DziedzictwoTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ale ku przerażeniu swojej młodej żony, następnego dnia Corin spakował się i przygotował do wyjazdu z Nowego Jorku.

– Spędzimy noc poślubną w naszym domu; w domu, który dla nas zbudowałem, a nie tutaj, gdzie wciąż opłakuje się mojego ojca. Przyjechałem na pogrzeb, nie sądziłem, że znajdę żonę – uśmiechnął się, całując jej dłonie. – Muszę uporać się z kilkoma sprawami, przygotować dom na twój przyjazd. Chcę, żeby był idealny.

– Ależ będzie, Corinie – zapewniła go, nienawykła jeszcze do tego, by zwracać się do jakiegokolwiek mężczyzny po imieniu. Jego pocałunki parzyły jej skórę, traciła przez nie oddech. – Proszę, pozwól mi jechać z tobą.

– Daj mi miesiąc, tylko tyle, kochanie. Przyjedź do mnie za cztery tygodnie od dziś, a wszystko będzie gotowe. Ty zdążysz się pożegnać ze wszystkimi przyjaciółmi, a ja zdążę się pochwalić swoim, że poślubiłem najpiękniejszą dziewczynę w Ameryce – odpowiedział, a ona zgodziła się, chociaż wyjazd Corina zasnuł jej szczęście ciemnymi chmurami.

Wybrała się w odwiedziny do kilku dawnych szkolnych koleżanek, żeby się z nimi pożegnać, ale jedne były zajęte, a innych nie zastała w domu. W końcu uznała, że zyskała status persona non grata, więc spędziła te cztery tygodnie w domu, znosząc krępujące milczenie ciotki, pakując i przepakowując bagaże, śląc list za listem do Corina i wyglądając przez okno na ulicę zdominowaną teraz przez nowo postawiony budynek Fullera, moloch w kształcie klina, który wznosił się na niemal trzysta stóp. Caroline nie miała wcześniej pojęcia, że człowiek potrafi zbudować coś tak wysokiego. Wpatrując się w gmach, czuła się mała i słaba, a w jej głowie kiełkowały pierwsze wątpliwości. Po wyjeździe Corina miewała wrażenie, jakby tak naprawdę nigdy go nie było, jakby jej się tylko przyśnił. Obracała na palcu ślubną obrączkę, marszcząc brwi i usiłując otrząsnąć się z tych myśli. Ale co wydawało mu się tak straszne, że nie mógł jej zabrać od razu? Co miał do ukrycia – może żal z powodu pośpiesznego małżeństwa? Sara wyczuwała jej niepokój.

– To już niedługo, panienko – pocieszyła ją, wnosząc herbatę.

– Sara… czy mogłabyś na chwilę ze mną zostać?

– Oczywiście, panienko.

– Jak myślisz… jak myślisz, czy wszystko się ułoży? Na Terytorium Oklahomy? – zapytała cicho Caroline.

– Oczywiście, panienko! To znaczy… nie wiem dokładnie, bo nigdy tam nie byłam. Ale… pan Massey o panienkę zadba, tego jestem pewna – zapewniła ją Sara.

– Bathilda mówi, że będę musiała pracować. Dopóki nie odziedziczę moich pieniędzy… będę żoną farmera, powiedziała.

– To prawda, panienko, ale nie z pospólstwa.

– Czy to jest bardzo trudne? Prowadzenie domu i cała reszta? Ty sobie tak dobrze z tym radzisz, Saro. Czy to bardzo trudne? – zapytała, usiłując ukryć lęk.

Sara patrzyła na nią z dziwną mieszaniną rozbawienia, współczucia i urazy.

– Bywa ciężko, panienko – odparła dość chłodno. – Ale jako pani domu będzie panienka mogła robić wszystko wedle własnego uznania i jestem pewna, że będzie panienka miała pomoc. Och, proszę się nie martwić! Może upłynie trochę czasu, zanim panienka nawyknie do życia tak innego niż tutaj, ale będzie panienka szczęśliwa, tego jestem pewna.

– To prawda, przecież będę szczęśliwa – uśmiechnęła się Caroline.

– Pan Massey panienkę kocha. A panienka kocha jego. Dlaczego nie miałaby panienka być szczęśliwa?

– Naprawdę go kocham – przyznała Caroline, biorąc głęboki wdech i ściskając mocno dłoń Sary. – Kocham go.

– Tak się cieszę panienki szczęściem – powiedziała Sara przez ściśnięte gardło, a do oczu napłynęły jej łzy.

– Saro, nie płacz, proszę! Tak bardzo bym chciała, żebyś jechała ze mną! – zawołała Caroline.

– Też bym tego chciała, panienko – wyznała cicho Sara, wycierając oczy brzegiem fartucha.

