nie sądzisz? Zwłaszcza tych, którzy są ci bliscy. – Grace opuszcza wzrok i zaczyna skubać chleb. – Albo przynajmniej myślisz, że to twoi bliscy.

Milczę, więc ciągnie dalej.

– No więc… Ciężko pracuje. Była dobrą matką, zawsze chętnie mnie wspierała, pomagała mi radzić sobie na uczelni. Jest nadopiekuńcza, ale potrafię to zrozumieć. To znaczy teraz potrafię. Zobaczyłam w tym sens. Bała się, że ktoś mnie jej odbierze, tak jak ona odebrała mnie wam. Bo to tak musiało być, prawda?

– A skąd masz pewność, że Lucas nie kłamał? Co cię przekonało, że ona nie jest twoją biologiczną matką?

Zadając to pytanie, zastanawiam się, czy Grace i Ginny nie łączy toksyczny związek. Może to jakieś problemy w domu sprawiły, że Grace tak łatwo uwierzyła Lucasowi.

Patrzy na mnie przez chwilę.

– Nic więcej nie umiem powiedzieć. Po prostu mam takie przeczucie. Ale chcę się dowiedzieć prawdy. Nie uważasz, że jak na kogoś, kto ją zna, Lucas powiedział coś bardzo dziwnego?

– Czy ja wiem? A nawet jeśli – tylko nawet jeśli, bo wciąż nie wiem, co o tym myśleć – ten Lucas mówił prawdę, nie powinnyśmy przedwcześnie wyciągać wniosków na temat twojej… Ginny.

Tego nauczyła mnie moja praca. Nie zawsze jest tak, jak się wydaje na pierwszy rzut oka.

– Ale czemu miałby kłamać? Przynajmniej mogę się z nią teraz nie widywać. Miałam zajrzeć do domu w czasie ferii, a to jeszcze masa czasu.

– A twój ojciec? – pytam. – Gdzie jest?

Grace potrząsa głową.

– Nie znam ojca. Porzucił mamę, gdy tylko się dowiedział, że zaszła w ciążę. Nigdy go nie widziałam, nawet na zdjęciu.

 

Wszystko to za gładko się składa.

– Może chociaż wiesz, jak się nazywa?

Wbija wzrok w blat stołu i dopiero po chwili odpowiada:

– Wiem tylko, że na imię ma Colin. Poznali się w pubie i byli ze sobą zaledwie parę tygodni. Mama niechętnie o nim mówi. Chyba się wstydzi, że on nie chciał stawić czoła sytuacji razem z nią.

Trudno mi nie pomyśleć, że Matt i ja też niedługo się znaliśmy i byliśmy o wiele za młodzi na dziecko, a jednak Matt mnie wspierał i całkowicie zgodził się z moją decyzją, że urodzę Helenę.

– A ty? – pyta Grace. – Masz rodzeństwo? Kim są twoi rodzice? I rodzice Matta?

Rozważam, czy powinnam jej odpowiadać, ale uznaję, że to nie może zaszkodzić.

– Oboje jesteśmy jedynakami. Moi rodzice mieszkają na Florydzie, więc rzadko ich widuję, a Matt ma już tylko mamę, ojciec nie żyje. Odwiedzamy ją tak często, jak tylko możemy.

Źrenice Grace nagle się rozszerzają.

– Czy to ona jest tą babcią, która miała mnie pod opieką, kiedy…

– Tak. Na imię ma Miriam.

– A ty nie… nie obwiniasz jej za to, co się stało?

Pamiętam, jak bardzo Matt się zdumiał, gdy otrząsnąwszy się z szoku, bezapelacyjnie opowiedziałam się po stronie Miriam. Oczywiście, że chwilami miałam ochotę krzyczeć na nią, szarpać ją za ramiona czy coś podobnego, ale co bym zyskała, szukając winowajcy? Nie wróciłoby nam to córeczki. A przy tym oboje widzieliśmy, że Miriam to załamało. Do dziś nie wróciła do dawnego stanu. Jak gdyby nasze nieszczęście wyssało z niej życie.

Potrząsam głową.

– To nie była jej wina. I dość wycierpiała przez świadomość, że to ona miała wtedy Helenę pod opieką.

