CóreczkaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: The Girl You Lost

Copyright © by Kathryn Croft, 2016

Copyright for the Polish edition © by Burda Publishing Polska Sp. z o.o., 2017

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Julita Mastalerz

Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska

Korekta: Malwina Łozińska, Magdalena Szroeder-Stępowska

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt frontu okładki: Magda Kuc

Zdjęcie na okładce: Mario Lalich/Getty Images

ISBN: 978-83-8053-198-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:


Spis treści

Dedykacja

Prolog

1.

2.

3.

4.

5.

6.

7.

8.

9.

10.

11.

12.

13.

14.

15.

16.

17.

18.

19.

20.

21.

22.

23.

24.

25.

26.

27.

28.

29.

30.

31.

32.

33.

34.

35.

36.

37.

38.

39.

Epilog

Podziękowania

Słowo od autorki

O autorce

Dla Olivera, który jest naszą tęczą

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

Nietrudno było zaaranżować to spotkanie sam na sam. Wystarczyło ładnie się pouśmiechać. Pochwalić jego żarty. Udawać, że z zainteresowaniem słucha się wszystkiego, co mówi.

Teraz jednak znaleźli się w jego mieszkaniu, w dzielnicy, której prawie nie znała. Musiała uważać, inaczej w jednej chwili mogłaby stracić kontrolę nad sytuacją.

– Mieszkasz tu? – zapytała, rejestrując wzrokiem białe ściany i spartańskie umeblowanie.

Apartament przypominał raczej showroom architekta niż miejsce, w którym ktokolwiek je i śpi.

Przytaknął i przyciągnął ją do siebie, sięgając dłonią do zapięcia spódnicy. Ręce miał zimne, a kiedy się pochylał, by ustami poszukać jej ust, wyraźnie wyczuła zapach whisky. Chwilę pozwoliła mu się całować. Skoro chciała poznać prawdę, powinna być gotowa na pewne poświęcenia. Musiała się wszystkiego dowiedzieć, tu i teraz, za wszelką cenę. Przyrzekła sobie, że nie wyjdzie stąd bez odpowiedzi.

– Powiedz, co miałeś wtedy na myśli…? – odezwała się, przylgnąwszy do niego całym ciałem.

Przez spodnie czuła jego erekcję.

– Co? – Myślami wyraźnie był gdzieś indziej.

Do tego jeszcze zbyt dużo alkoholu. Niezbyt obiecująca kombinacja.

– Zacząłeś coś opowiadać, pamiętasz?

Przestał szarpać się ze spódnicą i wsunął dłonie pod jej koszulę, żeby pomiętosić jej piersi. Z trudem powstrzymała odruch obrzydzenia. Specjalnie włożyła coś z dużym dekoltem i nie dopięła ostatniego guzika, żeby odsłonić kawałek stanika. Nie musiała się tak starać; dla niego równie dobrze mogłaby przyjść ubrana w worek na śmieci.

– To teraz nieważne – wymamrotał. – Chodź do sypialni.

Zorientowała się, że nie ma wyboru. Podreptała za nim, modląc się, żeby sprawy nie zaszły za daleko. Myśl, że miałaby czuć na sobie jego nagie ciało, była jej wstrętna. Nie, nie może do tego dopuścić.

Zasłony w sypialni były zaciągnięte, blask ulicznych latarni sączył się do środka tylko przez wąską szparę. Mężczyzna zaczął szperać po kieszeniach. Niezgrabnie wyciągnął telefon komórkowy, wstukał kod.

– Cholera. Bateria siadła. Kurwa… Dasz mi swój telefon?

– Po co? – zapytała. – Do kogo chcesz dzwonić?

– Do nikogo. Chcę tylko coś sprawdzić.

Niechętnie podała mu swoją komórkę.

– Chcę cię sfilmować – wyjaśnił, kierując telefon w jej stronę.

Cofnęła się o krok.

– Co? Nie. Po co? Przestań. Oddaj ten telefon.

Rzuciła się ku niemu, lecz on błyskawicznie cofnął rękę. Uśmiech zniknął z jego twarzy jak zdmuchnięty.

– Rozbieraj się.

Usiadł na łóżku i wymierzył w nią obiektyw aparatu.

– Mój ma dużo lepszą kamerę, ale wyglądasz tak rewelacyjnie, że muszę cię uwiecznić. Później to sobie prześlę.

Przeraziła się na myśl o tym, że miałby zachować jakąkolwiek cząstkę jej, choćby na filmie. Przynajmniej to jej telefon; zamierzała skasować nagranie natychmiast, gdy go odzyska.

