DziedzictwoTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Och, nie miałam na myśli nic złego. – Mój głos brzmi zbyt piskliwie. Biorę głęboki wdech, wypuszczam powietrze.

– Szukasz… ostrokrzewu?

– Tak. Albo jemioły. Lub jakiegoś ładnego bluszczu z jagodami. Żeby udekorować dom – uśmiecham się.

– Chodź, Harry. Pokażemy Erice wielki ostrokrzew – mówi Dinny. Podciąga Harry’ego do pionu i lekkim popchnięciem skłania go do ospałego chodu.

– Dzięki – powtarzam.

Nadal nie mogę uspokoić oddechu. Dinny idzie przede mną. Przez plecy przewieszonych ma parę szarych wiewiórek, powiązanych za ogony.

Mają czarne, półprzymknięte oczy i ciemne, matowe plamy na bokach.

– Po co ci te wiewiórki? – pytam.

– Na kolację – odpowiada spokojnie Dinny. Ogląda się za siebie, dostrzega przerażenie na mojej twarzy i uśmiecha się pod nosem. – Czyżby wiewiórki nie weszły jeszcze do menu eleganckich londyńskich restauracji?

– Może niektórych. Ale nie tych, w których się stołuję. Skąd wiedziałeś, że mieszkam w Londynie? – Znów się odwraca, omiata wzrokiem moje eleganckie buty, ciemne dżinsy, luźny wełniany płaszcz. Moją wycieniowaną grzywkę.

– Strzelałem – stwierdza cicho.

– Nie podoba ci się w Londynie? – pytam.

– Byłem tam tylko raz – rzuca Dinny przez ramię. – Ale właściwie to nie. Nie lubię miast. Lubię, kiedy horyzont leży w odległości większej niż dziesięć metrów.

– A ja lubię mieć na co popatrzeć – wzruszam ramionami.

Dinny nie uśmiecha się, ale zwalnia, żeby iść obok mnie, a jego milczenie jest prawie życzliwe. Zastanawiam się, czym je wypełnić. Nie jest dużo wyższy ode mnie, mniej więcej wzrostu Beth. Wokół jego kucyka dostrzegam kawałek ciasno zawiązanej ciemnoczerwonej skórzanej sznurówki. Nogawki jego dżinsów są ubłocone; ma na sobie T-shirt i luźną bawełnianą bluzę. Widzę, jak wiatr muska jego gołą szyję i przeszywa mnie dreszcz, chociaż jestem opatulona wieloma warstwami. On wydaje się nie zauważać zimna. Wchodzimy na niewielkie wzniesienie. Moje kroki słychać najbardziej. Z jakiegoś powodu ich stopy nie trafiają na tyle gałązek co moje.

– Tam – pokazuje Dinny.

Patrzę przed siebie i widzę ciemny ostrokrzew, stary i powykręcany. Harry podniósł opadłą gałązkę i teraz wciska sobie ciernie w kciuk: krzywi się z bólu, potrząsa dłonią i zaczyna od początku.

Zaczynam ścinać gałęzie – wybieram te z najbardziej spiczastymi liśćmi i najokazalszymi kiściami jagód. Jedna z gałązek wymyka mi się z palców, smagając mnie w twarz. Zostawia mi pod okiem cienkie, szczypiące zadrapanie. Dinny znów przygląda mi się nieprzeniknionym wzrokiem.

– A jak się czuje twoja mama? Jest tu z tobą? – pytam. Chcę słyszeć jego głos, chcę się dowiedzieć o wszystkim, co robił, odkąd widziałam go po raz ostatni, chcę, żeby znów był prawdziwy, żeby wciąż był moim przyjacielem. Ale teraz już pamiętam to jego milczenie. Wcześniej nigdy mnie nie krępowało. Dziecko nie przejmuje się czymś tak nieszkodliwym jak cisza, podchodzi do niej z dużą cierpliwością.

– Czuje się dobrze, dziękuję. Nie podróżuje już z nami. Po śmierci taty dała sobie spokój; powiedziała, że robi się na to za stara, ale ja myślę, że po prostu miała już dość życia w drodze. Oczywiście, nigdy nie powiedziałaby tego tacie. Ale kiedy umarł, przestała. Związała się z hydraulikiem imieniem Keith. Mieszkają w West Hatch, po drugiej stronie drogi.

– No proszę. Przekaż jej ode mnie pozdrowienia, kiedy się z nią zobaczysz. – Słysząc to, marszczy lekko brwi i zastanawiam się, czy powiedziałam coś nie tak. Na takiej twarzy jak jego wystarczy najdrobniejszy grymas, by stała się ponura lub zagniewana. Gdy miał dwanaście lat, wydawał się przez to czujny, uważny. Czułam się wtedy głupia i trzpiotowata i teraz znów się tak czuję.

