Amerykańskie księżniczkiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Katharine McGee

Amerykańskie księżniczki


Tytuł oryginału

American Royals. Book 1 ISBN 978-83-8202-226-1 Copyright © 2019 by Katharine McGee and Alloy Entertainment Published by arrangement with Rights People, London All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2021 Produced by Alloy Entertainment, LLC Redakcja Magdalena Wójcik Projekt okładki Szymon Wójciak / FecitStudio Projekt typograficzny i łamanie Grzegorz Kalisiak / Pracownia Liternictwa i Grafiki Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dla Alexa

Prolog

Znacie już historię rewolucji amerykańskiej i narodzin amerykańskiej monarchii.

Możecie znać ją z książeczek dla dzieci lub ze szkolnych przedstawień — kiedy marzyliście o odgrywaniu roli króla Jerzego I albo królowej Marty, a zamiast tego obsadzono was jako drzewo wiśniowe. Znacie ją z piosenek, filmów i podręczników do historii albo z wakacyjnej wycieczki do stolicy, podczas której zwiedzaliście Pałac Waszyngtoński.

Słyszeliście tę historię tyle razy, że moglibyście sami opowiedzieć o tym, jak po oblężeniu Yorktown pułkownik Lewis Nicola padł na kolana przed generałem Jerzym Waszyngtonem i błagał go w imieniu całego narodu, by został pierwszym królem Ameryki.

Oczywiście generał się zgodził.

Historycy lubią spekulować, czy w jakimś innym świecie sprawy mogły potoczyć się inaczej. Co by było, gdyby generał Waszyngton odmówił przyjęcia korony i zamiast tego chciał zostać wybranym w wyborach przedstawicielem? Na przykład premierem albo wymyśliłby nową nazwę dla tego urzędu, taką jak „prezydent”? Może, zainspirowane przykładem Ameryki, inne kraje, takie jak Francja, Rosja, Prusy, Austro-Węgry, Chiny czy Grecja ostatecznie także zniosłyby monarchię, co zapoczątkowałoby erę demokracji.

Ale wszyscy wiemy, że tak się nie stało. I nie jesteście tu, aby przeczytać wymyśloną historię. Chcecie wiedzieć, co zdarzyło się potem. Jak wygląda Ameryka po dwustu pięćdziesięciu latach, kiedy potomkowie Jerzego I wciąż zasiadają na tronie.

To historia o pięknych salach balowych i bocznych korytarzach. O sekretach i skandalach, o miłości i złamanych sercach. Opowieść o najsłynniejszej rodzinie na świecie, której dramaty rozgrywają się na największej ze scen.

Oto historia amerykańskich książąt.

1. Beatrycze

Czasy współczesne

Beatrycze mogła prześledzić swoje pochodzenie aż do dziesiątego wieku. Tak naprawdę tylko po stronie królowej Marty, chociaż większość ludzi wolała o tym nie wspominać. W końcu król Jerzy I był jedynie nowobogackim plantatorem z Wirginii, zanim dobrze się ożenił i wywalczył dla Ameryki niepodległość, za co poddani nagrodzili go koroną.

Ale przynajmniej przez Martę Beatrycze mogła cofnąć się o czterdzieści pokoleń wstecz. Wśród jej przodków byli królowie, królowe, arcyksiążęta, uczeni i żołnierze, a nawet kanonizowany święty. „Przeszłość może wiele nas nauczyć”, przypominał zawsze jej ojciec. „Nigdy nie zapominaj o swoim pochodzeniu”.

Trudno było o nim zapomnieć, kiedy nosiło się imiona przodków: Beatrycze Georgina Fryderyka Luiza z dynastii Waszyngtonów, królewna Ameryki. Ojciec Beatrycze, jego wysokość król Jerzy IV, spojrzał na nią kątem oka. Instynktownie wyprostowała się, słuchając, jak wielki konstabl omawia plany jutrzejszego Balu

Królowej.

Ręce trzymała na skromnej ołówkowej spódnicy, nogi skrzyżowane w kostkach. Ponieważ, jak wpoiła jej nauczycielka etykiety, bijąc ją po nadgarstku linijką za każdym razem, gdy się zapomniała, dama nigdy nie krzyżuje nóg w udach.

