Amerykańskie księżniczkiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4. Samanta

Tego wieczoru Samanta ruszyła ku nierzucającym się szczególnie w oczy drzwiom, które wyglądały tak, jakby architekt umieścił je w korytarzu na parterze w ostatniej chwili. Może nie wyglądały imponująco, ale były to Drzwi Westchnień, prywatne wejście rodziny królewskiej do wielkiej sali balowej. Nazwano je tak, ponieważ całe pokolenia księżniczek siedziały przed nimi, gdy były zbyt młode, by przez nie przejść, i wzdychały romantycznie, patrząc na tańce.

— Twoi rodzice sprawią ci piekło — stwierdziła idąca obok Nina.

— Być może. — Sam wątpiła, czy w ogóle zauważyli, że się spóźniła. Nigdy nie dostrzegali tego, co robiła, chyba że było to na tyle skandaliczne, że musieli ją zauważyć.

Oficer ochrony Sam truchtał razem z nimi, z zaciśniętymi ustami. Sam czuła, że Caleb nadal gniewa się na nią za numer, jaki wykręciła w Tajlandii. No cóż, Sam nie chciała wbiec na ruchliwą ulicę. Caleb po prostu nie dał jej wyboru. Nic innego nie działało — perswazja, błaganie ani ostateczna sztuczka Sam, która zwykle polegała na narzekaniu na bóle brzucha albo tampony. Gdy to na nim wypróbowała, po prostu podał jej tabletki przeciwbólowe i butelkę wody.

— Idę z Sową — mruknął Caleb do krótkofalówki. Sam jakoś przełknęła irytację na swój kod. Wszyscy członkowie rodziny dostali nazwy ptaków: Orzeł dla króla, Łabędź dla królowej, Sokół dla Beatrycze i Drozd dla Jeffa. Dopiero kilka lat temu Sam dowiedziała się, dlaczego nazywali ją Sową.

Był to skrót od „zapasowa”. Czyli „nie następczyni tronu”. Była dodatkowym dzieckiem, polisą ubezpieczeniową, żywą zapasową baterią.

Herold, stojący na baczność przy Drzwiach Westchnień, nie śmiał wypominać jej spóźnienia. Czekał, aż wyjmie z pokrytej paciorkami kopertówki zrobiony na specjalne zamówienie błyszczyk do ust o barwie piwonii. Zaproponowano jej za niego wartą miliony dolarów umowę licencyjną — firma chciała nazwać kosmetyk „Amerykańska Róża” i umieścić wizerunek Sam na opakowaniu — ale odmówiła. Wolała mieć ten kolor błyszczyka tylko dla siebie.

Gdy skinęła na niego głową, herold wszedł do sali balowej i uderzył wielką złotą laską o podłogę. Dźwięk wybił się ponad szum imprezy: stukanie kieliszków, szmer skórzanych butów, niski pomruk plotek.

— Jej wysokość Samanta Marta Georgina Amfylis z dynastii Waszyngtonów!

Samanta jeszcze raz spojrzała na Ninę, po czym wkroczyła do sali balowej.

Skupiły się na niej setki oczu, w których widać było błysk kalkulacji. Wszyscy zastanawiali się, ile przytyła za granicą albo ile kosztowała jej suknia czy jak bardzo zazdrościła starszej siostrze. Sam starała się zachować spokój. Zapomniała już, jak wielkie bywają bale z udziałem wszystkich arystokratów i polityków, nawet parów dożywotnich z małżonkami.

Kelnerzy w białych rękawiczkach roznosili wokół kieliszki szampana. Kwartet smyczkowy grał w tle jazz. W pomieszczeniu rozwieszono zielone dekoracje świąteczne, przyozdobione kwiatami gwiazdy betlejemskiej i wielkimi wstęgami z czerwonego aksamitu. W jednym z rogów stała oficjalna pałacowa choinka, przystrojona staroświeckimi łańcuchami z prażonej kukurydzy i wiśni, tak jak robiła to rodzina królewska od stu lat.

Sam zauważyła na zewnątrz Jeffa. Drzwi na taras otwarto na oścież i dworzanie wychodzili na kolumnadowy taras, gromadząc się pod pająkowatymi lampami grzewczymi. Było tam już kilkoro przyjaciół bliźniąt. Jeff rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie, ale właśnie wtedy czyjaś ręka chwyciła za łokieć Samanty jak imadło.

— Samanto, musimy porozmawiać. — Królowa Adelajda emanowała zimną elegancją w czarnej sukni bez ramiączek. Jej lśniące włosy spięto słynnymi diamentowymi spinkami, które Jerzy II wygrał w karty od króla Francji Ludwika XVI. Nazywano tę partię Zakładem Luizjańskim, bo w jej wyniku Francja oddała Terytorium Luizjany Ameryce.

