Amerykańskie księżniczkiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

8. Beatrycze

Beatrycze jeździła na królewskie objazdy kraju przez całe swoje życie. Miała zaledwie sześć miesięcy podczas pierwszej wyprawy wokół amerykańskiego Południa i Południowego Zachodu. Oczywiście nic z niej nie pamiętała, ale wielokrotnie widziała zdjęcia, na których jej rodzice schodzą z pokładu „Orła V”, niosąc ją na rękach. Stanowiło to namiastkę wspomnień. Jej rodzice wszędzie ją wtedy ze sobą nosili, nawet gdy spała. Na widok niemowlęcia, które miało być pierwszą rządzącą królową Ameryki, tłumy szalały.

Beatrycze przyzwyczaiła się do tych wycieczek, do tego, jak musiała uśmiechać się i nawiązywać kontakt wzrokowy z każdą napotkaną osobą, podziękować im za czas, przywitać po imieniu. Wiedziała, jak ważne są te chwile dla wizerunku rodziny królewskiej. Jak mówił jej dziadek, „aby lud uwierzył w monarchę, ludzie muszą go widzieć. Wszyscy”.

Mimo to Beatrycze czasami łapała się na tym, że działa jak na autopilocie, mówiąc „dziękuję” i „miło mi” tak wiele razy, że zapomina, co znaczą te słowa. Czuła się tak samo teraz, na Balu Królowej. Jakby nie żyła własnym życiem, ale stała się aktorką, recytującą scenariusz napisany przez kogoś innego.

Nie pomagało to, że dzielnie, choć niezbyt skutecznie starała się, by jej partner w tańcu nie deptał jej po nogach.

— …i dlatego zbiory poszły w tym roku znacznie lepiej — wyjaśnił lord Marshall Davis, wnuk księcia Orange. Był bardzo przystojny, zwłaszcza gdy się uśmiechał i białe zęby lśniły na tle jego gładkiej, hebanowej skóry.

Poruszali się po sali, tańcząc powolnego walca. Beatrycze rzadko tańczyła na tego rodzaju imprezach: ona i jej rodzice zazwyczaj tego unikali.

„Kiedy tańczysz, możesz rozmawiać tylko z jedną osobą” — mawiał zawsze jej ojciec. „Dużo efektywniej wykorzystasz czas, pozostając z boku i poruszając się wśród

tłumu”.

Dzisiejszy wieczór był oczywiście wyjątkiem, bo Beatrycze miała przecież poznać poszczególnych kandydatów. Nadal odmawiała myślenia o nich jako o potencjalnych mężach.

Była wdzięczna choć za to, że młodzieńcy przynajmniej wiedzieli, co się święci, bo oszczędziło jej to wyjaśnień, dlaczego im się przedstawia. Wszyscy wydawali się też wiedzieć o sobie nawzajem; dało się to odgadnąć po tym, jak na siebie patrzyli.

Jak na razie poznała większość z nich: lorda Andrew Russella, przyszłego hrabiego Huronu, którego ojciec obecnie służył jako ambasador w Brazylii; lorda Chaskę Wanetę, przyszłego księcia Siuksów; oraz lorda Kodę Onegę, przyszłego księcia Irokezów: dwóch dziedziców rdzennych księstw najbardziej zbliżonych do niej wiekiem. Byli też dwaj bracia, lord James Percy i Brandon Percy, dziedzice księstwa Tidewater, wąskiego kawałka ziemi otaczającego większość Zatoki Meksykańskiej. Wszyscy mieli jedną wspólną cechę: skłonność do przechwalania się osiągnięciami. Marshall na przykład obecnie chwalił się winnicą, którą jego rodzina posiadała w Napie.

Beatrycze zmusiła się do uśmiechu. Rzadko nawet piła wino.

— Cieszę się, że zbiory były udane. Rolnictwo to ważna część amerykańskiej gospodarki, zwłaszcza w Orange. — Była zmęczona i chwytała się każdego koła ratunkowego, ale najwyraźniej powiedziała coś nie tak.

— Tworzenie wina to nie rolnictwo. To sztuka — poinformował ją Marshall.

