DziedzictwoTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Po kąpieli wytarła się szorstkim ręcznikiem i włożyła do kolacji czystą białą suknię, obywając się bez biżuterii, by nie przyćmić innych gości. Bez pomocy Sary jej talia nie była już tak wąska, a włosy tak porządnie ułożone, ale czuła się bardziej sobą, kiedy zeszła na dół w porze kolacji. Rozejrzała się za Derekiem Hutchinsonem, a kiedy go nie znalazła, zapytała o niego panią Jessop.

– Założę się, że tej nocy już go pani nie zobaczy – odpowiedziała kobieta ze znaczącym uśmieszkiem. – Ostatnio, kiedy go widziałam, wybierał się do Dew Drop.

– Przepraszam, dokąd?

– Do zajazdu Dew Drop, za mostem Milikena, przy składzie. Dzisiaj zaspokoi swój apetyt tam, a nie tu! – zachichotała cicho. – Był w rozjazdach przez dobrych kilka miesięcy. Pewnie męczy go pragnienie! – Widząc niezrozumienie na twarzy Caroline, pani Jessop skończyła temat. – Proszę wejść i usiąść, pani Massey. Przyślę Dorę z posiłkiem.

Caroline zrobiła to, o co ją poproszono, i zjadła sama przy barze, mając za towarzystwo jedynie Dorę, ciekawską dziewczynę, która zasypywała ją pytaniami o wschód, przynosząc kolejne dania. W drugim końcu sali dwaj zgnębieni mężczyźni o znękanych troską twarzach prowadzili długą dyskusję o cenach zboża.

Poranek był ładny, niebo bezchmurne, a w powietrzu wisiał zapach, do którego Caroline nie była przyzwyczajona; ziemista woń wilgotnego gruntu i młodych pędów szałwii na prerii wokół Woodward. Zupełnie inny od zapachu cegieł, dymu i ludzi w mieście. Kiedy rozpoczęli ostatni etap podróży, słońce prażyło już mocno. Gdy Hutch pomagał jej wsiąść do wozu, zauważyła na jego biodrach pas na broń i kaburę z rewolwerem. Poczuła dziwne mrowienie w brzuchu. Nasunęła czepek głębiej na czoło, żeby lepiej ochronić się przed ostrym światłem, ale i tak musiała mrużyć oczy. Słońce wydało jej się jaśniejsze niż kiedykolwiek w Nowym Jorku, a kiedy podzieliła się tym spostrzeżeniem, Hutch zgodził się z nią, kiwając głową.

– Sądzę, że tak, proszę pani. Sam nigdy nie zapuściłem się tak daleko na wschód, ani na północ, szczerze mówiąc; ale myślę, że w każdym miejscu, gdzie tyle się buduje, a tylu ludzi żyje i umiera, powietrze musi zmętnieć, tak samo jak rzeki – odrzekł.

Rześka bryza porwała piasek spod kół wozu, rozsypując go wokół nich. Caroline zaczęła strzepywać go z siebie, ale wkrótce fałdy jej sukni były obrysowane brudem. Hutch przyglądał się jej bez uśmiechu.

– Kiedy wyjedziemy z miasta, piasek przestanie tak zawiewać, pani Massey – powiedział.

Przejazd przez Woodward zajął im niewiele czasu. Pojechali Main Street, którą z obu stron otaczały przede wszystkim drewniane budynki, z jedną czy dwiema trwalszymi konstrukcjami. Było tam kilka barów, kilka banków, poczta, duży sklep wielobranżowy, opera. Na ulicy tłoczyło się sporo powozów i koni oraz ludzi zajętych własnymi sprawami, głównie mężczyzn. Caroline spojrzała przez ramię, kiedy wyjeżdżali z miasta. Z daleka zauważyła, że wiele wysokich fasad kryło za sobą jedynie jednopiętrowe budyneczki.

– Czy to całe Woodward? – zapytała z niedowierzaniem.

– Tak, proszę pani. Jest dziś domem dla ponad dwóch tysięcy ludzi i cały czas się rozwija. Odkąd otwarto ziemie Czejenów i Arapaho na południu, coraz więcej ludzi przyjeżdża, osiedla się tu i zaczyna uprawiać ziemię. Niektórym się nie podoba, że otwartą prerię grodzi się i orze. Ja uważam, że to postęp, bo jak na razie nie brakuje ziemi do wypasu bydła.

– Arapaho? Co to znaczy?