– Zaczekaj. Najpierw mi opowiedz. Powiedz, co miałeś wtedy na myśli. I przestań filmować.

Westchnął ciężko, czym udowodnił, że doskonale wie, o co jej chodzi.

– Można by pomyśleć, że mnie wykorzystujesz. Bardzo nieładnie. Należy mi się coś w zamian. Graj według zasad.

Mówił żartobliwym tonem, ale w wyrazie jego twarzy, w głębokich zmarszczkach przy brwiach nie było śladu wesołości. Nie przyjmie odmowy z uśmiechem. Pomyślała, że może uda jej się jeszcze chwilę udawać współpracę. Niech mu się wydaje, że dostanie to, czego chce.

Powoli rozpięła resztę guzików przy koszuli, próbując zapomnieć o tym, że cały czas ją filmuje i masuje się po kroczu. On wpatrywał się w telefon; ewidentnie wolał oglądać ją na ekranie niż w rzeczywistości.

– Tyle – powiedziała, zdejmując koszulę i stanowczym gestem kładąc dłonie na biodrach. Chciała mu dać do zrozumienia, że nadal to ona ma kontrolę nad sytuacją. – Dopóki mi nie powiesz, nie dostaniesz więcej.

Zupełnie zignorował jej słowa.

– Rozbierz się cała. I zostań tam, gdzie jesteś. Marnujesz czas. A ja zaczynam tracić cierpliwość. – Pokręcił głową, patrząc na nią zimnym, obcym wzrokiem.

 

Zrozumiała, że popełniła straszliwy błąd.

Nie doceniła go. On jej stąd nie wypuści, dopóki nie zrobi z nią dokładnie tego, czego chce.

– Koniec. Zabieram się stąd – powiedziała.

Znajdzie jakiś inny sposób, żeby wydusić z niego informacje. Ten plan nie zadziałał. Sięgnęła po koszulę, ale w tej samej chwili poderwał się, przygniótł ją do łóżka, szarpnął za spódnicę.

– Od dawna chciałem cię mieć – wysyczał, unieruchamiając ją pod swoim ciałem.

Próbowała się wyrwać, ale nie miała tyle siły. Odwróciła głowę, by krzyknąć, ale nie mogła wydać z siebie głosu. Wtedy dostrzegła ciężką lampę stojącą na stoliku nocnym. Zaszła już tak daleko, nie mogła się teraz poddać.

– Powiedz mi tylko, co wtedy miałeś na myśli.

Uśmiechnął się paskudnie i nie powiedział nic.

Odwzajemniła uśmiech, starając się wyglądać zalotnie. Nie była do końca pewna, na ile jej się udało.

– To przecież nie musi tak wyglądać. Nie wolałbyś, żeby mnie też się podobało? Żebym pozwoliła ci zrobić ze mną, co zechcesz? Nie chciałbyś? – ryzykowała.

Jednak wyraźnie podobała mu się myśl o braniu jej przemocą.

Nawet się nie ruszył.

– No, na co jeszcze czekasz? – warknął.

Ignorując narastające mdłości, sięgnęła do jego spodni i zaczęła gładzić go po członku.

– Podoba ci się to?

Uniósł głowę, zapatrzył się w sufit zmętniałym wzrokiem.

– Mhm.

– Powiesz mi teraz?

Popatrzył na nią i zaśmiał się, a ona zrozumiała, że nic z niego nie wyciągnie. Musi opracować nową strategię, zacząć poszukiwania od własnej rodziny.

Wtedy jednak z jego ust padło imię i nazwisko. W tej samej sekundzie gwałtownym ruchem zdarł z niej spódnicę.

A ona chwyciła lampę i z całej siły trzasnęła go w głowę, raz, drugi, trzeci, aż uścisk wreszcie zelżał.

1.

Przed osiemnastu laty

Przyglądam się dziecku w moich ramionach, po raz setny zaskoczona świadomością, że stworzyliśmy razem coś tak pięknego. Pojawiła się o kilka lat za wcześnie, ale nawet gdybym miała wybór, nic bym nie zmieniła. Mam tylko nadzieję, że Matt też tak myśli. Wciąż wydaje się nieco zdezorientowany, ale ja pewnie też. Przyglądam mu się czasem, kiedy bierze małą na ręce; jest zdenerwowany, jakby trzymał kruchą porcelanę, ale uśmiech na jego twarzy mówi sam za siebie. Narodziny Heleny rozwiały wszelkie wątpliwości.

