OdkrywcaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Lot

Zielony mrok

Kryjówka

Rzeka

(Prawie) żywność

Ogień

Tratwa

Dziewiczy rejs

Sardynki

Abacaxi

Małpy i pszczoły

Con

Dym

Na rzece

Na szczycie urwiska

Ruiny miasta

Odkrywca

Pułapka

Ptaszniki

Dwakroć smażony oiseau spectacle

Połów w ciemnościach

Przysięga

Szkoła odkrywców

W błocie

Maks

Za pnączami

Zielone niebo

W oczekiwaniu na świt

Lot do domu

Odkrycie

Epilog. Dwanaście lat później

Kilka słów o odkrywcach

Podziękowania

Przypisy

Tytuł oryginału: THE EXPLORER

Zdjęcie na okładce: HANNAH HORN

Ilustracje: HANNAH HORN

Opracowanie typograficzne i skład: MARZENNA DOBROWOLSKA

Redakcja: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK

Korekta: MAGDALENA GERAGA

Text copyright © Katherine Rundell 2017

Illustrations copyright © Hannah Horn 2017

Copyright © for the Polish translation by Paweł Łopatka

Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2018

Wydanie I

ISBN 978-83-63960-91-9

Poradnia K Sp. z o.o.

ul. Wilcza 25 lok. 6, 00-544 Warszawa

e-mail: poradniak@poradniak.pl www: www.poradniak.pl Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: sklep.poradniak.pl

Konwersja: eLitera s.c.



Samolot zaczął wzbijać się w powietrze jak zaklęty.

Gdy tak piął się w objęcia nieba, siedzący w kokpicie chłopiec, Fred, wstrzymał oddech i wczepił palce w fotel. Zacisnąwszy zęby, w skupieniu, z drżącymi dłońmi, śledził ruchy pilota siedzącego obok: raz drążek sterowy, raz przepustnica.

Samolot drgał, pędząc coraz szybciej w zachodzące słońce, w ślad za gwałtownym skrętem Amazonki w dole. Fred spostrzegł cień sześcioosobowego samolotu, czarny punkt na błękitnej połaci, mknący w kierunku Manaus, nadrzecznego miasta. Odgarnąwszy włosy z oczu, przywarł czołem do szyby.

Za Fredem siedziała dziewczynka z małym bratem. Oboje o skośnych brwiach, śniadej skórze, długich rzęsach. Dziewczynka, która jeszcze na lotnisku do ostatniej chwili tuliła się lękliwie do rodziców, nuciła coś teraz pod nosem, zapatrzona w wodę, gdy tymczasem jej braciszek próbował zjeść pas bezpieczeństwa.

W sąsiednim rzędzie siedziała blada blondynka z włosami do pasa. Była w bluzce z żabotem, który sięgał jej do brody. Raz po raz ugniatała żabot, krzywiąc się niechętnie. Usilnie też starała się odwracać wzrok od okna.

Lotnisko, z którego właśnie wylecieli, było zakurzone i nieomal puste – ot, zwykły pas asfaltu pod srogim brazylijskim słońcem. Kuzynka Freda uparła się, by włożył szkolny mundurek i sweter do krykieta, więc w dusznej nagrzanej kabinie chłopcu zdawało się, że za chwilę się ugotuje jak na wolnym ogniu.

Silnik jęknął, a pilot zmarszczył brwi i klepnął drążek. Niemłody i nieustraszony, miał dziarskie włosy w nozdrzach i wywoskowane siwe wąsy, którym prawo powszechnego ciążenia było najwyraźniej obce. Musnął przepustnicę i samolot poszybował jeszcze wyżej w chmury.

Dzień prawie już dogasał, gdy Fred poczuł lekki niepokój. Pilot zaczął czkać – najpierw cicho, potem gwałtownie i bez przerwy. Ręka mu zadrżała i samolot dał nagłego nura w lewo. Za Fredem ktoś krzyknął. Ni stąd, ni zowąd samolot oderwał się od biegu rzeki i wykonał woltę. Pilot stęknął, sapnął i zamykając przepustnicę, zmniejszył prędkość. Zakaszlał, tak jakby się dławił.

Fred wbił wzrok w pilota, którego skóra przybrała barwę wąsów.

– Nic panu nie jest? – zapytał. – Mogę jakoś pomóc?

