DziedzictwoTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Katherine Webb

Dziedzictwo

przełożyła

Olga Siara


Tytuł oryginału

Legacy

First published in Great Britain in 2010 by Orion Books

The Orion Publishing Group Ltd

Orion House, 5 Upper St Martin’s Lane London WC2H 9EA

www.orionbooks.co.uk

An Hachette UK Company

Copyright © Katherine Webb 2010

The moral right of Katherine Webb to be identified as the author of this work has been asserted.

Przekład Olga Siara

Redakcja Maria Brzozowska

Redakcja i korekta Dominika Pycińska, Danuta Porębska

Konwersja Tomasz Brzozowski

Cytaty:

Owen Wister, Wirgińczyk, jeździec z równin, przekład Janina Sujkowska, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 1964.

Samuel Taylor Coleridge, Mróz o północy z tomu Poezje wybrane, przekład Zygmunt Kubiak, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1987

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2012

Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN-13: 978-83-61428-90-9


Insignis Media

ul. Szlak 77/228–229, 31-153 Kraków

telefon / fax +48 (12) 636 01 90

biuro@insignis.pl, www.insignis.pl facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

Wszystkie osoby i wydarzenia w niniejszej publikacji są fikcją literacką, a wszelkie ich podobieństwo do osób żyjących bądź zmarłych oraz do rzeczywistych wydarzeń jest najzupełniej przypadkowe.

Dla Mamy i Taty

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

1905

Caroline powoli przytomniała. Gdy odrętwienie minęło, zdała sobie sprawę z gonitwy myśli, trzepoczących w jej głowie niczym spłoszone ptaki w klatce, zbyt szybko, by mogła je pochwycić. Stanęła chwiejnie na nogach. Dziecko nadal leżało na łóżku. Dreszcz strachu przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa. Tliła się w niej nadzieja, że go tam nie zastanie, że chłopczyk w jakiś sposób zniknął albo jeszcze lepiej – że nigdy go tam nie było. Malec przeczołgał się na drugą stronę łóżka, usiłując raczkować na miękkiej i śliskiej kapie. Chwytał mocnymi piąstkami garście materiału i podciągał się, wolno sunąc przez połać seledynowego jedwabiu. Wyrósł na duże, silne dziecko. W innym miejscu, w innym życiu zostałby wojownikiem. Miał kruczoczarne włosy. Chłopczyk zerknął za siebie, a potem odwrócił głowę, by spojrzeć na Caroline. Wydał z siebie pojedynczy odgłos, przypominający „da”; i chociaż nie było to prawdziwe słowo, Caroline wiedziała, że chce zadać pytanie. Oczy zaszły jej łzami i zadrżały pod nią nogi. Dziecko było prawdziwe, leżało tu, w jej sypialni w Storton Manor – i miało już dość sił, by żądać od niej odpowiedzi.

Wstyd spowił ją gęstą, nieprzeniknioną chmurą. Niczym dym przesłaniał wszystko wokół, zasnuwając jej myśli. Nie miała pojęcia, co robić. Mijały długie minuty, aż nagle wydało jej się, że słyszy kroki w korytarzu za drzwiami. Serce niemal wyrywało się jej z piersi. Jedyne, co wiedziała, to że dziecko nie może tu dłużej zostać. Nie w tym łóżku, nie w jej pokoju, nie w posiadłości. To było po prostu wykluczone; i ani służba, ani jej mąż nie mogli się dowiedzieć, że kiedykolwiek się tu znalazło. Może służący odkryli już jego obecność, może coś dostrzegli albo usłyszeli, kiedy ona leżała bez zmysłów na podłodze. Modliła się, żeby tak nie było. Nie wiedziała, ile czasu straciła, obezwładniona strachem i rozpaczą – nie dość, by dziecku znudziło się raczkowanie po łóżku, więc może nie tak dużo. Wciąż jeszcze mogła coś zrobić; w końcu nie miała wyboru.

Ocierając łzy, Caroline podeszła do łóżka i podniosła chłopczyka. Wstyd nie pozwalał jej spojrzeć mu w oczy. Wiedziała, że są czarne, podobnie jak u jego rodziców. Czarne i nieodgadnione, jak krople atramentu. Był znacznie cięższy, niż pamiętała. Położyła go i zdjęła mu wszystkie ubranka, także pieluszkę, chociaż były dość pośledniej jakości. Nie chciała zostawić żadnych śladów, które mogłyby do niej doprowadzić. Wrzuciła ubranka do paleniska, a z żaru po porannym ogniu buchnął dym i swąd. Rozglądała się zdezorientowana po pokoju, dopóki jej wzrok nie padł na haftowaną poduszkę u wezgłowia łóżka. Gładkie, grube płótno zdobił piękny, delikatny wzór przedstawiający żółte kwiatki. Caroline zdjęła powłoczkę i włożyła do środka szamoczące się dziecko. Zrobiła to z czułością, dłońmi wyrażając miłość do dziecka, której nie dopuszczała do świadomości. Jednak nie owinęła chłopczyka poszewką, tylko zrobiła z niej worek i wyniosła w nim dziecko tak, jak kłusownik niesie zające. Po twarzy Caroline płynęły łzy, wyciśnięte z najgłębszych zakątków jej duszy. Ale nie mogła się zatrzymać, nie mogła sobie pozwolić na to, by znów pokochać chłopca.

