Amerykańskie księżniczkiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7. Nina

Nina! Tu jesteś! — Księżniczka Samanta zaciągnęła przyjaciółkę w kąt sali balowej. Mimo starań nauczycieli etykiety poruszała się tak niecierpliwie, stawiając długie kroki, jak wtedy, gdy była dzieckiem.

— Raczej ty w końcu tu jesteś. To ty nagle zniknęłaś. — Nina pokręciła głową z rozbawieniem. — Gdzie byłaś podczas ceremonii pasowania?

Włosy Sam wymykały się spinkom, a twarz była zdrad­liwie zarumieniona. Mimo lśniącej sukni oraz diamentów na nadgarstkach i na szyi przypominała teraz na wpół oswojone zwierzę, które w każdej chwili może uciec.

Sam zniżyła głos niemal do szeptu.

— Byłam w szatni z Teddym Eatonem.

— Z kim?

Księżniczka skinęła głową na chłopaka na parkiecie, z blond włosami i arystokratycznymi rysami twarzy. Nina powiedziałaby, że nie wygląda na typ Samanty, ale Sam właściwie nigdy nie miała swojego „typu”. W jej romansach jedyną stałą rzeczą było to, że były szokujące.

— Całkiem uroczy — stwierdziła wymijająco.

— Wiem. — Samanta nie była w stanie ukryć uśmiechu. — Przepraszam, że tak zniknęłam. Jak ci się podoba impreza? Nie zanudziłaś się jeszcze na śmierć?

Nina wzruszyła ramionami.

— To po prostu nie moje klimaty.

Rozmawiała już z każdym uczestnikiem balu, którego rzeczywiście lubiła, co oznaczało niewiele osób, poza jej własnymi matkami. Większość gości wydawała się patrzeć przez nią, jakby była niewidzialna. Ale tak właśnie było na dworze: nie będąc kimś, było się

nikim.

— I tak dzięki, że przyszłaś — powiedziała szczerze Sam. — Obiecuję, że następnym razem możemy pójść na jedną z twoich imprez studenckich. Nie mogę się doczekać, aż poznam twoich nowych znajomych.

Nina uśmiechnęła się na myśl o tym, że Samanta pozna Rachel. Jej dwie najbliższe przyjaciółki z tak silnymi osobowościami, obie przyzwyczajone, że dostają to, czego chcą. Albo się pokochają, albo znienawidzą.

Zanim Nina zdążyła odpowiedzieć, za Samantą stanął mężczyzna. Lord Robert Standish, który został szambelanem po odejściu matki Niny.

— Wasza wysokość, jego królewska mość prosi, aby zatańczyła pani z wielkim księciem Piotrem. — Standish wpatrywał się w Samantę, ignorując Ninę, chociaż doskonale wiedział, kim jest.

Samanta spojrzała na Ninę przepraszająco, z nutą irytacji.

— Przepraszam, ale wygląda na to, że mnie wzywają — oznajmiła i ruszyła szukać wielkiego księcia — młodszego syna rosyjskiego cara, który obecnie gościł na amerykańskim dworze.

Nina trzymała się na uboczu, spoglądając na parkiet beznamiętnym wzrokiem outsidera. Tak wielu ludzi się na nim tłoczyło i wszyscy epatowali swoimi tytułami, bogactwem i koneksjami. Patrząc na ich sztywne pałacowe ruchy, Nina westchnęła.

Nic się nie zmieniło. Te same idiotyczne plotki, to samo musujące wino w tych samych kieliszkach, ci sami ludzie kłócący się o te same drobne dramaty. Nawet pachniało tak samo: zapachy chciwości i władzy zmieszane z różanymi saszetkami i starymi zbutwiałymi meblami.

Przypominało to Ninie telenowele, które kochała Julie, gdzie można było opuścić odcinki z całego tygodnia, a i tak bez problemu odnaleźć się w fabule, bo mimo nagłych zwrotów akcji między postaciami tak naprawdę niewiele się zmieniało.

Patrzyła, jak Samanta podchodzi do Piotra: ukłonił się sztywno i wyciągnął rękę, prowadząc ją dalej. Zgromadzili się wokół nich dworzanie i gwardziści, których nazwiska zlewały się w pamięci Niny. Była częścią prywatnego życia Samanty, nie sfery publicznej, i niezależnie od tego, w ilu galach brała udział, nie miała pojęcia, kim jest większość z tych ludzi.