Pilot pokręcił głową, z trudem łapiąc oddech. Wyciągnął rękę do pulpitu i wyłączył silnik. Ryk ustał. Samolot pikował dziobem w dół, a drzewa rosły w oczach.

– Co się dzieje? – spytała ostro blondynka. – Co on wyprawia? Niech przestanie!

Chłopczyk z tyłu zaczął piszczeć. Pilot na sekundę ścisnął Freda za nadgarstek, po czym jego głowa osunęła się na pulpit.

A niebo, które przed chwilą wydawało się tak niezachwiane, skapitulowało.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Fred, biegnąc, rozmyślał, czy aby żyje. „Ale śmierć jest chyba cichsza”. Jego dłonie i stopy przeszywał huk płomieni i szum krwi w żyłach.

Noc była czarna. Próbował w biegu odzyskać oddech, żeby zawołać o pomoc, ale całkiem zaschło mu w krtani. Włożył sobie palec w gardło, by odzyskać ślinę.

– Jest tu kto? – wrzasnął. – Pali się! Ratunku!

W odpowiedzi zawył pożar – za chłopcem buchnęło ogniem drzewo. Rozległ się grzmot pioruna. Poza tym nikt się nie odezwał.

Gdzieś pękła płonąca gałąź, trysnęła czerwienią i spadła na ziemię wśród kaskady iskier. Odskakując, Fred potknął się, upadł do tyłu w ciemność, uderzył głową w coś twardego. Gałąź wylądowała w miejscu, gdzie pewnie stanąłby przed chwilą. Przełknął żółć, która podeszła mu do gardła, i znów pobiegł jak oszalały.

Gdy raptem coś trafiło go w podbródek, uchylił się i zaczął okładać się po twarzy, była to jednak tylko najzwyklejsza w świecie kropla deszczu.

Lunęło niespodziewanie, jak z cebra. Zmieniając sadzę i krew na jego rękach w smołę, deszcz gasił też pomału pożar. Fred zwolnił nieco tempo, aż wreszcie się zatrzymał. Dusząc się i krztusząc, obejrzał się za siebie, sprawdzając, jaką przebiegł drogę.

Niewielki samolot leżał wśród drzew, wypuszczając w nocne niebo sinobiałe kłęby dymu.

Oszołomiony i zdesperowany chłopiec rozejrzał się, ale nie dostrzegł ani nie usłyszał ludzi – tylko rosnące wokół jego kostek rośliny podobne do paproci i sięgające setek stóp pod niebo drzewa oraz paniczne gonitwy i pokrzykiwania ptaków. Mocno potrząsnął głową, by wygnać z uszu upiorny odgłos katastrofy.

 

Włosy na jego rękach były osmalone i śmierdziały zgniłym jajem. Kiedy przyłożył dłoń do czoła, drobinki zwęglonych brwi poprzylepiały mu się do palców. Otarł czoło rękawem koszuli.

Fred spojrzał po sobie. Jedna nogawka spodni była rozdarta aż po kieszeń, ale kości chyba miał całe. Okrutny ból pleców i szyi nie pozwolił chłopcu zapanować nad dziwnie obcymi teraz kończynami.

Wtem dobył się z mroku czyjś głos.

– Kto tam? Odczep się od nas!

Fred odwrócił się prędko. Wciąż walcząc z szumem w uszach, chwycił kamień i rzucił nim w stronę głosu. Skrył się za drzewem i przykucnął, gotów do skoku albo biegu.

Serce tłukło mu jak człowiek orkiestra. Starał się wstrzymywać oddech.

– Na litość boską, przestań rzucać! – odezwał się głos.

Dziewczęcy.

Fred wyjrzał zza drzewa. Światło księżyca przenikało ciemną zieleń aż po runo, na które drzewa rzucały długie niby szpony cienie, zobaczył więc tylko dwa krzewy. W obu coś szeleściło.

– Kto to? – dobiegł go głos z drugiego krzewu. – Kto tam?

Fred przymrużył oczy w mroku, czując, jak jeży mu się resztka włosów na rękach.

– Proszę, nie rób nam krzywdy – rzekły liście. Akcent nie był brytyjski, brzmiał subtelniej, a głos należał do dziecka, nie do dorosłego. – To ty rzuciłeś kupą?

Fred spojrzał na ziemię i podniósł kawałek skamieniałych zwierzęcych odchodów.