Na zewnątrz szalała ulewa. Caroline przeszła przez trawnik, uginając się pod ciężarem dziecka. Świerzbiła ją skóra głowy, czuła na sobie oczy całego domu i wzdrygała się pod tym spojrzeniem. Gdy wreszcie znalazła się poza widokiem, ukryta bezpiecznie za drzewami, z trudem łapała oddech. Zaciskała powłoczkę tak mocno, że zbielały jej kostki. W środku dziecko wierciło się i mamrotało do siebie, ale nie płakało. Deszcz spływał jej po włosach, krople kapały z brody. Lecz tego nigdy z siebie nie zmyję, powiedziała sobie z zimną rozpaczą. Wiedziała, że niedaleko jest staw. Po drugiej stronie, tam gdzie teren majątku graniczył ze wzgórzami, między którymi biło źródło płynącego przez wioskę strumienia. Staw był głęboki, spokojny i zacieniony. W pochmurne dni, takie jak ten, ciemna i zmatowiała od deszczu tafla mogła skryć każdy powierzony jej sekret. Na myśl o stawie Caroline wstrzymała oddech. Wstrząsnął nią zimny dreszcz. Nie, nie mogę, tłumaczyła samej sobie, nie mogę. Tak wiele już mu odebrałam.

Ruszyła nie w kierunku stawu, lecz dalej od domu, modląc się o jakieś inne rozwiązanie. Kiedy się pojawiło, ulga niemal zbiła ją z nóg. Na zielonej polanie, w miejscu, gdzie las zbiegał się ze ścieżką, zobaczyła kryty wóz. Obok stał uwiązany czarno-biały kucyk, skulony pod naporem kropli, a z metalowego komina na dachu wznosiły się cienkie smugi dymu. Cyganie, pomyślała, czując w piersiach tlącą się iskierkę rozpaczliwej nadziei. Znajdą go, przygarną i wyjadą razem z nim. Już nigdy go nie zobaczy, już nigdy nie będzie musiała go oglądać. A on będzie miał opiekę. Będzie miał życie.

Deszcz przesiąkł przez powłoczkę. Czując wilgoć na skórze, chłopczyk zaczął płakać. Caroline pośpiesznie zarzuciła worek na ramię i przeszła między drzewami na drugą stronę polany, dalej od domu, żeby ślady nie prowadziły w jego kierunku. Chciała stworzyć wrażenie, że ten, kto porzucił dziecko, nadszedł ścieżką od południa. Położyła chłopca w dość suchym miejscu między splątanymi korzeniami ogromnego buka i odeszła. Płacz dziecka stawał się coraz głośniejszy i coraz rozpaczliwszy. Zabierzcie go i zniknijcie stąd, błagała w milczeniu.

Przekradła się z powrotem do lasu tak szybko i cicho, jak potrafiła, a krzyk chłopca towarzyszył jej krokom przez pewien czas, póki wreszcie nie znalazła się poza jego zasięgiem. Wtedy się zawahała. Stanęła w miejscu, rozdarta sprzecznymi uczuciami. Nie wiedziała, czy wracać, czy iść dalej. Już nigdy go nie usłyszę, powiedziała sobie, ale tym razem nie przyniosło jej to ulgi. Chociaż nie miała wyboru, poczuła w sercu ukłucie, ostre i zimne jak lód. Zrozumiała, że nigdy nie uwolni się od tego, co zrobiła, nigdy o tym nie zapomni. Jej czyn nie da o sobie zapomnieć niczym bolesny wrzód i chociaż wiedziała, że nie może się już wycofać, straciła pewność, czy będzie umiała z tym żyć. Dłoń Caroline powędrowała na brzuch, w którym rosło dziecko. Pozwoliła, by poczuło ciepło jej ciała, jakby chciała mu dowieść, że wciąż żyje i czuje, że będzie je kochała. Potem ruszyła powoli w stronę domu, gdzie wiele godzin za późno zdała sobie sprawę, że chociaż z ostrożności zdjęła dziecku ubranka, zostawiła je w eleganckiej, haftowanej poszewce. Wtuliła twarz w niepowleczoną poduszkę, ze wszystkich sił próbując wymazać chłopca z pamięci.