Kiedy wreszcie nadszedł list od Corina, z wyrazami miłości i zachęty oraz prośbą o jeszcze trochę cierpliwości, Caroline odczytywała go po dwadzieścia razy dziennie, aż wreszcie słowa męża wryły się w jej pamięci i pobudziły ją do działania. Po upływie czterech tygodni od ślubu ucałowała rumiany policzek Bathildy, szukając w zachowaniu ciotki jakichś oznak żalu. Ale tylko Sara odprowadziła ją na dworzec, łkając niepohamowanie u boku swojej młodziutkiej pani, kiedy gniade konie stąpały energicznie po zatłoczonych ulicach i alejach.

– Nie wiem, jak to teraz będzie, panienko. Nie wiem, czy spodoba mi się w Londynie! – płakała dziewczyna, a Caroline wzięła ją za rękę i splotła ciasno palce z jej palcami, zbyt rozemocjonowana, żeby wydusić z siebie choćby słowo.

Dopiero na widok lokomotywy, która gwałtownie wyrzucała z siebie parę i sadzę, wypełniając jej nozdrza cierpkim zapachem rozgrzanego żelaza i węgla, wreszcie poczuła, że jest na świecie coś, co cieszy się na tę podróż tak samo jak ona. Zamknęła oczy, kiedy pociąg ruszył z wolna naprzód, głośno i uroczyście zanosząc się parą. Jej dawne życie się skończyło, a nowe – właśnie się rozpoczynało.

II

Brat mojej matki, wuj Clifford, i jego żona Mary chcą zabrać starą bieliźniarkę z pokoju dziecinnego, okrągły stół na giętych nogach w stylu królowej Anny z gabinetu i kolekcję miniatur, przechowywanych w szklanej serwantce u stóp schodów. Nie jestem pewna, czy to miała na myśli Meredith, kiedy zaznaczyła, że dzieci mogą sobie wybrać coś na pamiątkę, ale nie bardzo mnie to obchodzi. Śmiem twierdzić, że pod koniec tygodnia do ciężarówki Clifforda trafi jeszcze więcej rzeczy i chociaż Meredith byłaby oburzona, ja nie będę. To wspaniała posiadłość, ale daleko jej do pałacu Chatsworth. Nie ma tu zabytków muzealnych, może poza kilkoma obrazami. To po prostu duży, stary dom, pełen dużych, starych rzeczy, być może cennych, ale niekochanych. Nasza matka poprosiła tylko o wszystkie zdjęcia rodzinne, jakie znajdziemy. Kocham w niej tę przyzwoitość i serce.

Mam nadzieję, że Clifford wynajął dość ludzi. Bieliźniarka jest ogromna. Zajmuje ścianę na końcu pokoju dziecinnego: akry francuskiego mahoniu z minaretami i gzymsami, miniaturowa świątynia krochmalu i kulek naftalinowych. Za nią ma swoje miejsce drewniana drabina, której stopnie skrzypią i chwieją się pod moim ciężarem. Wyciągam z półek sztywne, zbite stosy pościeli i rzucam je na podłogę. Są płaskie i ciężkie, a kiedy lądują na ziemi, obrazy trzęsą się na ścianach. Wzbijam kłęby kurzu, od których kręci mi się w nosie. W drzwiach staje Beth, żeby sprawdzić, co to za zamieszanie. Pościeli jest tak dużo. Całe pokolenia prześcieradeł, dość przetartych, by je wymienić, ale nie dość zużytych, by je wyrzucić. Niektóre z tych stosów mogły leżeć nieruszane przez kilkadziesiąt lat. Pamiętam zasapaną, objuczoną praniem gospodynię Meredith na schodach: jej pomarszczone czerwone policzki i brzydkie, szerokie dłonie.

Kiedy już opróżniłam bieliźniarkę, nie bardzo wiem, co zrobić z tymi stosami pościeli. Można by przekazać je instytucjom charytatywnym. Ale nie mam siły zająć się pakowaniem ich do plastikowych toreb na śmieci, dźwiganiem do samochodu i wożeniem w kilku turach do Devizes. Układam wszystko przy ścianie, a w trakcie pracy mój wzrok przyciąga jeden wzór, przebłysk spranego koloru wśród wszechobecnej bieli. Żółte kwiatki. Trzy poszewki na poduszki z żółtymi kwiatkami o zielonych łodyżkach, wyhaftowanymi w każdym rogu jedwabną nicią, wciąż lśniącą w słońcu. Przesuwam kciukiem po zgrabnym ściegu, czuję materiał, wygładzony przez wiele lat używania. W mojej głowie kiełkuje jakaś myśl, coś, o czym wiem, chociaż nie mogę sobie tego przypomnieć. Czy już je kiedyś widziałam? Kwiaty wyglądają na nieokiełznane, dzikie. Nie potrafię ich rozpoznać. A poszewki są tylko trzy. Każdy komplet składa się z czterech powłoczek, poza tym jednym. Rzucam je z powrotem na stos, przykrywam kolejnymi. Zdaję sobie sprawę, że marszczę czoło, więc świadomie staram się je rozluźnić.