Milczymy chwilę, każda pogrążona we własnych myślach.

– Proszę, pomóż mi – mówi w końcu Grace.

Zanim odpowiem, przyglądam się jej uważnie, tak jak robiłam to od chwili, kiedy oznajmiła, że jest moją córką. Wielkie oczy o błagalnym wyrazie. Gładka, świeża skóra. Czy to jest Helena? Moja Helena? Dlaczego tego nie wiem? Przecież matka powinna instynktownie rozpoznać swoje dziecko, prawda? Ale kiedy ją ostatnio widziałam, Helena miała sześć miesięcy, mogła się dowolnie zmienić. Racjonalna część mojego umysłu radzi mi dać spokój – ale ja już wiem, że zamierzam pomóc Grace. Być może tę decyzję dyktuje tęsknota za Heleną, ale co z tego? Już wsiąkłam. Kimkolwiek był ten mężczyzna w mieszkaniu, z pewnością widział moją twarz.

Podejmuję decyzję, ale ciągle jestem niespokojna.

– Ale bez pośpiechu – odpowiadam. – Najpierw zrobimy test DNA, a potem zdecydujemy, co dalej.

Grace garbi się, jak gdyby uszło z niej powietrze.

– Dziękuję ci, Simone. Zdaję sobie sprawę, jak to wszystko brzmi. Więc dziękuję, że chcesz mi pomóc. Pierwsza rzecz, jaką muszę zrobić, to dowiedzieć się, co z Lucasem.

Sięga po następną kanapkę, ale tylko trzyma ją w ręce.

– Zastanawiałam się nad tym i widzę dwie możliwości: albo zabiłam Lucasa i ktoś zabrał ciało, albo on nie umarł, jak go… walnęłam. Co by oznaczało, że gdzieś się przyczaił. Z moim telefonem.

Żadna z tych możliwości nie jest przyjemna. Jeśli Grace mówi prawdę, a Lucas jednak przeżył, to co jej zrobi, gdy ją dopadnie? A jeśli nie żyje, to ktoś wie, że zginął z ręki Grace. Tak czy inaczej, dziewczyna ma kłopoty.

– Pozwól mi chwilę pomyśleć. Może zjedz do końca te kanapki i potem pooglądaj telewizję albo coś, a ja tymczasem zrobię parę rzeczy do pracy. Później wróci Matt. W ciągu najbliższych paru godzin i tak nic się nie wydarzy, więc spróbujmy nie martwić się przesadnie.

Grace chyba akceptuje ten plan, bo sięga po kolejną kromkę.

Kanapek już nie ma, więc prowadzę ją do salonu. Siada na kanapie, zrzucając trampki, by móc podkulić nogi. Nie sposób nie myśleć, że sytuacja, w której się znalazłyśmy, jest niesamowicie dziwna.

Wracam do kuchni, włączam laptop i piszę e-mail do Abbota, jeszcze raz przepraszając go za to, że dzisiejszego popołudnia nie dotarłam do pracy. Odpowiedź przychodzi natychmiast: nie przejmuj się, spotkajmy się jutro na śniadanie, to ci opowiem, co straciłaś. Czasem tak robimy, by złapać oddech, nim wciągnie nas szaleńczy wir dnia pracy, ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz udało nam się wyrwać na śniadanie. Odpowiadam, że to świetny pomysł i że szczegóły dogramy esemesem.

Przez następne parę godzin usiłuję się skupić na pracy i w ten sposób zapomnieć, że w moim salonie Grace siedzi sobie wygodnie na kanapie i ogląda telewizję, jak gdyby od zawsze stanowiła część naszej rodziny. Zaglądam do niej co jakiś czas, a kuchenne drzwi zostawiam otwarte, więc gdyby z jakiegoś powodu zamierzała wyjść z pokoju, zobaczę ją, nie ruszając się od stołu.

Praca pochłania mnie tak bardzo, że dopiero chrobot klucza Matta we frontowych drzwiach uświadamia mi, że jest prawie ósma. Zrywam się, biegnę go przywitać i wciągam do kuchni, żeby z nim porozmawiać, zanim przedstawię go Grace. Zamykam za nami drzwi kuchni i nalewam mu kieliszek wina.