– Lud Arapaho? To plemię indiańskie. Pierwotnie zamieszkiwali tereny wysunięte dalej na północ, ale rząd przesiedlił ich tutaj, tak jak wielu innych… Ziemie, przez które jedziemy teraz, należały do niedawna do Czirokezów, chociaż oni sami osiedlali się na wschód od nich. Wydzierżawili te tereny ranczerom i hodowcom bydła na wiele lat, zanim udostępniono je osadnikom w dziewięćdziesiątym trzecim…

– Ale czy to bezpieczne? Żeby cywilizowani ludzie żyli tam, gdzie Indianie? – Caroline była zszokowana. Hutch rzucił jej spojrzenie z ukosa, a potem wzruszył ramionami.

– Sprzedali swoją ziemię i wyprowadzili się na wschód. Na mój rozum, oni podchodzą do białych sąsiadów z taką samą niechęcią, jak niektórzy biali podchodzą do Indian.

– Dzięki Bogu! – odparła Caroline. – Nie zmrużyłabym oka, gdyby te stworzenia czaiły się za oknem! – Z ust wyrwał jej się piskliwy, nerwowy chichot, i nie zauważyła bacznego spojrzenia, którym Hutch obrzucił prerię. Nieświadomie go naśladując, Caroline zapatrzyła się w horyzont. Poczuła ścisk w żołądku na myśl, że w tym samym miejscu jeszcze niedawno dzicy mogli urządzać polowania na skalpy. Spłoszona przy drodze para zajęcy czmychnęła w zarośla, spośród których wystawały jedynie czarne koniuszki ich uszu.

Po jakichś dziesięciu czy dwunastu milach w oddali zamajaczyły budynki. Caroline ucieszyła się na ich widok. Z każdą milą, jaka dzieliła ją od Woodward, rosło w niej poczucie zagrożenia, jakby coraz bardziej oddalała się od cywilizacji, chociaż równocześnie coraz bardziej zbliżała się do Corina. Osłoniła oczy od słońca, żeby lepiej widzieć.

– Czy to następne miasto? – zapytała. Hutch gwizdnął cicho na konie, dwa kasztany o mocnych nogach i mięsistych zadach, zatrzymując wóz.

– Nie, proszę pani. To stary fort wojskowy. Nazywa się Fort Supply. Obawiam się, że niedługo zjedziemy z drogi, więc nie będzie się jechać tak przyjemnie.

– Fort Supply? A więc stacjonuje tam garnizon?

– Już nie. Stoi pusty od siedmiu czy ośmiu lat.

– Ale co tu robiło wojsko? Miało chronić ludzi przed Indianami, jak mniemam?

– Cóż, po części tak, bez wątpienia. Ale chodziło bardziej o to, żeby powstrzymać białych przed osiedlaniem się na terenach Indian. Więc można powiedzieć, że armia miała chronić Indian przed takimi jak pani czy ja.

– Och – powiedziała Caroline, tracąc rezon.

Spodobał jej się pomysł, że wojsko strzeże porządku tak blisko rancza i już zaczęła sobie wyobrażać, jak tańczy kadryla z mężczyznami w eleganckich mundurach. Ale kiedy podjechali bliżej, zobaczyła, że na fort składają się niskie, zrujnowane budynki, zbudowane przede wszystkim z drewna i ziemi, a nie z cegieł czy kamienia. Miała wrażenie, że ktoś patrzy na nią z pustych oczodołów okien. Przebiegł ją dreszcz, więc odwróciła wzrok.

– A dokąd prowadzi teraz ta droga?

– No cóż, właściwie to donikąd. Biegnie stąd aż do Fort Sill, ale jeżdżą nią tylko nieliczni, jak my teraz, żeby trochę mniej poobijać kości w drodze do miasta – odpowiedział Hutch.

Caroline spojrzała za siebie, na pustą drogę. Patrzyła, jak w wyżłobionych przez wóz śladach osiada pył. W Nowym Jorku wyobrażała sobie dziewiczą ziemię, nietkniętą inną ręką niż boska. Tu były już przerażające ruiny i droga donikąd.

– Niedługo przeprawimy się przez rzekę North Canadian, pani Massey, ale proszę się tym w ogóle nie martwić. O tej porze roku nie sprawi nam żadnych problemów – dodał.

Caroline skinęła głową i uśmiechnęła się do niego dzielnie.

Rzeka była szeroka, ale płytka. Woda zakrywała koła wozu jedynie do połowy, sięgając brzuchów koni. Kiedy dotarli na drugi brzeg, Hutch wypuścił lejce. Konie piły łapczywie, wzbijając krople, które cętkowały przykurzoną sierść zwierząt, wypełniając nozdrza Caroline zapachem ich rozgrzanej skóry. Wytarła kilka kropli ze spódnicy, ale zamieniła je tylko w brudną smugę. Na brzegu zatrzymali się na lunch w miejscu, gdzie kępa topoli wrzynała korzenie w piasek i rzucała nakrapiany cień. Hutch rozłożył gruby koc, a Caroline, trzymając go za rękę, zsiadła z wozu i usadowiła się na ziemi tak wygodnie, jak zdołała. Gorset nie pozwalał jednak zająć żadnej komfortowej pozycji, więc niewiele mówiła, posilając się kawałkiem trudnej do przeżucia szynki i chlebem, który kruszył się jej na kolana. Kiedy jadła, w zębach chrzęściły jej ziarenka piasku. Jedynym dźwiękiem był delikatny świst i szmer wiatru w liściach topoli, które wyginały się i drżały, połyskując odcieniami zieleni i srebra. Zanim ruszyli, Caroline ze sporym wysiłkiem wyciągnęła obszytą jedwabiem parasolkę ze swojego bagażu.