Kiedy mój kosz wypełnia się gałązkami, wracamy przez las na polanę, na której obozowali. To rozległa przestrzeń na zachodnim skraju zagajnika, osłonięta z trzech stron drzewami, a od zachodu wychodząca na otwarte pole i wyżłobioną koleinami ścieżkę, która prowadzi z powrotem na drogę. Ziemia jest nasiąknięta wodą, która chlupie nam pod stopami. Zbliżamy się do obozu. Latem króluje tu zieleń, polanę porasta długa, aksamitna trawa, a ziemia jest twarda i bezpieczna. Harry idzie obok nas, a jego uwagę przykuwa wciąż coś nowego.

– A ty? Mieszkasz tu teraz? – pyta w końcu Dinny.

– Nie, nie. Nie wiem. Chyba nie. Na razie tak, przynajmniej przez święta. Odziedziczyłyśmy ten dom, Beth i ja… – Ależ pompatycznie to brzmi.

– Beth tu jest? – przerywa Dinny, odwracając się do mnie.

– Tak, ale… Tak, jest. – Chciałam powiedzieć: ale się zmieniła, ale nie chce wyjść z domu. – Powinieneś wpaść i się przywitać – mówię, chociaż wiem, że tego nie zrobi.

W obozie stoi sześć pojazdów – więcej niż kiedyś. Dwa minibusy, dwa samochody turystyczne, stary koniowóz i przerobiony ambulans wojskowy, który Dinny wskazuje jako swój. Z kominów buchają kłęby dymu, a ziemię znaczą okręgi zimnego popiołu. Harry wyprzedza nas, siada na pniaku i podnosi z ziemi coś, co całkiem go pochłania. Kiedy podchodzimy bliżej, podbiegają do nas trzy psy, szczekając z udawaną agresją. Wiem, co robić. Staję bez ruchu z opuszczonymi rękami, czekając, by do nas dobiegły, obwąchały mnie i zobaczyły, że nie uciekam.

– Twoje?

– Tylko dwa. Ten czarno-brązowy należy do mojego kuzyna Patricka. To jest Blot. – Dinny drapie za uszami rozwścieczonego czarnego kundla, który szczerzy zęby, wystraszony. – A to Popeye. – Mniejszy, delikatniejszy pies; szorstkie brązowe futro i życzliwe spojrzenie. Popeye liże Dinny’ego po podsuniętych palcach.

– Czyli… pracujesz gdzieś tutaj? Czym się zajmujesz? – zagajam, jakbyśmy się właśnie spotkali w pubie, a Dinny wzrusza ramionami.

Przez chwilę myślę, że utrzymuje się ze świadczeń socjalnych, kradnie, sprzedaje narkotyki. Ale to są myśli Meredith i wstydzę się, że przyszły mi do głowy.

– Chwilowo niczym. Przez większość roku jeździmy po kraju za pracą. Pracujemy na farmie, za barem, na festiwalach. O tej porze roku zwykle niewiele się dzieje.

– Musi być wam ciężko.

Dinny rzuca mi spojrzenie z ukosa.

– Jest w porządku, Erico – odpowiada łagodnie.

Nie pyta, czym ja się zajmuję.

Najwyraźniej podczas tego krótkiego spaceru wykorzystałam wszystkie prawa, należne mi z racji naszej znajomości w dzieciństwie.

– Podoba mi się twój ambulans – rzucam zdesperowana.

W tym samym momencie drzwi ambulansu z hukiem otwierają się na oścież i ze środka gramoli się niezgrabnie dziewczyna. Opiera dłonie na krzyżu, rozciąga się z grymasem. Poznaję ją od razu – to ta dziewczyna w ciąży z kurhanu. Ale może mieć najwyżej piętnaście, szesnaście lat. Dinny jest w wieku Beth: ma trzydzieści pięć lat. Spoglądam znów na dziewczynę i próbuję dać jej osiemnaście, może dziewiętnaście lat, ale nie potrafię.

Dziewczyna ma kręcone włosy; to naturalna blondynka, co dziś rzadko się zdarza. Jej skóra jest blada, a wokół oczu rysują się błękitne sińce. Ma na sobie obcisły, pasiasty sweterek, przez co widać dokładnie, jak niewiele czasu zostało do porodu. Zauważa mnie i Dinny’ego i podchodzi do nas z gniewną miną.

Próbuję się uśmiechnąć, udawać, że czuję się swobodnie. Wygląda groźniej niż Blot.

– Kto to jest? – pyta władczo z rękami na biodrach. Zwraca się do Dinny’ego, nie do mnie.

– Erico, to jest Honey. Honey, to Erica.

– Honey? Miło mi cię poznać. Przepraszam, że cię przestraszyłam wtedy w kurhanie, kilka dni temu – mówię pogodnym tonem, którego, co mnie absolutnie przeraża, prawdopodobnie używam w klasie.