– Widziałem twoją wiadomość i parę razy próbowałem oddzwonić, ale odpowiadała poczta głosowa, a nie mogłem wrócić wcześniej, bo mieliśmy spory kłopot z jednym pacjentem. Co się stało? Wszystko w porządku? – pyta, sięgając po kieliszek.

Wyciągam komórkę z kieszeni i rzeczywiście, ekran się nie rozświetla, bateria padła.

– Poczekaj tu – mówię. – Musimy porozmawiać, ale siedź tu i się nie ruszaj.

Ignorując jego zdziwioną minę, wybiegam sprawdzić, co u Grace.

Otwieram drzwi do salonu. Ciemność.

Grace śpi na kanapie. Wygląda bezbronnie jak dziecko. Telewizor ma wyłączony dźwięk, a obraz mży światłem na jej twarz. Przymykam drzwi i wracam do Matta, ze zdenerwowaniem myśląc, jak mu powiedzieć, co zaszło.

Stoi przy drzwiach ogrodowych, tak blisko, że jego oddech zostawia mgiełkę na szybie. Czuję nagły przypływ smutku. Za moment odmienię nasze życie, zakłócę równowagę, którą budowaliśmy i utrwalaliśmy przez lata. Nauczyliśmy się trzymać nasz żal pod kluczem, ale zaraz on wyrwie się z zamknięcia i znów wybuchnie z całą mocą.

– Matt – zaczynam, jak gdyby dźwięk jego imienia miał mu ułatwić przyswojenie tego, co zamierzam powiedzieć. – Myślę, że powinieneś usiąść.

Siada. Nie musi mnie namawiać, żebym zaczęła mówić: opowieść o wydarzeniach dzisiejszego dnia wylewa się ze mnie, całkiem jak w pracy, kiedy relacjonuję zespołowi jakąś gorącą wiadomość. Instynktownie pomijam Lucasa, nie wspominam o naszej wizycie w jego mieszkaniu, bo tego sama jeszcze nie przemyślałam. Mówiąc o króliczku Heleny, wyciągam go z torebki i stawiam na stole. Na ten widok Matt unosi brwi, fałdy na jego czole rysują się wyraźniej.

– To jest…

– Wiem. To znaczy, jestem prawie pewna, że to ten.

– Ale… jakim cudem?

– Nie mam pojęcia, Matt, ale ona go miała – mówię ściszonym głosem, choć jestem pewna, że Grace nadal śpi.

– I ona twierdzi, że jest naszą córką?

– Tak. W każdym razie przypuszcza, że tak. Ale musimy mieć pewność, prawda?

Matt jednym łykiem wypija pół kieliszka wina.

– Ja… No, tak. Potrzebujemy się dowiedzieć.

– Zaproponowałam jej test DNA. To byłby niepodważalny dowód, prawda?

Bez słowa kiwa głową. Ostatni raz milczał w ten sposób w tym strasznym okresie tuż po zaginięciu Heleny.

– I ona jest tam. – Wskazuję głową w stronę salonu. – Ja… No tak, to lekki szok. Więc co teraz powinniśmy zrobić?

– Chyba nic nie możemy zrobić dopóty, dopóki nie dostaniemy wyników testu. Jak sądzisz, ile to potrwa?

Zastanawia się przez chwilę i odpowiada:

– Mam na górze szpatułki do pobierania wymazu. Jutro mogę wysłać próbki do laboratorium. Zwykle analizy są po dwóch tygodniach, ale jeśli poproszę, zrobią to dla mnie na cito. Może dadzą radę w dwadzieścia cztery godziny.

Co za ulga. Dwadzieścia cztery godziny to pestka, byłam pewna, że czeka się co najmniej miesiąc.

Matt jednym haustem dopija wino.

– Ale powinniśmy też wezwać policję, nie?

Teraz ostrożnie. Jeśli gwałtownie zaprotestuję, Matt nabierze podejrzeń.

– Chyba powinniśmy z tym zaczekać, aż zyskamy pewność. To przecież nie potrwa długo.

Jest zbyt poruszony, aby zauważyć brak logiki w mojej odpowiedzi.