Przez otwartą prerię wóz jechał wolniej, podskakując na kępkach bylicy, utykając niekiedy w ruchomych piaskach albo w grząskich pozostałościach płytkiego strumienia. Od czasu do czasu mijali niewielkie domostwa, gospodarstwa rolne zbijane w pośpiechu, żeby zapewnić rodzinie bezpieczeństwo, objąć ziemię w posiadanie, zacząć wszystko od nowa. Ale były rozrzucone daleko od siebie i pojawiały się tym rzadziej, im dłużej jechali. Późnym popołudniem Caroline drzemała, chwiejąc się na siedzeniu obok Hutcha. Za każdym razem, kiedy zaczynała jej opadać broda, jakieś szarpnięcie wybudzało ją ze snu.

– Niedługo zatrzymamy się na noc. Sądzę, że przydałaby się pani filiżanka gorącej kawy i sen.

– Och tak! Jestem trochę zmęczona. Chyba odjechaliśmy już bardzo daleko od miasta?

– W tym wolnym powozie podróż zabiera więcej czasu. Wcześniej pokonywałem tę odległość konno w jeden dzień, specjalnie się nie śpiesząc. Wystarczy tylko dobry, szybki wierzchowiec, a pani mąż hoduje jedne z najlepszych koni na całym Terytorium Oklahomy.

– Gdzie zatrzymamy się na noc? Czy jest tu w pobliżu następna osada?

– Nie, nie. Dziś wieczór rozbijemy obóz.

– Obóz?

– Tak. Ale nie ma pani powodu do obaw, pani Massey! Jestem człowiekiem honorowym i dyskretnym – Widząc przerażenie Caroline, Hutch uśmiechnął się cierpko.

Chwilę trwało, zanim zrozumiała, że jego zdaniem oburzyła ją myśl o spędzonej samotnie z nim nocy. Zarumieniła się i spuściła wzrok, ale zbłądził w okolice jego paska, gdzie koszula wysunęła mu się ze spodni, odsłaniając niewielki kawałek umięśnionego, opalonego brzucha. Caroline przełknęła ślinę i utkwiła wzrok w horyzoncie. W rzeczywistości bała się przede wszystkim nocowania na dworze, bez żadnej ochrony przed zwierzętami, pogodą i całą dziką przyrodą.

 

Przed zachodem słońca Hutch zatrzymał wóz na płaskim terenie, porośniętym bujniejszą roślinnością niż wcześniej. Kiedy pomógł Caroline zsiąść z wozu, stanęła obolała na ziemi, nie wiedząc, co dalej. Hutch wyprzągł konie z wozu, wyjął im z pysków wędzidła i klepnął je po zadach. Zadowolone, odeszły od nich nieco, majtając ogonami, i zaczęły z zapałem żuć trawę.

– Ale… czy konie nie uciekną? – spytała Caroline.

– Jeśli już, to na mój rozum niedaleko. I tak przejdą całe mile za kawałek chleba. – Hutch wypakował z wozu namiot i sprawnie go rozstawił. Rozłożył koce na skórze bawołów, żeby tworzyły łóżko, i obok postawił jej kuferek z kosmetykami. – Będzie się tu pani czuła jak w niebie. Elegancko jak w nowojorskim hotelu – powiedział.

Caroline zerknęła na niego, zastanawiając się, czy sobie z niej żartuje, ale zaraz uśmiechnęła się i usadowiła w na­miocie, marszcząc nos od zapachu skór. Ale łóżko było głębokie i wygodne, a ściany namiotu falowały na wietrze, jakby lekko oddychały. Caroline poczuła, jak jej serce się uspokaja i ogarnia ją wielki spokój.

Wkrótce potem Hutch rozpalił ognisko i kucnął przy nim, doglądając wielkiej płaskiej patelni, z której strzelał tłuszcz i dymiło. Podsycał płomienie kawałkami czegoś suchego i brązowego, co zastanowiło Caroline.

– Czego używa pan jako podpałki?

– Krowich placków – wyjaśnił krótko Hutch.

Caroline nie śmiała pytać dalej.