— Oczywiście — dodała pospiesznie. On zaś skinął sztywno głową, po czym poprowadził ją ostrożnie do obrotu.

Wirując, Beatrycze zauważyła blondwłosą czuprynę na drugim końcu sali. Był to Theodore Eaton, jedyny młodzieniec na liście jej rodziców, który jeszcze się jej nie przedstawił. Poznała go ze zdjęć w folderze.

— Przepraszam, ale muszę na chwilę odejść — szepnęła. Nieważne, jak się czuła, maniery nigdy jej nie opuszczały. — Było mi bardzo miło.

— Och… dobrze. — Marshall wycofał się, pozwalając Beatrycze, by ruszyła w stronę Theodore’a. W sukni z halkami, obciążona szarfą, medalami i tiarą, czuła się nieco jak żaglowiec, powoli, ale majestatycznie sunący pośród fal.

— Theodorze Eaton, miło wreszcie cię poznać — oznajmiła. Było to nieco bardziej bezpośrednie, niż miała w zwyczaju, ale była zmęczona i rozkojarzona.

— Wasza królewska wysokość… — Wyciągnął do niej rękę. Stopy już miał skierowane ku parkietowi. — I proszę, mów mi „Teddy”.

— W zasadzie… — przełknęła ślinę. — Czy możemy zamiast tego na chwilę gdzieś usiąść?

Skinął głową i poszedł za nią przez podwójne drzwi do — na szczęście pustego — saloniku. Beatrycze usiadła na sofie z wyraźną ulgą.

— Gdzie byłeś cały wieczór? Ukrywałeś się przede mną? — Chciała, żeby zabrzmiało to jak przekomarzanie, ale najwyraźniej popełniła kolejny błąd, bo Teddy lekko się zaczerwienił.

Tyle lat lekcji etykiety, a nadal nie miała pojęcia, jak rozmawiać z chłopcami.

— Uznałem, że powinienem poczekać na swoją kolej — odparł taktownie.

W drzwiach pojawił się cień. Jeszcze zanim Beatrycze podniosła wzrok, już wiedziała, że to Connor. Rzucił okiem na scenę. Beatrycze spojrzała mu w oczy i bardzo lekko skinęła głową. Jako że po roku porozumiewali się bez słów, Connor zrozumiał. Zmarszczył brwi, ale ukłonił się sztywno i wyszedł.

Beatrycze przygotowała się mentalnie na obowiązkowe pół godziny przechwałek, jakie znów musiała znieść. Ale zanim zdążyła poprosić Teddy’ego, aby powiedział jej coś o sobie, przerwał jej myśli.

— Jak się trzymasz?

Zamrugała szybko.

— Słucham?

— To musi być dla ciebie niezręczne i niezwykle stresujące. Spotykasz nagle grupę facetów, z którymi chcą cię ustawić rodzice. Jak się czujesz? — spytał, po czym pokręcił głową. — Przepraszam, pewnie wszyscy dzisiaj cię o to pytają.

— W zasadzie to ty spytałeś pierwszy — odpowiedziała Beatrycze, dziwnie poruszona jego troską. — Prawda jest taka, że owszem, to nieco dziwne.

— Bardzo dziwne. Jak randkowe reality show — zgodził się Teddy, na co uśmiechnęła się. Znała program, o którym mówił. Samanta i Nina kiedyś go oglądały.

Teddy nie był tak wysoki, na pewno niższy od Connora, ale gdy tak spoczywał na poduszkach, wydawał się… w jakiś sposób robić imponujące wrażenie. Coś w jego wyglądzie jednak nie dawało jej spokoju.

— Masz źle zawiązaną muszkę. — Ku własnemu zaskoczeniu pochyliła się do przodu. — Proszę, po-

prawię.

Teddy uśmiechnął się przepraszająco. Wydawało jej się, że lekko się zarumienił. O Boże. Czy on myślał, że z nim flirtuje? Ale czy właściwie nie to powinna robić?

— Czy zawsze jesteś taką perfekcjonistką? — spytał.

— To wchodzi w zakres obowiązków. — Skupiła się na dłoniach, żeby nie zacząć się denerwować. Skrzyżowała oba końce muchy, zawinęła w pętlę i przeciągnęła.