Dyscypliny Beatrycze pilnowano wyjątkowo surowo, ponieważ była nie tylko księżniczką; była także pierwszą kobietą, która miała odziedziczyć tron Ameryki. Pierwszą kobietą, która miała naprawdę rządzić jako monarchini, a nie być tylko królową małżonką.

Gdyby urodziła się dwadzieścia lat wcześniej, sukcesja ominęłaby ją i przeszła na Jeffa. Jej dziadek zasłynął jednak ze zmiany obowiązującego od stuleci prawa, dzięki czemu w każdym kolejnym pokoleniu tron dziedziczyć miało najstarsze dziecko, niezależnie od płci.

Beatrycze omiotła wzrokiem stół konferencyjny przed sobą. Był pełen papierzysk i kubków wystygłej już kawy. Dzisiaj miała być ostatnia sesja Gabinetu aż do stycznia, co oznaczało, że pełno było raportów rocznych i długich arkuszy analiz.

Zebrania Gabinetu zawsze odbywały się w Gwieździstej Komnacie, nazwanej tak od złotych gwiazd wymalowanych na niebieskich ścianach oraz od rozety w kształcie gwiazdy nad nimi. Na stół padało przez nią zapraszająco światło zimowego słońca. Nie żeby Beatrycze mogła się nim nacieszyć. Rzadko miała czas, by wyjść z pałacu, nie licząc dni, gdy wstawała przed świtem, by dołączyć do ojca biegającego po stolicy w otoczeniu służb ochrony. Przez krótką chwilę zastanowiła się, co robi teraz jej rodzeństwo i czy wrócili już z wyprawy po wschodniej Azji.

Samanta i Jeff, bliźniaki trzy i pół roku młodsze od Beatrycze, stanowili niebezpieczną parę. Byli pełni życia i spontaniczni, pełni złych pomysłów i, inaczej niż większość nastolatków, ku ubolewaniu rodziców mieli szansę zrealizować te szalone plany. Teraz, sześć miesięcy po ukończeniu liceum, widać było wyraźnie, że żadne z nich nie wie, co chce robić ze swoim życiem — poza korzystaniem z tego, że po skończeniu osiemnastu lat mogli w końcu legalnie pić. Nikt nie miał względem nich szczególnych oczekiwań. Wszystkie oczekiwania w rodzinie, i tak naprawdę w całym świecie, skupiały się jak ostre światło reflektora na Beatrycze.

Wielki konstabl wreszcie skończył zdawać raport. Król ukłonił się z wdzięcznością i wstał.

— Dziękuję, Jacobie. Jeśli nie ma już więcej spraw, ogłaszam koniec dzisiejszego zebrania.

Wszyscy wstali i zaczęli wychodzić z pokoju, rozmawiając o jutrzejszym balu albo o planach świątecznych. Wyglądało na to, że na chwilę odsunęli na bok spory polityczne — król utrzymywał gabinet podzielony po równo między Federalistów a Demokratycznych Republikanów — choć Beatrycze była pewna, że spory te wrócą w pełni z nowym rokiem.

Jej osobisty ochroniarz, Connor, stojący za drzwiami obok oficera chroniącego samego króla, uniósł wzrok. Obaj mężczyźni należeli do Gwardii Revere’a, elitarnego korpusu funkcjonariuszy poświęcających życie w służbie Koronie.

— Beatrycze, możesz zostać jeszcze chwilkę? — spytał jej ojciec.

Zatrzymała się w drzwiach.

— Oczywiście.

Król usiadł w fotelu, a ona poszła za jego przykładem.

— Dziękuję raz jeszcze za pomoc przy nominacjach —

powiedział.

Oboje wpatrywali się w leżącą przed nim kartkę, na której wydrukowano alfabetyczną listę nazwisk. Beatrycze uśmiechnęła się.

— Cieszę się, że je przyjąłeś.

Nazajutrz miał się odbyć coroczny bal świąteczny, zwany Balem Królowej, nazwany tak od pierwszego bożonarodzeniowego balu, podczas którego królowa Marta namówiła Jerzego I, aby nadał tytuły szlacheckie dziesiątkom Amerykanów, którzy przysłużyli się rewolucji. Tradycja ta przetrwała do dziś. Każdego roku na balu król mianował zasłużonych dla kraju Amerykanów lordami i damami. I po raz pierwszy pozwolił Beatrycze zasugerować kandydatów do szlachectwa.