Niebo było feerią purpury i turkusu – przechodziło od jasnego blasku na zachodzie aż po głęboki, aksamitny granat na wschodzie. Twarz Hutcha rozświetlały płomienie ogniska.

– Postawiłem tu pudełko, żeby mogła pani usiąść – powiedział, wskazując widelcem prowizoryczny mebel. Caroline usiadła posłusznie. W ciemności nieobjętej światłem ogniska, jeden z koni parsknął i cicho zarżał. Nagle po płaskiej równinie odbił się echem odległy skowyt, wysoki i przerażający.

– Co to było? – krzyknęła Caroline, zrywając się na równe nogi. Krew odpłynęła jej z twarzy, a ona zatoczyła się, wyciągając dla równowagi rękę, którą Hutch chwycił, zjawiając się natychmiast u jej boku.

– Niech pani usiądzie. Proszę usiąść – nalegał.

– Czy to wilki? – wykrzyknęła, nie mogąc powstrzymać drżenia głosu.

– To tylko wilki preriowe, nic więcej. Są nie większe i nie bardziej niebezpieczne niż psy. Nie zbliżą się do nas, obiecuję pani.

– Jest pan pewny?

– Równie pewny jak tego, że tu siedzę, pani Massey – uspokajał ją Hutch.

Caroline owinęła się ciasno szalem i przycupnęła niepewnie na twardej drewnianej skrzynce, czując niepokój w każdej komórce ciała. Hutch zdawał się wyczuwać jej lęk, bo zaczął mówić.

– Kojoty, bo i tak się je niekiedy nazywa. Przemieszczają się gromadnie i kłócą o padlinę tu i tam. To właśnie o tym śpiewają. Chwalą się, który znalazł najlepsze kości krów. Najgorsze, do czego są zdolne, to wykradanie kur z kurników, ale robią to tylko wtedy, kiedy muszą. Myślę, że nauczyły się nie zbliżać do ludzi, jeśli nie chcą skończyć z podziurawionym ogonem… – ciągnął cichym, uspokajającym głosem, który dodawał Caroline otuchy. Od czasu do czasu nad obozem rozlegała się pieśń kojota, długa i żałosna.

– To brzmi, jakby skarżył się na samotność – wyszeptała.

Hutch zerknął na nią, jego oczy skryte były w cieniu. Ostrożnie podał jej blaszany kubek.

– Proszę się napić kawy – powiedział.

Obudził ją wschód słońca, kiedy jasne promienie wdarły się do wnętrza namiotu. Caroline śniło się, że ćwiczy gamy na pianinie, a Bathilda stoi nad nią, krzycząc: „Nadgarstki! Nadgarstki!”, jak to miała w zwyczaju. Przez chwilę po przebudzeniu Caroline nie wiedziała, gdzie jest. Ostrożnie wystawiła głowę z namiotu i z ulgą przekonała się, że Hutcha nie ma w pobliżu. Wstała i przeciągnęła się, opierając dłonie na krzyżu. Włosy miała w nieładzie, a w ustach czuła cierpki smak wczorajszej kawy. Przetarła oczy i odkryła, że jej skronie pokrywa piasek. Właściwie nie tylko skronie, lecz całą twarz i ubranie. Odkryła ziarenka po wewnętrznej stronie mankietów, czuła, jak piach drapie jej skórę w kołnierzyku. Pomięte koce obok stygnącego popiołu wskazywały, gdzie spędził noc brygadzista.

– Dzień dobry, pani Massey.

Caroline wzdrygnęła się, słysząc głos Hutcha. Nadchodził od strony zielonych terenów nad wozem, prowadząc kasztany na trzymanych w obu dłoniach kantarach.

– Jak pani minęła pierwsza kowbojska noc? – uśmiechnął się. Odpowiedziała uśmiechem, choć nie do końca go zrozumiała.

– Dzień dobry, panie Hutchinson. Spałam dobrze, dziękuję.

– Idę nad strumień napoić konie, a potem zabiorę się za śniadanie – powiedział. Caroline skinęła głową i rozejrzała się. – Postawiłem tam puszkę z wodą, gdyby miała pani potrzebę się odświeżyć – dodał i znów się uśmiechnął, przechodząc przez obozowisko.

Jednak w tej chwili Caroline miała zupełnie inną potrzebę. Przez chwilę zastanawiała się, co zrobić, aż nagle w panice zdała sobie sprawę, że będzie musiała wypróżnić się w krzakach, a Hutch ostentacyjnie udał się w drugą stronę prawdopodobnie właśnie po to, żeby miała pewność, iż nie będzie świadkiem tego upokarzającego wydarzenia. Obok puszki z wodą troskliwie umieścił zwitek podartych gazet i cienki bawełniany ręcznik. Z grymasem przerażenia na twarzy Caroline wykorzystała te skromne środki higieniczne najlepiej, jak zdołała. Po powrocie Hutch wykazał się ogromną subtelnością – nie zapytał o żaden z pozostawionych przedmiotów ani ich nie szukał.