— Gdzie się tego nauczyłaś? — spytał Teddy, gdy znów się odchyliła. Muszka była teraz idealnie symetryczna. Beatrycze nigdy nie podejmowała czynności, których nie potrafiła wykonać perfekcyjnie.

— Nauczył mnie tego nauczyciel etykiety.

Zaczął się śmiać, ale udało mu się stłumić śmiech.

— O Boże. Nie żartujesz. Naprawdę miałaś nauczyciela etykiety?

— Oczywiście. — Przez te pytania Beatrycze zaczęła niespokojnie się wiercić.

— I czego cię uczył?

— Manier przy stole, jak dygać, jak bezpiecznie wsiadać do samochodu i z niego wysiadać.

— Zaraz, dlaczego to jest częścią lekcji etykiety?

Beatrycze starała się nie zawstydzić jeszcze bardziej.

— Muszę wyjąć obie nogi jednocześnie, ze złączonymi kolanami, aby paparazzi nie…

Nie przeszło jej przez usta „zdjęcie krocza”, ale nie musiało, bo w szeroko otwartych oczach Teddy’ego widziała zrozumienie.

— Cieszę się, że nie noszę spódnic — zażartował. Beatrycze też miała ochotę wybuchnąć śmiechem, ale jedynie lekko się uśmiechnęła.

Wciąż słychać było coraz cichsze odgłosy z sali balowej. Teddy spojrzał na nią zamyślony.

— Widziałem cię kilka razy w Bostonie, wiesz? Kiedy odwiedzałem rodzinę.

— Naprawdę? Gdzie?

— W Darwin’s. Chodziłem tam się uczyć — odparł z lekkim zażenowaniem. — Zawsze wiedziałem, kiedy się zjawisz, bo jeden z twoich ochroniarzy najpierw robił rekonesans. Dziesięć minut później przyjeżdżałaś na rowerze, ukrywając twarz pod czapką bejsbolową, po bajgle i kawę cold brew. Zawsze mi się to podobało — dodał cicho. — Że sama chodziłaś po bajgle, mimo że mogłaś kogoś przysłać.

Beatrycze zarumieniła się. Wiedziała, że czapeczka nikogo nie zmyli, ale na studiach podobało jej się to, że ludzie szanowali jej prywatność. Nawet gdy ją rozpoznawali, raczej jej nie zaczepiali.

— Lubiłam jeździć tam na rowerze. Wymagało to sporo zachodu, ale nigdy nie chciałam z tego rezygnować.

— Sporo zachodu?

— Jeden z moich ochroniarzy jeździł za mną w samochodzie z przyczernionymi oknami, a drugi, ten od rekonesansu, czekał w kawiarni — odparła nieco zawstydzona. — Mnóstwo misternej choreografii, tylko dla bajgla.

— Na twoją obronę powiem, że te bajgle najlepiej smakują prosto z pieca. Gdyby zawieziono je do biblioteki, czy gdzie się uczyłaś, nie byłyby już świeże — zapewnił ją Teddy.

— Na posterunek policji — poprawiła go Beatrycze, zanim zdążyła się powstrzymać.

— Co?

— W bibliotece nie mogłam się skupić. Było tam tak tłocznie, a ja naprawdę nie lubię siedzieć w małych, zamkniętych pomieszczeniach, nie kiedy jest w nich tyle ludzi… — Beatrycze przełknęła. — Jeździłam na rowerze na posterunek policji Cambridge i siedziałam tam na pierwszym piętrze nad zadaniami domowymi. Nikt mi tam nie przeszkadzał.

Czuła się nieco głupio, wyznając to, ale Teddy skinął głową.

 

— Jakie były twoje ulubione bajgle? — spytał, zręcznie zmieniając temat.

— Jagodowe, z dodatkowym serem śmietankowym. Chyba że wzięłam akurat karmelowe brownie — przyznała. — W czasie sesji egzaminacyjnej jadłam je raz dziennie, aby się odstresować. — Przechyliła głowę i spojrzała na Teddy’ego. — A ty co zamawiałeś?