Rozpoznała jednak Daphne Deighton, tańczącą z księciem Jeffersonem.

Ręka Daphne była na jego ramieniu, usta miała czerwone i uśmiechnięte. Wszystko w niej — błysk kolczyków, migotanie sukienki — wydawało się rzadkie, drogie i niezwykle eleganckie. Może plotki były prawdziwe, może ona i Jeff jednak mieli się znów zejść.

Nina poczuła desperacką potrzebę wyjścia na świeże powietrze. Ale na tarasie było zbyt wielu przyjaciół Jeffa, a wpadnięcie na księcia było ostatnią rzeczą, jakiej chciała. W końcu przypomniała sobie, gdzie jeszcze może iść.

Ruszyła do przodu, a wraz z nią jej odbicie w starych lustrach sali balowej. Stwierdziła, że nigdy nie przyzwyczai się do formalnego stroju. Jej fioletowa sukienka z odkrytymi plecami, pożyczona od Sam, burzyła się wokół

obcasów.

Nina wyszła przez główne drzwi sali balowej i ruszyła bocznym korytarzem, oświetlonym tylko staroświeckimi kinkietami. Szła szybko, mijając upiorne posągi na marmurowych postumentach i krajobrazy w ciężkich ramach. Jedyny ochroniarz, jakiego wypatrzyła, stał na górze schodów; skinął do niej beznamiętnie głową, zanim wrócił do ekranu telefonu.

Większość Pałacu Waszyngtońskiego wielokrotnie poddawano renowacjom. Z dawnego domu w Mount Vernon została tylko garstka pokoi w południowo-wschodnim rogu. Były przestarzałe, z niskimi sufitami i nie używano ich do oficjalnych uroczystości. Ale Nina zawsze lubiła to miejsce, zwłaszcza nocą, kiedy wiekowy budynek spowijały cienie.

Zdjęła srebrne buciki i wyszła na balkon. Kamienne płyty były przyjemnie chłodne pod jej bosymi stopami.

Pod nią rozciągały się ogrody, mozaika światła i ciemności. Nina oparła łokcie o żelazną balustradę i wyglądała poza sad wiśniowy, najpopularniejsze miejsce podczas wycieczek po pałacu dzięki starej historii o królu Jerzym I i drzewie wiśni.

Waszyngton, stolica kraju. Miasto marzycieli i kanciarzy, szlachty i pospólstwa, finansów i mody, polityki i sztuki… najwspanialsze miasto na świecie, jak mówili jego mieszkańcy, gdzie każdy mógł stać się kimś. Wspaniała mieszanina kamiennych dachów i nowych drapaczy chmur, z krzykliwymi neonowymi szyldami. Dwie kopuły Columbia House, miejsca zebrań obu izb Kongresu, unosiły się ponad horyzontem w złocistym splendorze.

Za jej plecami zaskrzypiały drzwi.

— Nina?

Zaparło jej dech w piersiach. Powinna była wiedzieć, że tak się może zdarzyć.

— Ledwie cię dzisiaj widziałem — powiedział Jeff. A raczej książę Jefferson Jerzy Aleksander August, trzeci w kolejce do tronu Ameryki.

— Chciałam pobyć sama — odpowiedziała szorstko. Jej ton głosu na nic się jednak zdał.

— Sprytne, że przyszłaś tu, zanim zaczną się fajerwerki. Będziesz miała najlepszy widok w całym domu. — Uśmiechnął się zarozumiale, jak miał w zwyczaju, chociaż nie sprawiło to, że nogi ugięły się pod Niną tak jak kiedyś. Naprawdę? Gdy ostatnio widziała księcia, był z nią w łóżku, a teraz zachowywał się, jakby nic się między nimi nie zmieniło. Jak gdyby nadal byli po prostu kumplami.

— Właśnie wychodziłam.

Nina zaczęła odwracać się do wyjścia, ale Jeff chwycił ją za nadgarstek. Muśnięcie jego skóry sprawiło, że przeszły ją ciarki. Spojrzała na niego z wyrzutem, a on puścił ją ze skruchą w oczach.

— Przepraszam. Chciałem tylko powiedzieć, że tej nocy imprezy pomaturalnej…

Nina skrzyżowała ręce na piersi. Do tej sukienki nie nosiła stanika, co sprawiło, że poczuła się lekko skrępowana. Ale jakie to miało znaczenie? Jeff wszystko już

widział.