W południe słońce prażyło najsilniej, ale ręka Caroline, w której ściskała zakurzoną parasolkę, omdlewała z wysiłku. Poddała się więc i złożyła ją na kolanach. Spoglądając w niez­mierzony błękit nieba, zobaczyła w oddali dwa punkciki, krążące wysoko nad nimi.

– Czy to orły? – zapytała, wskazując w górę, przy okazji zauważając, jak brązowa od brudu była jej koronkowa rękawiczka. Hutch podążył za jej spojrzeniem, mrużąc oczy.

– Obawiam się, że to tylko myszołowy. Tu, na prerii, widujemy niewiele orłów. Jeśli pojedzie pani do Rockies, zobaczy pani piękne ptaki. Jest pani bardzo spostrzegawcza, pani Massey – zauważył. Znów wlepił wzrok przed siebie i zanucił cicho pod nosem: – „Daisy, Daisy, dajże odpowiedź mi”…

Caroline spuściła oczy na horyzont. Nagle wyprostowała się i znów wskazała palcem.

– Ktoś jedzie! – wykrzyknęła podekscytowana.

– No cóż, nie jesteśmy tak daleko od rancza. To może być jeden z naszych poganiaczy – oznajmił Hutch, kiwając głową z lekkim uśmiechem.

– Czy to Corin? – zapytała Caroline, gorączkowo poprawiając zrujnowaną fryzurę. Zaczęła wtykać niesforne pasma pod czepek. – Myśli pan, że to pan Massey?

– No cóż – Hutch znów się uśmiechnął, widząc jej pośpieszne wysiłki. – Nie znam nikogo innego w okolicy, kto jeździłby na tak czarnej klaczy, więc myślę, że to faktycznie może być pani mąż.

Caroline wciąż jeszcze wygładzała spódnice i szczypała się w policzki, nie przejmując się, że Hutch to widzi, kiedy jeździec zbliżył się i wreszcie zobaczyła Corina pierwszy raz, odkąd go poślubiła przed ponad miesiącem. Opuściła dłonie elegancko na kolana, chociaż w środku kipiała ze zdenerwowania. Kary koń szybko pokonywał dzielącą ich odległość, wzbijając tumany kurzu, a kiedy dotarł do wozu, Corin zsunął z twarzy chustę, ukazując szeroki uśmiech. Był równie wspaniały i uroczy, jak pamiętała.

– Caroline! – krzyknął. – Jak dobrze cię widzieć! – Zeskoczył z konia i stanął u jej stóp.

A ona pozostała na swoim miejscu, wysoko na wozie, sparaliżowana strachem i oczekiwaniem.

– Czy dobrze się czujesz? Jak minęła podróż?

Kiedy nie odpowiadała, Corinowi zrzedła nieco mina, a w oczach pojawiło się zdziwienie. Tego nie mogła już znieść. Nie była w stanie wykrztusić ani słowa, lecz na jego widok poczuła większą ulgę, niż kiedykolwiek by przyznała, dlatego nie zważając na maniery, rzuciła się z ławeczki w jego stęsknione ramiona. Tylko jej szczupłej figurze para zawdzięczała, że nie wylądowała na preriowym piasku. Hutch przyglądał się całej scenie z lakonicznym uśmiechem, beztrosko trzymając lejce w jednej dłoni. Napotkawszy spojrzenie pracodawcy, lekko skinął mu głową na przywitanie.

Kiedy wóz ze świeżo poślubioną żoną Corina Masseya wreszcie zajechał przed dom na ranczu, przywitało ją tam sporo osób. Byli to głównie młodzi mężczyźni w przykurzonych, znoszonych ubraniach, którzy dołożyli jednak starań, by zaczesać włosy i wetknąć koszule w spodnie. Corin uśmiechnął się, widząc zatrwożone spojrzenie, jakim Caroline obrzuciła własny brudny strój.

Mężczyźni skłonili przed nią głowy i uchylili kapeluszy, mamrocząc słowa powitania, kiedy wysiadała z wozu, a ona uśmiechnęła się i podziękowała im uprzejmie.

– Nie mogę się doczekać, żeby oprowadzić cię po ranczu, Caroline. Tak się cieszę, że będę mógł ci wszystko pokazać! Chyba że jesteś zbyt zmęczona po podróży! – wykrzyknął Corin, zeskakując z konia.

– Och, Corin, jestem taka zmęczona! Oczywiście, wszystko mi pokażesz, ale najpierw muszę się położyć, a potem wziąć kąpiel – odrzekła.