– Jejku – odpowiedział. – No tak. – Pomału oswajając się z ciemnością, dojrzał wśród sinej zieleni wpatrzone weń badawczo czyjeś połyskliwe oczy. – Jesteście z samolotu? Ranni?

– Pewnie, że ranni! Zlecieliśmy z nieba! – odparł jeden krzak, a drugi równocześnie: – Niezbyt.

– Możecie wyjść – rzekł Fred. – Prócz mnie nie ma tu nikogo.

Drugi krzew rozchylił się. Serce omal nie wyskoczyło Fredowi z piersi. I dziewczynka, i jej braciszek byli podrapani, poparzeni i umorusani popiołem, który w połączeniu z potem i deszczówką zmienił ich twarze w lepkie maski – ale żyli. Nie był sam.

– Przeżyliście! – powiedział.

– Jak widać – wtrącił pierwszy krzew – inaczej nie bylibyśmy tak rozmowni, prawda? – W strugach deszczu pokazała się blondynka. Z powagą powiodła wzrokiem po Fredzie i rodzeństwie. – Na imię mi Con – oznajmiła. – To skrót od Constance, ale nie nazywajcie mnie tak, bo zamorduję.

Fred zerknął na drugą dziewczynkę, która uśmiechnęła się nerwowo i wzruszyła ramionami.

– Dobra – odpowiedział. – Jak chcesz. Jestem Fred.

– Mam na imię Lila – przedstawiła się druga dziewczynka, trzymając brata na biodrze. – A to Maks.

– Cześć. – Próbując się uśmiechnąć, Fred naciągnął sobie ranki na policzku aż zapiekły, przestał więc i zadowolił się grymasem tylko lewej strony twarzy.

Wkroczywszy w fazę spazmatycznego ryku, Maks wczepił się w siostrę tak kurczowo, że na jej skórze wystąpiły pod jego paluszkami sińce. Drżąc z wysiłku, przechyliła się na bok, by go utrzymać. Fred pomyślał, że wyglądają jak dwugłowy stwór ze splecionymi ramionami.

– Brat jest poważnie ranny? – spytał.

Lila zapamiętale klepała braciszka po plecach.

– W ogóle się nie odzywa... Tylko płacze.

Con obejrzała się na pożar i wzdrygnęła. Blask płomieni odbijał się w jej oczach. Nie była już blondynką. Włosy zszarzały jej od sadzy i zbrązowiały od krwi. Na ramieniu miała – chyba głębokie – zadrapanie.

– Nic ci nie dolega? – spytał Fred, ocierając ręką twarz z deszczu. – Ta rana wygląda nieciekawie.

– Owszem, dolega! – rzuciła. – Zgubiliśmy się w dżungli amazońskiej i statystycznie rzecz biorąc, mamy marne szanse na przeżycie.

– Jasne. – Fred nie potrzebował tego przypomnienia. – Chodziło mi...

– Źle się czuję!!! – Głos Con przeszedł w dyszkant. – Nie ma się co oszukiwać, wszyscy jesteśmy w podłym stanie!

Krzewy szeleściły. Deszcz chłostał Freda po twarzy.

– Musimy znaleźć schronienie – powiedział chłopiec. – Duże drzewo, jaskinię czy coś, co by...

– Nie! – Maks wydał z siebie nagle mokry od śliny, przerażony skowyt.

– Nie płacz! – Fred cofnął się, wznosząc ręce. – Pomyślałem tylko...

Jego wzrok powędrował za palcem Maksa.

Trzy cale od jego bucika siedział wąż.

Brązowy w smoliste plamy, idealnie zlewał się z poszyciem, a łeb miał wielkości pięści. Wszyscy wstrzymali na sekundę oddech. Dżungla zamarła. Wtem Maks wydał drugi okrzyk, rozdzierający głębię nocy, i cała czwórka wzięła nogi za pas.

Podłoże było rozmokłe, biegli więc bezładnie, ochlapując jedno drugie błotem i trąc łokciami o drzewa. Fred gnał tak, jakby wyrwał się ze swego ciała, jak nigdy dotąd, z szeroko rozcapierzonymi dłońmi. Potknął się o jakiś korzeń, fiknął kozła i wstał, plując ziemią. Ruszył dalej. Oślepiony deszczem, pędził, wymijając mroczne cienie.

Z tyłu znów rozległ się ryk.

– Maks, proszę! – wykrzyknęła Lila.

Fred odwrócił się i poślizgnął na błocie.