Clifford i Mary są rodzicami Henry’ego. Byli rodzicami Henry’ego. Kiedy zniknął, odpoczywali w Saint Tropez, co niesprawiedliwie rozdmuchała prasa. Zupełnie jakby go zostawili z obcymi ludźmi albo samego w domu. Nasi rodzice robili to samo. Często spędzałyśmy tu całe wakacje, a mama i tata wyjeżdżali bez nas na dwa lub nawet trzy tygodnie. Do Włoch na długie, piesze wycieczki albo pożeglować na Karaibach. Lubiłam te wyjazdy i równocześnie się ich bałam. Lubiłam, bo Meredith nigdy nas nie kontrolowała, nie szukała, kiedy znikałyśmy na wiele godzin. Czułyśmy się wolne i szalałyśmy na całego. A bałam się, bo w domu Meredith miała nad nami władzę absolutną. Musiałyśmy przebywać w jej towarzystwie. Jeść z nią obiad, odpowiadać na jej pytania, wymyślać kłamstwa. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że jej nie lubię, albo że jest nieprzyjemna. Byłam za mała, żeby myśleć w ten sposób. Ale kiedy mama wracała, wybiegałam jej na powitanie i mocno przywierałam do jej sukni.

Kiedy rodzice wyjeżdżali, Beth bardzo mnie pilnowała. Jeśli szła przodem, zawsze trzymała za sobą wyciągniętą dłoń z rozpostartymi palcami, czekając, żebym ją wzięła za rękę. A jeśli tego nie zrobiłam, przystawała i oglądała się za siebie, chcąc mieć pewność, że za nią idę. Pewnego lata Dinny zbudował dla niej domek na wysokim buku na skraju lasu. Nie widziałyśmy się z nim od wielu dni, zabronił nam się śledzić. Pogoda była kapryśna, wiatr marszczył taflę stawu, wiał za mocno, żeby można było pływać. Bawiłyśmy się w przebieranki w pustej sypialni, budowałyśmy zamki z pustych doniczek w oranżerii, urządziłyśmy sobie legowisko w wydrążonym wnętrzu sztucznie formowanego cisu na głównym trawniku. A potem słońce wróciło i zobaczyłyśmy, jak Dinny macha nam z rogu ogrodu, a Beth uśmiechnęła się do mnie z rozświetlonymi oczami.

– Gotowe – oznajmił, kiedy do niego dobiegłyśmy.

– Ale co? – zapytałam. – No, powiedz!

– Niespodzianka. – Nie chciał zdradzić nic więcej, tylko posłał Beth nieśmiały uśmiech.

 

Poprowadził nas między drzewami i właśnie opowiadałam mu o naszej kryjówce w cisie, kiedy to zobaczyłam i aż umilkłam z wrażenia. Na jednym z największych buków, ze srebrzystym, gładkim pniem i korą, która marszczyła się na rozgałęzieniach jak skóra w zgięciu łokcia albo za kolanem. Nieraz widziałam, jak Dinny wspina się po nim kilkoma zwinnymi ruchami i siada wśród bladozielonych liści nade mną. A teraz, wysoko w górze, tam, gdzie drzewo zaczynało się rozgałęziać, Dinny zbudował szeroką platformę z solidnych desek. Za ściany posłużyły stare, jasnoniebieskie torby po nawozie, przybite do drewnianej ramy. Falowały na wietrze, wydymając się i zapadając jak żagle. Do tej fortecy prowadziła ścieżka składająca się z pętli splątanej liny i kawałków drewna, przybitych do drzewa w charakterze nieregularnej drabiny. W ciszy, która zapadła, słyszałam kuszący szum wiatru i szelest ścian domku.

– Jak wam się podoba? – zapytał Dinny, patrząc na nas spod przymrużonych powiek z założonymi na piersiach rękami.

– Jest kapitalny! To najlepszy domek na drzewie na świecie! – wykrzyknęłam, przestępując niecierpliwie z nogi na nogę.

– Jest świetny. Zbudowałeś go całkiem sam? – zapytała Beth, wciąż patrząc z uśmiechem na niebieski domek. Dinny przytaknął.

– Wejdźcie na górę, w środku jest jeszcze lepiej – powiedział jej, stawiając stopę na drzewie i sięgając po pierwszy uchwyt.

– No, chodź, Beth! – namawiałam ją, kiedy się zawahała.

– Dobra! – roześmiała się. – Erico, ty idziesz pierwsza, podsadzę cię do pierwszej gałęzi.