Zanim zdążyła zapytać, o co chodzi, rozległo się pukanie do drzwi. Król westchnął z ulgą, gdy do sali weszła matka Beatrycze.

Królowa Adelajda miała szlacheckie pochodzenie po obu stronach drzewa genealogicznego. Zanim poślubiła króla, była dziedziczką księstwa Canaveral i księstwa Savannah. Nazywano ją „podwójną księżną”.

Adelajda dorastała w Atlancie i nigdy nie straciła południowej elegancji, którą nadal widać było w jej gestach. To, jak przechylała głowę, uśmiechając się do córki, jak obracała nadgarstek, zasiadając w orzechowym fotelu na prawo od Beatrycze. W jej brązowych włosach, które układała każdego ranka z użyciem lokówki, lśniły karmelowe pasemka. Na głowie nosiła opaskę.

Rodzice usiedli po obu stronach Beatrycze, co sprawiło, że czuła się jak w pułapce.

— Cześć, mamo — powiedziała, nieco skonsternowana. Królowa zwykle nie włączała się w dyskusje o polityce.

— Beatrycze, twoja matka i ja chcieliśmy porozmawiać o twojej przyszłości — zaczął król.

Księżniczka zamrugała, zaniepokojona. Zawsze myś­lała o przyszłości.

— Na bardziej osobistym poziomie — dodała matka. — Zastanawialiśmy się, czy w twoim życiu jest teraz ktoś… wyjątkowy.

Beatrycze szeroko otworzyła oczy. Spodziewała się tej rozmowy wcześniej czy później i próbowała się na nią mentalnie przygotować. Ale nie sądziła, że odbędzie się już teraz.

 

— Nie, nie ma — zapewniła ich. Oboje od niechcenia skinęli głowami. Wiedzieli przecież, że z nikim się nie spotyka. Cały kraj o tym wiedział.

Król odchrząknął.

— Twoja matka i ja mieliśmy nadzieję, że zaczniesz szukać partnera. Osoby, z którą chcesz spędzić resztę życia.

Jego słowa poniosły się echem wokół Gwieździstej Komnaty.

Beatrycze nie miała właściwie żadnych romantycznych doświadczeń… nie żeby różni zagraniczni książęta w jej wieku nie próbowali. Do drugiej randki doszło tylko z księciem Mikołajem z Grecji. Jego rodzice namówili go na semestr wymiany studenckiej na Harvardzie, w nadziei, że on i amerykańska księżniczka zakochają się w sobie na zabój. Beatrycze spotkała się z nim kilka razy tylko po to, by zadowolić obie rodziny, ale nic z tego nie wyszło — mimo że Mikołaj, jako młodszy syn z rodziny królewskiej, był jednym z niewielu mężczyzn rzeczywiś­cie spełniającym wymagania. Przyszła monarchini mogła wyjść jedynie za kogoś z arystokratycznego rodu.

Beatrycze zawsze wiedziała, że nie może spotykać się z nieodpowiednią osobą — nawet całować się z nią, tak jak wszyscy inni na studiach. W końcu nikt nie chciał widzieć przyszłej monarchini wracającej nad ranem po nocy spędzonej u kolegi ze studiów.

Cóż, dużo bezpieczniej było, jeśli dziedziczka tronu nie miała seksualnej przeszłości, w której mogłaby grzebać prasa: żadnego bagażu byłych chłopaków, którzy mogliby sprzedać intymne sekrety tabloidom. W związkach Beatrycze nie mogło być górek i dołków. Gdy w końcu zacznie publicznie się z kimś spotykać, to miało być to: mieli być szczęśliwi i wierni.

To wszystko sprawiło, że niemal zupełnie dała sobie spokój z randkami.

Przez lata prasa chwaliła Beatrycze za dbanie o własną reputację. Ale odkąd skończyła dwadzieścia jeden lat, zauważyła zmianę w tym, jak omawiali jej życie miłosne. Zamiast rozważną i cnotliwą zaczęli nazywać ją samotną i godną pożałowania — albo, co gorsza, oziębłą. Narzekali, że skoro z nikim się nie spotyka, to jak ma wyjść za mąż i zacząć pracować nad zapewnieniem kolejnego następcy tronu?

— Nie uważacie, że jestem nieco za młoda, żeby się tym martwić? — spytała Beatrycze z ulgą, że udało jej się powiedzieć to spokojnym tonem. Już dawno nauczono ją dobrze skrywać emocje.

