Amerykańskie księżniczkiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

To, że przyjaźń Samanty i Niny przetrwała tyle lat, było świadectwem determinacji księżniczki. Nie pozwalała, aby się od siebie oddaliły, nawet gdy poszły do innych szkół, nawet gdy jej mama przestała pracować jako szambelanka i została ministrą skarbu. Samanta wciąż zapraszała Ninę do pałacu na piżama party, na weekendy w domach letnich Waszyngtonów czy na bankiety państwowe jako swoją osobę towarzyszącą.

Matki Niny miały mieszane uczucia, jeśli chodzi o przyjaźń ich córki z księżniczką.

Isabella i Julie poznały się na studiach doktoranckich. Teraz były potężną parą w stolicy: Isabella zarządzała Ministerstwem Skarbu, a Julie była założycielką odnoszącej sukcesy firmy, zajmującej się handlem elektronicznym. Nie kłóciły się zbyt często, ale skomplikowane relacje Niny z Waszyngtonami były czymś, co do czego nigdy się nie zgadzały.

— Nie możemy pozwolić Ninie na tę wycieczkę — protestowała Isabella, gdy Samanta zaprosiła Ninę do domu letniskowego rodziny królewskiej. — Nie chcemy, żeby spędzała z nimi za dużo czasu, zwłaszcza bez nas.

Nina zaczęła uważnie nasłuchiwać ich głosów, niosących się echem po starych rurach grzewczych domu. Siedziała w swojej sypialni na drugim piętrze, pod poddaszem. Nie podsłuchiwała celowo… ale też nigdy nie przyznała się, jak dobrze słyszała je, gdy rozmawiały w salonie bezpośrednio pod nią.

— Dlaczego nie? — spytała Julie głosem dziwnie zniekształconym przez stare metalowe rury.

— Bo się o nią martwię! Świat Waszyngtonów, z ich prywatnymi odrzutowcami, galami i dworskim protokołem… to nie jest rzeczywistość. I nieważne, jak często ją zapraszają, jak bardzo lubi ją księżniczka Samanta… Nina nigdy nie będzie jedną z nich. — Isabella westchnęła. — Nie chcę, żeby czuła się jak jakaś uboga krewna z powieści Jane Austen.

Nina przysunęła się bliżej na materacu, żeby dobrze usłyszeć odpowiedź.

— Księżniczka zawsze była dobrą przyjaciółką dla Niny — zaprotestowała Julie. — Powinnaś mieć więcej wiary w to, jak wychowałyśmy córkę. Jeśli już, to Nina będzie miała dobry wpływ na Samantę, przypominając jej o świecie poza bramami pałacu. Księżniczka pewnie potrzebuje normalnej przyjaciółki.

Ostatecznie matki Niny zgodziły się puścić ją na wycieczkę, pod warunkiem że nie będzie rzucać się w oczy i nie będzie filmowana ani fotografowana przez prasę. Pałac zgodził się na to bez problemu — tam też nie chciano, aby media skupiały się szczególnie na księżniczce Samancie.

Gdy były w liceum, Nina była już przyzwyczajona do dziwacznych planów i zaraźliwego entuzjazmu przyjaciółki. „Weźmy Alberta!” — pisała w SMS-ie Sam, mając na myśli jeepa koloru cytrynowego, którego wybłagała od rodziców na szesnaste urodziny. Dostała samochód, ale wciąż nie opanowała parkowania równoległego, więc nadal nie miała prawa jazdy. W rezultacie to Nina musiała prowadzić wściekle żółtego jeepa przez stolicę, podczas gdy Samanta siedziała w fotelu pasażera, prosząc o to, aby podskoczyły do McDonalda. Po pewnym czasie Nina przestała się martwić nawet oficerem ochrony, spoglądającym na nie z ukosa z tylnego siedzenia.

Sam sprawiała, że Ninie łatwo było zapomnieć o wszystkich dzielących je różnicach. A Nina kochała ją tak, jak kochałaby siostrę, gdyby ją miała. Po prostu ta siostra była akurat księżniczką Ameryki.