Spokój wkoło,

Spokój tak wielki, że wikła i trapi

Swoją przedziwną, bezmierną cichością

Tę medytację.

Samuel Taylor Coleridge, Mróz o północy

I

Przynajmniej jest zima. Przyjeżdżałyśmy tu tylko latem, więc wszystko wygląda trochę inaczej; nie wydaje się tak przerażająco znajome, tak obezwładniające. Storton Manor, ponura i zwalista posiadłość w kolorze dzisiejszego zaciągniętego nieba. Wiktoriański, neogotycki gmach z wielodzielnymi oknami i łuszczącą się stolarką, zieloną od porostów. Stosy martwych liści pod murami porośniętymi mchem aż po parapety okien na parterze. Wysiadając z samochodu, oddycham spokojnie. Jak dotąd zima była bardzo angielska. Wilgotna i błotnista. Z oddali żywopłoty przypominają rozmazane fioletowe sińce. Ubrałam się dziś w jaskrawe, żywe kolory, na przekór temu miejscu, na przekór jego surowości i moim ponurym wspomnieniom. Teraz czuję się idiotycznie, jak przebieraniec.

Przez przednią szybę mojego sfatygowanego białego golfa widzę złożone na kolanach dłonie Beth i postrzępione końcówki jej długich włosów. Gdzieniegdzie przyprószone już siwizną, moim zdaniem za wcześnie, zdecydowanie za wcześnie. Tak się gorączkowała przyjazdem, a teraz siedzi nieruchomo jak posąg. I te jej blade, smukłe dłonie, złożone bezwładnie na kolanach – bierne, apatyczne. W dzieciństwie obie miałyśmy jasne włosy w srebrzystym odcieniu, jak włosie anielskie albo czupryny młodych wikingów. Z czasem ten wyrazisty kolor spłowiał w bezbarwny, mysi brąz. Ja farbuję włosy, żeby je ożywić. Coraz mniej wyglądamy jak siostry. Pamiętam zetknięte głowy Beth i Dinny’ego, kiedy się namawiali i szeptali między sobą: jego włosy takie ciemne, jej takie jasne. Skręcało mnie wtedy z zazdrości, a teraz, kiedy przypominam sobie tę scenę, myślę, że ich głowy wyglądały jak jin i jang. Uzupełniały się.

 

Okna domu są puste, w ciemnych taflach szyb odbijają się nagie drzewa. Te drzewa wydają mi się teraz wyższe, mam wrażenie, że za bardzo napierają na dom. Trzeba je wyciąć. Czy ja rzeczywiście się zastanawiam, co jest do zrobienia, co do naprawienia? Czy wyobrażam sobie, że tu mieszkam? Dom należy teraz do nas: wszystkie dwanaście sypialni, strzeliste sufity, główne schody, podziemne sale wyłożone kamiennymi płytami, wyślizganymi przez stopy wielu pokoleń służących. Należy do nas, ale pod warunkiem że tu zostaniemy i zamieszkamy. Tego zawsze chciała Meredith. Meredith – nasza babka, złośliwa kobieta z zaciśniętymi, kościstymi dłońmi. Chciała, by nasza matka wprowadziła się tu z nami wiele lat temu, żebyśmy byli świadkami jej umierania. Mama odmówiła, więc została wydziedziczona i dalej wiedliśmy szczęśliwe, podmiejskie życie w Reading. Jeśli się tu nie przeprowadzimy, posiadłość zostanie sprzedana, a pieniądze przekazane na szlachetne cele. Że też Meredith po śmierci stała się filantropką. Zatem dom należy do nas – ale tylko przez chwilę, ponieważ nie sądzę, byśmy dały radę w nim zamieszkać.

Jest pewien powód. Kiedy usiłuję go uchwycić, rozpływa się w powietrzu. Zostaje tylko imię. Henry. Chłopiec, który zniknął, którego nagle po prostu nie było. Teraz, spoglądając w górę na przyprawiające o zawrót głowy gałęzie, mam wrażenie, że wiem. Wiem, dlaczego nie możemy tu zamieszkać, dlaczego trudno uwierzyć, że w ogóle przyjechałyśmy. Wiem. Wiem, dlaczego Beth nie chce nawet wysiąść z samochodu. Zastanawiam się, czy będę musiała ją namawiać, tak jak trzeba ją namawiać do jedzenia. Między miejscem, w którym zaparkowałam, a domem nie rośnie ani jedna roślina – posiadłość stoi w zbyt głębokim cieniu. A może gleba jest zatruta. Pachnie ziemią i gnijącymi, aksamitnymi grzybami. Humus, przypomina mi się z lekcji biologii sprzed wielu lat. Tysiące maleńkich insektów, wgryzających się pracowicie w głąb ziemi, trawiących glebę. Przez chwilę panuje cisza. Cisza po ryku silnika, cisza wśród drzew, cisza w domu – wszędzie. Wracam do samochodu.