– Sam nie pójdzie! – Lila pochyliła się nad bratem. – A ja go nie uniosę!

Chłopczyk położył się na plecach, wznosząc szloch do nieba, cały roztrzęsiony w rozszalałym deszczu.

– Chodź! – Fred wziął go na plecy.

Maks zaczął krzyczeć, gdy Fred go podnosił. Chłopczyk okazał się nadspodziewanie ciężki, ale Fred chwycił go za kolana i – mimo bólu przeszywającego ciało – pobiegł dalej. Tuż za nimi, głośno tupiąc, podążała Lila.

Ledwie już znosząc potworną kolkę w boku, Fred nagle wyrwał się spośród drzew na polanę. Gdy się zatrzymał, Maks uderzył główką o jego kark i zawył. Rozzłoszczony, koniecznie chciał teraz ugryźć go w łopatkę.

– Przestań – powiedział Fred, którego raptem zajęło coś innego. Jak urzeczony zapatrzył się przed siebie.

Byli na skraju rozległej polany, pod gołym niebem, oświetlonej przez wielki księżyc. Pod stopami mieli dywan zielonego mchu i trawy, a srebrna gęstwina gwiazd nad ich głowami rozjaśniała mroki nocy. Fred opuścił Maksa na ziemię i stał pochylony, z rękami wspartymi o uda, bez tchu.

– Wąż nas gonił? – spytał Maks.

– Nie – westchnęła Con.

– Skąd wiesz? – zaryczał malec.

Lila opadła na kolana, chwytając się za brzuch.

– Węże nie biegają, Maksiu, jak oboje wiemy. Po prostu...

– Spanikowałaś – rzuciła Con z goryczą. – No i tyle! Ani śladu węża, widzisz? Głupki z nas. A teraz zbłądziliśmy jeszcze bardziej.

Z drugiej strony spadzistej polany majaczyła spora sadzawka. Fred, którego bolały wszystkie mięśnie, podszedł do niej i powąchał: cuchnęła zgnilizną, był jednak straszliwie spragniony. Wziął trochę wody do ust i natychmiast wypluł.

– Bez sensu – orzekł. – Paskudna jak nogi nieboszczyka.

– Ale mi się chce pić! – krzyknął Maks.

Fred rozejrzał się po polanie w nadziei, że znajdzie wodę, nim Maks znowu się rozbeczy.

– Jak wyciśniesz włosy – poradził – to spłynie z nich woda. – Zgarnął ciemną grzywkę z czoła i wykręcił: kilka kropel spadło mu na język. – Lepsze to niż nic.

Pożuwszy chwilę włosy, Maks mocno zacisnął powieki.

– Boję się – powiedział. Bez cienia skargi, rzeczowo.

„To chyba gorsze niż łzy” – pomyślał Fred.

– Wiem – odrzekła cicho Lila. – Wszyscy się boimy, Maksiu.

Zbliżyła się do brata i przyciągnęła go do siebie. Gdy objął kościstymi paluszkami oparzenie na jej nadgarstku, nie odepchnęła go. Zaczęła szeptać mu do ucha po portugalsku łagodne słowa, jakby piosenkę, kołysankę. Oboje lekko drżeli.

Fred przełknął ślinę.

– Rano nie będzie tak źle – stwierdził.

– Czyżby? – odparła cierpko Con. – Co ty powiesz?

– Wątpię, żeby się jeszcze pogorszyło. W świetle dziennym będzie łatwiej obmyślić powrót.

Con popatrzyła na Freda surowo – i nieco wyzywająco. Odpowiedział jej spojrzeniem bez drgnienia powiek. Twarz miała regularną, symetryczną: ostry podbródek i kości policzkowe, ostro zarysowane oczy.

– I co teraz? – spytała.

– Nasi rodzice mówią... – zaczęła Lila. Na ich wspomnienie aż się zmarszczyła, ale przełknęła ślinę i ciągnęła: – Wciąż mówią, że trzeba się przespać, zanim się pomyśli. Mówią, że jak się jest wyczerpanym, to wtedy robi się głupstwa. A to naukowcy, powinniśmy więc się przespać.

Fred stwierdził, że boli go całe ciało.

– Dobra. Okej. Śpijmy.


Położył się na wilgotnej trawie. Ubranie miał mokruteńkie, ale powietrze było ciepłe. Przymknął oczy. W myślach zapragnął zbudzić się w swym łóżku w szkole, przy chrapiących współlokatorach, Jonesie i Scrasie. Po policzku przeszła mu mrówka.