Jednak w ciągu ostatnich sześciu miesięcy ich relacje nieco się zmieniły. Nina nigdy nie powiedziała Sam, co stało się w wieczór imprezy maturalnej — a im dłużej utrzymywała to w tajemnicy, tym bardziej się oddalały. Następnie Sam i Jeff wybrali się w podróż z okazji ukończenia szkoły, a Nina zaczęła studia — i może tak było lepiej. Nina w końcu miała szansę na bardziej normalne życie, bez prywatnych odrzutowców, dworskich gal i oficjalnego protokołu, którymi tak martwiła się Isabella. Mogła wrócić do prawdziwego świata.

Nina nie powiedziała nikomu w Kolegium Królewskim, że Samanta była jej najlepszą przyjaciółką. Pewnie uznaliby, że kłamie, a nawet gdyby uwierzyli, próbowaliby wykorzystać jej koneksje. Nina sama nie wiedziała, która z opcji mogła się okazać gorsza.

Profesor Urquhart wyłączył mikrofon, co oznaczało koniec wykładu. Wszyscy zaczęli wstawać wśród szumu zamykanych laptopów i szeptu plotek. Nina zapisała parę ostatnich słów w notesie, po czym wrzuciła go do torby i ruszyła za Rachel po schodach na dziedziniec.

Dołączyło do nich kilka innych dziewczyn, z ekscytacją rozmawiających o imprezie, na której miały oglądać Bal Królowej. Ruszyły w stronę domu studenckiego, gdzie zwyk­le jadało się lunch po zajęciach, ale Nina zwolniła kroku.

Jej uwagę przykuł ruch przy ulicy. Stała przy niej czarna limuzyna i słychać było cichy warkot silnika. Do okna samochodu ktoś przyłożył kartkę z nazwiskiem Niny.

Wszędzie poznałaby ten charakter pisma.

— Nina, idziesz? — zawołała Rachel.

— Przepraszam, muszę iść na konsultacje — rzuciła Nina. Odczekała parę chwil, po czym ruszyła przez trawnik w stronę samochodu.

Na tylnym siedzeniu czekała księżniczka Samanta, w welurowych spodniach dresowych i białej koszulce, przez którą widać było różowy stanik. Nina szybko się do niej dosiadła, zamykając drzwi, zanim ktokolwiek ją zobaczy.

— Nina! Stęskniłam się! — Sam objęła przyjaciółkę i mocno uścisnęła, jak miała w zwyczaju.

— Ja też się stęskniłam — szepnęła Nina w ramię księżniczki. Na usta cisnęło się milion pytań.

W końcu Samanta przestała ją ściskać i pochyliła się do przodu, mówiąc do kierowcy:

— Możesz trochę pokrążyć po kampusie.

To typowe dla Sam — chciała być w ciągłym ruchu nawet wtedy, gdy nigdzie się nie wybierała.

— Sam… co ty tu robisz? Nie powinnaś przygotowywać się na wieczór?

Sam odparła konspiracyjnym szeptem:

— Przyjechałam porwać cię i zaciągnąć na Bal Królowej jako osobę towarzyszącą!

Nina pokręciła głową.

— Przepraszam, dzisiaj pracuję.

— Ale będą tam twoje mamy… na pewno chętnie cię zobaczą! Proszę, Nina… Naprawdę przyda mi się teraz wsparcie przy mamie i tacie.

— Przecież dopiero wróciłaś? Co mogło ich już wkurzyć?

— Wczoraj rano w Tajlandii Jeff i ja uciekliśmy ochroniarzom — przyznała Sam, wyglądając przez okno. Jechali przez College Street ku wysokim gotyckim budynkom Biblioteki Dandridge.

— Zgubiliście ich? Jak?

— Po prostu uciekliśmy — powtórzyła Samanta, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. — Dosłownie. Jeff i ja obróciliśmy się i przebiegliśmy przez ulicę, między samochodami, po czym znaleźliśmy kogoś, kto podwiózł nas do wypożyczalni samochodów. Zrobiliśmy sobie przejażdżkę samochodem terenowym po dżungli. Było niesamowicie.

— To brzmi ryzykownie — zauważyła Nina, a Sam roześmiała się.