Honey patrzy na mnie zmęczonymi oczami bez wyrazu.

– To byłaś ty? Nie przestraszyłaś mnie – mówi z wyraźnym akcentem z Wiltshire.

– No dobrze. Nie przestraszyłam, ale… – wzruszam ramionami. Przygląda mi się dłuższą chwilę. Takie ostre spojrzenie u tak młodej osoby. Czuję namacalną ulgę, kiedy przesuwa je znów na Dinny’ego.

– Piecyk źle ciągnie – oświadcza.

Dinny wzdycha, kuca, żeby przejechać dłonią po futrze Popeye’a. Pierwsze krople deszczu moczą nam dłonie i twarze.

– Zaraz się tym zajmę – odpowiada uspokajająco. Honey wpatruje się w niego przez chwilę, a potem odwraca się i znika w środku, nie spoglądając za siebie. Przez chwilę jestem oniemiała z wrażenia.

– No… to kiedy termin? Chyba wkrótce? – pytam, zakłopotana, w nadziei, że mnie nie usłyszy z ambulansu.

– Zaraz po świętach – mówi Dinny, z wzrokiem utkwionym daleko za polaną.

– Tak szybko! Na pewno się cieszycie. Spakowała już wszystko, co trzeba? Do szpitala? – Dinny kręci przecząco głową.

– Żadnego szpitala. Mówi, że chce urodzić tutaj. – W tym momencie Dinny urywa, wstaje i odwraca się do mnie. – Nie wiem, czy to dobry pomysł. Znasz się na dzieciach? – Wydaje się zaniepokojony.

– Ja? Nie, raczej nie. Nigdy… Ale rząd stale dziś trąbi o zaletach porodów domowych. Okazuje się, że to prawo każdej kobiety. Macie dobrą położną?

– Żadnej położnej, żadnego porodu domowego. Honey chce urodzić tutaj, w lesie.

– W lesie? Ależ… jest grudzień! Czy ona oszalała?

– Wiem, że jest grudzień, Erico. Ale wybór należy do niej, jak sama powiedziałaś – odpowiada beznamiętnie. W jego głosie pobrzmiewa irytacja. – Doprowadziła ideę porodu naturalnego do granic możliwości.

– Ale ty też masz prawo wyboru. Ojciec też ma pewne prawa. Słuchaj, pierwszy poród może trwać dość długo. Beth rodziła Eddiego trzydzieści sześć godzin…

– Beth ma dziecko?

– Syna. Ma już jedenaście lat. Przyjeżdża na święta, więc pewnie go poznasz… Eddie. Fantastyczny dzieciak.

– Więc jest mężatką?

– Była. Już nie jest – odpowiadam krótko. Pyta o Beth, ale nie o mnie.

 

Deszcz znów przybiera na sile. Garbię się i wpycham ręce głębiej do kieszeni, ale Dinny wydaje się tego nie zauważać. Zastanawiam się, czy nie zaproponować, że porozmawiam z Honey, ale potem przypominam sobie jej harde spojrzenie i mam nadzieję, że Dinny mnie o to nie poprosi. Decyduję się na kompromis.

– Słuchaj, jeśli Honey ma ochotę z kimś o tym porozmawiać, może zechciałaby z Beth? Ta historia mogłaby jej otworzyć oczy.

– Nie chce z nikim o tym rozmawiać. Jest… uparta – wzdycha Dinny.

– Zauważyłam – rzucam pod nosem.

Nie zniosę kolejnej ciszy. Chcę go zapytać o święta. O imiona dla dziecka. Chcę go zapytać o jego podróże, o jego życie, o naszą przeszłość.

– No dobrze, to ja się zbieram. Idę się schować przed deszczem. – To wszystko, na co mnie stać. – Miło cię widzieć, Dinny. Cieszę się, że wróciłeś. I miło było poznać Honey. Ja… wiesz, jesteśmy w domu, gdybyście czegoś potrzebowali.

– Ciebie też miło widzieć, Erico. – Dinny spogląda na mnie z przekrzywioną głową, ale w jego oczach widzę niepokój, a nie radość.

– Ok. To cześć. – Odchodzę tak spokojnie, jak tylko potrafię.

Nie mówię Beth o Dinnym, gdy zastaję ją w gabinecie przed telewizorem. Nie wiem, dlaczego. Jeśli jej powiem, wywołam jakąś reakcję. I nie jestem pewna, jaką. Nagle robię się podenerwowana. Mam wrażenie, że nie jesteśmy już same. Czuję obecność Dinny’ego gdzieś tam, za drzewami. Nie daje mi to spokoju, wytrąca mnie z równowagi. Trzeci wierzchołek naszego trójkąta. Wyłączam telewizor, rozsuwam zasłony.

– Zbieraj się. Wychodzimy – mówię.

– Nie chcę wychodzić. Gdzie miałybyśmy iść?