— Cześć, mamo — odparła Sam wesoło, choć wiedziała, że na nic się to zda.

— To nie jest suknia, którą dla ciebie przygotowałam. — Adelajda opanowała niezwykłą umiejętność robienia gniewnej miny, jednocześnie uśmiechając się, co nieco przerażało Sam, ale też jej imponowało.

— Wiem. — Sam zignorowała strój wybrany przez matkę i zamiast tego włożyła inną sukienkę, na jedno ramię, pokrytą srebrnymi cekinami; zdecydowanie nieodpowiednią na tak formalne przyjęcie, ale nie przejmowała się tym. Potargane włosy wyglądały, jakby właśnie zwlekła się z łóżka. Pożyczyła też kolię babci z kolekcji klejnotów koronnych, wykonaną z wielkich kaboszonowych rubinów przeplatanych diamentami. Zamiast nosić ją na szyi, owinęła wokół nadgarstka, przez co eleganckie kamienie szlachetne zmieniły się w coś niemal

seksownego.

Sam dawno już uznała, że jeśli nie może być piękna, powinna chociaż być interesująca. A piękna nie była, nie w tradycyjnym sensie tego słowa — zbyt szerokie czoło, zbyt mocno zarysowane brwi, jej rysy twarzy wyglądały jak wyciosane z surowego kamienia, jak u dalekich hanowerskich kuzynów.

Ale ludzie zapominali o tym, gdy tylko Samanta się odezwała. Był w niej jakiś rodzaj zaraźliwej energii, jakby była bardziej żywa niż ktokolwiek inny. Jakby wszystkie jej nerwy iskrzyły tuż pod powierzchnią skóry.

Królowa stanowczo odprowadziła córkę na bok sali, daleko od podsłuchujących uszu.

— Twój ojciec i ja jesteśmy rozczarowani — zaczęła.

„Żadna nowina”.

— Przepraszam — rzuciła Sam. Znała scenariusz i wiedziała, że łatwiej będzie, jeśli powie matce to, co ona chce usłyszeć. Udało jej się uniknąć konfrontacji z rodzicami od czasu późnego lądowania, a przez cały dzień byli zbyt zajęci przygotowaniami do balu. Wiedziała jednak, że nie może wiecznie się im wymykać.

— Przepraszasz? — syknęła królowa. — Tylko to masz do powiedzenia po tym, jak uciekłaś oficerom ochrony? Samanto, to niewybaczalne zachowanie! Ci ludzie każdego dnia ryzykują dla ciebie życie. Ich zadaniem jest dosłownie stanąć między tobą a kulką. Mogłabyś okazać im choć odrobinę szacunku!

— Czy Jeff dostał już taką pogadankę? — spytała Sam, tak jakby nie znała już odpowiedzi. Chociaż Ameryka pozornie była progresywna, nadal rządziły wszystkim podwójne seksistowskie standardy. Ona i Jeff byli tego dowodem, jak w dawnych badaniach, gdy traktowano bliźnięta tak samo, nie licząc jednej kluczowej zmiennej, aby dowiedzieć się, jak na nie wpływa. Tu zmienną była płeć, więc chociaż Sam i Jeff zrobili dokładnie to samo, ludzie inaczej na to reagowali.

Gdyby paparazzi przyłapali Jeffa na szale zakupowym, oznaczałoby to, że przygotowuje się na wyjątkową okazję. Tymczasem Sam nazywano rozpuszczoną.

Gdyby pojawiły się zdjęcia, jak pijany Jeff chwiejnym krokiem wychodzi z baru, oznaczałoby to, że musi się wyszaleć. Samanta za to była dziką imprezowiczką.

Jeśli Jeff pyskował do paparazzi, to po prostu był stanowczy i chronił prywatność. Samanta była bezlitosną suką.

Chętnie zobaczyłaby reakcję prasy, gdyby to Beatrycze zrobiła którąkolwiek z tych rzeczy, ale ona oczywiście ściśle trzymała się zasad.

Sam wiedziała, że to nie wina Jeffa, lecz mimo wszystko marzyła, by to zmienić. Nie żeby miała ku temu środki.

— Nie widzę, co w tym takiego strasznego — zaprotestowała lekko. — Nikomu nic się nie stało. Czemu nie mogę po prostu cieszyć się życiem?

— Samanto, nikt nigdy nie oskarżył cię o to, że nie cieszysz się życiem — rzuciła Adelajda.

Sam starała się nie dać po sobie poznać, jak bardzo ją to ukłuło.