– Mogę ją zobaczyć? Ma na imię Grace, tak? Na pewno raz na nią spojrzę i będę wiedział. Przecież powinniśmy rozpoznać własną córkę?

Jeszcze wczoraj o tej samej porze byłabym założyła, że tak, ale to nie takie proste. Próbowałam dostrzec w Grace coś znajomego, jakąś wymierną cechę, której mogłabym się uchwycić, coś, co matka powinna odruchowo rozpoznać, ale nie sądzę, żeby to było możliwe. Helena nie miała roku, kiedy zniknęła. Nie rozwinęło się w niej jeszcze nic, co by świadczyło, jaka będzie jako młoda kobieta. Próbuję wyjaśnić to Mattowi, ale na jego twarzy wyraźnie maluje się nadzieja, że z nim będzie inaczej.

Grace wciąż śpi. Matt wpatruje się w nią, jak ja to robiłam przez całe popołudnie. Grace zaczyna się budzić, jak gdyby wyczuła jego obecność.

– To jest Matt, mój mąż – mówię, kiedy otwiera oczy.

– Ojej! – Siada, wyraźnie zawstydzona. – Przepraszam, chyba zasnęłam.

Przez moment trwamy w bezruchu, nikt się nie odzywa. Wreszcie Matt robi krok do przodu, niezręcznie wyciąga rękę.

– Cześć, Grace. Simone, jakby to powiedzieć… wprowadziła mnie w sprawę.

Na dźwięk tych słów wzrok Grace przeskakuje do mnie, widać w nim panikę. Dyskretnie kręcę głową z nadzieją, że to jej wystarczy, aby zrozumieć, że nie wspominałam o Lucasie. Chyba działa, bo Grace na powrót skupia uwagę na Matcie i ujmuje jego rękę.

– Wiem, że to dziwnie wygląda – mówi. – Ale Simone obiecała, że sobie poradzimy. Dowiemy się, co się stało.

Zostawiam ich samych. Jeśli Grace rzeczywiście jest naszą córką, to przecież widzi swojego tatę po raz pierwszy od niemowlęctwa. A jeśli kłamie, to może coś jej się wymsknie i kiedy Matt i ja porównamy później jej słowa, dostrzeżemy jakąś nielogiczność.

– Idę wziąć kąpiel – mówię. – Myślę, że Grace powinna tu dziś zostać na noc. Chociażby po to, żebyśmy rano mogli jeszcze trochę porozmawiać

Żadne z nich nie protestuje, więc odwracam się i wychodzę, słysząc jeszcze, jak Matt mówi Grace, że chciałby od razu wziąć wymaz z wnętrza jej policzka.

***

Późną nocą Matt i ja rozmawiamy szeptem, przytuleni do siebie w łóżku. Grace śpi obok, w pokoju gościnnym. Oboje jesteśmy świadomi, że to idiotyczny, nieodpowiedzialny pomysł: pozwolić jej spać w naszym domu, ale żadne z nas nie stwierdza tego na głos.

– Wierzysz jej? – pytam. – Myślisz, że mówi prawdę?

Całuje mnie w czubek głowy i wzdycha ciężko.

– Sam nie wiem, co myśleć. Instynkt podpowiada mi, że to fałszywy trop. Kłamstwo. Straciliśmy Helenę lata temu, a ta dziewczyna to nie jest nasze dziecko.

7.

Matt wychodzi z domu wcześnie rano. Jeszcze przed przyjściem pierwszego pacjenta ma w gabinecie jakieś spotkanie, na którym musi być obecny. Zabiera jednak wymaz Grace, więc niedługo czegoś się dowiemy. Modlę się, żeby udało mu się posłać próbkę do analizy na cito; zwariuję, jeśli będę musiała czekać na wyniki dwa tygodnie.

Kiedy schodzę na dół, Grace jest już w kuchni. Siedzi przy stole. Czuję zapach tostów i dopiero wtedy dostrzegam, że zrobiła śniadanie.

– Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza? – mówi, lekko przygryzając wargę. – Matt powiedział, żebym się częstowała. Zrobiłam dla ciebie herbatę.

Siadam. Na talerzu przede mną piętrzy się stos nieco przypalonych tostów tonących w kałuży masła.

– Dziękuję, wygląda świetnie, ale ja zazwyczaj rano piję tylko kawę albo herbatę.