— Mówisz jak moi rodzice! Widzisz, po to cię potrzebuję. Miałam nadzieję, że jeśli pójdziesz dziś ze mną…

— To będę cię pilnować? — dokończyła za nią Nina. Tak jakby księżniczkę dało się upilnować. Żadna moc na Ziemi nie mogła powstrzymać Samanty przed tym, co postanowiła zrobić.

— Wiesz, że jesteś tą grzeczną!

— Tylko w porównaniu z tobą. To niewiele mówi.

— Powinnaś być wdzięczna, że tak obniżam poprzeczkę — droczyła się Sam. — Słuchaj, możemy wyjść wcześ­niej z przyjęcia, wziąć trochę ciasteczek z kuchni i oglądać do późna kiepskie reality TV. Dawno nie miałyśmy piżama party! Proszę! Naprawdę się stęskniłam.

Trudno było zignorować taką prośbę najlepszej przy-

jaciółki.

— No może… Jodi może da się namówić na zamianę dyżurów — przyznała Nina po wahaniu tak krótkim, że Samanta pewnie nawet tego nie zauważyła.

— Dzięki! — Sam pisnęła z ekscytacją i pochyliła się do kierowcy, by podać mu nowe współrzędne. Znów odwróciła się do Niny i położyła na kolanach skórzaną torbę. — Zapomniałabym, mam dla ciebie coś z Bangkoku. — Chwilę szperała w torbie, aż w końcu wyjęła paczkę precelkowych M&M’s. Niebieskie opakowanie pokryte było ślicznymi pętlami i zawijasami tajskiego alfabetu.

— Pamiętałaś. — M&M’sy były ulubionymi słodyczami Niny. Sam zawsze przywoziła paczkę z zagranicznych podróży, odkąd przeczytała gdzieś, że w każdym kraju ich skład się różni, i uznała, że Nina i ona muszą spróbować ich wszystkich.

— I co? Jak smakują? — spytała Sam, gdy Nina włożyła jeden z cukierków do ust.

— Pyszne. — Tak naprawdę były nieco zleżałe, co nie dziwiło, zważywszy na to, jak daleką drogę przebyły w bocznej kieszonce torebki Samanty.

Limuzyna skręciła i przed ich oczami ukazał się pałac — zbyt szybko jak dla Niny, ale w końcu Kolegium Królewskie znajdowało się tylko kilka kilometrów dalej. Po obu stronach ulicy ciągnęły się rzędy sosen wirginijskich, wysokich i aroganckich. Wzdłuż niej stały budynki instytucji państwowych i wszędzie było pełno ludzi. Pałac lśnił bielą na tle błękitnego nieba. Jego odbicie tańczyło w wodach Potomacu, przez co wydawało się, że pałace są dwa: jeden solidny, drugi płynny i jak ze snu.

Przy żelaznej bramie pałacowej tłoczyli się turyści. Pilnowali jej stojący na baczność strażnicy, z uniesionymi w salucie dłońmi. Nad bramą powiewał Sztandar Królewski, co oznaczało, że monarcha jest w domu.

Wzięła głęboki oddech i starała się mentalnie przygotować. Nie chciała wracać do pałacu i ryzykować, że zobaczy jego. Nadal nienawidziła go za to, co zdarzyło się w noc imprezy pomaturalnej.

Ale tym bardziej nienawidziła niewielkiej części siebie, która nadal za nim tęskniła, nawet po tym wszystkim, co zrobił.

3. Daphne

Daphne Deighton przekręciła klucz w drzwiach frontowych i zatrzymała się na chwilę. Z przyzwyczajenia spojrzała z uśmiechem przez ramię, chociaż paparazzi od miesięcy nie nawiedzali jej domu, tak jak robili to, gdy spotykała się z Jeffersonem.

 

Za rzeką widziała skraj Pałacu Waszyngtońskiego. Centrum świata — przynajmniej jej świata.

Pod tym kątem był piękny. Popołudniowe światło słońca rozświetlało białe bloki piaskowca i łukowe okna. Ale Daphne wiedziała, że pałac jest bardziej chaotyczny, niż wydawałby się z zewnątrz. Zbudowano go na Mount Vernon, w miejscu dawnego domu Jerzego I, i wielokrotnie poddawano renowacjom, w miarę jak kolejni monarchowie próbowali zostawić po sobie trwały ślad. Teraz stanowił dezorientujące kłębowisko galerii, klatek schodowych i korytarzy, na których wciąż roiło się od ludzi.