— Byłam w twoim wieku, kiedy ojciec i ja się pobraliśmy. A rok później byłam w ciąży — przypomniała królowa. Przerażająca myśl.

— To było dwadzieścia lat temu! — zaprotestowała Beatrycze. — Nikt nie oczekuje, abym… to znaczy, teraz jest inaczej.

— Nie mówimy, że jutro masz biec do ołtarza. Prosimy tylko, żebyś zaczęła o tym myśleć. To nie będzie łatwa decyzja i chcemy ci pomóc.

— Pomóc?

— Chcemy, abyś spotkała się z kilkoma młodzieńcami. Zaprosiliśmy ich na jutrzejszy bal.

Królowa rozpięła skórzaną torebkę i wyciągnęła z niej folder z kolorowymi zakładkami. Podała go córce.

Każda zakładka opisana była nazwiskiem. Lord José Ramirez, przyszły książę Teksasu. Lord Marshall Davis, przyszły książę Orange. Lord Theodore Eaton, przyszły książę Bostonu.

— Chcecie mnie z nimi ustawić?

— Dajemy ci tylko kilka opcji. Przedstawiamy ci młodych mężczyzn, którzy mogą pasować.

Beatrycze przekartkowała folder. Był pełen informacji: drzewa genealogiczne, zdjęcia, świadectwa szkolne, nawet wzrost i waga każdego z kandydatów.

— Czy skorzystaliście z pomocy służb, żeby zdobyć te informacje?

— Co? Nie! — Króla wyraźnie zszokowała sugestia, że mógłby wykorzystać dostęp do danych NSA. — Młodzieńcy i ich rodziny sami dostarczyli informacje. Wiedzą, na co się piszą.

— Więc już z nimi rozmawialiście — stwierdziła drętwo Beatrycze. — A jutro na Balu Królowej mam przeprowadzić… rozmowy kwalifikacyjne?

Jej matka uniosła brwi.

— „Rozmowy kwalifikacyjne” brzmią tak bezosobowo! Prosimy tylko, abyś z nimi porozmawiała, poznała ich nieco bliżej. Kto wie? Jeden z nich może cię zaskoczyć.

— Może to rzeczywiście trochę jak rozmowa kwalifikacyjna — przyznał król. — Beatrycze, kiedy w końcu kogoś wybierzesz, będzie nie tylko twoim mężem. Będzie pierwszym królem małżonkiem Ameryki. A to praca na pełen etat.

— Która nigdy się nie kończy — dodała królowa.

Przez okno słychać było śmiech i plotki na Marmurowym Dziedzińcu oraz podniesiony głos osoby, która próbowała zapanować nad wrzawą. Zapewne szkolna wycieczka w ostatni dzień przed przerwą świąteczną. Te nastolatki nie były dużo młodsze od niej, ale czuła, że dzieli ją od nich przepaść. Odchyliła palcem kartki folderu i pozwoliła im znów opaść. W środku były dane tylko kilkunastu młodych mężczyzn.

— Dość cienki — stwierdziła.

Oczywiście Beatrycze zawsze wiedziała, że wybierać będzie z niewielkiej puli. Nie było aż tak źle jak sto lat temu, kiedy królewskie małżeństwa były wyłącznie kwestią polityki państwowej, a nie potrzeby serca. Nie zamierzano wydać jej za mąż po to, aby zawrzeć jakiś traktat. Ale nadal nadzieje na to, że zakocha się z kimś z tej listy, wydawały jej się płonne.

— Twój ojciec i ja byliśmy bardzo dokładni. Przejrzeliśmy oferty dotyczące synów i wnuków arystokracji, zanim sporządziliśmy tę listę — powiedziała łagodnie jej matka.

Król skinął głową.

— Są tu naprawdę dobre opcje, Beatrycze. Każdy, kogo umieściliśmy w folderze, jest inteligentny, rozważny i pochodzi z dobrej rodziny. To mężczyźni, którzy będą cię wspierać, nie dając sobą rządzić wybujałemu ego.

„Z dobrej rodziny”. Beatrycze wiedziała, co to oznacza. Byli to synowie i wnukowie wysoko postawionych amerykańskich rodów szlacheckich, jako że zagraniczni książęta w jej wieku — Mikołaj, Karol Schleswig-Holstein i wielki książę Piotr — już odpadli.