– Na zakupy. Mam już po dziurki w nosie zup z puszki. Poza tym zaraz będą święta. Mama i tata przyjeżdżają na lunch, a co zamierzasz podać Eddiemu w pierwszy dzień świąt? Stare krakersy Meredith? – Beth rozważa to przez chwilę, a potem podrywa się energicznie i kładzie ręce na biodrach.

– O Boże, masz rację. Masz rację!

– Wiem.

– Musimy kupić tyle rzeczy… indyka, kiełbaski, ziemniaki, puddingi… – wylicza na swoich długich palcach.

Do Bożego Narodzenia zostało jeszcze dziesięć dni, mamy mnóstwo czasu. Ale nic nie mówię. Chcę wykorzystać to jej nagłe ożywienie, więc wskazuję na drzwi.

– I ozdoby! – wykrzykuje Beth.

– Chodź. Zrobisz listę w samochodzie.

Devizes jest świątecznie udekorowane. Wejścia sklepów i hoteli przy High Street ozdabiają małe jodełki obwieszone białymi światełkami. Gra orkiestra dęta, a sprzedawca piecze kasztany, wzbijając kłęby gryzącego dymu ze swojego wózka. Zastanawiam się, czym się zajmuje przez resztę roku. Tu, w ciemnościach przetykanych deszczem ze śniegiem, stajemy się częścią ściśniętego tłumu. Owijamy się szalikami aż po uszy i oglądamy wystawy, pławiąc się w ciepłym, żółtym świetle. Z powrotem wśród ludzi, po głuchej ciszy posiadłości. Czuję się dobrze, jestem podekscytowana i tęsknię za Londynem. W każdym sklepie Beth nuci kolędy z taśmy. Biorę ją pod ramię z mocnym uściskiem.

Kilka godzin później moja siostra działa już na najwyższych świątecznych obrotach. Mamy osiem rodzajów sera, ogromną szynkę, kiełbaski, krakersy – do jedzenia i te tekturowe, do zabawy – indyka, którego z trudem udaje mi się donieść do samochodu i absurdalnie drogie ciasto. Upychamy to wszystko w bagażniku i wracamy po świecidełka, sznurki paciorków, złotą farbę, szklane sople, małe słomiane aniołki w sukniach z białego muślinu. Na farmie dwie minuty drogi od posiadłości sprzedają choinki, więc zaglądamy tam, wracając, i umawiamy się na dostawę i ustawienie trzymetrowego drzewka dwudziestego trzeciego grudnia.

– Choinkę można postawić w korytarzu. Przymocują ją drutem do balustrady – oświadcza Beth kategorycznie.

Może nie powinnam pozwalać jej wydawać pieniędzy, kiedy ma ciężki okres, jak teraz. Boję się podliczyć wszystkie rachunki, zsumować wydatki. Ale Beth ma pieniądze – pieniądze od Maxwella, pieniądze ze swoich tłumaczeń. Więcej pieniędzy niż ja, to pewne, chociaż nigdy o tym nie rozmawiamy. Przez większość czasu żyje skromnie. Chomikuje pieniądze, chyba że Eddie czegoś potrzebuje. Moje pochłania Londyn, dojazdy do pracy, czynsz, utrzymanie. Teraz mamy jedzenia na dziesięć osób, a będzie nas pięcioro, ale Beth wygląda na szczęśliwszą, ma mniej wymizerowaną twarz. Terapia zakupowa. Ale to nie to – ona lubi obdarowywać. Zostawiam ją przy upinaniu girland na gzymsie kominka i idę nastawić czajnik, śpiąca i zadowolona.

Na komórce mam wiadomość od mojej agencji o jakiejś pracy tymczasowej w szkole w Ealing, od dwunastego stycznia. Muskam kciukiem przycisk oddzwaniania, ale coś mnie powstrzymuje, nie chcę, żeby prawdziwe życie zwaliło mi się na głowę. Ale przecież muszę zarabiać pieniądze, muszę żyć dalej. Wtłaczać do niechętnych głów wiedzę o literaturze. Tyle że wcale nie muszę. Nie, jeśli tu zamieszkam. Koniec z czynszem. Zostałyby tylko koszty utrzymania, chociaż prawdopodobnie byłyby wyższe niż mój czynsz. Może warto byłoby tu zostać przez pięć, a nawet dziesięć lat? Spróbować tu zamieszkać – wystarczająco długo, by spadek się uprawomocnił. Potem mogłybyśmy wszystko sprzedać i przejść na emeryturę jako czterdziestolatki, kiedy ceny nieruchomości znów wzrosną. Ale co, jeśli mieszkanie tu wpędza Beth w chorobę? A ja nigdy nie pozbędę się uczucia, że coś czai się za moimi plecami? Chciałabym się odwrócić i sprawdzić, co to, chciałabym to rozgryźć. Pamiętam z tamtego lata wszystko – poza tym, co się stało z Henrym.