— Nie martw się, nikomu nie powiedziałam, jeśli to cię martwi.

— Co? Nie — odparł szybko. — Chciałem cię przeprosić.

— Przeprosić za to, że to się stało, czy za to, że potem nawet do mnie nie napisałeś? — Nina zwykle nie mówiła w ten sposób, ale słowa te tłukły jej się po głowie od miesięcy. A teraz, gdy znowu była z nim sam na sam, same uciekały z jej ust.

— Nie wiedziałem…

— Nie wiedziałeś, że powinieneś chociaż odezwać się do dziewczyny kolejnego ranka?

Jeff się skrzywił.

— Masz rację. Powinienem był coś powiedzieć. Tylko że to była taka dziwna noc, po tym, co stało się z Himari. Po prostu nie pomyślałem.

Nina przygotowała się już na wymówkę — że zapomniał albo że zgubił telefon, czy na oskarżenia, że przesadza, bo w końcu nawet się ze sobą nie przespali. Ale to zbiło ją z tropu.

— Czy to ta dziewczyna, która spadła? — Słyszała o Himari Mariko, która spadła z tylnych schodów pałacu w noc imprezy pomaturalnej. To cud, że jej rodzice nie pozwali rodziny królewskiej.

Być może arystokraci uważali oskarżanie monarchów w sądzie za kiepskie wizerunkowo. Nina nie znała się na szlacheckich zwyczajach.

— Gdy to się stało, do moich drzwi zaczęła walić ochrona. Stwierdziłem, że wolę cię nie budzić — dodał Jeff, spoglądając na nią zmieszany. — A kolejnego ranka wyjechaliśmy wcześnie i nie wiedziałem… to znaczy… przepraszam — powtórzył bezradnie.

Jego przeprosiny sprawiły, że Nina nieco odetchnęła. Fala jej gniewu zaczęła się łamać, zostawiając ją z dziwnym poczuciem niepewności.

Jakby na zawołanie z zewnątrz dobiegł donośny huk, a na niebie wybuchły sztuczne ognie. Coroczne fajerwerki z okazji Balu Królowej.

Nina pamiętała, jak ona i bliźnięta uwielbiały je oglądać, kiedy byli zbyt mali, żeby brać udział w balu. Sam nalegała, żeby Nina została na noc, i wymykały się na ten właśnie taras, zanim rozpoczął się pokaz, wszyscy zawinięci w ciężki wełniany koc.

— Zostanę na minutę — usłyszała własny głos — aż skończą się fajerwerki.

Ze względu na pamięć o starych czasach.

Jeff wskazał na kamienne płyty, jakby proponował Ninie, aby usiadła w najbardziej eleganckim fotelu na świecie. Zignorowała jego rękę i usiadła na kamiennej posadzce balkonu, podciągając halkę sukni Sam, żeby przełożyć nogi przez poręcz. Jej bose stopy, z niepomalowanymi paznokciami, wisiały w powietrzu.

 

— Widzisz to? — Jeff wskazał na pałac, gdzie na belce leżało puste ptasie gniazdo. Nina poczuła, że w jej serce wbija się haczyk. Zapomniała, jak ona i bliźniaki buszowali po pałacu, szukając ptasich gniazd. Zwykle zostawiali dla ptaków okruszki.

— Następnym razem musimy przynieść jakieś bułeczki do pokruszenia — stwierdził Jeff.

„Następnym razem”? Nina spojrzała na niego pytająco, ale Jeff odwrócił wzrok.

W jego profilu było coś królewskiego; kwadratowa szczęka i wysokie kości policzkowe, jego orli nos. Twarz, jaką Rzymianie wybijali na monetach.

Siedzieli tam przez chwilę w niekrępującej ciszy. Fajerwerki wciąż wybuchały, jaskrawy deszcz iskier w amerykańskich kolorach czerwieni, błękitu i złota. Były tak szybkie, że każdy fajerwerk rozświetlał smugi dymu pozostawione przez poprzedni.

Siedząc tak i oglądając fajerwerki tak jak przed laty, Nina niemal była w stanie udawać, że znów są przyjaciółmi. Ale wiedziała, że nie da się cofnąć zegara, nie ma powrotu do „tylko przyjaciół”. Nie dla niej.