– Nie lepiej byłoby czuwać, żeby nie umrzeć wskutek wstrząsu mózgu? – pomyślała na głos Con.

– Po wstrząsie mózgu mielibyśmy zawroty głowy – odparła Lila.

Już w półśnie Fred pomału sprawdzał, czy nie kręci mu się w głowie. Świat zaczął mu ulatywać.

– Jak wszyscy pomrzemy w nocy, to będzie przez was – rzekła Con.

I z tą optymistyczną myślą Fred począł oddalać się od gęstej aury nocy i od dżungli – zapadając w sen.



Jest przeraźliwie gorąco, a ja jeszcze żyję”. Były to pierwsze myśli Freda, gdy otworzywszy oczy, zapatrzył się w brazylijskie słońce. Spojrzał odruchowo na zegarek, ale cyferblat był rozbity, a mała wskazówka się urwała.

Obok spały dziewczęta. Obie całe w krwi i strupach, oddychały jednak miarowo. Con ssała kciuk.

Nad nimi tańczył rój ważek, opalizujący błękitem i czerwienią. Fred uznał, że zwabiła je krew.

Ale Maksa nie było. Chłopczyk zniknął.

– Maks! – wyszeptał Fred, zrywając się na równe nogi.

Ciszę mącił tylko furkot owadzich skrzydeł.

Serce zatłukło mu w piersi.

– Maks?! – zawołał głośniej.

Lila poruszyła się we śnie.

Pognał ku drzewom. Ani śladu chłopca.

– Maks! – ryknął, rozglądając się dzikim wzrokiem.

– Co? – Maks spojrzał w górę.

Leżał na brzuszku za kępą paprociopodobnych roślin, tuż przy cuchnącej sadzawce, lekko rozchlapując wodę.

– Maks! – Fred podbiegł do niego, krzywiąc się, bo jedno żebro gwałtownie zaprotestowało. – Mam nadzieję, że się nie napiłeś?

Maks wbił wzrok w zbliżającego się Freda, po czym zacisnął powieki i wydał okrzyk, od którego aż zatrzęsła mu się buzia. Po drugiej stronie polany wrzasnęła Lila, wyrwana nagle ze snu.

– Dzięki ci za komplement – rzekł Fred do Maksa, stwierdzając, że – usmarowany krwią i sadzą i z niekompletnymi brwiami – chyba rzeczywiście nie budzi zaufania.

Chłopiec wrzeszczał jak najęty, niemal bez tchu.

Lila zerwała się z ziemi.

– Maks! – zawołała. – Co się stało?

„Cukier” – pomyślał Fred. Przypomniało mu się, że na wstrząs najskuteczniejszy jest cukier.

– Chcesz coś słodkiego? – W kieszeni miał kilka miętówek. – Nie płacz, proszę! – Wyciągnął cukierki.

Poczuł, że dłoń jest mokra – miał skaleczone udo i krew w kieszeni nie całkiem jeszcze zaschła, więc miętówki marynowały się w niej całą noc. Krzywiąc się, włożył jedną do ust. Smak się nie poprawił, lecz cukier od razu dodał mu energii.

– Częstuj się. – Fred zwilżył śliną róg koszuli i wytarł jeden cukierek. – Miętowy.

– Nie znoszę miętowych! – odparł Maks.

– Nie mam nic innego do jedzenia.

– Skoro tak, to wezmę – zgodził się Maks tonem lorda przyjmującego chleb od chłopa.

– Proszę. – Fred włożył chłopcu cukierka do lepkiej rączki. – Nie spiesz się z jedzeniem.

Maks ssał hałaśliwie. Zaczęło mu kapać z nosa, po ustach, na podbródek.

– Maks! – zawołała Lila. – Chodź tu!

– No chodź – zachęcił Fred. Bez reszty zajęty miętówką, malec zmarszczył brwi w skupieniu. Wyglądał bardzo krucho. Fred poczuł ucisk w piersiach, ale rzekł tylko: – Może byś wydmuchał nosek?

– Nie dmucham nosa – odparł Maks. Pokuśtykali w stronę Lili. – Nie mam tego w zwyczaju.

– Jednak powinieneś.

– Nie! – Maks oblizał górną wargę z sadzy, dodając ją do posiłku.