Przyjeżdżałyśmy tu jeszcze przez dwa lata, a mama bacznie nas obserwowała. Nie po to, żeby nas chronić albo strzec przed niebezpieczeństwem, tylko żeby sprawdzić, jak zareagujemy. Nie wiem, czy zachowywałam się inaczej. Może byłam trochę spokojniejsza. I bawiłyśmy się tylko w ogrodzie; już nie chciałyśmy zapuszczać się dalej. Mama trzymała nas z dala od Meredith, która stała się wówczas nieprzewidywalna, miotała przekleństwami i oskarżeniami na oślep. Ale Beth coraz bardziej zamykała się w sobie. Mama to widziała i powiedziała o tym tacie, a on zmarszczył brwi. I przestaliśmy przyjeżdżać.

Na zewnątrz zachodzi słońce, malując horyzont oranżem i chłodnym różem. Pryskam ostrokrzew złotą farbą, która nadaje połysk ciemnym liściom. Wyglądają bajecznie. Od oparów farby kręci mi się w głowie, jestem oszołomiona i zachwycona. Zwieszam rośliny z balustrady i rozkładam je wzdłuż parapetów, kiedy Beth schodzi na dół, z twarzą wygniecioną snem. Przechodzi obok miejsc, w których ułożyłam gałązki, leciutko dotykając liści, sprawdzając farbę opuszkami palców.

– Kontrola wypadła pomyślnie? – pytam z uśmiechem. Nastawiłam radio na stację Classic FM. Grają Good King Wen­ceslas. Beth kiwa głową, ziewa. Śpiewam rubaszną wersję kolędy, fałszując niemiłosiernie.

– Ale ci wesoło – zauważa Beth. Podchodzi do parapetu, na którym rozrzucam ostrokrzew, zakłada mi włosy za ucho, dotyka zadrapania pod moim okiem. Tak rzadko mnie dotyka. Uśmiecham się.

– Bo… – zaczynam.

Mam te słowa na końcu języka. Bardzo mnie kusi, żeby je wypowiedzieć, choć wciąż nie jestem pewna, czy to dobry pomysł.

– Bo co?

– Bo jest tu Dinny – wypalam.

Miłość

1902

Podróż z Nowego Jorku do Woodward na Terytorium Oklahomy była długa; miasta te dzieliło niemal dwa tysiące mil. Za oknami pociągu przemykały kolejne stany, wysunięte coraz dalej na zachód. Na początku Caroline podziwiała widoki. Kiedy pociąg zostawił za sobą znajome miasteczka stanu Nowy Jork, osady ludzkie stawały się coraz rzadziej rozrzucone. Jechał przez tak gęste i ciemne lasy, że zdawały się należeć do innej epoki, kiedy pochłaniały wagony na wiele mil. Jechał przez równie rozległe i nie mniej zdumiewające pola pszenicy i zboża oraz miasteczka, które robiły się coraz mniejsze, jakby kurczyły się pod naporem otwartej przestrzeni wokół siebie. Na jednej ze stacji wzdłuż torów stały prowizoryczne budynki, a dzieci bawiły się, biegnąc wzdłuż pociągu, machając do pasażerów, żebrząc o drobne. Caroline przeraziły ich bose stopy. Pomachała im, kiedy pociąg znów ruszył w drogę, i odwróciła się, by popatrzeć, jak kruche domki maleją w oddali, a po obu stronach wyrasta ziemia. Tu, na zachodzie, ziemia jest naprawdę nieujarzmiona, pomyślała. Zamieszkują ją ludzie, ale jeszcze nie odcisnęli na niej swojego piętna, a przynajmniej nie tak, jak to zrobili w Nowym Jorku. Caroline zapadła się w swój fotel i z ukłuciem niepokoju utkwiła wzrok w odległych fioletowych wzgórzach. W końcu pociąg, który niedawno wydawał się potężny, tu był jedynie drobnym punkcikiem, insektem pełzającym po nieskończonej powierzchni świata.

Podczas trzeciej i ostatniej przesiadki, w Dodge City w Kansas, czuła się już ociężała ze zmęczenia i nieświeża w swoim ubraniu. Brzuch miała rozgrzany i pusty, bo prowiant, który spakowała jej Sara, skończył się półtora dnia wcześniej – służąca nie była sobie w stanie wyobrazić tak długiej podróży, żeby pół tuzina ugotowanych na twardo jaj, jabłko i placek z wieprzowiną nie wystarczyły aż nadto. Caroline udała się razem z pozostałymi pasażerami na lunch w El Vacquero, w hotelu Harvey przy torach kolejowych w Dodge City. Był to całkiem nowy, ceglany budynek, co Caroline uznała za dowód na rosnące bogactwo i rozwój miejsca, które jeszcze niedawno znajdowało się na terenie pogranicza. Rozejrzała się dyskretnie wokół, zbyt ciekawa, by móc się powstrzymać.