Beatrycze spoglądała to na matkę, to na ojca.

— Co jeśli mojego przyszłego męża nie ma na tej liście? Co jeśli nie chcę wyjść za żadnego z nich?

— Przecież nie spotkałaś się jeszcze z żadnym z nich — przypomniał ojciec. — Pamiętaj, że małżeństwo twojej matki i moje było zaaranżowane i zobacz, jak wyszło. — Spojrzał żonie w oczy z uśmiechem.

Beatrycze skinęła głową, nieco uspokojona. Wiedziała, że ojciec też w ten sposób wybrał jej matkę — z listy zatwierdzonych opcji. Spotkali się tylko kilkanaście razy przed ślubem. I ich zaaranżowane małżeństwo przerodziło się w prawdziwą miłość.

Próbowała rozważyć możliwość, że jej rodzice mieli rację: że mogła zakochać się w jednym z młodzieńców uwzględnionych w tym bardzo cienkim folderze.

Nie brzmiało to zbyt prawdopodobnie.

Nie spotkała jeszcze żadnego z nich, ale mogła zgadnąć, jacy byli: rozpieszczeni, zadufani w sobie, tacy jak wszyscy, którzy robili do niej podchody przez lata. Tacy jak ci, którym dawała kosza w Harvardzie za każdym razem, gdy zapraszali ją na imprezy. Widzący w niej nie osobę, ale koronę.

Czasami Beatrycze miała zdradzieckie myśli, że jej rodzice też ją tak traktują.

Król oparł dłonie o stół konferencyjny. Z opaloną skórą jego rąk kontrastowała para pierścieni — prosta, złota obrączka ślubna i, tuż obok niej, ciężki sygnet z Wielką Pieczęcią Ameryki. Jego dwa małżeństwa, z królową i z krajem.

— Zawsze mieliśmy nadzieję, że znajdziesz kogoś, kogo pokochasz, kto sprosta również wymaganiom z tym związanym. Kogoś odpowiedniego dla ciebie i dla Ameryki.

Beatrycze słyszała niewypowiedziany podtekst: jeśli nie znajdzie kogoś, kto spełni oba warunki, to ważniejsza była Ameryka. Ważniejsze było, aby poślubiła kogoś, kto nadaje się do służby krajowi, niż aby poszła za głosem serca.

Szczerze mówiąc, jeśli chodzi o jej serce, Beatrycze dawno już się poddała. Jej życie nie należało do niej, jej wybory nigdy nie były w pełni jej własnymi — wiedziała o tym już jako dziecko.

Jej dziadek, król Edward III, powiedział jej to na łożu śmierci. Wiedziała, że to wspomnienie na zawsze pozostanie wyryte w jej pamięci: aseptyczny zapach szpitala, żółte jarzeniówki, apodyktyczność, z którą jej dziadek wyprosił z sali wszystkich innych.

— Muszę powiedzieć ci parę rzeczy, Beatrycze — burk­nął, tak jak mówił tylko do niej.

Umierający król chwycił jej małe rączki w swoje słabnące dłonie.

— Dawno temu monarchie istniały po to, aby ludzie mogli służyć monarchom. Teraz to monarcha musi służyć ludziom. Pamiętaj, że to zaszczyt i przywilej być jednym z Waszyngtonów i poświęcić życie krajowi.

Beatrycze poważnie skinęła głową. Wiedziała, że dbanie przede wszystkim o dobro poddanych było jej obowiązkiem; wszyscy powtarzali jej to od urodzenia. Słowa „W służbie Bogu i krajowi” wymalowano na ścianach jej pokoju dziecięcego.

— Od tej chwili jesteś jednocześnie dwiema osobami: Beatrycze — dziewczyną i Beatrycze — następczynią tronu. Gdy będą chciały innych rzeczy — powiedział jej dziadek ponurym tonem — wygrać musi Korona. Zawsze. Przysięgnij mi to.

Jego palce zacisnęły się wokół jej dłoni z zaskakującą siłą.

— Przysięgam — szepnęła Beatrycze. Nie pamiętała, aby świadomie zdecydowała się na to słowo; czuła, jakby jakaś większa siła, być może duch samej Ameryki, na chwilę ją opętała i wydarła je z jej piersi. Beatrycze żyła zgodnie z tą świętą przysięgą. Zawsze wiedziała, że ta decyzja ciążyła na jej przyszłości. Ale to, jak nagle działo się wszystko, to, że jej rodzice oczekiwali, że zacznie wybierać sobie męża już jutro, i to z tak krótkiej listy… Wszystko to zaparło jej dech w piersi.