Beth wpatruje się w swoje dłonie. Wątpię, by nawet podniosła wzrok, żeby spojrzeć na dom. Nagle ogarniają mnie wątpliwości, czy dobrze zrobiłam, przywożąc ją tutaj. Nagle boję się, że za długo zwlekałam, strach ściska mnie w środku. Ścięgna rysują się na jej szyi niczym kawałki sznurka. Tworzy kanciasty kształt na siedzeniu, same przeguby i ostre krawędzie. Taka wychudzona, taka krucha. To wciąż moja siostra, ale zmieniła się. Ma w sobie teraz coś, czego nie potrafię rozgryźć ani pojąć. Robiła rzeczy, których nie jestem w stanie zrozumieć, i miewała myśli, których nie umiem sobie nawet wyobrazić. Wbija wzrok w kolana, oczy ma szkliste i szeroko otwarte. Maxwell chce, żeby wróciła do szpitala. Powiedział mi to dwa dni temu przez telefon, a ja naskoczyłam na niego za ten pomysł. Jednak teraz, chociaż staram się tego nie robić, zachowuję się przy niej inaczej – i czasami jej za to nienawidzę. Jest moją starszą siostrą. Powinna być ode mnie silniejsza. Głaszczę ją lekko po ramieniu i uśmiecham się pogodnie.

– Wchodzimy? – pytam. – Napiłabym się czegoś mocniejszego.

Mój głos brzmi donośnie w tej małej przestrzeni. Wyobrażam sobie kryształowe karafki Meredith, ustawione rzędem w salonie. Gdy byłam dzieckiem, zakradałam się tam i oglądałam tajemnicze mikstury, patrzyłam, jak odbijają światło, podnosiłam koreczki, żeby potajemnie wciągać zapach w nozdrza. Pomysł, że miałabym pić jej whisky teraz, kiedy nie żyje, wydaje mi się groteskowy. Moja troska ma pokazać Beth, że wiem, jak bardzo nie chce tam wracać. Ale ona nagle bierze głęboki oddech, wysiada i rusza zdecydowanie w kierunku domu, biegnę więc za nią.

Wewnątrz dom wydaje się mniejszy, jak wszystko inne zapamiętane z dzieciństwa – ale i tak jest ogromny. Kiedy wprowadziłam się do mieszkania w Londynie, które wynajmuję ze współlokatorką, wydało mi się duże, bo miało wystarczająco wiele pokoi, żeby nie trzeba było oglądać telewizji zza suszącego się prania. Teraz, stojąc w rozbrzmiewającym echem korytarzu, nagle nabieram absurdalnej ochoty, by zrobić gwiazdę. Przystajemy niepewnie, rzucamy bagaże u stóp schodów. Pierwszy raz przyjechałyśmy tu same, bez rodziców, i wydaje się to nam takie dziwne, że nie wiemy, co ze sobą zrobić. Wchodzimy w role podyktowane przyzwyczajeniem, wspomnieniami i tradycją. Tu, w tym domu, jesteśmy dziećmi. Ale muszę się otrząsnąć, bo widzę, że Beth słabnie, a w jej oczach pojawia się panika.

– Nastaw czajnik. Wyciągnę jakiś alkohol i napijemy się kawy z prądem.

– Erico, nie jadłyśmy jeszcze lunchu.

– To co? Przecież przyjechałyśmy odpocząć, prawda?

Ale to nieprawda. W żadnym wypadku. Nie wiem, co tu robimy, ale na pewno nie przyjechałyśmy odpocząć. Beth kręci przecząco głową.

– Ja napiję się zwykłej herbaty – mówi w drodze do kuchni.

Ma wąskie plecy, jej ramiona sterczą przez materiał koszuli. Zauważam to z ukłuciem niepokoju – od naszego ostatniego spotkania minęło tylko dziesięć dni, ale wyraźnie schudła. Mam ochotę ją ścisnąć; zmusić do tego, żeby wyzdrowiała.