Jej matka westchnęła ciężko.

— Proszę, możesz chociaż próbować się zachowywać? To ważny wieczór dla twojej siostry.

Coś w jej głosie zaciekawiło Samantę.

— Co masz na myśli?

Królowa zacisnęła usta. O cokolwiek chodziło, nie ufała jej. Jak zwykle.

Sam trochę żałowała, że nie może wrócić do tej ­chwili w Tajlandii, gdy odwróciła się do Jeffa, uniosła brew i rzuciła mu wyzwanie ucieczki. Albo jeszcze wcześniej, do czasów, zanim matka zaczęła patrzeć na nią z tak ewidentnym rozczarowaniem. Pamiętała, jak mama uśmiechała się, gdy Sam wracała ze szkoły z opowieściami o tym, jak minął jej dzień. Adelajda przytulała córkę i zaplatała jej warkocze delikatnymi dłońmi, tu czesząc włosy, tam splatając.

Sam wiedziała jednak, że to na nic. Nikogo nie obchodziło, co naprawdę myśli. Po prostu chcieli, żeby się zamknęła i przestała kraść uwagę mediów idealnej Beatrycze. Żeby stała w cieniu. Żeby było ją widać, ale nie słychać.

Niepokornie przechyliła głowę i ruszyła na drugą stronę sali balowej. Teraz wszyscy mogli plotkować o sukni, oślepiająco jasnej jak kula dyskotekowa. Pod jej rzęsami błyszczały uparte, niespokojne oczy.

Sam niemal dotarła do drzwi, gdy zobaczyła starszą siostrę w sukni koktajlowej z wysokim kołnierzem. Był to zapewne jej pierwszy strój tego wieczoru; zwykle wielokrotnie przebierała się podczas uroczystych okazji. Rozmawiała z kobietą o ostrych rysach twarzy i siwych włosach. Sam dopiero po chwili zorientowała się, że nie mówią po angielsku.

Minęła Beatrycze i usiadła przy barze z boku, by być jak najmniej widoczna.

Gdzie podziała się Nina? Sam wyciągnęła telefon i napisała szybkiego esemesa: „Poszłam po drinka, znajdź mnie”. Następnie spojrzała w oczy barmanowi.

— Mogę dostać piwo?

Spojrzał na nią z ukosa. Oboje widzieli, że podczas takich uroczystości nie podawano w pałacu piwa. Rzekomo był to zbyt mało wyszukany napój, cokolwiek to miało znaczyć.

— Proszę — dodała, ze swoim najsłodszym uśmiechem. — Nie masz tam chociaż jednej butelki?

Barman zawahał się, jakby rozważał ryzyko, po czym schylił się pod bar i chwilę później wyłonił się z dwiema lodowatymi butelkami piwa.

 

— Nie dostała tego panienka ode mnie — mrugnął okiem i odwrócił się, dystansując się od dowodu na złamanie zasad.

— O, świetnie, właśnie tego szukałem — odezwał się głos po jej lewej. Jedna z butelek nagle zniknęła z baru.

— Hej, to moje! — Sam obróciła się na obcasie.

Chłopak stojący obok niej oparł się łokciami o bar. Od jego oszałamiająco niebieskich oczu odbijało się światło. Wyglądał na parę lat starszego, mniej więcej w wieku Beatrycze, z burzą blond włosów i czarującą twarzą. Gdyby nie para dołeczków, jego uroda byłaby niemal onie-

śmielająca.

Zastanawiała się, kim jest. Inaczej niż większość szlachciców, jak wynikało z doświadczenia Sam cherlawych i miękkich, miał muskularne ciało atlety.

— Spokojnie, petardo. Nie ma co pić z dwóch butelek naraz o tak wczesnej porze.

— Czy ty właśnie nazwałeś mnie „petardą”? — Sam nie była pewna, czy powinno ją to obrazić, czy zaintrygować.

— Wolisz „waszą wysokość”? — Lekko ukłonił się w jej stronę. — A tak w ogóle nazywam się Theodore Eaton. Dla przyjaciół Teddy.

Więc jednak był szlachcicem. Nawet bardzo szlachetnie urodzonym. Chociaż Samancie podobało się, że przedstawił się, używając tylko imienia, podczas gdy jako dziedzic księstwa technicznie był lordem Theodore’em

Eatonem.