— Wiesz, że to niełatwe życie — stwierdził król łagodnie. — Że często wygląda inaczej z zewnątrz niż od środka. Beatrycze, to kluczowe, abyś znalazła odpowiedniego partnera, z którym będziesz je dzielić. Kogoś, kto będzie służył pomocą w czekających cię wyzwaniach i z kim będziesz mogła wspólnie cieszyć się sukcesami. Twoja matka i ja jesteśmy zespołem. Nie mógłbym osiągnąć tego wszystkiego bez niej.

Beatrycze przełknęła ślinę mimo zaciśniętego gardła. No cóż, jeśli musiała wyjść za mąż dla dobra kraju, mog­ła równie dobrze wybrać kogoś z listy przygotowanej przez rodziców.

— Może przejrzymy kandydatów, zanim poznam ich jutro? — powiedziała w końcu i otworzyła na pierwszej stronie.

2. Nina

Nina Gonzalez wbiegła po schodach z tyłu sali wykładowej na swoje ulubione miejsce na antresoli. Pod nią rozciągały się setki siedzeń przytwierdzonych do drewnianych biurek. Niemal każde było zajęte. Był to wstęp do historii świata, obowiązkowe zajęcia dla wszystkich studentów pierwszego roku w Kolegium Królewskim: tak zarządził już król Edward I, gdy założył uniwersytet w 1828 roku.

Podwinęła rękawy flanelowej koszuli, tak że widoczny był teraz tatuaż na jej nadgarstku; kanciaste linie zapisane na jej lśniącej skórze o kolorze sjeny. Był to chiński znak oznaczający „przyjaźń”. Samanta nalegała, aby wspólnie zrobiły sobie tatuaże na osiemnaste urodziny. Oczywiście Sam nie mogła pokazywać się publicznie z tatuażem, więc w jej przypadku znajdował się w bardziej dyskretnym miejscu.

— Przyjdziesz dzisiaj, prawda? — spytała siedząca obok Rachel Greenbaum.

— Dzisiaj? — Nina założyła ciemne włosy za ucho. Przystojny chłopak na końcu rzędu spoglądał na nią, ale go zignorowała. Wyglądał bardzo podobnie do tego, o którym próbowała zapomnieć.

— Spotykamy się w świetlicy, żeby obejrzeć transmisję z Balu Królowej. Zrobiłam tarty wiśniowe na podstawie oryginalnego przepisu, tego z książki kucharskiej Waszyngtonów. Nawet wiśnie kupiłam z pałacowego sklepu z pamiątkami, żeby były autentyczne — wyjaśniła z zapałem Rachel.

— Brzmi pysznie. — Te tarty wiśniowe były słynne na cały świat: w pałacu podawano je od pokoleń w czasie każdego przyjęcia. Ciekawe, co powiedziałaby Rachel, gdyby dowiedziała się, jak bardzo Waszyngtonowie po cichu ich nie znoszą.

Tak naprawdę bardziej autentyczne byłoby mięso z grilla. Albo tacos. To właśnie tak naprawdę wolała jeść rodzina królewska.

— No więc przyjdziesz, prawda? — naciskała Rachel.

Nina spróbowała zrobić przekonująco smutną minę.

— Nie mogę. Mam dziś wieczorem zmianę.

Pracowała w bibliotece uniwersyteckiej, odkładając książki na półki, w ramach programu pracy studenckiej, dzięki któremu mogła opłacić czesne. Ale nawet gdyby nie była zajęta, nie miała ochoty oglądać Balu Królowej. Brała w nim udział przez kilka lat z rzędu i za każdym razem było w zasadzie tak samo.

— Nie wiedziałam, że w piątek wieczorem biblioteka w ogóle jest otwarta.

 

— Może pójdziesz ze mną. Niektórzy studenci z wyższych lat wciąż mają sesję. Może któryś ci się spodoba — droczyła się Nina.

— Tylko ty marzyłabyś o facecie z biblioteki — pokręciła głową Rachel, po czym westchnęła. — Ciekawe, co włoży dzisiaj księżniczka Beatrycze. Pamiętasz tę suknię z zeszłego roku, z przezroczystym dekoltem? Była taka elegancka.