Nina nie potrafiłaby wskazać, kiedy dokładnie zakochała się w Jeffie. Przyjaźniła się z nim od lat, dorastała w towarzystwie jego i Sam. Wiedziała tylko, że pewnego dnia obudziła się i miłość do niego po prostu była w jej sercu, jak świeży śnieg na dworze. Może była tam od zawsze.

Gdy zaczął spotykać się z Daphne, Nina boleśnie to przeżyła. Nagle Daphne zapraszano na wszystkie te wydarzenia i wyjazdy, na które Nina przychodziła z Sam, i musiała bezradnie patrzeć na rozwój ich relacji.

Nienawidziła Daphne. Nienawidziła jej idealnego uśmiechu, lśniących włosów, zawsze ułożonych w idealną fryzurę, tego, jak słodko, ale jednocześnie zaborczo kładła dłoń na ręce Jeffersona. Przede wszystkim nienawidziła jej za to, że była właśnie taką dziewczyną, jaką w opinii wszystkich powinien wybrać Jeff. Nina nie mogła z nią konkurować.

Aż do nocy imprezy pomaturalnej bliźniaków, kiedy wszystko się zmieniło.

Bliźnięta miały wyjechać wcześnie rano na jeden z dorocznych objazdów kraju, w których brała udział rodzina królewska. Mimo wszystko król i królowa pozwolili im zorganizować imprezę w pałacu. Nina śmiała się, tańcząc z Samantą i paroma jej koleżankami z prywatnej szkoły. Wszyscy sporo wypili: głównym napojem był owocowy koktajl, który wymyśliła Sam, bawiąc się w barmankę w pałacowej kuchni.

W końcu impreza zrobiła się zbyt gorąca i tłoczna dla Niny. Wyszła na korytarz… gdzie zderzyła się z księciem.

Jeff położył ręce na jej ramionach, bo wyraźnie chwiała się w butach na koturnach.

— Wszystko w porządku?

Niny wcale nie zdziwiło, że Jeff siedzi tu sam. Oczywiście, że tu był: w jej pijanym, szczęśliwym umyśle wydawało się logiczne, że los zaprowadził go tu dla niej.

— Nie wierzę, że jutro wyjeżdżasz. Bez ciebie nie będzie tak samo — palnęła Nina, po czym od razu tego pożałowała. — Znaczy się, bez ciebie i Sam…

— Nino Gonzalez. — Jeff uśmiechnął się. — Czy ty mówisz, że będziesz za mną tęsknić?

Nina nie była w stanie stwierdzić, czy pyta poważnie, czy nie. Nie wiedziała, co odpowiedzieć.

Pochylił się do przodu. Atmosfera była gęsta, pełna magii. I jakimś cudem — Nina odtwarzała tę chwilę w pamięci milion razy i nadal nie była pewna, które z nich zaczęło — jakimś cudem pocałowali się.

Nina czuła, jakby nagle opuściła wszechświat i trafiła do miejsca, gdzie wszystko może się zdarzyć.

— Chcesz iść na górę? — szepnął Jeff. Nina wiedziała, że powinna była odmówić, oczywiście, że nie.

— Tak — odszepnęła zamiast tego.

Potykając się o meble, przeszli przez jego pokój dzienny do sypialni. Nina opadła plecami na łóżko, ciągnąc Jeffa obok. Powietrze zdawało się rzadsze albo cieplejsze, a może po prostu cały tlen ulotnił się z jej krwi, bo zdawało jej się, że świat obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni. Była tu, z księciem Jeffersonem.

Jego dłoń wślizgnęła się pod ramiączko jej sukienki, co sprawiło, że Nina nagle odzyskała rozum.

Całowała się już z kilkoma chłopakami z klasy i z tym jednym gościem z baru w Cabrillo na wycieczce z Sam, ale nigdy nie posunęła się dalej. To było szalone i głupie, i Nina nie chciała tego przyznać nawet przed sobą, ale wiedziała, że jakaś jej część czekała, miała nadzieję właśnie na to. Że będzie kiedyś tu, z jedynym chłopakiem, którego kiedykolwiek kochała.

Nie mogła pozwolić, żeby to poszło dalej, bo nie była pewna, czy mogłaby się jeszcze zatrzymać. Widząc jej wahanie, Jeff starannie poprawił jej ramiączko.

— Nie naciskam — powiedział cicho.