Eatonowie byli wysoko postawioną rodziną w Nowej Anglii jeszcze od czasu lądowania „Mayflower”. Niektórzy mówili nawet, że byli bardziej amerykańscy niż Waszyngtonowie, wielokrotnie żeniący się przez ostatnie dwieście lat z zagranicznymi rodami królewskimi. Ojciec Teddy’ego był aktualnym księciem Bostonu — było to jedno z trzynastu księstw rozdzielonych przez Jerzego I podczas pierwszego Balu Królowej. Rodziny te nazywano czasami „Starą Gwardią”, jako że nie było już więcej księstw do rozdania. Kongres zabronił tworzenia nowych w roku 1870.

— Dopiero się poznaliśmy, a już mamy być przyjaciółmi? Sporo sobie wyobrażasz, „Teddy” — droczyła się Sam. — Skąd właściwie wzięło się to przezwisko? Od pluszowego misia?

— Owszem. Nazwała mnie tak młodsza siostra i jakoś przylgnęło. — Teddy rozłożył bezradnie ręce. — Nie wyglądam jak pluszowy miś, jakiego miałaś w dzieciństwie?

— Nie miałam misia. Tylko dziecięcy kocyk, który kreatywnie nazwałam Kocusiem. A teraz mam już tylko połowę Kocusia.

— Co stało się z drugą połową?

— Ma ją Jeff. — Co ją podkusiło, żeby opowiedzieć tę historię? Winiła o to Teddy’ego i jego rozbrajający uśmiech. — Dostaliśmy go w prezencie od dziadka, zanim zmarł. Dał go nam obojgu.

— Jeden koc dla dwojga?

Sam odruchowo obracała butelkę na marmurowej powierzchni baru.

— Chyba chciał, żebyśmy nauczyli dzielić się rzeczami. Oczywiście na nic się to zdało. Gdy tata przyłapał nas na kłótni o Kocusia, wziął nożyczki i przeciął go. Teraz oboje mamy po połowie.

Teddy spojrzał na nią — naprawdę się przyjrzał, wpatrzył się w jej twarz swoimi błękitnymi oczami o chwilę dłużej, niż było to społecznie akceptowalne. Sam bardzo chciała wiedzieć, o czym myślał. I co myślał o niej.

— Chyba niełatwo być bliźniakiem. To szczęście, że mam tylko młodsze rodzeństwo — stwierdził.

Sam wzruszyła jednym ramieniem. Przynajmniej nie kłóciła się z Beatrycze; król dałby jej wtedy Kocusia bez chwili zastanowienia.

— I cieszę się, że moja siostra miała misia, a nie kocyk — dodał, uśmiechając się tak, że podkreśliło to jego dołeczki. — Inaczej jak by mnie nazywano?

— No nie wiem. Kocuś Eaton nie brzmi tak źle. Wpada w ucho. — Sam próbowała walczyć z uśmiechem, ale uśmiech zdawał się wygrywać. — A więc, misiu Teddy, czy wzdrygasz się na myśl o dzisiejszej ceremonii tak samo jak ja?

— A powinienem?

— Najwyraźniej nigdy nie byłeś na Balu Królowej. Mój tata i Beatrycze muszą pasować każdego kandydata na rycerza indywidualnie, w kolejności alfabetycznej. To jak najgorsza ceremonia na zakończenie szkoły, tylko że każdy dostawał legitymację szlachectwa zamiast

dyplomu.

— Wygląda na to, że myliłem się, mówiąc, że to za wcześnie na picie z dwóch butelek jednocześnie.

— Wypiję za to. — Sam stuknęła butelką o jego butelkę, nie zważając na to, że stukanie się piwem przynosi pecha — a może to tylko we Francji? — i wzięła łyk. Czuła się, jakby reszta sali znalazła się za niewyraźną szklaną ścianą, jakby na balu byli tylko oni.

— Muszę o coś spytać. — Głos Teddy’ego był ciepły i nieco ochrypły. — Dlaczego kryjesz się tu, przy barze, zamiast zabawiać gości jak reszta twojej rodziny?

— Zaufaj mi, reszta mojej rodziny świetnie radzi sobie beze mnie. W tej chwili moja siostra rozmawia z ambasadorką Niemiec po niemiecku. — Sam przewróciła

oczami.

— Wow — powiedział powoli Teddy. — To takie…

— Nieznośne?

— Powiedziałbym, że imponujące — odparł i Sam zarumieniła się nieco. Ale często czuła, że Beatrycze robi, co może, by pokazać, że jest lepsza od innych.

Gdy była mała — teraz wydawało się to tak odległe — Sam uważała się za inteligentną. Kochała czytać, godzinami słuchała historii o dawnych królach i królowych i miała niezłą pamięć do szczegółów. Ale wtedy zaczęła naukę w szkole Świętej Urszuli i stopniowo pozbawiono ją tej radosnej pewności siebie.