– Powinniśmy go jakoś nazwać. Ty powinieneś go nazwać, Dinny! – paplałam, podciągając spódniczkę i wpychając ją za gumkę majtek.

– Może wieża obserwacyjna? Albo bocianie gniazdo? – zaproponował.

Beth i ja byłyśmy zgodne – domek został ochrzczony Bocianim Gniazdem. Beth podsadziła mnie na pierwszą gałąź. Moje sandałki zostawiały ślady na bladozielonych glonach, ale nie mogłam dosięgnąć następnego uchwytu. Opuszkami palców muskałam szczebelek, który Dinny przybił do drzewa, był tuż obok, a jednak zbyt daleko, żebym mogła bezpiecznie się na nim oprzeć. Dinny ustawił się obok mnie na pierwszej gałęzi. Stanęłam mu na kolanie, żeby dosięgnąć stopień, ale stamtąd nie mogłam zadrzeć nogi na kolejny.

– Erico, zejdź – zawołała wreszcie Beth, kiedy byłam już czerwona, zła i bliska łez.

– Nie! Chcę wejść na górę! – oponowałam, ale pokręciła głową.

– Jesteś za mała! Schodź! – nalegała.

Dinny cofnął kolano i zeskoczył z drzewa, więc nie miałam wyboru, musiałam jej posłuchać. Ześlizgnęłam się z powrotem na ziemię i wbiłam posępny wzrok w moje głupie, za krótkie nogi. Obtarłam sobie kolano, ale byłam zbyt zniechęcona, żeby przejmować się lepką strużką krwi, cieknącą mi po łydce.

– A ty, Beth? Wchodzisz na górę? – zapytał Dinny, a ja poczułam rozpacz, że mnie to ominie, że nie zobaczę tego fantastycznego domku na drzewie. Ale Beth pokręciła głową.

– Skoro Erica nie może, to nie.

Spojrzałam na Dinny’ego, ale szybko się odwróciłam, żeby nie widzieć rozczarowania w jego oczach i gasnącego uśmiechu. Oparł się o drzewo i złożył ramiona na piersiach w obronnym geście. Beth przez chwilę się wahała, jakby nie wiedziała, co powiedzieć. Potem znów wyciągnęła do mnie rękę.

– Chodź, Rick. Musimy umyć ci nogę.

Dwa dni później Dinny znów po nas przyszedł i tym razem na bukowym pniu pełno było stopni i lin. Beth uśmiechała się spokojnie, kiedy Dinny i ja podbiegliśmy do tych rozklekotanych schodów, i patrzyła na majaczący w górze domek, gdy zaczęłam się wspinać.

– Ostrożnie! – zawołała, ssąc palce ze zdenerwowania, kiedy nie trafiłam w stopień i zachwiałam się.

Weszła na górę po mnie, marszcząc w skupieniu brwi, pilnując, by nie patrzeć w dół. Wejście wyznaczała luźna kurtyna z toreb. W środku Dinny ułożył plastikowe worki wypchane słomą. Był tam stolik z drewnianej skrzynki, bukiet białych kwiatków trybuli leśnej w butelce po mleku, talia kart, kilka komiksów. Krótko mówiąc, było to najfajniejsze miejsce, jakie widziałam. Namalowaliśmy znak, który umieściliśmy u stóp drabiny. „Bocianie Gniazdo. Wstęp wzbroniony pod karą”. Mama śmiała się, kiedy go przeczytała. Spędzaliśmy tam całe godziny wśród szumu zielonych chmur liści, przez które przeświecały cętki błękitnego nieba. Urządzaliśmy sobie pikniki z dala od Meredith i Henry’ego. Martwiłam się, że Henry wszystko zniszczy, gdy przyjedzie na wakacje. Martwiłam się, że wtargnie do naszego magicznego miejsca, wyśmieje je, odbierze mu wyjątkowość. Na szczęście okazało się, że Henry ma lęk wysokości.

W moich wspomnieniach Henry zawsze jest większy i starszy ode mnie. Miał jedenaście lat przy moich siedmiu. Wtedy ta różnica wieku wydawała mi się ogromna. Był dużym chłopcem. Głośnym i apodyktycznym. Mówił, że muszę go słuchać. Podlizywał się Meredith, która zawsze wolała chłopców od dziewczynek. Zabierała go ze sobą, kiedy z rzadka wychodziła na spacer do lasu, i nieraz pomógł jej wprowadzić w życie jakąś złośliwą intrygę. Henry: mięsista szyja i cofnięty podbródek, ciemnobrązowe włosy, jasnoniebieskie oczy, które mrużył, odbierając im urok, blada skóra, która latem schodziła mu z nosa. Jedno z tych dzieci, tak mi się teraz wydaje, które jest raczej miniaturą dorosłego niż dzieckiem, na które wystarczy tylko spojrzeć, by wiedzieć, jak będzie wyglądać, kiedy dorośnie. Jego rysy zostały już wytyczone; urósłby jeszcze, ale nie zmieniłby się. Według mnie miał charakter wypisany na twarzy: człowiek bez wdzięku, łatwy do przejrzenia. Ale to niesprawiedliwa ocena. W końcu nie miał szansy wyprowadzić mnie z błędu.