Gdy odkładam ją do łóżeczka, natychmiast zaczyna płakać. Muszę ją jednak tam zostawić, tak kazała położna. Nie mogę brać jej na ręce, gdy tylko zakwili. Zostawiam ją zatem i zamykam drzwi, zabierając ze sobą odbiornik elektronicznej niani.

Matt siedzi na kanapie obłożony podręcznikami. Na twarzy ma wyraz głębokiej koncentracji. Przyglądam mu się w milczeniu, czując przypływ dumy. Pewnego dnia zostanie lekarzem i wszyscy troje przeprowadzimy się do wielkiego domu. Helena będzie miała własny pokój, a on gabinet, w którym będzie mógł pracować w spokoju.

Matt podnosi głowę i uśmiecha się do mnie.

– Hej – mówi, kątem oka zerkając na odbiornik, z którego nadal dochodzi szloch dziecka.

Rozglądam się, ale nie mam gdzie go odstawić. Mamy tu tylko pokój z aneksem kuchennym, sypialnię, w której teraz leży Helena, i bardzo ciasną łazienkę.

– Przepraszam… – odzywam się. – Na pewno zaraz przestanie.

W moim głosie chyba słychać panikę, bo Matt odkłada książkę i podchodzi, by mocno mnie objąć.

– Spokojnie, po prostu jeszcze się aklimatyzuje. Musi się do nas przyzwyczaić. Dla niej to zupełnie nowa sytuacja. Pomyśl, jednego dnia siedziała sobie spokojnie tutaj – delikatnie głaszcze mnie po brzuchu, wciąż jeszcze nabrzmiałym po ciąży – a następnego kazano jej przejść do porządku dziennego nad całym światem. I nad faktem, że trafili jej się rodzice, którzy zupełnie nie wiedzą, co robią! – Gestem wskazuje wnętrze naszego mieszkania. – Popatrz tylko, jak żyjemy. Ta nora nie nadaje się nawet dla nas, a co dopiero dla dziecka.

– Nie jest tak źle – mówię, tocząc wzrokiem po ciasnym pokoju.

Pożółkła tapeta odkleja się od ścian, a wykładzina na podłodze jest mocno przetarta, ale to nasz dom. Większość znajomych mieszka jeszcze z rodzicami. Mamy szczęście, że udało nam się zdobyć własny kąt. A South Ealing to nie taka zła dzielnica.

Matt wzdycha z rezygnacją.

– Żałuję tylko, że nie jestem w stanie zarobić na nic lepszego. Niedługo to się zmieni, obiecuję. Jak skończę medycynę i dostanę pracę, staniemy na nogi. Jeszcze będziemy się z tego śmiać.

– To i tak lepsze, niż mieszkać osobno, każde ze swoimi rodzicami – stwierdzam. – W tej klitce przynajmniej jesteśmy razem. Jesteśmy rodziną.

Matt przygryza dolną wargę. Ostatnio bardzo często tak robi.

– Dziwnie to brzmi, prawda? Rodzina! I to w naszym wieku!

Mnie też wydaje się to lekko surrealistyczne. Mam dziewiętnaście lat, on dwadzieścia dwa; jesteśmy o wiele za młodzi, by myśleć o sobie jako o rodzinie. Helena zmieniła cały nasz świat.

Odsuwam się o krok.

– Nie żałujesz, prawda?

Ujmuje mnie za ręce, ściska delikatnie.

– Nie, ani przez moment. Wiem, że na początku trochę panikowałem, ale wtedy po prostu… Sam nie wiem… Chyba się bałem. Ale odkąd się pojawiła, nie mam żadnych wątpliwości.

– Nawet kiedy nie pozwala ci się uczyć? – pytam, machając mu przed nosem elektroniczną nianią.

Helena cały czas płacze, lecz ja jakimś cudem przyzwyczaiłam się do tego dźwięku; to nieszkodliwy szum w tle, nie powód do niepokoju.

– Wiesz co, może zadzwońmy do mamy – mówi Matt. – Poprosimy ją, żeby zabrała Helenę na krótki spacer po parku. Może świeże powietrze trochę ją uspokoi.

– Myślisz, że Miriam nie będzie mieć nic przeciwko?

Pytanie jest retoryczne. Moja teściowa nie była zachwycona, kiedy dowiedziała się, że jestem w ciąży, ale całym sercem pokochała wnuczkę i okazała się nieocenioną pomocą. Bez niej nie dalibyśmy sobie rady.