Nie miała cierpliwości swojej starszej siostry ani jej głowy do liczb czy chęci przewodniczenia klubom i komitetom. Niejednokrotnie Sam słyszała, jak nauczyciele mówią o niej szeptem: „Beatrycze to to nie jest”, z wyraźną frustracją. Stopniowo zaczęła w to wierzyć: Beatrycze była tą inteligentną, piękną przyszłą królową, podczas gdy Sam była Tą Drugą Siostrą Waszyngton.

Spojrzała na Teddy’ego, który wyglądał, jakby zamierzał odejść. Ale Sam nie chciała, żeby sobie poszedł.

— Możemy przejść do sali tronowej, jeśli chcesz. Ceremonia zaraz się zacznie — zaproponowała.

Teddy wyciągnął rękę ze swobodną galanterią.

— Prowadź, wasza wysokość.

— Przyjaciele mówią mi „Sam”. — Oparła się o jego ramię, wciąż trzymając w drugiej ręce do połowy wypełnioną butelkę piwa.

Szmer balu podążył za nimi. Śmiech i muzyka niosły się echem po starych, wysoko sklepionych komnatach. Ciągły ruch — kelnerzy we frakach, pijarowcy i kamerzyści — płynął w obie strony korytarza.

Teddy zatrzymał się przed wejściem do sali tronowej i spojrzał na kopułowaty sufit nad nimi. Wymalowano na nim fresk przedstawiający króla Jerzego I lecącego przez niebo na latającym rydwanie.

— Namalował to Charles Wilson Peale — szepnęła Sam, ignorując zmieszane spojrzenia służby krzątającej się w środku. Był tam już Caleb — Sam starała się nie nawiązywać z nim kontaktu wzrokowego — stojący obok ochroniarza Beatrycze — wysokiego, groźnie wyglądającego młodego człowieka w mundurze Gwardii

Revere’a.

— Z rodziny Peale’ów z Pensylwanii? — spytał Teddy.

Sam wzruszyła ramionami. Wolała Charlesa Wilsona od jego współczesnych potomków. Była pewna, że to siostry Peale rozpuściły plotkę, że w drugiej klasie liceum wysłano ją na odwyk. A wszystko przez to, że tańczyła z byłym chłopakiem jednej z nich na imprezie.

— Był porucznikiem w czasie rewolucji. Pomalował też kolumny. — Sam wskazała na rogi sali, gdzie wznosiły się cztery słupy. — Mają przedstawiać cztery filary cnót Ameryki: prawdę, sprawiedliwość, honor i rodzinę. Ten dziwny ze snopami słomy i prosiakami to rodzina, w razie jakbyś nie poznał.

Oczy Teddy’ego zaiskrzyły.

— Skąd tyle wiesz o historii?

— Wymykałam się od niani i chowałam się tu i ówdzie w czasie wycieczek po pałacu — wyznała. — Czasami ludzie nawet mnie nie zauważali. Albo jeśli tak, to szeptałam, że bawię się z bratem w chowanego, i pytałam, czy pomogą mi się ukryć. Zwykle się zgadzali. Niania szukała mnie po całym pałacu, ale nie domyśliła się, że mogłabym schować się wśród tłumu.

Teddy pokręcił głową z niedowierzaniem.

— Chyba jesteś zbyt sprytna dla własnego dobra.

Z drugiego końca korytarza rozległ się dźwięk trąb, co oznaczało, że ceremonia rozpocznie się za piętnaście minut. Chwilę później rozbrzmiał tupot kroków setek ludzi, którzy zaczęli powoli przemieszczać się do sali tronowej.

Sam poczuła ukłucie w sercu. Etykieta i zdrowy rozsądek wymagały, aby zaprowadziła Teddy’ego na jego miejsce, ale nie chciała. Nie skończyła z nim jeszcze. Chciała, aby jego ciepła, złota energia skupiała się na niej jeszcze przez chwilę.

Chwyciła go za rękę i zaciągnęła do pomieszczenia za niepozornymi drzwiami, które szybko zamknęła.

Szatnia pachniała futrami i drewnem cedrowym oraz perfumami Vol de Nuit Samanty. Przez framugę do pomieszczenia dostawała się cienka smuga światła.

Sam wciąż trzymała butelkę piwa. Podniosła ją do ust i wypiła resztę, zdając sobie sprawę z tego, jak wygląda, pijąc piwo w eleganckiej sukni i z bezcennymi klejnotami koronnymi na nadgarstku. Teddy uniósł brew, wyraźnie rozbawiony, ale nie chciał wychodzić.

Postawiła pustą butelkę na podłodze i odwróciła się do niego. Zdobiona cekinami suknia zakręciła się wokół niej.