Daphne mieszkała z rodzicami na skraju Herald Oaks, dzielnicy okazałych arystokratycznych domów na wschód od pałacu. Inaczej niż sąsiednie rezydencje, przekazywane z pokolenia na pokolenie przez ostatnie dwa i pół wieku, dom Deightonów był dość nowy. Tak samo jak ich szlachectwo.

Dzięki Bogu ich rodzina miała wreszcie tytuł, nawet jeśli dość niski jak na gust Daphne. Jej ojciec Peter był drugim baronetem Margrave. Tytuł ten otrzymał dziadek Daphne od króla Edwarda III, za „osobistą służbę dyplomatyczną” w poselstwie do rosyjskiej carycy Anny. Nikt w rodzinie nigdy nie wyjaśnił, na czym właściwie polegała ta służba. Daphne oczywiście sama wyciągnęła wnioski.

Zamknęła za sobą drzwi i zsunęła z ramienia skórzaną torbę. Usłyszała głos matki z jadalni.

— Daphne? Możesz tu przyjść?

— Oczywiście. — Daphne starała się, żeby w jej tonie nie było słychać zniecierpliwienia.

Spodziewała się, że jej rodzice zwołają dziś zebranie rodzinne, jak robili to już wielokrotnie wcześniej: kiedy Jefferson po raz pierwszy umówił się z Daphne albo kiedy zaprosił ją na wakacje z rodziną, albo w ten straszny dzień, kiedy z nią zerwał. Każdy kamień milowy w jej związku z księciem wywoływał jedną z tych dyskusji. Tak po prostu działała jej rodzina.

Nie żeby jej rodzice wiele zdziałali. Wszystko, co Daphne osiągnęła z Jeffersonem, było wyłącznie jej zasługą.

Usiadła przy stole naprzeciwko rodziców i sięgnęła nonszalancko po dzbanek mrożonej kawy, aby nalać sobie szklankę. Wiedziała dobrze, jakie będą następne słowa jej matki.

— Wczoraj wieczorem wrócił.

Nie trzeba było mówić, o kogo chodzi. Książę Jefferson Jerzy Aleksander August, najmłodszy z trójki królewskiego rodzeństwa Waszyngtonów i jedyny chłopiec.

— Wiem.

Oczywiście, że wiedziała. W końcu ustawiła kilkanaście alertów internetowych na imię księcia i ciągle szukała w mediach społecznościowych informacji o jego statusie. Znała go lepiej niż ktokolwiek inny, może nawet lepiej niż jego własna matka.

— Nie pojechałaś powitać go na lotnisku.

— Wśród piszczących fanek? Oczywiście, że nie. Zobaczę się z Jeffersonem dzisiaj wieczorem na Balu Królowej.

Daphne odmawiała nazywania księcia „Jeffem”, jak wszyscy pozostali. To brzmiało tak niekrólewsko.

— Minęło sześć miesięcy — przypomniał jej ojciec. — Na pewno jesteś gotowa?

— Będę musiała być — odparła zdawkowo Daphne. Oczywiście, że była.

Jej matka szybko się wtrąciła.

— Po prostu chcemy pomóc, Daphne. To ważna noc. I po tym wszystkim, co zrobiliśmy…

Psycholog mógłby uznać, że Daphne odziedziczyła ambicje po rodzicach, ale bardziej odpowiadałoby prawdzie, gdyby powiedzieć, że ambicje jej rodziców zostały powiększone i skupione w niej, tak jak zakrzywiona soczewka skupia rozproszone promienie światła.

Wspinaczka Rebekki Deighton po drabinie społecznej zaczęła się na długo przed urodzinami Daphne. Becky, jak wtedy na siebie mówiła, opuściła małe miasteczko w Nebrasce w wieku dziewiętnastu lat, uzbrojona tylko w niezwykłą urodę i spryt. W ciągu kilku miesięcy podpisała kontrakt z czołową agencją modelek. Niebawem jej twarz zdobiła już magazyny i billboardy, reklamy bielizny i samochodów. Ameryka zakochała się w niej.