Matt rzuca mi spojrzenie pod tytułem: „Co ty na to?”, a potem bez słowa sięga po telefon. Niecałą godzinę później Helena jest już gotowa na wizytę w parku. Siedzi w wózku, przytulona do pluszowego królika. Uspokoiła się nieco; wie, że czeka ją miła przejażdżka.

– Tak się cieszę, że się do mnie odezwaliście – mówi Miriam, nie spuszczając z oczu małej. – Owszem, pracuję, ale naprawdę mogę wam pomagać częściej. Nie wstydźcie się o to prosić. Jesteście młodzi, potrzebujecie czasu tylko dla siebie. Dziecko nie powinno komplikować związku dwojga ludzi, tylko go umacniać.

– Tak naprawdę to ja po prostu muszę się pouczyć – wyjaśnia Matt, ale Miriam tylko rzuca krótkie pożegnanie i znika za drzwiami.

– Mówiłeś poważnie? – pytam, kiedy zostajemy sami.

– A co, masz jakieś kontrpropozycje? – Matt uśmiecha się do mnie tym seksownym uśmiechem, którego nie widziałam już od dawna.

Efekt jest natychmiastowy. Po raz pierwszy od narodzin naszego dziecka pragnę go, tu i teraz, tak mocno, że nie chcę marnować czasu na spacer do sypialni.

***

Leżymy na kanapie, nadzy, u naszych stóp piętrzy się stos splątanych ubrań. Wsłuchując się w rytm oddechu Matta, stwierdzam, że nie mam ochoty się ruszać. Choćby do końca świata. Chcę przeciągnąć tę chwilę niczym jakąś czasoprzestrzenną gumkę recepturkę, chociaż wiem, że ostatecznie trzeba będzie ją przerwać.

Całuję Matta w pierś.

– Nie było jakoś inaczej, prawda?

Dręczy mnie to pytanie. Słyszałam, że po urodzeniu dziecka to i owo może się zmienić w strefach intymnych.

– Nie, jasne, że nie. Było świetnie. Wszystko jest cudownie.

Rzeczywiście jest.

A potem odzywa się telefon, burząc nasze szczęście. Na zawsze.

– Słucham? Powoli. Powtórz, co mówiłaś, nic nie zrozumiałem.

Łapię Matta za rękę. Nie muszę pytać, kto dzwoni. I od pierwszej chwili wiem, że stało się coś bardzo niedobrego.

– O matko. Wszędzie szukałaś? Jesteś pewna? Dzwoń na policję. W tej chwili. Zaraz tam będę.

Rzuca słuchawkę i zaczyna wciągać dżinsy.

– Simone, nie panikuj, ale to mama. Mówi, że nie może znaleźć Heleny. Ja pójdę do parku, ale ty musisz tu zostać, na wypadek gdyby trzeba było czekać na policję. Mama właśnie do nich dzwoni, ale może będą chcieli przysłać kogoś tutaj, sam nie wiem. Cholera, cholera…

– Jak to…? Jak to nie może jej znaleźć? Co się stało?

Nie mam na sobie zupełnie nic, jestem zziębnięta, ale nie mogę się ruszyć. Słyszę Matta jak przez mgłę albo jakby mówił w obcym języku. Jedyne, co jestem w stanie zrozumieć, to że Helena zniknęła. I coś o toaletach w parku. I że Miriam źle się poczuła. Nic nie układa się w logiczne ciągi. Nic nie ma sensu. Helena nie mogła zniknąć. To niemożliwe.

Powoli jednak znaczenie jego słów do mnie dociera. Osuwam się na podłogę. Kolana uderzają o wykładzinę, ale nie czuję bólu. Nie mogę zaczerpnąć tchu. Jedyną moją myślą jest: zawiodłam Helenę jako matka. Powinnam przecież ją chronić, nawet kiedy jest poza zasięgiem mojego wzroku.

Ujmuję tę myśl w słowa, w krzyk. Matt podnosi mnie z kolan, obejmuje dłońmi moją twarz.

– Znajdziemy ją – mówi. – Musisz tylko zachować spokój.

Nie mam sił na odpowiedź. W milczeniu słucham ciągu poleceń, które wydaje przed wyjściem.

Zaczynam rozumieć, że to się dzieje naprawdę.

2.

Chwila obecna

Wydaje mi się, że ktoś mnie śledzi. Przedziwne uczucie. Pierwszy raz doświadczam czegoś podobnego, ale wrażenia nie da się pomylić z niczym innym: czujesz na sobie czyjś wzrok, ale kiedy się odwracasz, napięcie znika. Lecz i tak wiesz, że cię obserwują.