— Kanapkę śniadaniową z chorizo i papryczkami jalapeño. Jestem uzależniony od ostrego jedzenia — przyznał i roześmiał się. — Obawiam się, że jestem osądzany na podstawie swojego doboru bajgli.

— Nie mam za bardzo po czym jeszcze cię osądzać. Pozostali cały czas mówili o sobie. — Beatrycze dała mu okazję, ale Teddy nie połknął przynęty.

— Może mam mniej do powiedzenia.

— Nie będziesz się chwalić studiami na Yale? —

spytała.

— Nie chciałem przypominać, że studiowałem na dużo lepszej uczelni niż Harvard — odparł z uśmiechem. — Chociaż zastanawiało mnie, czemu nie wybrałaś Kolegium Królewskiego.

Nie musiał dodawać, że to tam, gdzie zawsze studiowali przyszli królowie Ameryki.

— Chcę ustanowić nowy precedens — odpowiedziała wymijająco. Zwykle zakładano, że wybrała Harvard ze względu na rygor akademicki, ale prawda była taka, że po prostu chciała wyrwać się na cztery lata ze stolicy. Tak daleko, jak tylko mogła. Wolałaby jeden z uniwersytetów na zachodzie, ale jej rodzice nie pozwoliliby, aby wyjechała aż do Orange.

— Przypomnij, nie byłeś aby w zespole wioślarskim? — spytała, znów zmieniając temat.

— Tylko na pierwszym roku. A teraz mam dowód, że widziałaś moje CV. — Teddy oparł łokieć na kolanie. — Masz oznakowaną kolorystycznie kartotekę o każdym z nas, w porządku alfabetycznym?

— Tak naprawdę posortowaną według rangi tytułów szlacheckich — odpowiedziała żartem. — Skąd wiesz?

— Bo tak zrobiliby moi rodzice. — Nie była pewna, jak na to odpowiedzieć, ale Teddy kontynuował. — Mają bardzo… ugruntowane opinie — stwierdził taktownie. — Zapewne tak jak i twoi. Teraz martwią się, że nie idę od razu na studia prawnicze. Wszyscy w mojej rodzinie to prawnicy — dodał, jakby to wszystko wyjaśniało.

— A ty też chcesz być prawnikiem?

— Nie wiem, czy chęci cokolwiek tu znaczą — odparł cicho.

Beatrycze poczuła pewną dozę empatii. Tego rodzaju sytuacje nie były jej obce.

— Chyba widziałam portret jednej z twoich przodkiń w bostońskim Muzeum Sztuk Pięknych. Lady Charlotte Eaton — przypomniała sobie Beatrycze. Na wspomnienie tej nocy uśmiechnęła się tęsknie.

— Portret Whistlera — skinął głową Teddy. — Była moją prababką.

— W tym muzeum musi być sporo eksponatów z waszej osobistej kolekcji. To miło ze strony waszej rodziny, że je wypożyczyła.

Większość kolekcji rodzinnej Waszyngtonów była częś­cią stałej wystawy w Narodowej Galerii Portretów. Nie licząc tego, że gdy Beatrycze była młodsza, jeden z obrazów z kolekcji na tydzień wieszano w jej sali lekcyjnej. Niektóre z krwawych obrazów historycznych sprawiały, że miała potem koszmary.

— Tak naprawdę sprzedaliśmy tamten portret — wyjaśnił Teddy. I natychmiast zesztywniał, jakby żałował tych słów. Beatrycze poczuła się jak intruz na osobistym terytorium.

— No cóż, musiałam napisać pracę o tym portrecie i dostałam za to jedną z najgorszych ocen w całej swojej karierze studenckiej — mówiła dalej. — Więc mam nadzieję, dla dobra nas obojga, że nie jesteś tak zagadkowy jak twoja babka. Bo jeśli tak, to nigdy cię nie

zrozumiem.

Teddy zdawał się przyglądać jej z zaciekawieniem.

— Wiesz — odezwał się w końcu. — Byłem nieco zaskoczony, gdy rodzice powiedzieli mi, dlaczego dziś się z tobą spotkam. W końcu… mogłabyś mieć dosłownie każdego.

„Nie każdego”. Beatrycze pomyślała znów o tym, jak cienki był folder.