— Możesz być świadom tego, że przewyższam cię rangą — szepnęła, drocząc się.

— Wspomniano o tym raz czy dwa.

Uniosła ręce na wysokość jego ramion i rozwiązała mu krawat, który opadł na podłogę.

— Przewyższam cię rangą — powtórzyła — więc jako twoja księżniczka rozkazuję ci mnie pocałować.

Teddy się zawahał i przez chwilę Sam obawiała się, że źle odczytała jego zachowanie. Ale w końcu na jego twarzy pojawił się uśmiech.

— Monarchowie chyba nie mogą już wydawać tak autorytarnych rozkazów — odparł cicho.

— Nie jestem monarchą — przypomniała. — Czyżbyś odmawiał?

— W tym wypadku zgodzę się. Ale nie zakładaj, że to oznacza, że wykonam każdy twój rozkaz.

— Może być. — Sam chwyciła go za koszulę i przyciąg­nęła do siebie.

Jego usta były ciepłe. Całował ją z ochotą, jakby był wygłodniały. Samanta zamknęła oczy i odchyliła się, opadając na czyjeś futro z norek. Jej krew kipiała jak bąbelki szampana.

Po drugiej stronie drzwi słyszała czeredę dworzan ruszających do sali tronowej. Bez słowa zarówno ona, jak i Teddy stali bez ruchu, całując się coraz mocniej.

To, czy Samanta pojawi się na ceremonii, było bez znaczenia. Nikt nawet nie zauważy jej nieobecności. W końcu była tylko Sową.

5. Beatrycze

Beatrycze trzymała oczy zamknięte i starała się nie zapominać o oddychaniu. Raz, gdy dopasowywano jej kwiecistą sukienkę, którą włożyła na ślub wujka, za bardzo się poruszyła i mama stanowczo zakazała jej ruszać choćby jednym mięśniem. Więc nie ruszała — nawet płucami. Siedmioletnia Beatrycze wstrzymywała oddech z taką determinacją, że straciła przytomność.

— Czy wasza wysokość może podnieść głowę? — mruknęła makijażystka. Beatrycze z niechęcią uniosła wzrok, starając się ignorować to, że kredka dotykała jej dolnej powieki. Przy zamkniętych oczach łatwiej było zachować spokój. Stała w samym środku Sali Panien Młodych, salonu na parterze naprzeciwko sali balowej, nazwanego tak od pokoleń księżniczek, które przebierały się tu w suknie ślubne. Beatrycze wielokrotnie przygotowywała się tu do ceremonii: często potrzebowała szybko zmienić strój w środku uroczystości. Ale nazwa sali nigdy dotąd tak jej nie niepokoiła.

Jeśli wszystko miało pójść zgodnie z planami jej rodziców, wkrótce znów tu zawita.

Sala Panien Młodych stanowiła esencję dziewczęcości. Na brzoskwiniowej tapecie wymalowano delikatne białe kwiatki. Mebli było niewiele: tylko niewielka kanapa i stoliczek z miską pełną suszonych kwiatów ze starych bukietów ślubnych. Przestrzeń celowo była pusta, aby zrobić miejsce dla sukien ślubnych z dziesięciometrowymi ceremonialnymi trenami.

Stało przed nią wielkie trzyskrzydłowe lustro, choć usilnie starała się w nie nie patrzeć. Pamiętała, jak zakradała się tu razem z Samantą, gdy były małe, zafascynowane widokiem nieskończonego ciągu odbić.

— Patrz, są ciebie tysiące — szeptała Sam, a Beatrycze zawsze zastanawiała się tęsknie, jak by to było przejść przez szkło i wejść do życia jednej z tych innych Beatrycze w ich dziwacznych lustrzanych światach.

Były chwile, w których Beatrycze żałowała, że nie jest bardziej jak siostra. Widziała, jak Sam wcześniej wparowała do sali balowej, wyraźnie nie przejmując się czterdziestominutowym spóźnieniem. Ale Sam zawsze lubiła teatralne wejścia i jeszcze bardziej widowiskowe wyjścia. Podczas gdy Beatrycze żyła w strachu przed, jak określała to jej matka, „robieniem scen”.

 

Stała teraz na podeście krawieckim otoczona przez służące, które pomogły jej przebrać się z pierwszej sukni tego wieczoru w drugą, granatową, z rękawem odsłaniającym ramiona. Koktajlową sukienkę zastąpił bardziej formalny strój. Beatrycze czuła się dziwnie nieobecna na scenie, jakby była królewską Barbie czekającą na wyposażenie w akcesoria.