Corin pokiwał głową ze zrozumieniem, ale wyglądał na nieco rozczarowanego. Wysoki, biały dom, jaki wyobrażała sobie Caroline, okazał się niskim, drewnianym budynkiem i chociaż fasadę rzeczywiście pomalowano na biało, preriowy piasek przybrudził dolną połowę ściany. Corin podążył za jej spojrzeniem.

– Wiosenny wiatr dmuchnął, zanim farba zdążyła wyschnąć – przyznał nieśmiało. – Pomalujemy jeszcze raz, nie martw się. Na szczęście zdążyliśmy położyć farbę tylko od frontu, więc niewiele pracy poszło na marne!

Caroline zerknęła za róg i rzeczywiście, boki domu wciąż były koloru drewna.

– Zajmę się Ladacznicą. Ty zabierz panią Massey do domu – zaproponował Hutch, przejmując lejce od Corina.

– Ladacznicą? – spytała oszołomiona Caroline.

– Moją klaczą – Corin wyszczerzył zęby w uśmiechu, gładząc konia po czole. Caroline nie znała się na koniach, ale zdawało jej się, że klacz rzuciła gniewne spojrzenie. – Najbardziej uparta, przekorna bestia, jaką znajdziesz w okolicy, wszyscy o tym wiedzą.

– To czemu ją trzymasz, skoro jest taka nieprzyjemna?

– No cóż… – Corin wzruszył ramionami, jakby nigdy się nad tym nie zastanawiał. – To mój koń.

Wewnątrz ściany nie miały tapet, a w oknach nie wisiały zasłony. Mebli było dość, ale stały w nieładzie, rozrzucone w pokoju jak popadnie. Tylko głęboki fotel przy palniku oraz stos magazynów o bydle i katalogów ziaren wydawały się zajmować właściwe miejsce. Podłoga zastawiona była licznymi pudłami i kartonami.

Caroline przeszła powoli wokół, przyglądając się temu wszystkiemu. Pod jej stopami chrzęścił piach. Kiedy ponownie spojrzała na męża, nie potrafiła ukryć przerażenia. Uśmiech zamarł Corinowi na twarzy.

– Posłuchaj, Caroline, specjalnie nie urządziłem wszystkiego do końca, bo pomyślałem, że to nie ma sensu, dopóki nie przyjedziesz i nie powiesz mi, jak trzeba to zrobić. Teraz, kiedy tu jesteś, szybko się tym zajmiemy – wyjaśnił pospiesznie. Caroline uśmiechnęła się, biorąc drżący oddech; powietrze wypełniał zapach świeżo ściętego dębu. – Po prostu… zbudowanie tego domu zajęło mi więcej czasu, niż planowałem… Przepraszam, Caroline.

– Nie, nie! Nie przepraszaj! – wykrzyknęła zmartwiona, że sprawiła mu przykrość. – Jestem pewna, że będzie cudowny, wiem dokładnie, jak go umeblować! Świetnie się spisałeś. – Odwróciła się i oparła mu głowę na piersi, upajając się jego zapachem. Corin odgarnął jej włosy z czoła i mocno ją przytulił. Pod wpływem jego dotyku poczuła, jak w jej wnętrzu rozlewa się ciepło i narasta napięcie, przypominające głód.

– Chodź ze mną – szepnął, prowadząc ją przez drzwi na drugim końcu salonu do mniejszego pokoju, którego większą część zajmowało ogromne żelazne łóżko. Okrywała je elegancka, kolorowa kapa. Caroline przesunęła po niej delikatnie palcami, czując atłas i jedwab, chłodne i śliskie w dotyku. – Sprowadziłem je aż z Nowego Jorku – powiedział Corin. – Przyjechało tuż przed tobą; narzuta należała do mojej matki. Może chcesz je wypróbować?

– O nie! Zabrudziłabym je. Jest przepiękne, Corin – zachwycała się Caroline.

– No cóż, ja też jestem brudny i uważam, że trzeba je wypróbować. – Corin ujął jej dłonie, a potem objął ją w talii.

– Poczekaj! Nie! – Caroline roześmiała się, kiedy pociągnął ich oboje na sprężysty materac.

– Wciąż nie mieliśmy naszej nocy poślubnej – powiedział cicho. Wpadające przez okno promienie słońca lśniły złotem na włosach Corina, zacieniając jego oczy. Caroline czuła odór swojego niemytego ciała, suchość w ustach.

 

– Nie. Jeszcze nie wieczór… I muszę się wykąpać… No i ktoś mógłby nas zobaczyć.

– Nie jesteśmy już w Nowym Jorku, kochana. Nie musisz już robić tego, co każe ci ciotka, nie musimy zachowywać się tak, jak każe nam społeczeństwo… – Corin położył dłoń na jej brzuchu, a Caroline wstrzymała oddech, który stał się szybki i płytki. Mężczyzna odpiął wszystkie guziczki jej bluzki i rozsunął ją delikatnie.