Nina pocałowała go znów, bo nie wiedziała, jak inaczej wyjaśnić, co czuła. To nie tak, że Jeff jej się nie podobał, tylko podobał jej się aż za bardzo.

Przez ułamek sekundy Ninie wydawało się, że słyszy jakiś hałas przy drzwiach. Spojrzała na nie w panice, ale nikogo tam nie było. A wtedy wszystkie myśli ulotniły się z jej głowy, gdy Jeff przyciągnął ją do siebie i znów pocałował.

Gdy obudziła się kolejnego ranka, już go nie było.

Leżała tam jeszcze przez chwilę, senna i zdezorientowana, mrugając w blasku porannego słońca. Miał wyjechać rano na objazd kraju, ale chyba nie zostawiłby jej bez pożegnania? Może po prostu wyszedł na chwilę. W końcu Nina zwlekła się z łóżka i zaczęła szukać swoich rzeczy. Wyszła powoli na korytarz we wczorajszej sukience.

— Panienko? — Za drzwiami stał jeden z pałacowych ochroniarzy, z nijakim, profesjonalnym wyrazem twarzy. — Już czeka samochód, który odwiezie panienkę do domu.

— Och — tyle wydusiła z siebie Nina, której całe ciało zamarło. Przyjemne ciepło poprzedniej nocy nagle się ulotniło. Wiedziała, że ona i Jeff niczego sobie nie obiecywali. Nie czekała na żaden odręcznie pisany liścik miłosny, ale miała nadzieję, że chociaż się odezwie.

Może zirytowało go to, że go przystopowała? Może zaprosił ją na górę tylko dlatego, że założył, że się z nim prześpi, a gdy odmówiła, zmył się przy pierwszej lepszej okazji, każąc ochronie pozbyć się jej jak małej, brudnej tajemnicy. Cóż, w takim razie dzięki Bogu, że tego nie zrobiła.

Wkurzona gapiła się w telefon z determinacją, by nie myśleć o Jeffie, ale internet zalał jeden news: „Wielki błąd Jeffersona” oznajmiał jeden z nagłówków; „Książęce rozstanie — ale czy na dobre?”

Najwyraźniej, po prawie trzech latach, Jeff i Daphne postanowili ze sobą zerwać.

W kolejnych artykułach dziennikarze wyrażali podobne zdanie: że Jeff pożałuje tej decyzji. „Daphne Deighton była najlepszym, co zdarzyło się monarchii od czasu królowej Adelajdy. Jest bliska zwykłym ludziom, inteligentna, miła i wydobywała z księcia to, co w nim najlepsze”, twierdził jeden z autorów „Daily News”. „Tracąc Daphne, Korona straciła jeden ze swoich najsilniejszych atutów. Z kimkolwiek zacznie się spotykać Jefferson, nie będzie w stanie jej dorównać”.

Ninie zrobiło się niedobrze. Oczywiście, że nie była Daphne. Daphne była dziewczyną, która potrafi godzinami chodzić bez skargi w butach na obcasie, która wie, jakiego widelca użyć na formalnych kolacjach, która potrafi opowiedzieć żart zabawny, a jednocześnie nie wulgarny — zapewne w czterech językach.

Daphne była dziewczyną, którą Jefferson poślubi, a Nina dziewczyną, którą zaciągnął na piętro w czasie imprezy, a potem odesłał w samochodzie do domu, zanim ktokolwiek się o tym dowiedział. Wiedza sprawiała, że czuła się marnie. Jakby pusta w środku.

Była wniebowzięta, gdy się całowali, ale okazało się, że to tylko szczęśliwy, a raczej nieszczęśliwy przypadek. Ostatnia noc znaczyła tylko tyle, że Nina wpadła na niego, zanim zrobił to ktoś inny: była pod ręką i dość głupia, żeby pójść z nim do łóżka. Jak każda inna głupia dziewczyna w Ameryce.

A teraz światła ostatniego fajerwerku zgasły na tle aksamitnej ciemności nieba.

Robiło się chłodno, a wiatr sprawiał, że jeżyły jej się włosy na karku.

— Muszę iść — mruknęła i próbowała ogrzać się rękami.

Jeff bez słowa zdjął marynarkę i założył jej na ramiona. Była ciężka od medali i orderów. Wbrew zdrowemu rozsądkowi włożyła ręce w rękawy. Marynarka pachniała jak on, ciepła i nieco słodka.

Gdy Jeff pochylił się do przodu i musnął jej wargi swoimi, nie cofnęła się.

Wstrząsnęło nią nieco, gdy pocałunek przeszedł rykoszetem przez całe jej ciało. Tego właśnie pragnęła, gdy całowała się z chłopakami ze szkoły, których twarze zlały się już w jedno w jej pamięci. Taki właśnie powinien być pocałunek — elektryzujący i pulsujący, jakby odkryła nowe źródło energii, które potrafiło ogrzać ją od środka.

Ale nagle odzyskała przytomność umysłu i przypomniała sobie wszystko, co zrobił Jeff.

Nina przyłożyła dłonie do jego piersi i gwałtownie go odepchnęła.

Cisza zapadła między nimi jak kurtyna. Nina zachwiała się lekko na nogach. Jeff mrugał, wyraźnie w szoku, jakby nie wierzył w to, co się właśnie stało. Ona też nie. O Boże, czy uderzenie członka rodziny królewskiej to zdrada stanu?

— Przepraszam. Źle odczytałem sytuację — oznajmił z wahaniem Jeff. Wstał, nadal wyraźnie zdezorientowany.

„Nikt mu nigdy nie odmawia” — zdała sobie sprawę Nina. Już nie. Przekleństwo bycia księciem.

No cóż, zawsze musi być ten pierwszy raz.

— Nie powinieneś był tego robić — warknęła, choć wiedziała, że to nie do końca fair. Siedziała blisko niego, na zimnie, w lekkiej sukience. W jego marynarce.

Włosy opadły mu na oczy; odgarnął je niecierpliwym gestem.

— Wiem, że nie postąpiłem ostatnio najlepiej…

— Nie postąpiłeś najlepiej?! Czy masz pojęcie, jak się czułam, budząc się rano w twoim łóżku? — spytała łamiącym się głosem. — A potem nie odzywałeś się ani razu przez ostatnie sześć miesięcy!

— Przepraszam — powtórzył, jakby przypominając, że już to powiedział.

— To słowo to nie magiczna gumka wymazująca wszystko, co zrobiłeś źle! Nie możesz po prostu powiedzieć „przepraszam” i oczekiwać, że wszystko będzie jak dawniej, nie kiedy kogoś zraniłeś!

W kącikach jej oczu zaczęły zbierać się łzy. Włożyła ręce do kieszeni Jeffa. W jednej z nich był luźny guzik. Kręciła nim nerwowo między palcami.

— Nie chciałem cię zranić — odparł powoli książę. — Ale wstydziłem się tego, jak postąpiłem. Nadal byłem z Daphne, kiedy ty i ja… To znaczy, zerwałem z nią dopiero rano.

— Według prasy to była wspólna decyzja. — Nina poczuła nagłe uczucie wstydu, gdy przyznała, że czytała te artykuły.

— Powinnaś wiedzieć, że tabloidy wymyślają mnóstwo rzeczy. Zadzwoniłem do Daphne z samego rana, żeby z nią zerwać. Ale nie powiedziałem jej o nas — dodał Jeff. — To wydawało mi się niepotrzebnie okrutne. Nie wiem, może niesłusznie. Może to tchórzliwe z mojej strony.

Nina nie wiedziała, co odpowiedzieć. Sama weszła wtedy po tych schodach, balansując na linii między dobrem a złem.

— Chciałem porozmawiać z tobą wcześniej na balu, ale uciekłaś, zanim zdążyłem cię znaleźć. Uznałem, że możesz być tutaj.

— Szukałeś mnie? — Myślała, że jego pojawienie się na balkonie było zbiegiem okoliczności.

— Tak — odpowiedział ochrypłym głosem. — Nina… czy myślisz, że jest szansa, żebyśmy zaczęli od nowa? Spróbowali jeszcze raz?

— Nie wiem. — To było największe ustępstwo, na jakie była skłonna pójść.

Usta Jeffa uniosły się, jakby chciał się uśmiechnąć, ale nie wiedział, czy mu wolno.

— Cóż, „nie wiem” jest lepsze niż po prostu „nie”. Na razie musi mi wystarczyć.

Jego słowa były zarówno pytaniem, jak i obietnicą. Nina była w stanie tylko skinąć głową. Zdjęła marynarkę i oddała mu ją, po czym weszła z powrotem do pomieszczenia.