Wkrótce Becky stała się Rebeccą i zaczęła pragnąć odpowiedniego tytułu. Gdy poznała ojca Daphne, tylko kwestią czasu było, zanim została lady Margrave.

A gdyby wszystko poszło zgodnie z planem i Daphne poślubiła Jeffersona, jej rodzice na pewno dostaliby tytuły wyższe niż baronet. Może zostaliby hrabiami… albo i markizami.

— Chcemy dla ciebie jak najlepiej — dodała Rebecca, skupiając wzrok na córce.

„Chcesz jak najlepiej dla siebie”, chciała odpowiedzieć Daphne.

— Dam sobie radę — powiedziała zamiast tego.

Daphne od lat wiedziała, że poślubi księcia. Tylko tak można było to określić: „wiedziała”. Nie „miała nadzieję” czy „marzyła” o poślubieniu go, czy nawet „czuła, że to jej przeznaczenie”. W tamtych słowach był zawsze jakiś element niepewności.

Gdy była młodsza, Daphne współczuła koleżankom z obsesją na punkcie rodziny królewskiej; tym, które starały się ubierać jak księżniczki albo które wieszały zdjęcia księcia Jeffersona w szkolnych szafkach. Czy udawały wtedy, że książę jest ich chłopakiem? Udawanie było zabawą dla małych dzieci i głupców, a Daphne do nich nie należała.

W ósmej klasie pojechała na wycieczkę szkolną do pałacu i zdała sobie sprawę, dlaczego jej rodzice tak usilnie trzymali się arystokratycznego statusu. Bo stanowił ich okno na to.

Patrząc na pałac, z całym jego niedoścignionym majestatem i słuchając koleżanek szepczących o tym, jak wspaniale byłoby poślubić księcia, Daphne doszła do wniosku, że mają rację. To coś wspaniałego. I właśnie dlatego Daphne, w odróżnieniu od pozostałych, musiała to zrobić.

Po tej wycieczce Daphne postanowiła, że będzie spotykać się z księciem, i osiągnęła ten cel, tak jak wszystkie inne w swoim życiu. Poszła do Świętej Urszuli, prywatnej szkoły, do której od niepamiętnych czasów uczęszczały córki rodziny królewskiej. Chodziły tam siostry Jeffersona. To, że jego szkoła — Akademia Forsythe’a, tylko dla chłopców — mieściła się tuż obok, było miłym bonusem.

Zanim skończył się rok szkolny, książę zaprosił ją na randkę. On był w drugiej klasie, ona w pierwszej.

Nie zawsze było łatwo w związku z kimś tak spontanicznym i lekkomyślnym jak Jefferson. Ale Daphne była taka, jaką powinna być księżna: pełna gracji, ze znacznymi osiągnięciami i, oczywiście, piękna. Oczarowała mieszkańców Ameryki i prasę. Zdobyła nawet aprobatę królowej matki, mimo że babkę Jeffersona strasznie trudno było zadowolić.

W wieczór imprezy pomaturalnej Jeffersona wszystko poszło jednak nie tak. Po wypadku Himari Daphne poszła poszukać Jeffersona — i znalazła go w łóżku z inną dziewczyną. Nie miała wątpliwości, że to książę: światło odbijało się od jego ciemnobrązowych włosów. Daphne próbowała oddychać. Zaczęło jej się mienić przed oczami. Po wszystkim, co się stało, po tym, co musiała zrobić…

Nogi się pod nią ugięły, zdążyła jednak wyjść z pokoju, zanim tamta dwójka ją zauważyła.

Jefferson zadzwonił do niej rano. Daphne poczuła nagłe ukłucie paniki, że w jakiś sposób dowiedział się wszystkiego. O tej okropnej, niewyobrażalnej rzeczy, której musiała dokonać. Zamiast tego wydukał mowę na zerwanie, którą być może napisali mu pijarowcy. Wciąż powtarzał, że są młodzi, że Daphne wciąż nie skończyła szkoły, a on nie wie, co będzie robić za rok. Że być może lepiej będzie, jeśli oboje spędzą trochę czasu osobno, ale miał nadzieję, że pozostaną przyjaciółmi. Głos Daphne, gdy odparła, że rozumie, był nienaturalnie spokojny.