Stała sztywno, gdy makijażystka podłożyła bibułkę pod jej nos, zanim go przypudrowała, po czym poprawiła szminkę.

— Skończone — mruknęła. Beatrycze wciąż jednak nie patrzyła w lustro.

Jedna z pozostałych służących nałożyła na jej suknię szarfę Orderu Edwarda, najwyższego amerykańskiego odznaczenia. Następnie na ramiona Beatrycze nałożyła długą gronostajową pelerynę, która bardzo ciążyła, jakby chciała ją udusić. Zaciskała i rozwierała pięści. Służąca sięgnęła po złotą broszę, lecz zanim zdążyła zapiąć nią pelerynę wokół szyi Beatrycze, księżniczka gwałtownie się cofnęła. Oczy zaskoczonej służącej się rozszerzyły.

— Przepraszam, po prostu… potrzebuję chwili dla siebie.

Beatrycze była zakłopotana. Nigdy do tej pory nie zrobiła czegoś takiego. Ale też ceremonialne szaty związane z jej pozycją nigdy do tej pory nie zdawały się jej tak

duszące.

Służące i stylistki szybko dygnęły, po czym wyszły z pomieszczenia. Gdy zniknęły, Beatrycze zmusiła się, by spojrzeć na swoje odbicie.

Szarfa koloru kości słoniowej kontrastowała z granatową suknią i podkreślała gładką, opaloną skórę. Medale i ordery lśniły w świetle lamp, podobnie jak wielkie kolczyki o kształcie gruszki i wielowarstwowy naszyjnik. Ciemne włosy upięto jej tak ciasno, że spinki wrzynały się wściekle w skórę głowy. Wyglądała bardzo dostojnie i na więcej niż dwadzieścia jeden lat.

Cóż, zapewne musiała wyglądać dzisiaj dojrzale, bo ponoć miała poznać mężczyznę, którego poślubi. Kimkolwiek ten się okaże.

„Jestem Beatrycze Georgina Fryderyka Luiza z dynastii Waszyngtonów, przyszła królowa Ameryki i mam obowiązki do wypełnienia”. Zawsze to sobie powtarzała, gdy tylko zaczynała czuć panikę, jakby życie przeciekało jej między palcami jak sypki piasek. Nieważne, jak bardzo kurczowo starała się je zatrzymać, nie była w stanie odzyskać kontroli.

Nagle rozległo się pukanie do drzwi Sali Panien Młodych.

— Dziesięć minut. Czy wasza wysokość jest już prawie gotowa?

Beatrycze poczuła ulgę, usłyszawszy głos jedynej osoby, którą chciała teraz widzieć.

— Możesz wejść, Connor — zawołała.

Nazwanie Connora ochroniarzem Beatrycze byłoby nieodpowiednie. Nie odzwierciedlałoby to zaszczytu, jakim było należenie do Gwardii Revere’a: lata dyscypliny i morderczego treningu, jakich to wymagało, niesamowite poświęcenie. Gwardia stanowiła jednostkę bardziej elitarną niż jakakolwiek część sił zbrojnych. Istniały tysiące Marines i setki Navy SEALs, ale Gwardia Revere’a składała się tylko z kilkudziesięciu osób.

Założona po zamordowaniu króla Jerzego II podczas wojny w 1812 roku, Gwardia Revere’a — nazwana od nazwiska bohatera rewolucji amerykańskiej, Paula Revere’a — odpowiadała bezpośrednio przed Koroną. Jej członkowie często służyli monarchom podczas tajnych zagranicznych misji, chroniąc sojuszników Ameryki albo ratując pojmanych Amerykanów. Ale zawsze ostatecznie wracali do domu, by służyć zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem gwardii: chronić rodzinę królewską. Praca ta była tak absorbująca i ryzykowna, wymagająca częstych podróży i zmian, że wielu członków Gwardii Revere’a czekało z ożenkiem aż do emerytury.

— Wyglądasz ślicznie, Bee — powiedział Connor, nie przejmując się formalnościami, gdy byli sami. Używał tego przezwiska, odkąd przyznała, że tak nazywała ją kiedyś Samanta. Oczywiście minęło sporo czasu, odkąd siostry były sobie na tyle bliskie, by go używać.

Uśmiechnęła się, usłyszawszy komplement.

— Ty też nie wyglądasz źle.

Miał na sobie mundur galowy Gwardii — dwurzędową marynarkę, pozbawioną insygniów poza tradycyjną odznaką złotej latarni, na pamiątkę dwóch latarni Paula Revere’a ostrzegających przed atakiem Brytyjczyków. Przy jego pasie wisiała złota szabla ceremonialna. Wyglądałaby śmiesznie staroświecko, gdyby Beatrycze nie podejrzewała, że Connor wie dokładnie, jak się nią posługiwać.