*

Eddie wciąż jeszcze ma twarz dziecka i jestem tym zachwycona. Niedookreślona, chłopięca twarz, szpiczasty nos, rozwichrzona czupryna, dumnie sterczące chude kolana. Mój siostrzeniec.

Obejmuje Beth na peronie, trochę nieśmiało, bo w pociągu za nim stoją jego koledzy, którzy uderzają w szyby i robią nieprzyzwoite gesty. Czekam na nich przy samochodzie ze ścierpniętymi od mrozu rękami, a kiedy podchodzą, uśmiecham się szeroko.

– Cześć, Mały Eddie! Edderino! Eddius Maximus! – wołam, zamykając chłopca w uścisku i lekko go unosząc.

– Ciociu Rick, teraz wystarczy Ed – protestuje, a w jego głosie pobrzmiewa nutka irytacji.

– Oczywiście. Przepraszam. Ale ty nie możesz mówić do mnie „ciociu”, czuję się wtedy, jakbym miała sto lat! Wrzuć swoją torbę do tyłu i jedziemy – odpowiadam, powstrzymując się od dalszych żartów. Ma już jedenaście lat. Tyle samo, ile zawsze będzie miał Henry, a więc dość dużo, żeby przejmować się żartami.

– Jak było w pociągu?

– Raczej nudno. Tylko Absolom zamknął Marcusa w ubikacji. Darł się na całe gardło, to było dość zabawne – relacjonuje Eddie.

Pachnie szkołą, ten cierpki i kwaśny zapach wypełnia wnętrze samochodu. Zapach niepranych skarpetek, wiórków z ołówków, błota, atramentu, spleśniałych kanapek.

– Faktycznie zabawne! Dwa tygodnie temu musiałam pojechać na rozmowę z dyrektorką, bo zamknął w klasie nauczycielkę plastyki! Zastawili drzwi szafkami! – mówi Beth. Wzdrygam się, słysząc jej głośny, radosny głos.

– To nie był mój pomysł, mamo!

– Ale pomagałeś – odparowuje Beth. – A gdyby wybuchł pożar? Siedziała tam zamknięta przez wiele godzin!

– No… w takim razie nie trzeba było zabraniać używania komórek w szkole, prawda? – odpowiada Eddie z uśmiechem. Łapię jego spojrzenie w lusterku wstecznym i mrugam.

– Edwardzie Calcotcie Walkerze, jestem oburzona! – mówię beztrosko.

Beth piorunuje mnie wzrokiem. Muszę pamiętać, żeby nie spiskować z Eddiem przeciwko niej, nawet w drobnych sprawach. Nie możemy być w przeciwnej drużynie niż ona, ani przez chwilę. I tak gardzi moją pomocą.

– Czy to nowy samochód?

– Prawie nowy – wyjaśniam. – Stary garbus w końcu zdechł. Poczekaj, aż zobaczysz dom, Ed. To prawdziwe gmaszysko.

Ale kiedy dojeżdżamy na miejsce i spoglądam na niego wyczekująco, kiwa tylko głową, unosząc brwi. Posiadłość nie robi na nim wrażenia. Wtedy przychodzi mi do głowy, że tak okazałe może być jedno skrzydło jego szkoły. A może jego przyjaciele mieszkają w większych domach?

– Tak się cieszę, że znowu masz wolne w szkole, kochanie. – Z tymi słowami Beth odbiera od Eddiego torbę. Uśmiecha się do niej ukradkiem, trochę speszony. Kiedyś ją przerośnie, już sięga jej do ramienia.

Oprowadzam Eddiego po okolicy, a Beth zostaje, by przeczytać jego świadectwo. Zabieram go do kurhanu, okrążamy posępne lasy, zatrzymujemy się przy stawie. Gdzieś po drodze znalazł długi patyk, którym wywija, tnąc chwasty i uschnięte pokrzywy. Jest cieplej, ale wciąż wilgotno. Wiatr niesie krople mżawki, nad naszymi głowami skrzypią nagie gałęzie.

– Dlaczego mówi się na to staw na deszczówkę? Przecież to zwykły staw – mówi, mącąc wodę przy brzegu swoim patykiem, kucając na giętkich, kościstych nogach. Taflę marszczą drobne fale. Kieszenie jego dżinsów są wypchane nazbieranymi skarbami. Pod tym względem przypomina srokę, ale jego zdobyczy nikomu nie będzie brakować. Stare agrafki, kasztany, kawałki błękitnej i białej porcelany z ziemi.