Widzę, jak uśmiech znika z jej twarzy, więc szybko dodaję, że dzisiaj zrobię wyjątek.

Zeszłej nocy dałam jej do spania stary T-shirt Matta. Teraz dostrzegam, że szczupła Grace mogłaby się nim owinąć dwa razy. Z przodu widnieje sprane logo U2. Wydaje mi się, że Matt miał ten T-shirt jeszcze przed urodzeniem Heleny. Dziwnie ją w nim widzieć.

– Jakie mamy plany na dzisiaj? – pyta Grace, wgryzając się w zrumienioną kromkę.

– No cóż, ja muszę iść do pracy.

– A, no tak… – Nawet nie próbuje ukryć rozczarowania.

Cały ranek rozważałam, co z nią zrobić. Kiedy Matt się obudził, zaproponowałam, że moglibyśmy ją poprosić, aby z nami została aż do przyjścia wyników testu, ale się sprzeciwił, i to ostro. Poniekąd go rozumiem. Nie znamy tej dziewczyny, kimkolwiek jest, więc nie możemy zostawić jej samej w naszym domu.

Na szczęście Grace bezwiednie rozwiązuje mój problem.

– A ja muszę iść na uczelnię. Wczoraj opuściłam wszystkie wykłady, będę mieć koszmarnie dużo do nadrobienia. Nienawidzę robić sobie zaległości – mówi, sięgając po kolejny tost. – I muszę odwiedzić mamę.

 

To mnie zaskakuje, nie tylko dlatego, że znowu zaczęła mówić o niej „mama” zamiast „Ginny”.

– Ale co jej powiesz?

Wzrusza ramionami.

– Na razie nic. Dopóki my nie zdecydujemy, co zrobimy. Ale chcę spróbować ją podpytać o Lucasa. To mieszkanie przy Embankment nie może być jego jedynym, skoro było zupełnie puste. I chcę się dowiedzieć, gdzie jest ta jego restauracja. Od czegoś musimy zacząć.

Nie wydaje mi się, aby to był dobry pomysł, ale jak mam jej go wyperswadować? Nie mam nad nią żadnej władzy. Nawet jeśli rzeczywiście jest Heleną. A dopóki nie mamy dowodu, nie wolno mi tak o niej myśleć.

– No to możemy się spotkać po mojej pracy – mówię, zaskakując tym sama siebie. Serce podszeptuje mi całkiem co innego, niż wskazuje rozsądek. – Chcesz, żebym do ciebie zajrzała? Możemy się umówić na uczelni.

Dopiero w tej chwili uświadamiam sobie, jak bardzo pragnę pomóc Grace.

Dziewczyna potrząsa głową.

– A nie mogłabym przyjść tutaj? Bo jeśli mama akurat do mnie wpadnie, będzie się zastanawiała, kim jesteś.

Z każdą chwilą sytuacja coraz bardziej się komplikuje, ale…

– Dobrze – przychylam się do jej prośby. – Koło szóstej trzydzieści powinnam być już z powrotem. Wątpię, żeby Mattowi udało się tak szybko uzyskać wyniki, ale kto wie, może dziś wieczorem już coś będziemy wiedzieć.

Mam świadomość tego, że to mało prawdopodobne, chcę tylko sprawdzić, jak Grace zareaguje na tę nowinę. Wyraz jej twarzy ani trochę się nie zmienia.

Wyjmuję z szuflady notatnik, pospiesznie piszę adres naszego domu i oba telefony, domowy i mój komórkowy.

– Mogą ci się przydać – mówię, odrywając kartkę i wręczając ją Grace.

– Bardzo ci dziękuję, Simone. Naprawdę. Wiem, że nie jesteś mi nic winna, a ty…

– Nic się nie przejmuj – ucinam, bo niełatwo przyszłoby mi wyjaśnić, czemu chcę jej pomóc.

Ciąży mi kategoryczny osąd Matta, że to nie nasza córka. On wydaje się tego pewny, a ja nie mogę z podobną łatwością odesłać jej z kwitkiem. Zapewne emocje zaćmiewają mi jasność umysłu, ale nie pragnąć, nie potrzebować odpowiedzi – to byłoby ponad moje siły.