W domu panuje chłód i wilgoć, więc wciskam guziki na staroświeckim pulpicie, dopóki głęboko w rurach nie rozlegną się niezadowolone szmery i szum bulgoczącej wody. Paleniska wypełnia śmierdzący popiół; w koszu na śmieci w salonie wciąż leżą chusteczki i wydzielająca słodkawy zapach gnijąca skórka jabłka. Jestem zażenowana, wkraczając w ten sposób w życie Meredith, i robi mi się trochę niedobrze. Jakbym odwracając się, mogła dostrzec w lustrze jej odbicie – kwaśny grymas, lśniące fałszywym złotem włosy. Zatrzymuję się przy oknie i spoglądam na zimowy ogród, kłębowisko splątanych tyczkowatych roślin, których nikt nie przyciął. Z naszych letnich pobytów pamiętam zapach kokosowego olejku do opalania i zupy ogonowej podawanej na lunch nawet w największe upały; słodkie, ciężkie opary róż i lawendy wokół patio; gryzący, mięsisty odór spasionych labradorów Meredith, sapiących z wyczerpania prosto na moje łydki. Teraz jest zupełnie inaczej. To mogło zdarzyć się wieki temu komuś zupełnie innemu. Kilka kropli deszczu muska szybę i nagle czuję się oddalona o setki lat od wszystkiego i wszystkich. Tutaj jesteśmy naprawdę same, Beth i ja. Same w tym domu, połączone zmową milczenia. Minęło już tyle czasu, a wciąż nic się nie wyjaśniło. Beth rozsypuje się kawałek po kawałku, a ja postanowiłam unikać tematu.

Najpierw musimy wszystko posegregować, zaprowadzić jakiś ład w niezliczonych warstwach własności i przedmiotów, które narosły w kątach posiadłości. Dom ma mnóstwo pokoi, mebli, szuflad, szafek i kryjówek. Wypadałoby czuć smutek, że zostanie sprzedany i po tych wszystkich latach linia rodu urwie się na Beth i na mnie… Ale ja nie czuję. Może dlatego, że tak naprawdę posiadłość powinna przypaść Henry’emu. To wtedy wszystko się rozpadło. Przez chwilę przyglądam się Beth, która wyjmuje z szuflady koronkowe chusteczki i układa je sobie na kolanie. Wyciąga je pojedynczo, studiując ich wzory, przesuwając palcem po haftach. Stosik na kolanie nie jest tak porządny jak ten w szufladzie. To, co robi, nie ma żadnego sensu. To jedna z tych rzeczy, których w niej nie rozumiem.

– Idę się przejść – oznajmiam, prostując zesztywniałe kolana, walcząc z irytacją. Beth podskakuje, jakby zapomniała, że tu jestem.

– Gdzie idziesz?

– Idę się przejść, już ci mówiłam. Potrzebuję świeżego powietrza.

– Nie spaceruj zbyt długo – odpowiada Beth.

To też jej się zdarza: mówić do mnie jak do nieposłusznego dziecka, jakbym mogła uciec. Wzdycham.

– Dobrze. Będę za dwadzieścia minut. Rozprostuję kości.

Myślę, że wie, dokąd idę.

Nogi same mnie prowadzą. Trawnik jest nierówny, przypomina wzburzone morze starej brązowej trawy, w której grzęzną mi stopy. Dawniej był taki wypielęgnowany, taki piękny. Bezwiednie założyłam, że roślinność musiała wymknąć się spod kontroli po śmierci Meredith. Jakie to niedorzeczne, przecież umarła miesiąc temu. Lecz w ogrodzie rzeczywiście widać kilkusezonowe zaniedbania. Wygląda na to, że sami ją zaniedbywaliśmy. Nie mam pojęcia, jak sobie dawała radę przed śmiercią – ani czy w ogóle dawała sobie radę. Po prostu gdzieś głęboko w środku wiedziałam, że istnieje. Mama i tata przyjeżdżali odwiedzić ją mniej więcej raz w roku. Ani Beth, ani ja nie zawitałyśmy tu od wieków. Ale wydaje mi się, że nasza nieobecność była zrozumiała i nikogo specjalnie nie dziwiła. Nigdy nas nie zmuszano do przyjazdu. Może chciała, żebyśmy ją odwiedziły, a może nie. Z Meredith nigdy nie było nic wiadomo. Nie przypominała kochanej babuni, brakowało jej nawet instynktu macierzyńskiego. Kiedy mama dorastała, mieszkała tu również Caroline, nasza prababka. Kolejna nieprzyjemna postać. Mama wyjechała, gdy tylko mogła.

Meredith zmarła nagle, na udar. Jednego dnia żyła, stara, odkąd pamiętam; następnego odeszła. Ostatni raz widziałam ją na srebrnych godach moich rodziców, nie tu, lecz w przegrzanym hotelu z pluszowymi dywanami. Siedziała przy swoim stoliku niczym królowa i mierzyła zimnym spojrzeniem całą salę, a jej bystre oczy lśniły w twarzy ze ściągniętymi wargami.