Nieutwardzona ulica na zewnątrz wprost kipiała od ludzi, kucyków, powozów i furmanek, wydając zupełnie inny szmer niż ulice nowojorskie. Wierzchowce stały wzdłuż koniowiązów, podpierając tylne kończyny na czubkach kopyt. Nad miastem unosił się silny fetor gnojówki z pobliskich zagród hodowlanych, tworząc dziwną mieszankę z zapachem jedzenia i odorem rozgrzanych ciał ludzi i zwierząt. Zdezorientowany żołądek Caroline nie wiedział, czy burczeć, czy skurczyć się z obrzydzenia. Mężczyźni przechadzali się z pistoletami przytroczonymi do bioder, a Caroline patrzyła na nich zdumiona, jakby wyszli prosto z kart legendy. Ze zdenerwowania waliło jej serce i zaschło w gardle. Przez chwilę prawie zatęskniła za niezłomną postacią Bathildy u boku; zatęskniła za barierą jej przyzwoitości, za którą mogłaby się schować. Zażenowana, wyprostowała plecy i ponownie przeczytała menu.

Restauracja w porze lunchu była pełna ludzi, ale wkrótce obsłużyła ją dziarska dziewczyna w czystym fartuszku, podając jej bulion z makaronem, jajka w koszulkach i kawę.

– Daleko pani jedzie? – Mężczyzna, który siedział przy stole dwa krzesła dalej, uśmiechnął się i pochylił w jej kierunku.

Caroline zarumieniła się, wstrząśnięta, że odezwał się do niej tak swobodnie. Autor pytania był nieogolony i miał wyświecone mankiety płaszcza.

– Do Woodward – odpowiedziała, zastanawiając się, czy powinna się najpierw przedstawić i czy w ogóle powinna mu odpowiadać.

– Woodward? No, to nie ma pani daleko, jak sądzę, zważywszy na to, ile już pani przejechała… z Nowego Jorku, o ile dobrze rozpoznałem akcent? – Znów się uśmiechnął, tym razem szerzej. Caroline przytaknęła szybko i skupiła się na swoich jajkach. – Ma pani tam rodzinę? W Woodward, ma się rozumieć?

– Męża – odpowiedziała Caroline.

– Męża! Co za szkoda! Cóż, dobrze, że to miejsce trochę się rozwija, prawda? Wcześniej lokal Freda Harveya mieścił się w wagonie towarowym ustawionym na palach! Widziała pani coś takiego na wschodzie? – wykrzyknął głośno, a Caroline spróbowała uśmiechnąć się uprzejmie.

– Eh, Doon, zostaw tę dziewczynę w spokoju. Nie widzisz, że chce zjeść lunch bez twoich zaczepek? – To powiedział inny mężczyzna, siedzący obok pierwszego. Wyglądał, jakby miał zły humor, a wokół oczu rysowały mu się głębokie bruzdy. Włosy sczesał na jedną stronę, gdzie pozostały, utrwalone taką czy inną substancją. Caroline ledwie śmiała na niego spojrzeć. Policzki jej płonęły.

– Proszę mi wybaczyć – bąknął pierwszy mężczyzna.

Caroline zjadła z nieprzyzwoitym pośpiechem i mimo ciepłej pogody wróciła do pociągu z dłońmi wetkniętymi w mufkę z lisiego futra.

Krajobraz za Dodge City był rozległy i mało urozmaicony. Monotonna preria ciągnęła się za oknami pociągu mila po mili, kiedy pojazd skręcił na południe, na linię Santa Fe. Caroline zgarbiła się w swoim fotelu i marzyła o poluzowaniu gorsetu. Nie miała już siły siedzieć jak dama, a ponieważ była sama w przedziale, oparła głowę o szybę okna i wpatrywała się w bezkresne, jasnożółte niebo. Horyzont nigdy nie wydawał się jej tak szeroki, płaski, odległy. W końcu jego przestwór zaczął przyprawiać ją o zawroty głowy. Spodziewała się zobaczyć pokryte śniegiem góry, szmaragdowe połacie ziemi uprawnej i bystre rzeki. Ale ziemia wyglądała na rozgrzaną i wyczerpaną jak ona sama. Wyjęła więc swój egzemplarz Wirgińczyka z torby i wyobrażała sobie, że niczym Molly Wood nieustraszenie przecięła więzy rodzinne i odważnie wyruszyła na spotkanie nowego życia w nieznanej krainie. Jednak po pewnym czasie przestała się czuć jak bohaterka książki i znowu zaczęła się bać, więc pomyślała o swoim mężu, który czeka na nią w Woodward, i chociaż ta myśl zdawała się spowalniać pociąg i wydłużać tę niekończącą się podróż, to przynajmniej dodała jej otuchy.