– Ale, ja…

– Żadnego „ale” – szepnął Corin. – Odwróć się.

Caroline posłuchała, a Corin przez chwilę szarpał się ze wstążkami jej gorsetu. Kiedy je rozwiązał, Caroline zakręciło się w głowie od nagłego przypływu powietrza. Przymknęła oczy. Corin obrócił ją twarzą do siebie i obrysował kontury jej ciała spracowanymi dłońmi, na które zwróciła uwagę podczas ich pierwszego spotkania. Ucałował delikatnie jej powieki.

– Jesteś taka piękna – powiedział cicho, głębokim, zachrypniętym głosem. – Oczy jak srebrne dolarówki.

Przestraszona siłą ogarniającego ją pożądania, Caroline pocałowała go najmocniej, jak potrafiła. Nie miała pojęcia, czego się spodziewać, wiedziała tylko, że Corin miał teraz do jej ciała takie prawa, jakich nie miał nikt przed nim. Bathilda czyniła ponure aluzje do cierpienia, które trzeba znieść, i obowiązków do wypełnienia, ale zetknięcie skóry Corina z jej skórą było najcudowniejszym uczuciem, jakiego dotąd doświadczyła; subtelny nacisk jego dotyku, ciężar przesuwający się między udami Caroline, wypełniły ją niemal bolesnym uczuciem żaru i chłodu, tak innym niż wszystko, co czuła wcześniej, że krzyknęła z radosnym zdumieniem, zapominając o zasadach stosowności i istnieniu ludzi, którzy mogliby ją usłyszeć.

Corin obwiózł swoją żonę po ranczu w powozie, ponieważ na spacer było za daleko, a Caroline nigdy wcześniej nie jeździła wierzchem. Wydawał się tym zaskoczony, ale potem wzruszył ramionami i orzekł:

– Nie martw się, nauczysz się raz-dwa.

Ale Caroline nie ufała tym zwierzętom o brzydkich zębach i brutalnej sile, a myśl, że miałaby siedzieć na grzbiecie jednego z nich, była jej zupełnie obca. Kiedy Corin z dumą prezentował jej swoje klacze zarodowe oraz ogiera Apache, Caroline kiwała głową i uśmiechała się, usiłując je od siebie odróżnić. Dla niej wszystkie te stworzenia wyglądały tak samo. Pokazał jej rozmaite zagrody, korrale i klatki na bydło, a także niskie, niedbale zbite baraki, w których spali kowboje. Caroline zauważyła, jak swobodnie zachowuje się jej mąż. Po niepewności czy nieśmiałości, okazywanych wśród nowojorskiej socjety, nie było ani śladu. Minęli mizerną ruderę, wkopaną do połowy w ziemię i zadaszoną deskami i darniną.

– To byłby nasz dom, gdybyś przyjechała do mnie dużo wcześniej! – oznajmił Corin z uśmiechem.

– To? – powtórzyła Caroline z przerażeniem.

Corin skinął głową potakująco.

– Ta ziemianka była moim pierwszym lokum, kiedy w dziewięćdziesiątym trzecim zgłosiłem prawo do tej ziemi. I przezimowałem w niej dwa lata, dopóki nie postawiłem prawdziwego domu, a znalazłem go na prerii i przyciągnąłem tutaj, jeśli możesz w to uwierzyć!

– Ukradłeś dom?

– Nie ukradłem, nie, nic podobnego! Podejrzewam, że postawił go jakiś osadnik, który próbował się tu osiedlić, gdy było to jeszcze nielegalne. Ale ktokolwiek go zbudował, przeniósł się albo został przeniesiony. Dom stał na pustkowiu, a jedynymi lokatorami były grzechotniki. Wytrząsnąłem je ze środka, załadowałem dom na platformę i przywlokłem go tutaj. To był wygodny domek, ale z pewnością nie dość przestronny dla rodziny. – Mówiąc to, ujął jej dłoń i uścisnął ją, a zawstydzona Caroline odwróciła wzrok.

– Dużej rodziny? – zapytała ostrożnie.

– Myślę, że czworo albo pięcioro dzieci powinno wystarczyć – Corin wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Jak uważasz?

– Czworo albo pięcioro powinno wystarczyć – zgodziła się, uśmiechając się równie szeroko.

– Zobacz, do tej zagrody prowadzimy klacze, kiedy mają się oźrebić.

– Co to? – zapytała Caroline, wskazując na stożkowy namiot za korralem dla klaczy.

– Tu mieszka rodzina Joego. Widzisz tę ziemiankę obok? Joe śpi tam z żoną, ale jego rodzice chcieli mieć tipi, jak dawniej, więc nadal w nim mieszkają. Przywiązują wagę do tradycji.