Gdy tylko Jefferson odłożył słuchawkę, Daphne zadzwoniła do Natashy z „Daily News” i sama przekazała swoją historię zerwania. Dawno temu nauczyła się, że pierwsza historia jest zawsze najważniejsza, bo nadaje ton kolejnym. Dopilnowała, aby Natasha napisała, że zerwanie było decyzją obu stron, co do której Daphne i Jefferson się zgadzali. Przynajmniej, jak sugerował niezbyt subtelnie artykuł, na razie.

W ciągu sześciu miesięcy od zerwania Jefferson wyjechał poza miasto, najpierw w ramach obowiązków książęcych, a następnie na wycieczkę po świecie razem z siostrą bliźniaczką. Dało to Daphne dość czasu, by przemyśleć ich związek — to, co oboje z nim zrobili i ile ją to kosztowało.

Nawet po wszystkim, co się stało, gdy wiedziała to, co wie, wciąż chciała zostać księżną. I zamierzała odzyskać Jeffersona.

— Po prostu martwimy się o ciebie, Daphne — kontynuowała jej matka tak ponuro, jakby mówiła o śmiercionośnej chorobie. — Szczególnie teraz…

Daphne wiedziała, o co chodzi matce. Teraz, gdy Jefferson i ona ze sobą zerwali, sezon łowiecki był otwarty. Całe stada dziewczyn zaczęły wszędzie za nim jeździć. Prasa nazwała je „kłusowniczkami”. Prywatnie Daphne myślała o nich „Jefferszmaty”. Nieważne gdzie, zawsze były takie same: w krótkich spódniczkach i wysokich butach, czekające godzinami przy barach albo w hotelach, mając nadzieję, że go zobaczą. Jefferson, jak zwykle nieświadomy, skakał z miejsca na miejsce jak motyl, podczas gdy dziewczyny skradały się za nim z zastawionymi sieciami.

Kłusowniczki nie stanowiły dla niej konkurencji. Żadna nie była w tej samej lidze. Jednak za każdym razem, gdy widziała zdjęcie Jeffersona otoczonego wianuszkiem tych dziewczyn, trochę się martwiła. Było ich tak wiele…

Nie mówiąc o dziewczynie w łóżku Jeffersona, kimkolwiek była. Jakaś masochistyczna część Daphne desperacko chciała wiedzieć. Po tamtej nocy spodziewała się, że dziewczyna sprzeda pikantne szczegóły prasie, ale tak się nie stało.

Daphne spojrzała w lustro nad szafką, żeby się nieco uspokoić.

Nie dało się ukryć, że była piękna — w ten rzadki, oszałamiający sposób, który zdawał się usprawiedliwiać sukcesy i niwelować wiele błędów. Odziedziczyła po Rebecce rysy twarzy, alabastrową cerę i przede wszystkim oczy. Żywe, zielonozłote oczy, w których zdawały się kryć niewypowiedziane sekrety. Ale włosy miała po Peterze. Była to piękna burza kolorów, od miedzi po czerwoną porzeczkę, opadająca okazale aż do talii.

Uśmiechnęła się lekko, jak zwykle podniesiona na duchu własnym odbiciem.

— Daphne — przerwał jej rozmyślania ojciec. — Cokolwiek się zdarzy, pamiętaj, że zawsze jesteśmy po twojej stronie.

„Cokolwiek się zdarzy”, Daphne spojrzała na niego z ukosa. Czy wiedział, co zrobiła tamtej nocy?

— Dam sobie radę — powtórzyła.

Wiedziała, czego się od niej oczekuje. Jeśli plan się nie powiedzie, trzeba będzie ułożyć kolejny. Jeśli się potknęła i upadła, to musi upaść do przodu. Dla niej liczył się tylko ruch naprzód i w górę.

Jej rodzice nie mieli pojęcia, do czego zdolna była Daphne, ani co już zrobiła, aby zdobyć koronę.