— To nie takie proste — powiedziała.

Na jednej ze ścian tańczyło światło księżyca, wpadające do środka przez ogromne okna. Odbijało się w szafirowych oczach Teddy’ego. Skinął głową ze zrozumieniem.

— Wyobrażam sobie.

Pozostali chłopcy byli tak przewidywalni, ograniczeni. Żaden z nich tak naprawdę nie zwracał na nią uwagi. Tylko pozowali i udawali, tańcząc na powierzchni rozmowy, nie słuchając jej tak naprawdę.

Mogła nie czuć motylków w brzuchu, ale w Teddym było coś autentycznego, co wypadało na jego korzyść.

Beatrycze próbowała ukryć zdenerwowanie. Nie robiła tego wcześniej, poza ćwiczeniami z nauczycielem etykiety. Tak, lord Shrewsborough kazał jej ćwiczyć zapraszanie chłopaków na randki, jako że większość mężczyzn bałaby się zaprosić ją.

— Teddy… — Przełknęła ślinę, aż w końcu powiedziała resztę. — W przyszły weekend moja rodzina wybiera się na premierę Korony północy na East Endzie. Czy chciałbyś wybrać się tam ze mną?

Zawahał się, sprawiając, że Beatrycze zastanawiała się, czy nie popełniła gafy, proponując, żeby poszedł z nią zobaczyć musical, i to w towarzystwie całej jej rodziny. Ale właśnie wtedy się uśmiechnął.

— Z miłą chęcią — zapewnił ją.


Connor demonstracyjnie milczał, gdy odprowadzał Beatrycze do jej apartamentu po zakończeniu uroczystości.

Pocierała skronie, wciąż obolałe od tiary. Gdyby tylko mogła zrzucić buty i przebiec przez pałac boso jak Samanta. Nawet teraz głęboko zakorzenione konwenanse nie pozwalały jej na to.

Spojrzała na Connora. Odwracał wzrok, z zaciśniętą szczęką. Rzadko panowała między nimi taka cisza. Zazwyczaj w takich okolicznościach oboje wymieniali komentarze na temat ludzi, z którymi rozmawiała Beatrycze, śmiejąc się wspólnie czyimś kosztem. Ale dziś wyglądało na to, że postanowił ją ignorować.

W końcu nie była w stanie tego znieść.

— Co się dzieje?

Byli sami na korytarzu na piętrze. Odgłosy ich kroków tłumił ciężki dywan. Connor nadal nawet na nią nie spoglądał.

— Przestańże — naciskała. — Jesteś jedyną osobą, która jest ze mną naprawdę szczera. Co cię gryzie?

— Szczerze? — W końcu na nią spojrzał, oczami bystrymi jak u sokoła. — Nie wierzę, że się na to zgodziłaś. Jaki właściwie masz plan? Eliminować ich jednego za drugim i ten, który zostanie, otrzyma główną nagrodę?

— Przepraszam, ale masz lepszy pomysł?

Prychnął jakby z niedowierzaniem.

— Po prostu nie sądzę, abyś mogła wezwać czeredę arystokratów na spotkanie, a potem żyć długo i szczęśliwie z jednym z nich.

— To nie musi być jak w bajce, przynajmniej nie według moich rodziców. — Beatrycze usłyszała we własnej odpowiedzi nietypową dla siebie nutkę goryczy. — Byle było względnie szczęśliwie.

Dotarli do jej apartamentu. Pokój dzienny był piękny, nawet jeśli nieco bezosobowy: pełen antycznych mebli i emaliowanych lamp. Na bladobłękitnych ścianach wisiały skromne akwarele. Niedaleko drzwi do jej sypialni serpentynowe biurko było pełne zaproszeń i oficjalnych dokumentów.

Connor wszedł za nią do środka, zamknął drzwi i oparł się o nie ze skrzyżowanymi rękami.

— Dlaczego to robisz, Bee? — W jego głosie słychać było zdenerwowanie. Beatrycze pomyślała, że to nie fair. Zwłaszcza że nie była to jego sprawa.

Westchnęła gniewnie.