 

Pociąg przyjechał do Woodward późnym popołudniem, kiedy słońce zaczęło zachodzić pomarańczowymi smugami za zakurzoną szybą. Caroline drzemała, kiedy konduktor minął jej przedział.

– Woodward! Następny przystanek Woodward! – Jego okrzyk wyrwał ją ze snu i wprawił jej serce w dygot. Zebrała swoje rzeczy i wstała tak szybko, że zakręciło jej się w głowie i musiała ponownie usiąść, oddychając głęboko. Jej myśli wypełniało jedno słowo: Corin. Znów go zobaczy, po tylu dniach! Kiedy pociąg się zatrzymywał, wyglądała niecierpliwie na stację, rozpaczliwie szukając go wzrokiem. Na widok swojego odbicia w szybie szybko przyklepała włosy, nadając fryzurze właściwy kształt, przygryzła wargi, żeby poczerwieniały, i uszczypnęła się w policzki. Nie mogła się uspokoić, cała drżała.

Wyszła sztywno z pociągu; spódnice lepiły się jej do nóg, a stopy spuchły i rozgrzały się w ciasnych trzewikach. Rozglądała się po drewnianym peronie z sercem w gardle, ale nie dostrzegła Corina ani wśród garstki ludzi wychodzących z powozów ani czekających na stacji. Pociąg westchnął ze znużeniem i powlókł się w stronę bocznicy, gdzie na tle nieba rysowała się wieża ciśnień. Caroline powitał tylko ciepły, cicho świszczący wietrzyk i chrzęst piasku na peronie pod jej stopami. Jeszcze raz rozejrzała się wokół i nagle poczuła się tak pusta i lekka, jakby następny podmuch wiatru mógł zbić ją z nóg i porwać ze sobą. Poprawiła kapelusz nerwowym ruchem, ale wciąż rozciągała wargi w uśmiechu, wypatrując upragnionego widoku. Woodward wyglądało na niewielkie, senne miasteczko. Od torów do miasta prowadziła szeroka, nieutwardzona ulica; wiatr wyżłobił w piasku małe fale na całej jej długości. Caroline czuła zapach smoły na budynku dworca, rozgrzanej od słońca, a także przenikliwy smród bydła. Spojrzała w dół, rysując stopą kreskę w piasku.

Kiedy pociąg odjechał, stację ogarnęła cisza nowego rodzaju, z terkotem przejeżdżającego powozu i skrzypieniem wózka z jej bagażem, z którego ciężarem mocował się pracownik dworca. Gdzie się podziewał Corin? Poczuła, jak wzbierają w niej wątpliwości i strach – że pożałował swojej decyzji, że została porzucona, że będzie musiała wrócić następnym pociągiem do Nowego Jorku. Obróciła się wokół, zdesperowana, by go zobaczyć. Bagażowy zatrzymał się z jej kuframi i próbował zajrzeć Caroline w oczy, bez wątpienia po to, żeby zapytać, gdzie ma je zabrać. Ale skoro Corina nie było, nie miała pojęcia, co odpowiedzieć. Nie wiedziała, dokąd iść, gdzie się zatrzymać, co robić. Poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy, ziemia zaczęła jej wirować przed oczami. Przez jedną przerażającą chwilę myślała, że zemdleje albo wybuchnie płaczem, albo jedno i drugie. Wzięła głęboki, drżący oddech i rozpaczliwie szukała wyjścia z tej sytuacji, zastanawiając się, co powiedzieć bagażowemu, żeby ukryć swoje zakłopotanie.

– Pani Massey?

Początkowo Caroline nie zorientowała się, że to jej nazwisko, wypowiedziane z przeciągłym akcentem. Zignorowała mężczyznę z kapeluszem w dłoniach, który stanął obok niej w swobodnej pozie. Wyglądał na jakieś trzydzieści lat, ale słońce wyryło mu linie na twarzy, tak jak wypaliło błękit z jego koszuli. Rozczochrane włosy przetykane miał rudymi i brązowymi kosmykami.

– Pani Massey? – powtórzył, podchodząc o krok bliżej.

– Och! Tak, to ja – krzyknęła, zaskoczona.

– Miło mi panią poznać, pani Massey. Mam na imię Derek Hutchinson, ale wszyscy mówią na mnie Hutch i będzie mi miło, jeśli i pani będzie mnie tak nazywała – przedstawił się, wsuwając kapelusz pod ramię i wyciągając dłoń, którą Caroline ścisnęła ostrożnie, samymi opuszkami palców.

– Gdzie jest pan Massey? – zapytała.

– Corin miał wrócić na czas, żeby panią odebrać, i wiem, że bardzo mu na tym zależało, ale były jakieś problemy ze złodziejami bydła i musiał to sprawdzić… Jestem pewny, że wróci, zanim dojedziemy na miejsce… – powiedział Hutch, widząc, jak Caroline rzednie mina.