Nina nie chciała rozmawiać o rodzinie królewskiej, a już na pewno nie z Rachel, która miała na jej punkcie niezdrową obsesję. Przyznała się kiedyś, że nazwała złotą rybkę „Jefferson”. A nawet dziesięć kolejnych rybek. Ale głęboka lojalność wobec Samanty sprawiła, że jednak odezwała się.

— A co z Samantą? Ona też zawsze pięknie wygląda.

Rachel coś odchrząknęła, ignorując pytanie. Była to niestety typowa reakcja. Cały kraj uwielbiał Beatrycze, swoją przyszłą królową — a przynajmniej większość z nich ją uwielbiała, oprócz seksistowskich prawicowych grup, wciąż protestujących przeciwko ustawie o sukcesji. Oni nienawidzili Beatrycze po prostu za to, że miała czelność być kobietą, która odziedziczy tron do tej pory należący do mężczyzn. Stanowili mniejszość, ale głośną, trollującą w Internecie i buczącą w czasie publicznych

wystąpień.

Ale choć większość kraju kochała Beatrycze, to jeszcze bardziej zachwycała się Jeffersonem, kolektywnie do niego wzdychając. Był jedynym chłopcem z rodzeństwa i świat wydawał się skłonny wybaczyć mu wszystko, nawet jeśli Nina nie.

Co do Samanty… w najlepszym razie stanowiła dla ludzi rozrywkę. W najgorszym, czyli dość często, wyrażali wobec niej dezaprobatę. Problem w tym, że jej nie znali. Nie tak, jak Nina.

Przed dalszą rozmową uratował ją profesor Urquhart, który powoli wkroczył na podium. Siedmiuset studentów jednocześnie przerwało rozmowy i przygotowało laptopy. Nina, która zapewne była ostatnią osobą wciąż robiącą ręczne notatki w spiralnym notesie — trzymała ołówek nad czystą stroną i spoglądała wyczekująco na wykładowcę. W smugach słonecznego światła wpadającego przez okna unosiły się drobinki kurzu.

— Jak omawialiśmy przez cały semestr, sojusze polityczne u progu stulecia zwykle były dwustronne i często je łamano… dlatego też wiele z nich przypieczętowywano małżeństwem — zaczął profesor Urquhart. — Wszystko zmieniło się wraz z powstaniem Ligi Królów: traktatu między grupą krajów, mającego na celu zapewnić wspólne bezpieczeństwo i pokój. Ligę założono w 1895 podczas Kongresu Paryskiego, którego gospodarzem był…

„Ludwik”, dokończyła w myślach Nina. To była najłatwiejsza część historii Francji — ich królowie zawsze mieli na imię Ludwik, aż do obecnego Ludwika XXIII. Szczerze mówiąc, mieli obsesję na punkcie tego imienia większą niż Waszyngtonowie na punkcie imienia „Jerzy”.

Zapisała słowa profesora w notesie, żałując, że nie może przestać myśleć o Waszyngtonach. Studia miały być świeżym początkiem, szansą na to, by dowiedzieć się, kim właś­ciwie chce być, z dala od wpływów rodziny królewskiej.

Nina była najlepszą przyjaciółką księżniczki Samanty od dzieciństwa. Poznały się dwanaście lat wcześniej, kiedy matka Niny, Isabella, miała rozmowę kwalifikacyjną w pałacu. Poprzedni król — Edward III, dziadek Samanty, właśnie zmarł, a nowy potrzebował szambelana. Isabella pracowała w Izbie Handlowej i jakimś cudem jej szef polecił ją jego wysokości. Bo do pracy w pałacu nie aplikowano. Sporządzano listę kandydatów i jeśli ktoś się na nią załapał, oni kontaktowali się z nim.

W dzień rozmowy mama Niny, Julie, wyjechała poza miasto, a pilnująca jej zwykle babysitterka w ostatniej chwili odwołała wizytę, przez co jej mama Isabella nie miała wyboru i musiała wziąć ją ze sobą.

— Zostań tu — poleciła córce, zostawiając ją na ławce w korytarzu na parterze.