– Stąd wypływa strumień. Wykopano go dawno temu po to, żeby gromadzić wodę. A nazywa się go stawem na deszczówkę, bo gromadzi też wodę po deszczu.

– Można w nim pływać?

– Dawniej pływaliśmy, Dinny, twoja mama i ja. Chociaż nie pamiętam, żeby twoja mama całkiem się w nim zanurzyła. Woda zawsze była raczej zimna.

– Rodzice Jamiego mają odjazdowe jezioro do pływania; to taki basen, tylko że bez chlorowanej wody, kafelków i tego wszystkiego. Rosną w nim rośliny i w ogóle. Ale jest czysto.

– Brzmi świetnie. Ale nie o tej porze roku, co?

– Raczej nie. Kto to jest Dinny?

– Dinny… to chłopiec, z którym się kiedyś bawiłyśmy. Kiedy przyjeżdżałyśmy tu w dzieciństwie. Jego rodzina mieszkała niedaleko. Więc… – Milknę.

Dlaczego, mówiąc o Dinnym, czuję się tak dziwnie? Dinny. Jego kanciaste dłonie i smykałka do majsterkowania. Ciemne oczy, uśmiechnięte zza grzywki i strzecha włosów, w które raz, kiedy spał, wetknęłam stokrotki palcami drżącymi od powstrzymywanego śmiechu i zdumienia, że odważyłam się podejść tak blisko i go dotknąć. – Był prawdziwym poszukiwaczem przygód. Któregoś lata zbudował dla nas fantastyczny domek na drzewie…

– Możemy go zobaczyć? Jest tu jeszcze? – pyta.

– Możemy pójść sprawdzić, jeśli chcesz – proponuję. Eddie uśmiecha się i podbiega kilka kroków naprzód, biorąc na cel młode drzewko; wymierza mu cios oburącz.

Stałe zęby Eddiego jeszcze się nie zorganizowały. Wydają się walczyć o pozycję w jego ustach. Są między nimi duże przerwy, a kilka na siebie nachodzi. Wkrótce zaciśnie się na nich aparat ortodontyczny.

– Jak wołali za tobą chłopcy z pociągu? – krzyczę za nim.

Krzywi się.

– „Roślinożerca” – przyznaje niechętnie.

– Ale dlaczego…?

– Trochę się wstydzę… Muszę powiedzieć?

– Tak, musisz. Nie mamy przed sobą żadnych tajemnic – uśmiecham się.

Eddie wzdycha.

– Panna Wilson ma na biurku mały kwiatek, nie wiem, jaki. Mama też taki ma. Ciemnofioletowe kwiatki i mechate liście.

– Brzmi jak fiołek afrykański.

– Nieważne. Chodzi o to, że zostawiła nas za karę w klasie podczas lunchu, a ja powiedziałem, że jestem strasznie głodny i muszę coś zjeść, wszystko jedno co, no i Ben założył się ze mną o piątkę, że nie zjem jej kwiatka. Więc…

– Więc go zjadłeś? – unoszę brwi i składam ręce na piersi, idąc obok niego.

Eddie wzrusza ramionami, ale nie potrafi ukryć przebłysku satysfakcji.

– Nie cały. Tylko kwiaty.

– Eddie!

– Nie mów mamie! – chichocze, znów podbiegając naprzód. – Jakie ty miałaś przezwisko w szkole? – woła za siebie.

– Tak naprawdę to nie miałam przezwiska. Tylko Rick. Zawsze byłam najmłodsza i plątałam się gdzieś na końcu. Dinny czasami mówił na mnie „Maleństwo” – odpowiadam.

Eddie i ja jesteśmy ze sobą bliżej związani niż większość ciotek i bratanków. Opiekowałam się nim przez dwa miesiące, kiedy Beth dochodziła do siebie i potrzebowała pomocy. To był trudny czas, musieliśmy sobie radzić i udawać, zachowywać się normalnie i nie robić szumu. Nie odbyliśmy żadnej przełomowej rozmowy. Nie obnażyliśmy przed sobą dusz, nie zwierzyliśmy się sobie z najskrytszych przeżyć. Eddie miał za mało lat, a ja za mało cierpliwości. Ale wspólnie przetrwaliśmy bardzo dziwny okres intensywnego smutku, złości i konsternacji. Brnęliśmy dalej, chociaż oboje czuliśmy to samo; i właśnie to nas do siebie zbliża – pamięć o tamtym czasie. Jego ojciec, Maxwell, i ja prowadziliśmy ściszonymi głosami urywane kłótnie – za zamkniętymi drzwiami, żeby Eddie nie usłyszał, jak jego tata mówi o Beth, że nie nadaje się na matkę.

 

Po domku na drzewie zostało tylko kilka zbutwiałych desek, ciemnych, zielonych i oślizgłych; tkwią w górze niczym spróchniałe resztki wraku.