Grace wstaje i zaczyna sprzątać ze stołu.

– Dzisiaj muszę sobie załatwić nową komórkę albo może od kogoś pożyczę. Jak tylko będę mogła, prześlę ci esemesem mój numer.

Odpowiadam, że to dobry pomysł. Nie dodaję, że chcę móc się z nią w każdej chwili skontaktować.

– Mogę wziąć prysznic? – pyta, kiedy stół jest już pusty. – Będę się spieszyć, bo pierwszy wykład mam o dziewiątej.

– Jasne – odpowiadam.

Bałam się, że o to poprosi. Kiedy zamknie drzwi do łazienki, stracę ją z oczu i jeśli będzie coś knuła, nie zauważę tego. Jedyne, co mogę zrobić, to usiąść na łóżku w sypialni i nie spuszczać wzroku z drzwi do łazienki.

***

Wychodzę z domu za późno, by zdążyć spotkać się z Abbotem na śniadanie. Wysyłam mu esemes z przeprosinami, a on natychmiast odpisuje, że w porządku. To także w nim lubię: nigdy nie denerwuje się bez powodu. Rozumie, że czasem coś wypadnie.

Docieram do pracy i widzę, że siedzi już przy biurku, wpatrzony w swój monitor. Jest w News 24 o parę lat krócej niż ja, ale ciężką pracą wkrótce uzyskał takie samo stanowisko jak moje, jest producentem terenowym. Nie rywalizujemy ze sobą, każde z nas pracuje nad innym typem wywiadów, ale dzielimy się pomysłami i bardzo to sobie cenię.

Zaprzyjaźniliśmy się z łatwością, ale wiem, że Abbot cieszy się, że nie znał mnie w okresie zniknięcia Heleny. Niewielu z moich ówczesnych przyjaciół potrafiło sobie poradzić z moją rozpaczą. Powoli, jeden po drugim, wszyscy się wykruszyli. Abbot o tym wie, ale sam jest częścią nowego życia, które dla siebie zbudowałam. Nie bez znaczenia okazuje się też to, że znają się z Mattem i nie ma między nimi napięć. Gładka złotobrązowa cera i obłędnie błękitne oczy Abbota to dość, by wytrącić z równowagi mężczyznę o niższym poczuciu własnej wartości, ale mój mąż nie jest typem zazdrośnika.

– Przepraszam za śniadanie. Wynagrodzę ci jego brak, obiecuję – mówię, wsuwając się na moje stanowisko.

– Ależ nic się nie stało. Wszystko gra?

Chętnie bym mu opowiedziała, co mi się przydarzyło, ale to niewłaściwy moment.

– Tak, dzięki, że mnie wczoraj zastąpiłeś.

Mówi, że cała przyjemność po jego stronie, po czym wskazuje na swój monitor.

– Słyszałaś już? Ta dziewczyna, która zaginęła w Kilburn parę tygodni temu… Znaleźli jej torebkę. We wschodniej części Londynu! To straszny kawał drogi od jej domu.

Robię, co mogę, aby się opanować i nie okazać smutku. Nad tym cyklem wiadomości pracował Abbot, ale śledziłam doniesienia i bałam się, że nadejdą tego rodzaju złe wieści. Strasznie mi żal jej rodziny.

– Ma dopiero dwadzieścia lat, prawda?

– No. Boże… – Abbot kręci głową. – Wydaje się, że to tak niewiele, co nie?

Abbot ma trzydzieści cztery lata, więc jest ode mnie trochę młodszy, ale i tak dwudziestka musi mu się wydawać odległym wspomnieniem. Ze mną jest trochę inaczej: mając dwadzieścia lat, wciąż byłam w żałobie po utracie Heleny, więc moje wspomnienia z tego okresu są tak żywe, jakby to było wczoraj.

Z wysiłkiem skupiam uwagę. Z zasady nie mieszam życia prywatnego i pracy.

– Mark chce, żebyś przejęła tę historię – ciągnie Abbot. – Mogłabyś? Ja tkwię po uszy w sprawie tego skorumpowanego bankiera. Co dwie minuty przychodzą nowe doniesienia. Kanalia to mało powiedziane.

– Jasne, nie ma problemu.