Oto staw. Jest tam, gdzie zawsze, ale w zimowych barwach wygląda zupełnie inaczej. Znajduje się na skraju ogromnego pola nisko rosnącej darni. Pole rozciąga się dalej na wschód, a lasy są na zachód. Kiedyś pokrywały taflę wody cętkowanym zielonym światłem; chłodnym echem gałęzi, na których mrowiło się od rozśpiewanych ptaków. Teraz są nagie, usiane głośnymi gawronami, które trajkoczą i pokrzykują na siebie. W gorące lipcowe dni staw miał nieodparty urok, ale na tle burego nieba wydaje się płaski i płytki jak kałuża. Po powierzchni mkną chmury. Wiem, że nie jest płytki. Dawniej otaczało go ogrodzenie, ale kilka zwojów drutu kolczastego nie mogło powstrzymać zdeterminowanych dzieci. Był wart zadrapań na łydkach i wyrwanych włosów. W promieniach słońca woda miała kolor szklistego błękitu. Wyglądała na głęboką, ale Dinny powiedział, że jest głębsza, niż mi się wydaje. Mówił, że woda tworzy złudzenia optyczne, ale nie wierzyłam mu, dopóki pewnego dnia nie zanurkował. Nabrał dużo powietrza, a potem zanurzył się, młócąc zaciekle nogami. Patrzyłam, jak jego smagłe ciało maleje pod zmarszczkami wody, jak kopie nogami nawet wtedy, gdy zdawało mi się, że powinien już dosięgnąć kredowego dna. Kiedy się wreszcie wynurzył, łapiąc gwałtownie powietrze, wpatrywałam się w niego jak urzeczona.

Staw zasilany jest przez strumień, płynący przez wioskę Barrow Storton wzdłuż rozległego wzgórza obok posiadłości. Wrył mi się w pamięć; mam wrażenie, że wręcz zdominował moje wspomnienia z dzieciństwa. Pamiętam brodzącą w nim Beth, kiedy pływałam po raz pierwszy. Zdenerwowana chodziła tam i z powrotem, bo brzegi stawu były strome, a gdybym utonęła, to odpowiedzialność spadłaby na nią – starszą siostrę. Nurkowałam raz za razem, próbując dobić do dna tak jak Dinny, ale mi się nie udawało. Gdy się wynurzałam, słyszałam, jak Beth mi wymyśla. Wyskakiwałam niczym korek z butelki. Woda wypierała mój dziecięcy tłuszczyk na pulchnych nogach i okrągłym brzuszku. Beth kazała mi wtedy biegać wokół ogrodu, zanim pozwoliła mi choćby zbliżyć się do domu. Musiałam wrócić sucha, a nie zziębnięta i ze szczękającymi zębami, bo to wymagałoby wyjaśnień.

Za mną przez pozbawione liści drzewa miga w oddali dom. Nigdy wcześniej tego nie zauważyłam. Latem nie widać go zza drzew, ale teraz patrzy na mnie, czeka. Martwię się, że Beth jest w środku sama, ale nie chcę jeszcze wracać. Idę dalej, pokonuję barierkę i wchodzę na pole. Wystarczy przejść przez to pole, a potem przez kolejne, żeby znaleźć się na kredowych wzgórzach Wiltshire, gdzieniegdzie naznaczonych śladami prehistorii, a miejscami – czołgów i ćwiczeń strzeleckich. Na horyzoncie widać kurhan. Od niego pochodzi nazwa wioski; grobowiec z epoki brązu dla króla, którego imię i sława przepadły w mrokach niepamięci: podłużny, wąski pagórek, długości mniej więcej dwóch samochodów, otwarty z jednej strony. Latem król spoczywa pod dzikim jęczmieniem, żółtym zielem i niezapominajkami, słuchając rozchichotanych skowronków. Teraz musi się zadowolić kruchymi źdźbłami trawy, uschniętymi ostami i torebką po chipsach.

 

Zatrzymuję się na kurhanie i spoglądam w dół na wioskę, łapiąc oddech po wspinaczce. Niewiele się tam dzieje. Z kilku kominów wznoszą się postrzępione słupy dymu, a paru opatulonych mieszkańców wyprowadza psy w drodze do skrzynki na listy. Z tego samotnego wzgórza wioska wydaje się centrum wszechświata. „Ludna osada!”, przychodzi mi na myśl Coleridge. Przerabiam jego wiersze z dziesiątą klasą. Próbuję ich zmusić, by czytali na tyle wolno, żeby smakować słowa i chłonąć obrazy, ale oni pędzą bez tchu, trajkocząc jak papugi.