— A jaki mam wybór? Wiesz, jak dziwne jest moje życie. Nie mogę po prostu chodzić na randki jak zwykła dziewczyna.

— I myślisz, że wybranie jakiegoś gościa z folderu jest najlepszą opcją?

— Proszę… po prostu przestań — powiedziała bezradnie. — I tak dość się już denerwuję.

— Chciałaś, żebym był szczery. — Connor włożył ręce do kieszeni. Stał sztywno, wyraźnie spięty. Nadal opierał się o drzwi, kilka metrów od księżniczki. — I dlaczego się denerwujesz? Oni są tu dla ciebie. To ty trzymasz w ręku wszystkie karty.

— Jestem przerażona, bo nie mam pojęcia, co robię, rozumiesz? To wszystko jest dla mnie nowe. Nigdy naprawdę nie miałam chłopaka, nigdy nawet…

Powstrzymała się przed dokończeniem zdania, ale Connor i tak pewnie wszystko wiedział. Obecnie cały kraj wydawał się mieć wyrobione zdanie na temat dziewictwa Beatrycze.

— Nigdy nie byłam zakochana — powiedziała w końcu. — Zważywszy na okoliczności, nie bardzo miałam okazję.

A wtedy, z jakiegoś powodu, którego nie byłaby w stanie wyjaśnić, spojrzała Connorowi w oczy.

— A ty?

Było to najbardziej osobiste pytanie, jakie kiedykolwiek zadała. Connor nie odwracał wzroku.

— Tak.

Beatrycze zaskoczył żal, jaki słyszała w jego słowach.

— No cóż… — powiedziała chłodno. — Cieszę się z twojego szczęścia.

— Nie powinnaś.

Cofnęła się o krok. O czymkolwiek mówił, o jaki dawny nieudany romans mogło chodzić, nie chciała o nim słyszeć.

— To naprawdę nie twój interes. Możesz iść.

Nigdy dotąd Beatrycze w ten sposób go nie zbyła. Zobaczyła, jak wzdryga się na jej słowa, i otworzyła usta, aby je cofnąć…

W pałacu rozległ się huk. Jakieś dudnienie, eksplozja?

Connor skoczył do przodu, szybki jak cień, zanim Beatrycze zdążyła się zorientować.

Pociągnął ją w stronę ściany, po czym obrócił się, osłaniając ją bezpiecznie za swoimi plecami. Tym samym płynnym ruchem wyciągnął pistolet z kabury.

Jego oczy powędrowały od drzwi do korytarza, do okien, oceniając prawdopodobieństwo zagrożenia z każdego kierunku. Podbiegł do niej z niesamowitą szybkością i teraz stał przed nią w niesamowitym bezruchu, który wyraźnie był skutkiem wieloletnich szkoleń.

Serce Beatrycze dudniło. Stała się nagle boleśnie świadoma każdego miejsca, w którym stykały się ich ciała, od jej nóg aż po klatkę piersiową, przyciśniętą do pleców Connora. Jego mundur drapał ją w policzek. Czuła jego szybki oddech, czuła ostry zapach męskiego mydła. Ciepło jego ciała przepalało się przez sukienkę, parzyło jej

skórę.

W jej głowie rozległa się echem przysięga Gwardii Revere’a. „Jestem latarnią honoru i prawdy, światłem rozpraszającym mrok. Na życie i śmierć przysięgam strzec tego królestwa i jego Korony”.

„Na życie i śmierć”. Connor dosłownie przysiągł chronić ją w każdy możliwy sposób. Beatrycze o tym wiedziała, ale to było co innego, niż zobaczyć, jak zasłania ją niczym żywa tarcza. Wiedząc, że walczyłby za nią, gdyby do tego doszło, sprawiło, że czuła dziwną pokorę.

Wydawało się, że minęła wieczność, zanim przez system pałacowych głośników odezwał się głos:

— Fałszywy alarm! Jeden z fajerwerków przypadkiem wybuchł w południowym portyku!

Connor odwrócił się, kładąc ręce na gołych ramionach Beatrycze, aby ją uspokoić. To były mocne dłonie człowieka przyzwyczajonego do wysiłku fizycznego, podnoszącego ciężary i dzierżącego karabin, któremu zdarzało się walczyć na ringu bokserskim. W jego twarzy wyczytała czujność, troskę i coś jeszcze, czym promieniał tak jak ciepłem.