Connora przydzielono jej poprzedniej jesieni, na początku ostatniego roku akademickiego na Harvardzie. Beatrycze wiedziała, że nigdy nie zapomni tego ranka, gdy Ari, jej oficer ochrony przez poprzednie dwa lata, przyszedł, by odprowadzić Beatrycze na wykład w towarzystwie wysokiego nieznajomego w czarnej bluzie z kapturem. Wyglądał na rok czy dwa lata starszego od niej.

— Wasza wysokość, to Connor Markham. Od jutra przejmie moje obowiązki — wyjaśnił Ari.

Beatrycze skinęła głową. Próbowała nie gapić się na młodzieńca, ale trudno było odwrócić wzrok od jego uderzających szaroniebieskich oczu i jasnej skóry. Jasnobrązowe włosy były ścięte krótko, co podkreślało mocne rysy twarzy.

Connor skłonił się tak lekko, że graniczyło to z impertynencją. Kołnierz bluzy opadł niżej i odsłonił linię czarnego tuszu. Tatuaż.

Tatuaż ten zastanowił Beatrycze; myślała o tym, jak daleko szedł po jego klatce piersiowej, szerokich ramionach, tułowiu. Zarumieniła się i podniosła głowę. Connor spojrzał jej w oczy i nie odwrócił wzroku.

Miał neutralny wyraz twarzy, ale Beatrycze nie mogła nie pomyśleć o tym, że Connor mógł podejrzewać, w jakim kierunku pobiegły jej myśli.

Przez kilka miesięcy niewiele się do siebie odzywali. Nie żeby Beatrycze miała zwyczaj gawędzić sobie z ochroną. Ale Connor był szczególnie małomówny, niemal jakby coś go dręczyło. Nigdy nie mówił nic o sobie, nie wdawał się w grzecznościową wymianę zdań. Był po prostu wysoką, milczącą postacią u boku Beatrycze, towarzyszącą jej podczas wykładów czy w jadalni, z tym swoim plecakiem i czerwonym swetrem. Inaczej niż jego poprzednicy, którzy zwykle byli przynajmniej po trzydziestce, Connor mógł uchodzić za studenta. Tyle że teraz wszyscy na campusie już zdawali sobie sprawę ze strażników Beatrycze towarzyszących jej „incognito”.

Beatrycze od początku wiedziała, że Connora frustruje ten przydział. Może zakładał, że będzie strzegł jej ojca, zamiast niańczyć ją na uczelni. Był zbyt profesjonalny, aby coś powiedzieć, ale czasami, gdy Beatrycze spotykała się z przyjaciółmi, aby wspólnie się pouczyć albo zjeść w nocy pizzę, widziała na jego twarzy znudzone rozbawienie. Wyraźnie uważał, że strzeżenie jej było poniżej jego kompetencji. Beatrycze starała się pamiętać, że to nie jej wina. W końcu wcale o niego nie prosiła.

Pewnego listopadowego wieczoru Beatrycze udała się do

Bostońskiego Muzeum Sztuk Pięknych, jak zwykle w towarzystwie Connora. Chodziła na zajęcia z historii sztuki, czego wymagały jej studia na kierunku amerykanistyki, a wykładowca kazał studentom napisać esej o jednym z obrazów w kolekcji muzeum. Pozostali studenci przyszli po południu, ale Beatrycze nie chciała do nich dołączyć. Spowodowałaby tylko zamieszanie — wszyscy by się na nią gapili i robili z ukrycia zdjęcia telefonami, szepcząc do siebie. Czuła się bardziej komfortowo, pytając kustoszkę, czy mogłaby przyjść po godzinach.

Jej kroki niosły się echem po pustym muzeum, w miarę jak szukała obrazu. Była pewna, że wszystkie portrety Whistlera znajdują się na parterze, ale nie mogła go znaleźć. Sprawdzała numery sal, żałując, że w pośpiechu nie zaopatrzyła się w plan budynku.

— Musimy iść na górę. W tym korytarzu są obrazy tylko do 1875, a portret, którego szukasz, powstał w 1882.

Beatrycze zamrugała szybko.

— Pamiętasz to?

— Byłem na tym samym wykładzie co ty, księżniczko — odparł lakonicznie Connor. To był jego kolejny irytujący zwyczaj: mówił do niej „księżniczko” zamiast „wasza wysokość”. Beatrycze poprawiłaby go, gdyby nie podejrzewała, że nie robi tego przez pomyłkę. Zdawał sobie sprawę z protokołu, ale subtelnie ją prowokował.