Pięć minut temu weszłam do Johna Lewisa, chociaż nie mam zamiaru nic kupować. Chciałam po prostu się upewnić, że nic mi się nie ubzdurało. Jest przerwa obiadowa, za pół godziny muszę być z powrotem w biurze. Powinnam coś zjeść, ale czuję się zbyt zdenerwowana. W zasadzie wyszłam tylko zaczerpnąć świeżego powietrza – teraz żałuję, że nie postanowiłam spędzić przerwy w studiu.

Zauważam ją kątem oka. Ta sama młoda kobieta odprowadzała mnie wzrokiem, kiedy wychodziłam z pracy. A potem szła za mną przez Oxford Street. Może to zbieg okoliczności, ale widziałam ją też dzisiaj rano na stacji metra.

Ona mnie śledzi.

Czy powinnam ją kojarzyć? Moja praca wymaga ciągłych spotkań z wieloma ludźmi, ale ja nigdy nie zapominam twarzy. Niczego innego też nie. Matt twierdzi, że nie zna drugiej osoby o tak niezawodnej pamięci, że mój mózg przechowuje nawet najbardziej banalne szczegóły. Mówi, że powinnam była wybrać medycynę, bo internista z moją pamięcią byłby dla pacjentów darem niebios. Moim zdaniem nie nadawałabym się na lekarza; czułabym się potwornie, gdybym musiała przekazać komuś niekorzystną diagnozę. Po prostu nie umiem wyłączyć emocji.

Kobieta, która za mną chodzi, jest bardzo młoda. Nie wygląda na więcej niż dwadzieścia lat. Być może powinnam ją przez to uważać za mniejsze zagrożenie, ale jakoś nie czuję się uspokojona. Ukradkiem zerkam w jej kierunku – czyta informacje na opakowaniu ekspresu do kawy. Jest wysoka i szczupła, ubrana w legginsy i krótką dżinsową kurtkę. Na szyi ma turkusową chustę, a spod kurtki wystaje skraj szarej koszulki; podejrzewam, że przy takiej temperaturze musi być jej zimno. Na nogach ma wysokie czarne converse’y z białymi podeszwami.

Moje myśli mimowolnie biegną ku Helenie. Ciekawe, czy też by się tak ubierała… Nie. Dość tego bezproduktywnego gdybania. Nie mogę sobie na to pozwolić pośrodku sklepu, cztery kroki od potencjalnego prześladowcy.

Z udawanym zainteresowaniem przyglądam się zestawom sztućców z matowionego srebra, próbując ułożyć w głowie plan działania. Mogłabym podejść do dziewczyny i zapytać wprost, czy mogę w czymś pomóc. Pokazać, że zauważyłam jej ciągłą obecność i że nie zrobiło to na mnie wrażenia. Albo zupełnie ją zignorować, wyjść ze sklepu, wrócić do pracy i zapomnieć o całej sprawie. Czasami daję się ponieść wyobraźni, to choroba zawodowa. I pozostałość po mojej przeszłości.

Nim jednak zdążę podjąć decyzję, dziewczyna pokonuje dzielącą nas odległość i dotyka mojego ramienia – szybko, gwałtownie, jakby domagała się uwagi.

– Przepraszam panią? – odzywa się zaskakująco miękko.

 

Dzieli ją ode mnie zaledwie kilka centymetrów. Dopiero teraz dostrzegam, jaka jest ładna. Ma wyraziste brązowe oczy i długie, bardzo ciemne włosy, proste jak struny.

– Tak? – Mimo wszystkich deliberacji to cała moja odpowiedź.

Dziewczyna rozgląda się nerwowo.

– Rozmawiam z Simone Porter, prawda?

Czyli miałam rację. Pewnie kojarzy mnie z telewizji. Sytuacja nie wróży jednak nic dobrego – czemu czaiła się na mnie na ulicy, zamiast pójść do studia i zwyczajnie umówić się na spotkanie? Mogła też napisać maila, tak jak inni ludzie szukający mojej pomocy.

– Tak jest. – Mój ton zdradza nieufność. – W czym mogę pomóc?

Zerkam na zegarek, licząc na to, że pojmie aluzję. Ogląda się przez ramię, utwierdzając mnie w przekonaniu, że nie spodoba mi się to, co usłyszę.

– Możemy porozmawiać? W jakimś spokojnym miejscu?

– O co chodzi? Z kim mam przyjemność?