Tu, na górze, powietrze jest lodowate – spowija mnie jak zimna fala. Mam zdrętwiałe palce u nóg, bo przemokły mi buty. W domu jest jakieś dziesięć albo dwadzieścia par kaloszy, wiem o tym. Stoją na dole w piwnicy, w równym szeregu, zasnute pajęczynami. Kiedyś miałam przerażającą przygodę: nie wytrząsnęłam buta przed wsunięciem do niego nagiej stopy i w środku natknęłam się na mechatego lokatora. Odzwyczaiłam się od wiejskiego życia, nie jestem przygotowana na zmiany terenu, na podłoże, które nie zostało starannie utwardzone dla mojego najwyższego komfortu. A jednak, gdyby ktoś mnie zapytał, powiedziałabym, że to właśnie tu dorastałam. Te letnie wakacje, tak długie i wyraźne w mojej pamięci, są niczym wyspy na morzu szkolnych dni i deszczowych weekendów, zbyt mglistych i podobnych do siebie, by o nich pamiętać.

Przy wejściu do kurhanu wiatr lekko zawodzi. Zeskakuję obunóż po kamiennych stopniach, a na dole podrywa się zaskoczona dziewczyna. Prostuje się z lekkim okrzykiem, uderza o niski sufit i znów przykuca, obejmując obiema dłońmi głowę, kołysze nią.

– Cholera! Przepraszam! Nie chciałam tu tak wtargnąć… Nie wiedziałam, że ktoś jest w środku. – Uśmiecham się.

Blade światło z wejścia oświetla dziewczynę, jej bujne złote loki, związane turkusową chustą, młodą twarz i dziwnie bezkształtne ciało, opatulone długimi szyfonowymi spódnicami i szydełkowym szalem. Patrzy na mnie spod przymrużonych powiek. Pewnie jestem dla niej tylko sylwetką, czarną bryłą na tle nieba.

– Wszystko w porządku?

Nie odpowiada. Przed nią w szparach muru tkwią kolorowe bukieciki. Przycięte łodyżki kwiatów są porządnie owinięte wstążką. Czy właśnie tym zajmowała się tu po cichu? Modliła się w na wpół wyobrażonej, na wpół wypożyczonej świątyni? Kiedy dostrzega, że patrzę na złożone przez nią ofiary, wstaje, marszczy gniewnie brwi, a potem przepycha się obok mnie bez słowa. Uświadamiam sobie, że jej bezkształtność to w rzeczywistości nadmiar kształtu – obfitość ciąży. Jest bardzo ładna, bardzo młoda, z rozdętym brzuchem. Kiedy wychodzę z grobowca, spoglądam w dół zbocza ku wiosce, ale nie dostrzegam dziewczyny. Idzie w drugą stronę – tam, skąd przyszłam, w kierunku lasu obok posiadłości. Kroczy zamaszyście, kołysząc ramionami.

Tego pierwszego wieczora urządzamy z Beth kolację w gabinecie. Nasz wybór może wydawać się dziwny, ale tylko w tym pokoju stoi telewizor. Jemy makaron z tac ułożonych na kolanach, a towarzystwa dotrzymują nam wieczorne wiadomości, bo wygląda na to, że nie umiemy tu rozmawiać o błahostkach, a na poważną rozmowę nie przyszedł jeszcze czas. Nie jesteśmy na nią gotowe. Nie wiem, czy kiedykolwiek będziemy, ale są pewne sprawy, o które chcę zapytać moją siostrę. Ale poczekam, najpierw się upewnię, że ułożyłam odpowiednie pytania. Mam nadzieję, że jeśli zapytam o właściwe rzeczy, będę mogła jej pomóc. Że prawda ją wyzwoli. Beth goni każdą kluskę po misce, zanim nadzieje ją na widelec. Kilka razy podnosi widelec, zanim włoży go do ust. Niektóre kluski tam nie docierają – strząsa je z widelca, wybiera inne. Widzę to wszystko kątem oka, tak jak widzę jej zagłodzone ciało. Telewizyjne obrazy połyskują ciemno w jej oczach.

– Myślisz, że to dobry pomysł? Zaprosić tu Eddiego na Boże Narodzenie? – pyta mnie nagle.

– Pewnie. Czemu nie? Zostaniemy tu przez jakiś czas, żeby wszystko uporządkować, więc możemy równie dobrze zostać na święta. Razem. – Wzruszam ramionami. – W końcu mamy tu mnóstwo miejsca.

– Nie, chodzi mi o to, czy… sprowadzać tu dziecko. Do tego… miejsca.

– Beth, to tylko dom. Spodoba mu się. Przecież nie wie… Słuchaj. Będzie się świetnie bawił, jestem tego pewna. Tyle tu kątów i szczelin do zbadania.

– Dom, ale raczej duży i pusty, prawda? I trochę odludny? Mógłby go przygnębić.

– Zawsze możesz mu powiedzieć, żeby przyjechał z jakimś kolegą. Czemu nie? Zadzwoń do niego jutro. Oczywiście, nie na całe święta. Ale może niektórzy pracujący rodzice ucieszyliby się z kilku nadprogramowych dni odpoczynku, zanim ich mali rozbójnicy wrócą do domu, jak myślisz?