 

„Z pięciolatkami niełatwo się spierać” – pomyślał Fred. Zarysowane skośnie ku górze brwi Maksa i błoto rozmazane na policzku nadawały mu zawadiacki wyraz.

Fred ujął malca za kołnierz, aby przypadkiem nie wlazł między ciernie i w coś, co wyglądało jak królicze bobki. Na pokrytej mchem ziemi rosły tu i ówdzie pnącza i kępy trawy. Jedno drzewo miało szkarłatne kwiaty, które poopadały, przykrywając poszycie jak czerwony dywan.

Usadowione wśród kwiatów, w jaskrawym słonecznym blasku, Lila i Con się sprzeczały.

– Ej ty, jakcitam, Fred! – zawołała Con. – Chodź tu i jej wytłumacz, że jest kompletnie bez pojęcia.

– Według niej... – zaczęła, rumieniąc się, Lila.

– Bez dwóch zdań powinniśmy zawrócić i czekać przy samolocie – rzekła Con. – Na wypadek, gdyby ktoś go spostrzegł z góry. Żeby nas uratowali.

– Rozsądniej będzie zostać tutaj – powiedziała Lila. Podciągnęła kolana pod brodę. – Szukając drogi powrotnej, jeszcze byśmy się zgubili. Wątpię, by ktoś dostrzegł samolot. Nie wiedzą, gdzie się rozbiliśmy, będą przeszukiwać całą dżunglę. Jesteśmy zdani na siebie. – Utkwiła zacięte spojrzenie w roślinie podobnej do dmuchawca. – Musimy jakoś dostać się do Manaus sami.

Fred przyjrzał się jej z uwagą. Miała zadrapanie na boku wąskiej twarzy i ciemne włosy splecione w dwa warkocze, z których jeden osmalił się podczas katastrofy. Była w pąsowej spódnicy i krwistoczerwonej bluzce, poplamionych teraz na szarozielono. Wyglądała na jego rówieśnicę. Gniewnie zerkała na Con.

– To szaleństwo. – Con spiorunowała ją wzrokiem. – Trzeba zostać przy samolocie i czekać na ratunek. Moi rodzice pewnie wysłali już za nami kilkadziesiąt samolotów. O ile nie setki.

– Ale – rzekła Lila – miejsce, gdzie się rozbiliśmy, jest prawie całkiem wypalone. Połowa drzew się zwęgliła, na pewno już nie ma zwierząt...

– Chcesz się z nimi zaprzyjaźnić? – przerwała Con. – To nie bajka.

– ...do jedzenia – dokończyła Lila. – No i jest tam...

– Co? – spytała Con.

– Jest pilot.

– Nie żyje – odparła Con, wyraźnie zbita z tropu. – Nic nam nie zrobi.

Lila mówiła bardzo cicho, lecz Freda zdumiało jej zdecydowanie.

– Obóz trzeba rozbić tutaj.

– Nie! – zawołała Con. – Kompletny absurd.

– Fred? – zwróciła się do niego Lila. – Ty zdecyduj.

– Nic z tego! – zaperzyła się Con. – Nie może być tak, że jeden postanawia! – Zmierzyła go wściekłym spojrzeniem od czubka głowy do pięt. – To niesprawiedliwe, chyba że się zgodzi ze mną.

Fred znów się rozejrzał po polanie. Powietrze było świeże, a niebo nad nimi błękitniało tak jak nigdy w Anglii. Już-już miał odpowiedzieć, gdy spostrzegł, że na drugim końcu, gdzie las był splątany i gęstszy, przewrócone cztery drzewa stykały się wierzchołkami. Fred poczuł, jak jeżą mu się włoski na karku.

– Nie wydaje się wam, że ta polana ma w sobie coś dziwnego? – spytał.

– To nie odpowiedź! – zirytowała się Con.

– Co masz na myśli? – zapytała Lila.

– Te drzewa, o, tam. – Wskazał.

– O co ci chodzi? Przewróciły się i tyle. Jak to drzewa – powiedziała Con.

– Tylko że one chyba się nie przewróciły – odrzekł Fred.

Pobiegł na kraniec polany. Nie dawało mu spokoju wrażenie, że coś jest nie tak. Ciekawość wzięła w nim górę nad strachem.

Największe drzewo było gigantyczne: pień miało tak gruby i wysoki jak kolumna Nelsona na Trafalgar Square. Opierały się o nie trzy mniejsze. Wszystkie rosły przedtem w kwadracie, o kilka stóp od siebie, a teraz gałęzie ich oplatały ciemnozielone pnącza.