– No cóż, najlepsze lata ma już za sobą – mówię ze smutkiem.

– Mogłabyś go odbudować. Pomogę ci, chcesz? – proponuje Eddie, żeby mnie pocieszyć.

Uśmiecham się.

– Moglibyśmy spróbować. Ale to raczej zajęcie na lato. Myślę, że teraz byłoby tam raczej zimno i brudno.

– Czemu przestałyście tu przyjeżdżać? W odwiedziny do prababci? – Niewinne pytanie, którym biedny Eddie chciał rozładować sytuację. Nie mógł gorzej trafić.

– Och… no wiesz. Po prostu… kiedy byłyśmy starsze, częściej wyjeżdżałyśmy na wakacje z rodzicami. Nie pamiętam dokładnie.

– Przecież zawsze mi powtarzasz, że nigdy nie zapomina się najważniejszych wydarzeń z dzieciństwa. Tak powiedziałaś, kiedy zdobyłem tamtą nagrodę za występ w sztuce.

– Chodziło mi wtedy o przyjemne wydarzenia. – Ale nagrodę dostał w czasie tych dwóch miesięcy, kiedy z nim mieszkałam, dlatego oboje w tym samym momencie pomyśleliśmy, że już zawsze będzie pamiętał, jak wrócił ze szkoły i zastał Beth w takim stanie, w jakim ją zastał. Widząc, że ta myśl pojawia się w jego głowie, zamknęłam oczy i marzyłam, by cofnąć te słowa.

– W takim razie to nie mogło być nic aż tak ważnego, prawda? – odpowiadam swobodnie. – Chodź, masz jeszcze mnóstwo do obejrzenia.

Ruszamy z powrotem w kierunku domu i dobiegamy do oranżerii w chwili, gdy zaczyna się ulewa. Stamtąd, prawie nie moknąc, biegniemy od kryjówki do kryjówki, przez stare stajnie do wozowni, zawalonej rupieciami i pochlapanej ptasimi odchodami. Liczymy gniazda jaskółek, które pokrywają belki nad naszymi głowami niczym huby. Eddie znajduje mały toporek z ostrzem jaskrawo zabarwionym rdzą.

– Wypas… – mruczy pod nosem, wywijając nim w powietrzu. Łapię Eddiego za nadgarstek i sprawdzam kciukiem, czy ostrze jest tak tępe, jak się wydaje.

– Obchodź się z nim bardzo ostrożnie – mówię, patrząc mu prosto w oczy. – I nie wnoś go do domu.

– Nie wniosę – mówi, robiąc kolejny zamach, i uśmiecha się, słysząc świst rozcinanego powietrza.

Na zewnątrz robi się coraz ciemniej, deszcz przybiera na sile. Potok błotnistej wody pieni się wzdłuż drzwi wozowni.

– Wracamy do domu, co? Twoja mama będzie się zastanawiać, dokąd poszliśmy.

– Powinna tu przyjść i obejrzeć domek na drzewie, powiedziałaby nam, czy jej zdaniem uda się go odbudować. Myślisz, że przyjdzie?

– Nie wiem, Ed. Wiesz, jak szybko marznie w taką pogodę – mówię. Nic nie chroni jej przed zimowym mrozem. Ani ciało, ani mięśnie, ani gruba skóra.

Kiedy wpadamy do kuchni, Beth znów robi bakaliowe babeczki. Wałkuje ciasto, wycina kształty, wypełnia je nadzieniem, piecze i wkłada do torebek. Zaczęła wczoraj, w ramach przygotowań na przyjazd Eddiego, i nic nie wskazuje na to, żeby miała przestać.

Stół kuchenny jest zasypany mąką i kawałkami ciasta, zastawiony pustymi słoiczkami po nadzieniu. Pachnie niebiańsko. Zarumieniona, wyłania się znad piecyka z kolejną partią, rzucając blachy na porysowany blat. Zapełniła już wszystkie puszki i pudełka na ciastka. Kilka toreb leży w wiekowej zamrażarce w piwnicy. Biorę dwie babeczki i podaję jedną Eddiemu. Nadzienie parzy mnie w język.

– Są przepyszne, Beth – mówię na powitanie.

Posyła mi nikły uśmiech, który rozszerza się, kiedy przenosi wzrok na syna. Podchodzi, by pocałować go w policzek, zostawiając upiorne białe ślady palców na jego rękawach.

– Dobra robota, kochanie. Wszyscy nauczyciele są z ciebie bardzo zadowoleni – mówi mu. Podnoszę świadectwo ze stołu, zdmuchuję z niego mąkę i przeglądam je. – Może z wyjątkiem panny Wilson… – uściśla. Nauczycielka od fiołka alpejskiego.

– Czego uczy? – pytam, a Eddie zaczyna się wiercić.