Odruchowo się krzywię, gdy dziewczyna kładzie mi dłoń na ramieniu. Moja reakcja nie umyka jej uwadze, bo natychmiast przeprasza i cofa się o krok, o mało nie wpadając przy tym na stos towaru.

– Ja… naprawdę muszę z panią porozmawiać. Ale nie tutaj.

– Musi pani przyjść do nas do stacji i tam poprosić o krótkie spotkanie. Mój pracodawca jest bardzo wyczulony na takie rzeczy.

Dziewczyna wzdycha ciężko i potrząsa głową.

– Nie… to nie ma nic wspólnego z pani pracą.

Tego się nie spodziewałam.

– W takim razie… skąd mnie pani zna?

– Nie znam pani… w zasadzie wcale. – Opuszcza głowę i intensywnie wpatruje się w swoje trampki.

– Przepraszam, ale naprawdę muszę już iść. Jeśli to coś ważnego, proszę do mnie zadzwonić.

Odwracam się, bo na plecach czuję jej świdrujący wzrok.

– Simone?

Wiem, że nie powinnam się zatrzymać, tylko zachowywać tak, jakbym wcale tego nie usłyszała. Ona się przecież nie zorientuje, a cała sprawa nie powinna mnie obchodzić.

To nie może być nic istotnego. Może dziewczyna słyszała o mnie i chce poprosić, żebym załatwiła jej pracę w telewizji. W mojej branży takie rzeczy się zdarzają. Wbrew rozsądkowi odwracam się jednak i widzę, że patrzy na mnie rozszerzonymi oczami. Spojrzeniem błaga mnie, żebym jej wysłuchała, żebym potraktowała ją poważnie.

– Muszę z panią porozmawiać. Chodzi o pani córkę.

Te słowa są dla mnie jak cios. Żeby nie upaść, muszę przytrzymać się sklepowej półki.

– Co proszę? – mówię, chociaż jej ostatnie zdanie dudni mi w głowie, jak gdyby wykrzyczała je przez megafon.

– Możemy gdzieś usiąść? Proszę…

***

Lądujemy w kawiarni w uliczce na tyłach Johna Lewisa, z dala od hałasu Oxford Street. Pozwalam się tam zaprowadzić, powstrzymując pytania cisnące się na usta. Czekam, aż zostawimy za sobą tłumy i styczniowy mróz. Kafejka jest na wpół pusta; szmer innych rozmów gwarantuje, że nasza nie zostanie podsłuchana.

– Proszę mówić, co pani wie – odzywam się wreszcie, sięgając po podwójne espresso.

Nie jestem w stanie opanować drżenia głosu. Moja dłoń też drży, tak silnie, że natychmiast muszę odstawić filiżankę.

– Zaskoczyłam panią, prawda?

Dziewczyna unosi kąciki ust. Trudno stwierdzić, czy to przepraszający uśmiech, czy też bawi ją moje zdenerwowanie. W każdym razie wydaje się mniej spięta.

– Co pani wie? I kim pani jest? – pytam rzeczowo, ale daleko mi do stanu równowagi.

Co zaraz usłyszę?

Miesza słomką swoją colę z lodem, ale ani na chwilę nie spuszcza ze mnie wzroku.

– Najpierw muszę się upewnić, że rozmawiam z właściwą osobą. Tylko ta jedna rzecz, a obiecuję wszystko pani opowiedzieć.

Sięgam po torbę i wyciągam z portfela prawo jazdy. Ogarniają mnie nagłe wątpliwości. Co ja właściwie robię? Zazwyczaj myślę spokojnie, analizując potencjalne skutki każdego posunięcia. Teraz jednak nie mam na to czasu. Podaję dokument dziewczynie, a ona natychmiast zerka na moje zdjęcie. Zrobiłam je prawie dziesięć lat temu, więc fryzura jest inna – miałam wtedy krótsze, mocniej kręcone włosy – ale poza tym nietrudno mnie poznać. Uczesanie czy nawet karnacja może się zmienić, ale oczy zostają takie same mimo upływu lat. Dlaczego więc tyle czasu przygląda się fotografii?

– Dziękuję – odzywa się w końcu i oddaje mi prawo jazdy. Natychmiast wrzucam je z powrotem do torby, nawet nie wkładam go do portfela. – Więc… pracuje pani w telewizji?

Starając się ukryć narastającą frustrację, odpowiadam:

– Tak. Jestem reporterką stacji News 24. Pracuję tam od dwunastu lat. Ale to już pani wiedziała, prawda?