– Nie chodź tam! – krzyknęła Con. – Zostań na widoku!

– Coś tu nie gra.

Przesunął ręką po mniejszym drzewie. U jego podnóża kapryśnie kłębiły się „paprocie”, pośród których majaczyło kilka grzybów. Przygniótł rośliny do ziemi – i serce podeszło mu do gardła.

Mniejsze drzewa nie miały korzeni. Były to sięgające piętnastu stóp kłody – wyrąbane siekierą lub maczetą i starannie wsparte o drzewo pośrodku. Paprocie wyrosły, „albo – stwierdził Fred – posadzono je” u ich podstawy, tak że zasłaniały ociosane końce.

– Kryjówka – wyszeptał Fred.

– Co mówisz? – zawołała Con.

Fred naparł na rozciągające się między kłodami pnącza.

– To jakby namiot – rzekł. – Kryjówka.

Pochylił się, by sforsować listowie.

– Nie wchodź tam!!! – Ostrzeżenie Con zabrzmiało niczym wybuch. – Nie żebym miała stracha. Ale proszę, nie wchodź. To nierozważne ryzyko.

Fred wpatrzył się w nią.

– Co?

Nigdy jeszcze nie przyszło mu do głowy, że ryzyko może być rozważne; tak jakby słyszał teraz dyrektora swojej szkoły.

– Kto wie, co się tam kryje! – krzyknęła Con. – Jaguary, węże albo szczury!

– Nie mogę nie zajrzeć! – odparł ze zdziwieniem.

– Może ma rację – powiedziała Lila. – Co do węży. Uważaj.

– J a sprawdzę! – rzekł wyniośle Maks, zrywając się na nogi.

– Nic z tego! – zabroniła Lila, łapiąc go za rękę. – Ty zostaniesz tutaj.

Fred rozgarnął pnącza zwieszające się między kłodami.

– Au! – skrzywił się.

Część wąsów miała drobne, ale groźne ciernie, które jeszcze zaogniły mu ranę na przedramieniu. Gdy znów odgarnął pnącza na bok, zamarł. Jego serce, które od katastrofy wciąż biło dwa razy szybciej niż zwykle, potroiło tempo.

Kłody stykały się ponad nim, tworząc namiot, w którym zmieściłby się klęczący mężczyzna – albo na stojąco dziecko wzrostu Maksa. W powietrzu unosiła się ostra, przenikliwa woń roślin. W kącie, pod pajęczyną, leżała – gruba na kilka cali – przeżarta przez mrówki sterta liści palmowych, jak karimata.

Fred spojrzał w górę – i wybałuszył oczy.

– Chodźcie zobaczyć! – zawołał.

Przestrzeń między czterema pniami osłaniało zadaszenie z liści palmy. Wyciągnął rękę i go dotknął. Liście były całe w dziurach, na wpół przegniłe, tak że przeświecało przez nie słońce, ale i tak zauważył, jak misternie są utkane.

Poczołgał się dalej, wolno, wypatrując węży w zielonkawym świetle. Ziemia zapadała mu się pod rękami. W przeciwnym kącie kryjówki spostrzegł pokrytą pleśnią wydrążoną tykwę. Pomacał ją ostrożnie, odwrócił do góry dnem i zmarszczył nos na wstrętny odór – z tykwy wysypały się krzemienie. Jedne oszlifowane w kształcie grotów, inne kwadratowe i pękate, wielkie jak pięść.

– Ej, wy dwie! – Fred poczołgał się z powrotem i wytknął głowę spośród pnączy. – Właźcie! Prędko, musicie to zobaczyć! Ktoś tu był!

– Odbiło ci! – fuknęła Con. – Gdyby ktoś był, zabroniłby nam naruszać swoje mienie. Mam tego dość. – Skierowała się w przeciwną stronę.

– Czekaj, Con! – krzyknął Fred. – Nie możemy się rozdzielać!

Rozwścieczony, wygramolił się z kryjówki i pobiegł za nią.

– Kto tu mieszka? – Odwróciła się do niego. Spłoszył się; miała w oczach łzy. – Nie wiesz, prawda?

– Jasne, że nie – odpowiedział. – Myślałem tylko...