– Francuskiego – bełkocze z ustami pełnymi ciasta.

– Pisze, że niewystarczająco się przykładasz, ale kiedy się postarasz, widać, że powinieneś być dużo lepszy, niż jesteś – ciągnie Beth, trzymając Eddiego za ramiona, nie pozwalając mu się wymknąć. Chłopak wzrusza obojętnie ramionami. – A poza tym trzy kary w tym semestrze? Co tu jest grane?

– Bo francuski jest okropnie nudny! – oświadcza. – A panna Wilson jest okropnie surowa! A w dodatku niesprawiedliwa! Raz ukarała mnie za to, że Ben rzucił mi kartkę! To nie była moja wina!

– Po prostu spróbuj bardziej uważać, dobrze? Francuski jest bardzo ważny, naprawdę! – przekonuje, kiedy Eddie przewraca oczami. – Kiedy będę bogata i osiądę na południu Francji, jak sobie poradzisz, jeśli nie będziesz znał języka?

– Mogę krzyczeć i wskazywać palcami – proponuje Eddie. Beth zaciska surowo wargi, ale potem wybucha głębokim, radosnym śmiechem, który tak rzadko u niej słyszę. Nie może się powstrzymać, nie przy Eddiem.

– Czy mogę zjeść jeszcze jedną babeczkę? – prosi chłopiec, wyczuwając zwycięstwo.

– Proszę. A potem marsz do wanny, jesteś cały brudny!

Eddie łapie dwie babeczki i wybiega z kuchni.

– Zabierz na górę torbę! – woła za nim Beth.

– Nie mam wolnej ręki! – odkrzykuje Eddie.

– Raczej ochoty – mówi do mnie Beth, uśmiechając się smutno.

Później oglądamy film. Beth leży zwinięta w kłębek na kanapie z Eddiem, a między nimi stoi ogromna misa prażonej kukurydzy. Kiedy zerkam na moją siostrę, widzę, że prawie nie zwraca uwagi na film. Przesuwa brodę, opiera ją na głowie Eddiego, przymyka oczy z zadowoleniem. Czuję, jak opuszcza mnie napięcie, rozpływając się w cieple kominka.

Weekend mija nam szybko – wycieczka do kina w Devizes, odrabianie lekcji przy kuchennym stole, babeczki; Eddie przesiaduje w wozowni albo plądruje opuszczone stajnie, wymachując swoim toporkiem. Beth jest pogodna, choć odrobinę rozkojarzona. Przestaje piec, kiedy kończy się mąka, i spędza długie chwile, przyglądając się Eddiemu przez okno z bladym, nieobecnym uśmiechem.

– Może zabiorę go do Francji w następne wakacje – mówi do mnie, nie odrywając od niego wzroku, kiedy podaję jej filiżankę herbaty.

– Ucieszyłby się – mówię.

– Może do Dordogne. Albo do doliny rzeki Lot. Moglibyśmy popływać.

Uwielbiam słuchać, jak robi plany. Plany na przyszłość. Uwielbiam wiedzieć, że wybiega myślą tak daleko naprzód. Na chwilę opieram brodę na ramieniu Beth, podążając za jej spojrzeniem.

– Mówiłam ci, że będzie się tu świetnie bawił – przypominam. – Spędzimy razem wspaniałe Boże Narodzenie.

Włosy Beth lekko pachną miętą. Odgarniam je jej za ramiona i wygładzam na swetrze długim pociągnięciem dłoni.

W niedzielę po południu Maxwell przyjeżdża po syna. Otwierając mu drzwi, wołam Beth, a kiedy się nie pojawia, oprowadzam go szybko po parterze i parzę mu kawę. Max­well rozwiódł się z Beth pięć lat temu, kiedy jej waga gwałtownie spadła, a depresja zdawała się nasilać. Powiedział, że nie potrafi sobie z tym poradzić i że to nie są warunki dla dziecka. Dlatego odszedł, ale praktycznie od razu ożenił się powtórnie – z niską, pulchną, zdrowo wyglądającą kobietą o imieniu Diana: białe zęby, kaszmir, idealne paznokcie. Żadnych komplikacji. Zawsze myślałam, że depresja Beth była Maxwellowi bardzo na rękę. Ale nie jest taki zły. Po prostu poznali się w dobrym momencie – kiedy była pełna wdzięku i skromnego piękna. Przypominała wtedy łabędzia, lilię. Maxwell okazał się mężczyzną na pogodę. Teraz woda z jego szarego płaszcza przeciwdeszczowego ścieka na kamienną posadzkę, ale deszcz nie wypłucze blasku dobrobytu z jego włosów, butów, skóry.

– Imponujące miejsce – mówi, upijając gorącą kawę z głoś­nym siorbnięciem, czego nie znoszę.

Inne książki tego autora