– Hm. – Beth przewraca oczami. – Nie wydaje mi się, żeby któraś z matek w tej szkole zajmowała się czymś tak pospolitym jak zarabianie na życie.

– Tylko taka hołota jak ty?

– Tylko taka hołota jak ja – zgadza się z kamienną twarzą.

– Co za ironia losu, w końcu jesteś kimś. O błękitnej krwi, gwoli ścisłości.

– Nic podobnego. Nie bardziej niż ty.

– Nie. Szlacheckie pochodzenie chyba mnie ominęło. – Uśmiecham się.

Tak powiedziała mi Meredith, kiedy miałam dziesięć lat. „Twoja siostra ma dystynkcję Calcottów, Erico. Obawiam się, że ty to wykapany ojciec”. Nie przeszkadzało mi to wtedy i nie przeszkadza teraz. W tamtym momencie nie byłam pewna, co oznacza „dystynkcja”. Pomyślałam, że chodzi jej o moje włosy, które ostrzyżono na krótko w następstwie pewnego incydentu z gumą do żucia. Kiedy Meredith się odwróciła, pokazałam jej język, a mama pogroziła mi palcem.

Beth też to odrzuca. Walczyła z Maxwellem – ojcem Eddiego – żeby pozwolił ich synowi chodzić do wiejskiej szkoły podstawowej, niewielkiej i przyjaznej, z kącikiem natury w rogu dziedzińca: był tam skrzek i wyschnięte szczątki nimf ważek, a wiosną pierwiosnki, potem fiołki. Ale Maxwell wygrał w kwestii edukacji ponadpodstawowej. I może dobrze się stało.

Teraz Eddie spędza cały semestr w internacie. Beth ma długie tygodnie, żeby się przygotować na jego przyjazd i wykrzesać z siebie odrobinę prawdziwej radości.

– Zapełnimy ten dom – przekonuję. – Udekorujemy korytarze. Znajdę radio. Nie będzie jak… – Ale urywam w pół zdania. Nie bardzo wiem, co chciałam powiedzieć.

Program w małym telewizorze w kącie nagle przerywają zakłócenia i obie się wzdrygamy.

Dobiega północ, a Beth i ja jesteśmy już w swoich pokojach. Tych samych co zawsze, w których czekały na nas te same kapy, gładkie i wypłowiałe. Na początku wydało mi się to surrealistyczne. Ale właściwie po co zmieniać kapy w pokojach, których się nigdy nie używa? Wątpię, czy Beth już śpi. Cisza w domu dźwięczy jak dzwon. Materac zapada się nisko w miejscu, w którym siadam, stracił już swoją sprężystość. Łóżko ma ciemne dębowe wezgłowie, a na ścianie wisi akwarela, teraz całkiem wyblakła. Łodzie w porcie, chociaż nigdy nie słyszałam, żeby Meredith wybrała się na wybrzeże. Sięgam za wezgłowie, macając pionowe przęsła, dopóki jej nie znajduję, łamliwej i oblepionej kurzem. To wstążka, którą tam zawiązałam – czerwona plastikowa wstążka z kokardy na prezencie urodzinowym. Przywiązałam ją za łóżkiem, kiedy miałam osiem lat, żeby mieć jakiś sekret, o którym tylko ja będę wiedziała. Mogłam o niej myśleć po powrocie do szkoły. Wyobrazić ją sobie, schowaną, nietkniętą podczas sprzątania, gdy ludzie wchodzili i wychodzili z pokoju. Coś, o czym wiem tylko ja; pamiątka po mnie, którą zawsze odnajdę.

Słyszę lekkie pukanie i zza drzwi wyłania się twarz Beth. Rozpuściła warkocz, włosy okalają jej twarz. Wygląda młodziej. Czasami jest taka piękna, że ból rozdziera mi serce, ścis­ka żebra. Słabe światło lampki nocnej uwydatnia jej kości policzkowe i cienie pod oczami, podkreśla łuk jej górnej wargi.

– Wszystko w porządku? Nie mogę zasnąć – szepcze, jakby w domu był jeszcze ktoś, kogo można obudzić.

– W porządku, Beth, po prostu nie jestem śpiąca.

– Aha. – Zwleka z odejściem, waha się. – Tak dziwnie tu być.

To nie jest pytanie. Czekam.

– Czuję się… Czuję się trochę jak Alicja po drugiej stronie lustra. Wiesz, o co mi chodzi? Wszystko wydaje się takie znajome, a jednak jest inne. Jakby wywrócone do góry nogami. Jak myślisz, dlaczego zostawiła nam ten dom?

Inne książki tego autora