— Bee, wszystko w porządku?

Zaschło jej w gardle. Była w stanie tylko skinąć głową.

Connorowi to wystarczyło. Odstąpił od niej i schował broń do kabury. W całej tej ekscytacji rozluźnił się kołnierz jego munduru i znów zobaczyła krawędź tatuażu. Zobaczyła skrawek prawdziwego Connora, prywatnego ciała, które krył pod bronią i mundurami.

Pałac był zapewne pełen głosów i dudnienia kroków. Powinien być, po takim alarmie, choćby i fałszywym. Ale Beatrycze nic z tego nie słyszała. Reszta świata dla niej znikła.

Zrobiła krok do przodu i uniosła usta do jego ust.

Jej zdrowy rozsądek musiał chwilowo ujść z jej ciała, bo działała, zupełnie nie myśląc; ale wrócił, gdy tylko ich usta się zetknęły. To, jak bardzo słuszny wydał jej się ten pocałunek, głęboko ją uderzyło.

Connor oderwał usta od jej ust i cofnął się o krok. Coś, może jego odznaka latarni, zaczepiło o jej szarfę, zdzierając ją z jej ramienia. Opadła na podłogę jak biała flaga kapitulacji.

O Boże. Co ona zrobiła?

Oddech Connora był tak samo płytki i nierówny jak jej. Żadne z nich nie odzywało się. W jej wyobraźni byli zamrożeni w czasie jak postacie z komiksu, z pustymi dymkami unoszącymi się z ust.

Rozległo się pukanie do drzwi apartamentu.

— Beatrycze!

Jak zawsze, jej ojciec otworzył drzwi, zanim zdążyła powiedzieć „wejść”.

W ich pozycji nie było nic kompromitującego. Stali w jej pokoju dziennym, Beatrycze wciąż miała na sobie suknię balową i obcasy. Po prostu miała nadzieję, że wyraz jej twarzy niczego nie zdradzi.

 

— Nic ci nie jest? — spytał król. — Przepraszam za fajerwerki. Nie wiem, jak to się stało.

— Wszystko w porządku — odparła stanowczo.

Kątem oka zobaczyła, że stojący obok niej Connor sztywno się pokłonił.

— Wasza królewska mość — mruknął i pospiesznie opuścił pokój.

— Chciałem tylko sprawdzić, co u ciebie. Co myślisz o poznanych dzisiaj młodzieńcach? — spytał król, gdy drzwi zamknęły się za Connorem.

Beatrycze wciąż dzwoniło w uszach po tym, co się stało. Pocałowała swojego gwardzistę. Ta myśl huczała jej w głowie tak głośno jak przed chwilą odgłos fajerwerków.

Czy naprawdę minęło tylko kilka minut? Czuła się, jakby to było całe życie.

— Możemy porozmawiać jutro? Jestem wyczerpana — spytała z bladym uśmiechem.

— Oczywiście, rozumiem.

Gdy jej ojciec wyszedł, Beatrycze przeszła przez pokój dzienny i sypialnię do swojego ostatecznego schronienia — garderoby. Na jednej ze ścian znajdowało się głębokie okno wykuszowe, z siedzeniem, na którym leżała sterta poduszek. Wspięła się na nie, zrzuciła buty i podciągnęła kolana tak, że dół jej sukni opadł na poduszki. Zamknęła oczy i jej czoło spoczęło na chłodnym jedwabiu sukienki. Starała się uspokoić puls.

Co Connor myślał o tym, co się stało? Czy nadal stał na baczność za drzwiami? Beatrycze nie mogła znieść myśli o tym, że go utraci. Bała się, że wszystko na zawsze między nimi zniszczyła, ale jeszcze bardziej bała się siebie samej i tych ekscytujących, przerażających nowych uczuć, które biegły przez jej ciało.

Uczuć do osoby, która nigdy nie trafiłaby do folderu z wyselekcjonowanymi, stosownymi opcjami. Osoby, która nigdy nie mogła należeć do niej.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?