Dziewczyna nerwowo wierci się na krześle. Tym razem, ku mej satysfakcji, wygląda, jakby czuła się niekomfortowo.

– Tak, przepraszam. Musiałam się upewnić, że to pani.

Na dźwięk otwieranych drzwi podrywa głowę i śledzi wzrokiem wchodzącego klienta.

– Podejrzewam, że widziała pani moje zdjęcie na stronie stacji. Jest w miarę aktualne, więc na pewno rozwiałam już pani wątpliwości. Zatem proszę mówić. Co pani wie o… mojej córce? – Ledwo mogę wydusić z siebie te słowa. Nie używałam ich od bardzo dawna. – I kim pani jest?

Odstawia szklankę, wbija we mnie spojrzenie wielkich, ciemnych oczu.

– Nazywam się Grace Rhodes. I… yyy… wiem co nieco o pani córce.

Mówi z wahaniem; po raz pierwszy czuję, jak opuszcza ją pewność siebie.

– To już pani mówiła. Co dokładnie pani wie? I dlaczego mam pani wierzyć?

Staram się zachować ostrożność. W przeszłości niejeden raz dałam się nabrać komuś, kto twierdził, że wie coś o moim dziecku. Wprawdzie ostatni raz coś takiego zdarzyło się dawno, jeszcze kiedy Helena była malutka, ale ta dziewczyna też może starać się mnie oszukać czy też zwyczajnie zwrócić na siebie uwagę. W moim zawodzie spotyka się osoby z różnymi zaburzeniami. Szybko się nauczyłam, że ludzie są zdolni do wszystkiego.

– Wiem, że osiemnaście lat temu pani córka została uprowadzona podczas spaceru w parku. Miała tylko sześć miesięcy.

Chociaż siedzimy koło grzejnika, czuję, jak robi mi się zimno.

– To żadne wiadomości. Mogła to pani wyczytać w internecie. Wszystkie te dane są dostępne publicznie. – Sama słyszę, jak niepewnie brzmi mój głos.

Kiwa głową. Czyżby zamierzała tak szybko się poddać?

– Ma pani rację. Na razie nie mam solidnych dowodów. Jeszcze nie. Wolałabym, żeby było inaczej.

Zupełnie nie potrafię jej rozszyfrować. Widzę, że ze mną pogrywa, ale w jakim celu?

– Jeśli nie ma pani żadnych informacji, marnuje pani mój czas. – Wstaję i ruszam do drzwi, chociaż nie jestem pewna, czy na tak miękkich nogach w ogóle tam dojdę.

– Proszę zostać. – Zrywa się z krzesła i łapie mnie za rękę. Ma ciepłą dłoń. – Wiem, że to dla pani trudne, ale musi mnie pani wysłuchać. Proszę tylko o tyle. Potem nie będę pani dłużej zatrzymywać.

Mówi się, że każda matka ma silny instynkt, naturalną zdolność pomagającą jej chronić swoje dziecko. Ja już matką nie jestem, ale kiedy tak patrzę na tę młodą kobietę, jakiś wewnętrzny głos każe mi dać jej szansę.

– Więc co poza ogólnodostępnymi faktami wie pani o mojej córce?

– Pani Porter. Simone. Ja naprawdę nie jestem wariatką ani nie próbuję pani oszukać. – Z powrotem opada na krzesło, a ja po chwili robię to samo.

– Niech mi pani przynajmniej pokaże jakiś dowód tożsamości. Mój pani widziała. Mam prawo prosić o to samo.

Dziewczyna sięga do kieszeni.

– Mam przy sobie tylko legitymację studencką. Proszę.

Podnoszę plastikową kartę, oglądam zdjęcie. Na pewno przedstawia osobę, z którą teraz rozmawiam. Dokument wystawiony jest na nazwisko Grace Rhodes. Tylko skąd mam wiedzieć, czy nie jest fałszywy? Czerwone logo University of London wygląda autentycznie, podobnie jak czcionka, ale tego typu dokumenty zapewne łatwo podrobić.

– Ma pani cokolwiek innego? Może prawo jazdy?

Kręci głową.

– Jeszcze nie zrobiłam kursu. Chciałam zacząć, ale mam tyle zajęć, że nie znalazłam czasu. Ale kiedyś się do tego zabiorę.

Wytłumaczenie brzmi prawdopodobnie. Postanawiam jednak mieć się na baczności, słuchać uważnie. Pozwolę jej mówić, dopóki nie zorientuję się, czego ode mnie chce. Bo przecież każdy czegoś chce, prawda?