– Dlaczego… rodzina Joego miałaby mieszkać w tipi? – zapytała skonsternowana Caroline.

Corin spojrzał na nią z równym zakłopotaniem.

– Dlatego, że są Indianami, kochanie. I podoba im się takie życie, jakie wiedli dotąd, chociaż sam Joe myśli bardziej postępowo. Pracuje dla mnie od samego początku, kiedy mogłem mu zapłacić tylko ubraniami i puszkami richmondzkiego tytoniu za pięć centów. To jeden z moich najlepszych poganiaczy…

– Indianami? Są tu Indianie? – Caroline zaczęło walić serce, a żołądek ścisnął jej skurcz strachu. Nie mógłby jej bardziej zszokować, nawet gdyby powiedział, że wpuścił wilki między swoje bydło. – Hutch powiedział, że wszyscy wyjechali – wyszeptała.

– No tak, większość wyjechała. Reszta ludzi Joego mieszka w rezerwacie, na wschód od nas, na terenie, który rozciąga się aż po brzegi rzeki Arkansas. To znaczy ci, którzy pozostali na Terytorium Oklahomy. Przewodzi im wódz Biały Orzeł. Ale część wróciła na zachód kilka lat temu. Wódz Stojący Niedźwiedź poprowadził ich z powrotem na ich ziemie w Nebrasce. Pewnie bardziej tęsknili za domem… – wyjaśnił, ale do świadomości Caroline dotarły tylko strzępki tej krótkiej historii plemienia.

Nie mogła uwierzyć własnym uszom i oczom, że tu, na progu jej domu, obozują dzicy, o których okrucieństwie opowiadano sobie na wschodzie od dziesiątek lat. Sparaliżował ją strach. Gwałtownym ruchem wyrwała Corinowi lejce i szarpnęła łeb konia, kierując go w stronę domu.

– Hej, poczekaj, co ty robisz! – zawołał Corin, próbując odebrać jej lejce, kiedy koń odrzucił łeb w geście sprzeciwu, a wędzidło zadźwięczało mu na zębach.

– Chcę stąd odjechać! Chcę się znaleźć jak najdalej od nich! – wykrzyknęła Caroline, drżąc na całym ciele. Zakryła twarz rękami, rozpaczliwie starając się ukryć. Corin uspokoił konia, potem ujął jej dłonie w swoje.

– Posłuchaj! – zaczął poważnie, patrząc jej prosto w oczy. – Posłuchaj mnie, Caroline. To dobrzy ludzie. Ludzie, tacy sami jak ty i ja. Chcą po prostu żyć, pracować i wychowywać dzieci. Zapomnij o tym, co słyszałaś na wschodzie, gdzie lubią przedstawiać Indian jako największych łajdaków. Ja ci mówię, że nie chcą sprawiać kłopotów ani tobie, ani nikomu innemu. W przeszłości dzieliły nas konflikty, które często prowokowaliśmy my, biali, ale teraz wszyscy chcemy żyć ze sobą w zgodzie. Joe przywiózł tu swoją rodzinę, żeby mieszkać i pracować razem z nami, a to wymagało takiej odwagi, jakiej my pewnie nie potrafimy sobie wyobrazić. Słyszysz mnie, Caroline?

Skinęła głową, chociaż trudno jej było uwierzyć w jego słowa. Łzy potoczyły się jej po policzkach.

– Nie płacz, kochanie. Nic z tego, co słyszałaś o Indianach, nie dotyczy Joego. Mogę ci to zagwarantować. Chodź ze mną, przedstawię cię.

– Nie! – wyksztusiła.

– Tak. Są teraz twoimi sąsiadami, a Joe to mój dobry przyjaciel.

– Nie mogę! Proszę! – łkała Caroline.

Corin wyjął chusteczkę i wytarł jej twarz. Uniósł podbródek żony i uśmiechnął się czule.

– Moje biedactwo. Proszę, nie bój się. No, chodź. Jak tylko ich poznasz, przekonasz się, że nie masz się czego bać.

Mlaskając językiem na znękanego konia, Corin znów go zawrócił i skierował w kierunku tipi i ziemianki. Oba domostwa otaczała gmatwanina sznurów na pranie, stojaków do suszenia ubrań, lin, narzędzi i uprzęży. Przed namiotem płonęło niewielkie ognisko, a kiedy podjechali bliżej, z tipi wyszła niska kobieta z prostymi włosami, niosąc w ręku osmolony garnek, który zamierzała umieścić nad żarem. Pochyliła się nad paleniskiem, ale jej oczy rozbłysły w pajęczynie głębokich zmarszczek oplatających jej twarz. Bez słowa wyprostowała się i skinęła im głową, obserwując Caroline ze spokojnym zainteresowaniem, kiedy Corin zeskoczył z powozu.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora