Amerykańskie księżniczkiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Myślałam… — powstrzymała się przed powiedzeniem, że zakładała, iż nie słuchał żadnego z wykładów. Ale ona robiła notatki, a nie pamiętała roku wykonania obrazu.

Connor zaczął prowadzić ją po schodach w górę.

— Pamięć fotograficzna to coś, nad czym pracujemy podczas szkolenia — wyjaśnił.

Rzeczywiście zaprowadził ją prosto do obrazu, którego potrzebowała: portretu autorstwa sir Jamesa Whistlera przedstawiającego lady Charlotte Eaton, księżną Bostonu. Beatrycze przysiadła na ławeczce i wyciągnęła laptop. Zanotowała serię szybkich spostrzeżeń na temat obrazu i w skupieniu przygryzła dolną wargę. W sali zapadła cisza.

W końcu z satysfakcjonującym kliknięciem zamknęła laptop i uniosła wzrok. Connor nic nie powiedział, tylko wskazał gestem wyjście.

Beatrycze przyspieszyła kroku, gdy dotarli do sali pełnej obrazów Picassa i innych postmodernistów.

— Nigdy za nimi nie przepadałam. Szczególnie za tymi z dwojgiem oczu po jednej stronie twarzy — przełamała milczenie. — Zawsze sprawiają, że czuję się lekko pijana.

— O to właśnie chodzi — odparł oschle Connor. — No, tak naprawdę chodzi o to, żebyś czuła się jak na kwasie. Ale jesteś blisko.

Beatrycze wybuchła śmiechem. Connor spojrzał na nią z zaskoczeniem.

Być może ze względu na śmiech zwolnił kroku, a w końcu zatrzymał się, aby przyjrzeć się serii wydruków graficznych: tych z lat pięćdziesiątych wyglądających jak strony z komiksu. Beatrycze stanęła obok.

— Jesteś fanem komiksów? — Widziała, że Connor waha się, na ile się odsłonić.

— Moja mama jest — odparł w końcu. — Gdy dorastałem, pracowała jako rysowniczka. Rysowała niektórych słynnych superbohaterów, takich jak Trująca Róża, Strażnik albo Kapitan Burza.

— Pewnie lubiłeś darmowe komiksy — stwierdziła Beatrycze. Spojrzał na jeden z wydruków, z liniami granatowego tuszu. — Rysowała mi mój własny komiks, gdy tylko miała czas. Przygody Connora. Co tydzień miałem inną supermoc — latanie, niewidzialność, zaawansowane technologicznie zbroje. To dzięki niej chciałem wstąpić do Gwardii. Uznałem, że to najbliższe bycia prawdziwym superbohaterem. Nie tylko fizycznie, ale też pod względem… honoru. — Wzruszył ramionami, jakby nie był pewny, czemu się z tego wszystkiego zwierzył.

— To ma sens — odparła cicho Beatrycze. Nawet jeśli nie widziała tych wszystkich filmów na podstawie komiksów, wiedziała, że superbohaterowie działali zgodnie z kodem moralnym, który współcześnie wydawał się nieco archaiczny. Chronili słabych, służyli większemu dobru. Nic dziwnego, że Connor czuł powołanie do Gwardii

Revere’a.

— Twoja mama wydaje się wyjątkową osobą — mówiła dalej. Connor skinął głową.

— Polubiłaby cię — brzmiało to niezobowiązująco, ale było w tym coś jeszcze: obietnica albo przynajmniej możliwość.

Od tego czasu ich relacje się zmieniły, choć następowało to stopniowo. Connor zaczął siadać obok Beatrycze w czasie wykładów, zamiast w tylnym rzędzie, a potem dyskutował na temat przerabianego materiału w drodze do akademika. Wymieniali się książkami. Miał złośliwe poczucie humoru i przedrzeźniał jej wykładowców i kolegów tak, że płakała ze śmiechu. Czasami, gdy biegli wzdłuż rzeki Charles i proponował wyścig, albo gdy Beatrycze nalegała, aby poszli do sklepu z mrożonymi jogurtami, a on rzucił jej wyzwanie, by spróbowała każdego koloru, bywał nawet wesoły, figlarny.

A gdy towarzyszył jej podczas dworskich ceremonii, nie stał już z boku z kamienną twarzą. Teraz spoglądał jej w oczy, gdy ktoś powiedział kiepski żart albo zrobił głupią pomyłkę, i musiała odwracać wzrok, żeby się nie roześmiać. Opracowali nawet system sygnałów z użyciem jej torebki. Jeśli przenosiła ją z ramienia na ramię, oznaczało to, że chce wyjść. Wtedy Connor podchodził z wymyśloną wymówką i pozwalał jej uciec.

Z czasem Beatrycze udało się złożyć z kawałków historię Connora. Dorastał w Zachodnim Teksasie, w miasteczku o nazwie El Real.

— To bardzo typowa dla Teksasu nazwa, jakby reszta świata była czymś nierealnym — żartował Connor.

Jego tata pracował jako pocztmistrz, a jego młodsza siostra Kaela niedawno zaczęła studia.

Ale im więcej dowiadywała się o Connorze, tym więcej zdradzała na swój temat: swoje opinie o ludziach, frustracje. Czasami nawet żartowała. Choć było to czymś nieoczekiwanym i dziwnym, zaczęła uważać Connora za przyjaciela.

Beatrycze nigdy nie miała bliskich przyjaciół, nie takich jak Nina dla Sam albo Ethan dla Jeffersona. Nawet w szkole podstawowej nie było jej łatwo dogadywać się z koleżankami. Przez połowę czasu nie miała pojęcia, o czym rozmawiają: ich wzmianki o serialach czy o Dis­neylandzie brzmiały dla niej obco, jakby mówiły w dziwacznym obcym języku. Pozostałe dziewczyny były dla niej zawsze miłe, ale trzymały się na dystans. Tak, jakby wyczuwały jej wrodzoną obcość, jak dzikie koty.

W końcu Beatrycze przestała podejmować próby nawiązywania przyjaźni. Łatwiej jej było zjednywać sobie sympatię dorosłych niż rówieśników.

Przed Connorem nie zdawała sobie sprawy, jaka to ulga mieć kogoś, kto zna cię tak dobrze. Kogoś, z kim mogła po prostu porozmawiać, nie ważąc każdego słowa.

Raziło ją, że gdy skończyła studia, musiała porzucić nieformalną atmosferę Harvardu i wrócić na dwór, z całą jego etykietą i oczekiwaniami. Beatrycze obawiała się po cichu, że jej relacje z Connorem się zmienią. Ale chociaż zaczął publicznie mówić do niej „wasza wysokość”, prywatnie nadal rozmawiali swobodnie.

— Siedzisz tak cicho — stwierdził teraz Connor, wyrywając księżniczkę z zamyślenia. Wpatrzył się w odbicie jej oczu w lustrze. — Co się dzieje, Bee?

— Rodzice chcą, żebym przesłuchała dzisiaj potencjalnych kandydatów na męża.

Słowa te wybuchły w pomieszczeniu jak salwy z muszkietów podczas dorocznej prezentacji wojsk. Beatrycze nie wiedziała, co sprawiło, że powiedziała to tak dosadnie. Nie chciała wcześniej rozmawiać o tym z Connorem. Co nie było zbyt mądre, zważywszy na to, że wszystko o niej wiedział: że nie znosi bananów i dzwoni do babci co niedzielę oraz że po wpływem stresu śni o tym, że wypadają jej zęby.

Dlaczego więc tak dziwnie się czuła, mówiąc Connorowi, że jej rodzice chcieli, aby zaczęła myśleć o ślubie? Może podświadomość kazała jej to powiedzieć, żeby sprowokować jego reakcję, wywołać zazdrość.

Connor wpatrywał się w nią z zaciekawieniem, z nutą czegoś, co mogło być niedowierzaniem.

— Czy ja dobrze rozumiem? — powiedział powoli. — Spotkasz się z jakimiś facetami, których wybrali twoi rodzice, i poślubisz jednego z nich?

— To jako tako dobre podsumowanie.

Beatrycze wypatrzyła kilku z tych młodych mężczyzn podczas koktajlu. Na razie udało jej się ich unikać, ale wiedziała, że będzie musiała zmierzyć się z nimi po ceremonii.

— Ilu jest tych… potencjalnych zalotników? — spytał Connor, wyraźnie nie wiedząc, jak ich nazwać.

— Co cię to obchodzi? — Beatrycze chciała, żeby brzmiało to nonszalancko, ale wyszło nieco defensywnie.

— Po prostu próbuję dobrze wykonywać swoją pracę.

Oczywiście. Nie liczyło się to, że są przyjaciółmi. Ostatecznie Beatrycze była jego pracą.

Gdy nie odpowiedziała, Connor wzruszył ramionami.

— Jesteś potrzebna na zewnątrz. Gotowa?

Beatrycze sięgnęła po płaskie aksamitne puzderko na stoliku i otworzyła je. W środku leżała Tiara Winslowa, wykonana ponad sto lat wcześniej i od tej pory zawsze noszona przez najstarszą córkę rządzącego monarchy. Zapierała dech w piersiach: jej koronkowe spirale pokryte były setkami maleńkich diamentów.

Położyła ją na usztywnionych lakierem włosach i zaczęła przypinać. Ale ręce jej się trzęsły i szpile wypadały z dłoni. Bezcenna tiara zaczęła ześlizgiwać jej się z głowy. Beatrycze ledwie złapała ją, zanim roztrzaskała się o podłogę.

— Daj, ja spróbuję — zaproponował Connor, robiąc krok do przodu.

Beatrycze ugięła kolana, niemal dygając, chociaż Connor był na tyle wysoki, że zapewne tego nie potrzebował. Czuła się dziwnie nieobecna, jakby płynęła przez wody snu, patrząc, jak gwardzista podnosi tiarę. Żadne z nich nie odzywało się, gdy za pomocą szpil prawidłowo ją przymocował.

Beatrycze oddychała płytko pod taftą sukni. Ledwie jej dotknął, ale każdy ruch, każde muśnięcie palca na karku parzyło ją.

Gdy wstała, zamrugała do swojego ukoronowanego, lśniącego odbicia. Oczy nadal skupiała na lustrzanym obrazie Connora.

Sięgnął do jej peleryny, jak gdyby chciał nieznacznie ją poprawić, choć już idealnie ją zamocowano. Czy tylko jej się wydawało, czy trzymał palce na jej karku chwilę dłużej, niż to konieczne?

Z korytarza dobiegł dźwięk trąb. Connor odsunął się, przerywając tę chwilę… w zasadzie nie wiadomo czego.

Beatrycze wyprostowała plecy i ruszyła do drzwi. Gdy się obróciła, ciężka aksamitna peleryna majestatycznie powiewała za nią. Musiała ważyć co najmniej siedem kilogramów. Jej tiara błyszczała, tworząc teatr świateł i cieni na ścianach.

Gdy dotarła do drzwi, Connor instynktownie cofnął się o krok, żeby móc wyjść z pomieszczenia za księżniczką, tak jak wypadało zgodnie z protokołem. Zdarzyło się to już wielokrotnie, ale Beatrycze nadal czuła ukłucie w sercu. Wolałaby mieć go u boku, widzieć jego twarz.

Ale tak po prostu było. Connor wykonywał swoją pracę tak, jak powinien.

6. Daphne

Daphne, siedząca na widowni podczas ceremonii pasowania, pomyślała, że trzeba oddać sprawied­liwość Waszyngtonom: naprawdę znali się na pompie i ceremoniale.

Nie należeli do najstarszych rodzin królewskich. Burbonowie, Habsburgowie, Welfowie, Romanowowie… te rody sięgały wiele wieków wstecz. W niektórych przypadkach — dynastia Yamato rządziła Japonią od 660 roku przed naszą erą — nawet tysiącleci. W porównaniu z nimi Waszyngtonowie byli nowicjuszami, w zasadzie Deightonami wśród królów.

 

Wszelkie braki nadrabiali jednak stylem.

Setki dworzan siedziały na drewnianych ławach, naprzeciwko podwyższenia z trzema masywnymi tronami. Środkowy i największy należał do króla Jerzego IV. Był obity czerwonym aksamitem z wyszytymi złotą nicią inicjałami GR, Georgius Rex. Na sąsiednim tronie siedziała królowa Adelajda, podczas gdy król i księżniczka Beatrycze stali przed nią i przeprowadzali ceremonię pasowania.

Beatrycze trzymała zwój pergaminu — jedną z legitymacji szlachectwa — przewiązany czerwoną jedwabną wstążką. Ceremonialna peleryna ciągnęła się za nią, pięknie wyszywana i wykończona futrem.

— Pani Monica Sanchez — powiedziała Beatrycze do mikrofonu przypiętego do szarfy.

Kobieta z jednego z pierwszych rzędów, zapewne właś­nie Monica Sanchez, zerwała się na równe nogi. Poruszała się sztywno i nerwowo, jakby była marionetką, której przecięto sznurki. Naprawdę, ludzie strasznie się stresowali przy rodzinie królewskiej. Zapominali chyba, że Waszyngtonowie to też ludzie, którzy oddychają, mają koszmary i wymiotują jak wszyscy inni. Ale cóż, Daphne widziała to wszystko osobiście.

Monica weszła po schodach i klęknęła przed królem.

— Dziękuję ci za zasługi dla kraju i świata. Od tej pory przyznaję ci cześć i zaszczyt Rycerza Obrońcy Królestwa. — Król trzymał ceremonialny miecz z wygrawerowanym amerykańskim orłem; nie ten, który należał do Jerzego I, bo tamten zaginął dawno temu, ale replikę wykonaną na podstawie starego portretu.

Król dotknął mieczem ramienia Moniki, po czym uniósł go nad jej głową i dotknął drugiego. Daphne była pewna, że Monica zadrżała. Zapewne słyszała, co stało się rok wcześniej, gdy Jefferson po pijaku postanowił dokonać pasowania jednym ze starych mieczy wiszących na ścianach. Zaciął ich znajomego Rohana w ucho. Rohan ostatecznie zbył to śmiechem, ale nadal ma bliznę.

— Powstań, lady Monico Sanchez — rzekł na zakończenie król, wyciągając rękę, by pomóc jej wstać. Rozległy się grzecznościowe oklaski, wyraźnie słabsze niż na początku alfabetu. Przynajmniej doszli w końcu do litery S.

— Jeff wygląda wspaniale — szepnęła dziewczyna w kolejnym rzędzie.

Daphne poczuła, że jej twarz wykrzywia się w uśmiechu. Jefferson rzeczywiście wyglądał fantastycznie. Stał z boku podwyższenia, a obok niego pozostała pusta przestrzeń, którą powinna zajmować Samanta. Na zwykłym mężczyźnie królewski mundur galowy wyglądałby śmiesznie: wszystkie te wstążki i galony z frędzlami, złote epolety. Ale Jeffersonowi udało się wyglądać dystyngowanie, a nawet seksownie.

— Pan Ryan Sinclair — wyczytywała dalej Beatrycze, a Daphne szybko cofnęła wzrok, zanim ktokolwiek zauważył, że przyglądała się księciu. Wokół roiło się od kamer i nigdy nie wiedziała, która z nich może skupiać się na niej. Położyła ręce na kolanach i skierowała wzrok przed siebie niczym manekin na wystawie.

Ceremonia wreszcie się skończyła. Powoli, jak ociężałe słonie, stado elegancko ubranych ludzi ruszyło z powrotem wzdłuż korytarza do sali balowej. Przy wejściu kilkoro dziennikarzy szybko mówiło do mikrofonów, podsumowując wieczór. Daphne nie szukała nawet swoich rodziców, przyglądając się sali.

Zawsze wiedziała, gdzie znajduje się Jefferson. Czuła go, jak gdyby trzymała za drugi koniec elastycznej gumki, która zawsze ciągnęła ją w odpowiednią stronę. Ale nie patrzyła na niego. Zamierzała zaczekać na odpowiedni moment.

Zapomniała, jakie to miłe uczucie, znaleźć się znów na dworze królewskim. Coś w powietrzu sprawiało, że jej krew szybciej krążyła — coś jak zapach deszczu, ale bardziej dzikiego i gęstego jak dym. Daphne czuła się bardzo ożywiona, od stóp do głów, i wyjątkowo świadoma. Pomyślała, że to zapach władzy. Trzeba być sprytnym, aby wiedzieć, co on oznacza.

Nie mogła przejść nawet kilku kroków bez przywitania kogoś znajomego. Najpierw hrabina Madeleine z Hartford i jej żona, hrabina Mexia. Daphne z nutą zawiści zauważyła, że obie noszą suknie prosto z wybiegów. Następnie minister skarbu Isabella Gonzalez i jej kiepsko ubrana córka, wyglądająca jak szara myszka przyjaciółka Samanty. Teraz dziedziczka sieci fast foodów Stephanie Warner pozowała z Daphne do zdjęć. Celowo stanęła po prawej stronie, żeby nazwisko pojawiło się na podpisach jako pierwsze.

— Jak Himari, ta twoja koleżanka? — spytała Stephanie, gdy lampy przestały błyskać. To pytanie zbiło Daphne z tropu.

— Himari wciąż jest w szpitalu — odparła, być może po raz pierwszy tego dnia okazując prawdziwe emocje.

Stephanie wydęła wargi, aby okazać współczucie. Miała na ustach ciemną szminkę, która słabo współgrała z bladą cerą. Sprawiała, że wyglądała upiornie, jak wampirzyca z krypty.

— Leży tam już jakiś czas, prawda?

— Od czerwca. — Daphne pożegnała się szybko i ruszyła dalej. Nie mogła myśleć o Himari ani o tym, co stało się z nią w noc imprezy pomaturalnej Jeffersona. Gdyby zaczęła, ta myśl zawładnęłaby jej umysłem i nie dałaby się odpędzić.

To była największa gra na świecie, jedyna, jaka naprawdę się liczyła: gra o wpływy na dworze. Daphne spoglądała więc na uśmiechających się wrogów i odwzajemniała uśmiech.

W ciemnoszarej jedwabnej sukni, w której wyglądała smukło i nieco tajemniczo, ruszyła w końcu w stronę księcia. Jej obcasy stukały mocno o drewnianą posadzkę sali balowej. Rozpuściła dziś włosy, doskonale okalające owalną twarz. Pożyczyła nawet parę szmaragdowych kolczyków, które podkreślały jej oszałamiająco zielone oczy.

Gdy się zbliżyła, Jefferson spojrzał na nią jakby zaskoczony, chociaż zapewne przez cały czas ją obserwował. Po tylu latach był wyczulony na jej obecność, tak samo jak ona na niego.

Daphne dygnęła zgrabnie jak baletnica przy drążku. Jej suknia rozłożyła się wokół, przyjmując ciekawy kształt. Ciągle jednak nie opuszczała wzroku, patrząc mu prosto w oczy. Oboje wiedzieli, że nie ma powodu, by tak go witać, poza zwróceniem uwagi księcia na jej dekolt. Był to nieco desperacki ruch, ale przecież była zdesperowana.

Po chwili Jefferson wyciągnął rękę, by pomóc jej wstać. Spojrzała na niego tęsknie, jakby mówiąc: „I jednak znów to samo…”. Z ulgą przyjęła jego uśmiech.

— Hej, Jefferson. — Znajome sylaby jego imienia smakowały słodko, płynąc z jej ust.

— Hej, Daph.

— Zatańczymy? — Uśmiechnęła się tak czarująco, jak tylko mogła. Jefferson nigdy nie zdołał się temu oprzeć. Oczywiście skinął głową.

Gdy wyszli na parkiet, złapał ją za rękę, a drugą położył na jej talii, tak jak wiele razy wcześniej. Boże, był tak przystojny, tak boleśnie znajomy. Cała ta dawna czułość i ciepło powracały, a wraz z nimi ból, gdy przypominała sobie, co jej zrobił… i co ona zrobiła jemu…

— Dobrze bawiłeś się w Azji? — spytała, próbując zamaskować swoją nagłą dezorientację.

— Było niesamowicie. Nie ma to jak siedzieć na szczycie Angkor Wat i patrzeć na wschód słońca. — Leniwie się uśmiechnął. — Jak tam ostatni rok szkoły? Słyszałem, że zostałaś przewodniczącą samorządu, gratulacje.

Zastanawiała się, skąd wie — czy ktoś mu powiedział, czy sam przeczytał o tym w newsie, którego publikację wymusiła na Natashy. W każdym razie miło, że Jefferson nadal sprawdza, co u niej.

— Najlepsze jest w tym to, że siostra Agata przestała się mnie czepiać, gdy opuszczam lekcje.

— Tak jakbyś kiedykolwiek opuszczała. — Jefferson okręcił ją, sprawiając, że jej sukienka zaczęła wirować, po czym znów opadła wokół niej.

— Zrobiłam sobie wagary, gdy poszliśmy na World Series.

— Czy to wtedy, kiedy Nicholas tak się upił, że przehandlował buty za hot doga?

— Buty i telefon.

Oboje roześmiali się na to wspomnienie swobodnym, intymnym śmiechem, którego nie dzielili od dawna. Daphne wiedziała, że zdobyła właśnie swój pierwszy

punkt.

Nie mówiąc o tym, że ludzie zauważyli ich razem. Czuła, że coraz bardziej promienieje, jak zawsze, gdy uwaga skupiała się na niej.

— Daphne — powiedział książę z wahaniem, a ona pochyliła się wyczekująco do przodu. — Jestem ci winien przeprosiny. Przepraszam za to, jak zakończyłem nasz związek.

— W porządku. — Nie potrzebowała od niego przeprosin. Potrzebowała, żeby chciał ją z powrotem.

— Myślę po prostu, że zasługujesz na kogoś lepsze-

go — dodał.

Daphne wiedziała, że myśli o dziewczynie, z którą był wtedy w łóżku, i przez chwilę prawie nim gardziła za to, że jest zbyt tchórzliwy, by powiedzieć jej prawdę o zerwaniu. Za to, że przeprasza, nie mówiąc, za co naprawdę przeprasza.

— To już przeszłość — odpowiedziała cicho, kryjąc emocje za pokerową twarzą. — Jefferson… tęskniłam za

tobą.

Czekała, aż powie jej to samo. I przez chwilę wydawało się, że tak się stanie.

Ale on odstąpił o krok i opuścił ręce.

— Muszę… przepraszam, ale muszę iść.

— Oczywiście. — Daphne zmusiła się do uśmiechu, tak jakby nic się nie stało, mimo że Jefferson zostawiał ją samą w połowie piosenki. Zmieniając ją znowu w obiekt plotek.

Jutro różne wersje tej historii krążyć będą po salonach. „Jefferson porzucił ją na parkiecie”, będą mówić. „Nie ma szans, żeby do siebie wrócili”.

— Czy mogę? — U jej boku zjawił się Ethan Beckett, najlepszy przyjaciel Jeffersona, tak szybko, że zapewne przyglądał się ich interakcji. Daphne otworzyła usta, żeby rzucić jakąś ciętą ripostę, ale powstrzymała się. Jeśli przetańczy z Ethanem choć jedną piosenkę, odwróci uwagę od nagłego odejścia księcia. Może właśnie na to liczył

Ethan.

— Dobrze. — Spróbowała lekko oprzeć dłonie o jego ramiona, tak lekko, że prawie się nie dotykały, ale przez ubranie czuła ciepło jego skóry.

Ethan był najlepszym przyjacielem Jeffersona od podstawówki. Był przystojny, z roześmianymi ciemnymi oczami i odrobiną piegów. Nie był szlachcicem: jego matka pracowała jako nauczycielka w szkole publicznej i samotnie wychowywała syna. Daphne zakładała, że chodził do Forsythe’a dzięki stypendium, bo inaczej jego rodziny nie byłoby stać na czesne. Teraz studiował na pierwszym roku w King’s College, gdzie zapewne zamierzał iść także Jefferson, gdy skończy swój rok przerwy.

Daphne zawsze podobało się w Jeffersonie to, że miał kogoś takiego jak Ethan za przyjaciela. Kogoś o skrajnie innym pochodzeniu.

Mimo wszystko łatwo było jednak ignorować rzeczy takie jak pieniądze i status, kiedy miało się ich nieskończenie wiele.

Przez kilka chwil tańczyli w ciszy. Nie zdając sobie z tego sprawy, Daphne zaczęła prowadzić Ethana. Ich kroki robiły się coraz szybsze, szybsze niż tempo muzyki.

Gdy niemal potknęła się o nogi Ethana, mocniej złapał ją za rękę.

— To taniec. Możesz się nim cieszyć, zamiast atakować.

Nie przeprosiła, ale lekko zwolniła tempa.

— Jak rozumiem, z Jeffem nie poszło najlepiej — dodał swobodnym tonem.

Daphne zdusiła w sobie falę oburzenia. Nie była nikomu winna wyjaśnień, zwłaszcza Ethanowi. Ale on zawsze znał jej czułe miejsca.

— Nie mam pojęcia, o czym mówisz.

— Daj spokój, Daphne. To koniec między wami. Czy naprawdę warto tak się na niego rzucać tylko po to, żebyś kiedyś dostała tiarę?

Daphne zesztywniała. Tylko Ethan oskarżał ją o spotykanie się z Jeffersonem ze złych powodów.

— Nie zrozumiałbyś. Związki nigdy nie mają sensu widziane z zewnątrz: kwalifikacje do oceniania ich mają tylko ludzie bezpośrednio zaangażowani.

— Tylko że ty i Jeff nie jesteście już w związku — przypomniał bezlitośnie Ethan.

— Na razie.

Rozmawiali po cichu, patrząc sobie w oczy. Daphne niemal zapomniała, że znajdują się w sali balowej.

— Marnujesz czas. Nie wystarczy, że pstrykniesz palcami, aby tak po prostu do ciebie wrócił.

— Nie tak po prostu.

Oczywiście nie było to łatwe zadanie i być może musiała trochę poczekać. Co z tego, że Jefferson spotykał się z tymi stalkującymi go zdzirami? Nic dla niego nie znaczyły. Wróci do niej, bo ostatecznie byli sobie przeznaczeni. Wiedział o tym tak samo dobrze jak

Daphne.

A jednak… coś w głosie Ethana przykuło jej uwagę.

— Dokąd uciekł Jefferson? — spytała, żałując, że to brzmi tak błagalnie.

— Chciałabyś wiedzieć, co?

 

— Pytam po przyjacielsku. — Słowa te paliły jej gardło, ale wypowiedziała je z taką gracją, na jaką tylko było ją stać.

— Och, jesteśmy teraz przyjaciółmi? Myślałem, że

po…

— Nie wspominaj o tym.

— Ostrożnie, Daphne. Nie chcemy, aby wyglądało to jak sprzeczka kochanków.

Miał rację. To, jak ich głowy zbliżały się do siebie, ich wyraźnie pełna emocji rozmowa — to wszystko wyglądało podejrzanie. Daphne nieco odsunęła się od niego i uśmiechnęła się, choć to był uśmiech kruchy jak wysokie kieliszki na barze.

— Nie możesz o tym mówić.

— Znaczy się, nie mogę mówić o nas?

— Nie ma żadnych „nas”! — Daphne pokręciła głową tak gwałtownie, że kolczyki uderzyły ją w boki twarzy. — To, co stało się tamtej nocy, było strasznym błędem.

— Czyżby? A może błędem jest ta pogoń za Jeffem?

— Nawet nie wspominaj już o tamtej nocy. Proszę. — Daphne wystraszyła się na tyle, że zrobiła się grzeczna. Zwykle Ethan i ona nie przejmowali się konwenansami.

Książę nie mógł nigdy się dowiedzieć, co zrobili ona i Ethan. Gdyby poznał prawdę, jej plany runęłyby w gruzy.

— Naprawdę myślisz, że odzyskasz Jeffa, co? — spytał Ethan z niedowierzaniem.

Daphne wiedziała jednak, że tego dokona. Że jest zdolna do wszystkiego.

— Wiem, że to zrobię — odparła.