– Proszę kontynuować – mówię i przyglądam jej się uważnie, z mowy ciała starając się wyczytać, czy kłamie. – Twierdzi pani, że Helena żyje? Co pani o niej wie? Gdzie jest teraz?

Dziewczyna patrzy mi prosto w oczy.

– Ona żyje, przysięgam na wszystko.

Przyjmuję te słowa z obojętnością. Słyszałam już podobne deklaracje z ust wróżek, chiromantów i różnej maści spirytystów, ale nic z tego nigdy nie wynikło. Helena się nie odnalazła. Milczę więc i pozwalam jej skończyć.

– Ja… nie potrafię powiedzieć, co dokładnie się stało. Nie wiem… Ona tego nie wie. Ale nic jej nie jest. To znaczy… nie było.

Znowu robi mi się słabo. Nie mam siły tego słuchać. Mam dość tej rozmowy. Jeszcze wiele lat po zniknięciu Heleny czułam przypływ nadziei za każdym razem, kiedy ktoś twierdził, że coś o niej wie. Wszystko to jednak okazywało się albo kłamstwem, albo fałszywym tropem. Rozdrapywanie starych ran za każdym razem bolało bardziej.

– Muszę wracać do pracy. Przerwa na lunch zaraz się skończy.

Podnoszę się z miejsca, zbieram torebkę. Dziewczyna patrzy na mnie z otwartymi ustami. Dociera do mnie, że nie spodziewała się takiej reakcji. Może myślała, że na kolanach będę ją błagać, żeby natychmiast zawiozła mnie do Heleny.

– Ale… ale ja…

– Myśli pani, że nikt przed panią tego nie próbował? Nie przyszedł do mnie z jakąś wyssaną z palca historią, twierdząc, że wie, gdzie jest moja córka? Czego pani w ogóle ode mnie chce? Pieniędzy? O to chodzi? – Wyciągam z portfela dwadzieścia funtów, rzucam banknot na stół. Dziewczyna nawet go nie zauważa, wpatruje się we mnie rozszerzonymi oczami. Siedzący przy innych stolikach ludzie też odwrócili się w naszą stronę. Mój głośny wybuch wzbudził ich ciekawość.

Zostawiam pieniądze, zakładam torbę na ramię. Dostrzegam wtedy, że policzki dziewczyny są mokre od łez.

– Chcę tylko coś pani pokazać – odzywa się niemal szeptem.

Sięga do kieszeni, a ja oczami wyobraźni już widzę ostrze noża. Po chwili jednak umysł uspokaja się i rejestruje, na co tak naprawdę patrzę.

Dziewczyna trzyma królika z niebieskiego pluszu.

Zabawkę Heleny.

– Skąd to pani wzięła? – pytam, niezdolna oderwać wzroku od pluszaka.

Grace podaje mi go, gdy wyciągam drżącą rękę.

– Czyli mam rację. To należało do niej, prawda? Do pani córki. Musiałam się upewnić.

Jej słowa ledwo do mnie docierają. Osuwam się na krzesło i uważnie przyglądam się zabawce, próbując opanować emocje, odzyskać trzeźwy osąd sytuacji. Co bym zrobiła, gdybym miała nakręcić reportaż o takiej historii? Zapewne powiedziałabym matce zaginionego dziecka, że identycznych zabawek mogły być miliony. Matt kupił królika w sklepie charytatywnym, nie znaliśmy więc nazwy producenta. Ja pamiętam tylko to, że Helena uwielbiała tego królika. I że miała go ze sobą, kiedy ją uprowadzono.

Chłonę pluszaka wzrokiem, gładzę palcami miękki materiał. I mam całkowitą pewność, że to jest dokładnie ten sam króliczek. Unoszę go do twarzy i wdycham zapach tkaniny; pachnie obco, proszkiem, którego nigdy nie używałam.

– Co to ma znaczyć? Proszę mówić. Natychmiast! Skąd to pani wzięła?

Znów podnoszę głos; jeszcze więcej głów odwraca się w naszą stronę.

Grace bierze głęboki oddech i odpowiada:

– Zabawka należy do mnie. Mam ją, odkąd byłam malutka.

Tylko raz w życiu czułam się, jakby ziemia usunęła mi się spod nóg. To było wtedy, kiedy Helena zniknęła. Teraz jednak to samo wrażenie ogarnia mnie znów. Te same duszności i huk przyspieszonego tętna.

– Co pani powiedziała?

Na pewno się przesłyszałam. Za chwilę wszystko się wyjaśni.