– A jak ten ktoś wróci? Czytałam o czymś takim... – Con zawahała się, próbując znaleźć jak najlepszy przykład. – W bajce o złotowłosej i trzech misiach. Wiem, jak to się kończy. Nie chcę być zjedzona!

– Jestem pewny, że tej kryjówki nie zbudował niedźwiedź.

– Może kanibal?!

– Kanibalizm to mit – rzekła Lila.

– Kto tak twierdzi?

– Każdy! Naukowcy. Rodzice.

– Skąd wiedzą?

– Mama dorastała w dżungli, nieopodal Rio Solimões. I jest naukowcem. Botanikiem.

– Psotnikiem! – zawtórował Maks.

Con spojrzała na niego gniewnie, aż zadrgały jej mięśnie twarzy.

– Co za wyrafinowany dowcip...

Lila objęła Maksa opiekuńczym gestem i ciągnęła, niezbita z tropu:

– Tatuś jest Anglikiem i bada rośliny tropikalne. Na potrzeby medycyny. A babcia była asystentką uczonego; wybieraliśmy się do niej do Anglii w odwiedziny. Mieliśmy wsiąść na statek w Manaus. Chciała spotkać się z nami przed śmiercią; poznać Maksa.

Con prychnęła.

– No to chyba lepiej, że się rozbiliśmy.

Ignorując tę uwagę, Lila powiedziała:

– Słuchajcie, ktokolwiek tu mieszka... Gdyby wrócił, mógłby zabrać nas do Manaus.

– Albo zjeść na kolację – rzekła Con.

Omiotła wzrokiem rodzeństwo, zła i zdeprymowana.

– Wejdźmy do środka – zachęcił Fred. – Nikogo nie było tam od wieków. Zobaczycie.

Niechętnie i bardzo wolno, Con się odwróciła. Schyliła się i wsunęła do kryjówki. Lila z Maksem za nią.

Fred szarpnął zbutwiałe poszycie dachu.

– Moglibyśmy utkać nowy – zaproponował. – I zrobić nowe łóżka. Wtedy nie jechałoby aż tak skarpetą.


Zaczął zgarniać przegniłe liście i wypychać je z szałasu. Grunt, sypki i pylisty, miał woń tysiąca ciepłych dni spiętrzonych jeden na drugim.

Lila przyniosła naręcze liści, dużych jak poszewki, i zaczęła układać z nich posłania.

– Można by też powiesić nad wejściem więcej pnączy – stwierdził. – Żeby jakieś stwory nie zaglądały nam do środka.

Con przysiadła w kryjówce, zakładając ręce na piersiach.

– Kto przed śmiercią zapisał ci królestwo? – zapytała.

– Nikt! – Fred odwrócił się, zaskoczony. – Ale skoro mamy tu spać, lepiej, żeby nie kapało nam na głowę.

– Ja tu nie śpię! – Najeżyła się Con. – W każdej chwili ktoś może wrócić.

– Ale nie wróci – odparł Fred. – Widziałaś te krzemienie?

– Bo co?

– Są omszałe – powiedział.

– Czyli brudne. Fantastycznie. I to ma mnie podnieść na duchu?

– Chodzi mu o to, że są stare – wyjaśniła Lila. – Od dawna nikogo tu nie było.

– Ale w imię czego chcecie się narażać? – Con nie dawała za wygraną. – A jeśli wróci i uzna nas za intruzów?

– A jeśli nie zamierza wracać, no i porzucił tę kryjówkę? – zripostowała Lila cicho, acz stanowczo. – Skoro ktoś tutaj był, to znaczy, że ktoś oprócz nas też uznał to miejsce za dobre na odpoczynek. Czyli: jest bezpiecznie.

– Nie wiesz tego na pewno.

– A co w ogóle jest pewne? – spytał Fred. – Lila ma rację. Wyprowadzimy się, gdy tylko znajdziemy sposób, żeby się wydostać z dżungli. A na razie sensownie jest zostać w miejscu, w którym bywają ludzie.

– Pod warunkiem, że nas NIE ZJEDZĄ! – odpaliła Con.

– Ja zostaję – oznajmił Maks. – Chcę mieszkać w drzewo-namiocie. A jak każesz mi się wyprowadzić, to cię obsiusiam.

– Akurat! – Con cofnęła się i walnęła głową o pień drzewa.

– Zdarza mu się to czasem – ostrzegła Lila.

Co przynajmniej chwilowo rozstrzygnęło sprawę.