Kładzie mi dłoń na barku i lekko zaciska palce. Słowa są niepotrzebne, oboje wiemy, że próbuje mnie pokrzepić.

Przez resztę przedpołudnia przekopuję się przez materiały, które dostarczył mi Abbot. Dziewczyna nazywa się Charlotte Bray, zaginęła czwartego stycznia, dwa dni wcześniej miała dwudzieste urodziny. Wychodząc z domu, powiedziała rodzicom, że spędzi wieczór z przyjaciółmi w pubie, ale przesłuchano wszystkie osoby znane jako jej znajomi i każda z nich zaprzeczyła, że miało dojść do takiego spotkania. Ten szczegół zwraca moją uwagę: dlaczego dwudziestolatka czuła potrzebę zatajenia swoich planów przed rodzicami? Przywołuję się do porządku; moim zadaniem nie jest prowadzenie śledztwa, tylko zrobienie reportażu. Zawsze kiedy pracuję nad czymś, co zbyt blisko mnie dotyka, muszę to sobie powtarzać; blizny, jakie pozostawiło w mojej duszy zaginięcie Heleny, nigdy całkowicie nie znikną.

Skończywszy czytać, biorę telefon i dzwonię do matki Charlotte. Przedstawiam się, wyjaśniam, o co chodzi. Zapada milczenie. Liczę sekundy. Wreszcie pani Bray wzdycha ciężko i mówi:

– Nie chcemy rozmawiać z mediami.

A ja niemal czuję, jak rozluźnia się uścisk jej dłoni na słuchawce telefonu, więc robię jedyną rzecz, jaka mi pozostała, i wyjawiam, że przeżyłam coś podobnego. Nie dodaję nic więcej, to dość, by zasugerować, że ją rozumiem. Manewr jest ryzykowny, ale działa.

– Będzie pani sama? – pyta pani Bray.

– Mogę być, jeśli tak pani woli – odpowiadam.

Gdy już mnie wpuści, spróbuję ją przekonać, że będzie lepiej dla niej, jeśli zgodzi się wystąpić przed kamerą. Ta historia powinna zostać opowiedziana z jej punktu widzenia. Ja się zgodziłam. Nie zadziałało, ale nie żałuję, że spróbowałam.

– Zgoda – mówi pani Bray po długim milczeniu. – Czy może pani przyjść o trzeciej?

***

Państwo Brayowie mieszkają w trzypiętrowym domu przy przecznicy Kilburn High Road. Na chodniku, zgodnie z moimi przewidywaniami, kłębi się tłumek dziennikarzy i fotografów, powodując o wiele za dużo hałasu i zamieszania. Przeciskam się obok nich, zadowolona, że to właśnie ze mną matka Charlotte zgodziła się spotkać. Ignoruję pytania i okrzyki, podchodzę do frontowych drzwi, naciskam dzwonek i wstrzymując oddech, czekam.

Pani Bray otwiera po kilku sekundach. Ma opuchnięte oczy i zaczerwienione policzki. Jest młodsza, niż oczekiwałam, ma jakieś czterdzieści pięć lat, ale tego rodzaju nieszczęście postarza, jak gdyby czas przewijał się na fast forward, więc wiem, że czuje się o wiele starzej.

– Simone? – Cichy głos pasuje do jej kruchej postaci.

Pani Bray jest bardzo szczupła i zastanawiam się, czy to jej normalna figura, czy zmizerniała tak po zniknięciu córki. Jasnobrązowy kolor włosów dobrze maskuje odrobinę siwizny, której nie miała zapewne siły ukryć pod farbą. Ma na sobie szary sweter i szarą spódnicę za kolana; ten dobór kolorów wcale mnie nie dziwi.

Nie czeka na moją odpowiedź, wciąga mnie do środka i zamyka drzwi.

– Nie zostawiają nas w spokoju, odkąd odnaleziono torebkę Charlotte. Przedtem, zaraz po jej zniknięciu, nas nie nękali, ale teraz… Na pewno wszyscy mają nadzieję, że Charlotte nie żyje. To o wiele bardziej podniecająca wiadomość, czyż nie? – mówi, ocierając łzy. – Przepraszam. Niech pani wejdzie do środka.