Łzy rozczarowania napłynęły jej do oczu, więc zagryzła dolną wargę, żeby je powstrzymać. Hutch zawahał się, wytrącony z równowagi jej reakcją.

– Rozumiem – szepnęła, chwiejąc się lekko. Nagle zapragnęła usiąść. Corin nie wyjechał jej na powitanie. Przerażona, zaczęła się zastanawiać, jakie mógł mieć powody, żeby się z nią nie spotkać.

Hutch chrząknął nieśmiało, przestępując z zakłopotaniem z nogi na nogę.

– Ja… hm… wiem, że naprawdę chciał przywitać tu panią osobiście, pani Massey, ale kiedy trzeba złapać złodziei, właściciele ziemi mają obowiązek pomagać sobie nawzajem. Przyjechałem w jego zastępstwie i jestem do pani usług.

– Mają obowiązek jechać? – powtórzyła z wahaniem.

– Bez dwóch zdań. Nie miał wyboru.

– A pan jest jego… służącym? – zapytała.

Hutch uśmiechnął się i uniósł podbródek.

– Nie do końca, pani Massey. Nie do końca. Jestem brygadzistą na jego ranczu.

– Aha, rozumiem – powiedziała Caroline, chociaż nie rozumiała. – No dobrze. Jak pan myśli, czy zdążymy na kolację? – dorzuciła, usiłując się opanować.

– Kolację? Ma pani na myśli jutrzejszą kolację?

– Jutrzejszą?

– Z Woodward do rancza jest prawie trzydzieści pięć mil. To nie jest wielka odległość, ale wciąż zbyt daleko, żebyśmy wyruszyli dziś wieczorem, jak sądzę. Czeka tu na panią pokój w pensjonacie i dobry obiad, bo na moje oko przydałby się pani porządny posiłek, jeśli mogę mówić otwarcie. – Zmierzył spojrzeniem jej drobną figurę i bladą twarz.

– Trzydzieści pięć mil? Ale… ile to będzie trwało?

– Wyruszymy jutro wcześnie rano i powinniśmy dojechać w południe następnego dnia… Nie sądziłem, że zabierze pani tyle kufrów i pudeł, to może spowolnić podróż. Ale konie są wypoczęte, więc jeśli pogoda się utrzyma, czeka nas przyjemna, spokojna jazda. – Hutch uśmiechnął się, więc Caroline zebrała się w sobie, żeby odpowiedzieć mu uśmiechem, mimo znużenia, jakie ją ogarnęło na myśl o kolejnych dniach podróży. Hutch podszedł do niej, wysuwając ramię. – Od razu lepiej. Proszę za mną, pójdziemy do pensjonatu. Wygląda pani na wykończoną, pani Massey.

Kierowniczką Central Hotel przy Maine Street była pulchna kobieta z kwaśną miną, która przedstawiła się jako pani Jessop. Zaprowadziła Caroline do pokoju, czystego, choć niezbyt przestronnego, a Hutch poszedł dopilnować, by jej bagaż został przeładowany z dworcowego wózka na kryty wóz, którym mieli pojechać na ranczo. Pani Jessop skrzywiła się, kiedy Caroline poprosiła o przygotowanie gorącej kąpieli, więc dziewczyna szybko wydobyła z portmonetki kilka monet, żeby osłodzić prośbę.

– No dobrze. Zapukam do pani, kiedy będzie gotowa – odpowiedziała właścicielka, mierząc ją srogim spojrzeniem. Łaźnia zamykała się na lichą zasuwkę, a przez sęk w drewnianej ścianie widać było maleńki fragment korytarza. Caroline nie spuszczała go z oka podczas kąpieli, przerażona, że dojrzy tam oko intruza. Wanna była płytka, ale kąpiel i tak ją orzeźwiła. Krew popłynęła swobodniej w zesztywniałych mięśniach i obolałych plecach, a Caroline oparła wreszcie głowę, oddychając głęboko. W pomieszczeniu pachniało wilgotnymi ręcznikami i tanim mydłem. Ostatnie promienie wieczornego słońca sączyły się spod okiennic. Słychać było głosy z ulicy; powolne i melodyjne słowa, wypowiadane z nieznanym Caroline akcentem. Nagle tuż pod oknem rozległ się głośny męski głos: „O cholera, ty pieprzony sukinsynu! Co ty tu robisz, do diabła?”. Na dźwięk tych wulgaryzmów, Caroline zaczęło mocniej walić serce. Usiadła raptownie, spodziewając się, że zaraz nastąpią dalsze przekleństwa, odgłosy bójki, a nawet strzały. Ale zamiast tego usłyszała głęboki rechot i odgłos klepania się po plecach. Osunęła się do stygnącej wody i próbowała odzyskać spokój.

Inne książki tego autora