Ninę zaskoczyło, że jej mama miała rozmowę w samym pałacu, ale, jak dowiedziała się później, Pałac Waszyngtoński nie stanowił jedynie domu rodziny królewskiej w stolicy. Był także centrum administracyjnym Korony. Większość z sześciuset pomieszczeń zajmowały biura i inne przestrzenie publiczne. Prywatne apartamenty na piętrze oznaczono owalnymi klamkami zamiast okrągłych na parterze.

Nina podkuliła nogi pod siebie i po cichu otworzyła książkę, którą wzięła ze sobą.

— Co czytasz?

Zza rogu wyjrzała twarz okolona burzą kasztanowych włosów. Nina od razu rozpoznała księżniczkę Samantę, chociaż nie wyglądała jak typowa księżniczka w legginsach w czarno-białe paski i sukience z cekinami. Paznokcie miała pomalowane na tęczowo, każdy w innym

kolorze.

— Hm… — Nina zamknęła książkę, zakrywając okładkę.

Książka opowiadała o księżniczce. Nawet jeśli była to baśniowa księżniczka, to i tak dziwnie byłoby powiedzieć o tym prawdziwej.

— Mój młodszy brat i ja czytamy teraz serię o smokach — oznajmiła Samanta i przechyliła głowę na bok. — Widziałaś go może? Nie mogę go znaleźć.

Nina pokręciła głową.

— Myślałam, że jesteście bliźniakami — powiedziała, nie mogąc się powstrzymać.

— Tak, ale jestem o minutę starsza, więc Jeff jest moim młodszym bratem — odparła Samanta z niezaprzeczalną logiką. — Pomożesz mi go szukać?

Księżniczka stanowiła burzę energii kinetycznej, skaczącą po korytarzach, ciągle otwierającą jakieś drzwi albo zaglądającą za meble w poszukiwaniu brata. Przez cały czas nie przestawała mówić, oprowadzając Ninę po pałacu.

— Ten pokój nawiedza duch królowej Teresy. Wiem, że to ona, bo duch mówi po francusku — wyjaśniła nieco grobowym tonem, wskazując na jedną z sal. Albo: — Kiedyś jeździłam na rolkach po korytarzach, aż przyłapał mnie tata i mi zabronił. Beatrycze też jeździła, ale to, co robi Beatrycze, nigdy nie ma znaczenia. — W głosie Samanty nie słychać było urazy, jedynie zadumę. — Kiedyś zostanie królową.

— A ty kim będziesz? — spytała ciekawska Nina.

Samanta uśmiechnęła się.

— Wszystkim innym.

Prowadziła Ninę od jednego niewiarygodnego miejsca do kolejnego, przez składziki pełne lnianych serwetek i kuchnie większe niż sale balowe, gdzie kucharz dał im ciasteczka z niebieskiego słoja. Księżniczka szybko schrupała swoje, ale Nina schowała drugie do kieszeni. Było zbyt ładne, by je zjeść.

Gdy, okrążywszy pałac, wróciły do ławki, Ninę zaskoczył widok mamy idącej wzdłuż korytarza i toczącej pogawędkę z królem. Ich oczy skupiły się na Ninie, która natychmiast zamarła.

Król uśmiechnął się łobuzersko, a w jego oczach widać było błysk.

— I kogo my tu mamy?

Nina nigdy wcześniej nie spotkała króla, ale jakiś nieświadomy instynkt — być może podpatrzony w telewizji — sprawił, że dygnęła.

— To moja córka Nina — mruknęła Isabella.

Samanta podeszła do ojca i pociągnęła go za rękę.

— Tato, czy Nina może jeszcze nas odwiedzić? — poprosiła.

Król spojrzał ciepłym wzrokiem na mamę Niny.

— Samanta ma rację. Mam nadzieję, że będzie pani przyprowadzać Ninę popołudniami. W końcu nie mamy tu krótkiego dnia pracy.

Isabella zamrugała.

— Wasza wysokość?

— Dziewczynki najwyraźniej się zaprzyjaźniły, a wiem, że pani żona również jest zapracowana. Po co zostawiać Ninę z babysitterką, skoro może przyjść tutaj?

Nina była zbyt młoda, by zrozumieć wahanie Isabelli.

— Mamo, proszę — odezwała się, wyraźnie rozpromieniona. Isabella westchnęła.

I właśnie tak życie Niny związało się z życiem książęcych bliźniąt.

Szybko stali się nierozłącznym triem: książę, księżniczka i córka szambelanki. Nina nie była wtedy nawet do końca świadoma różnic między jej życiem a życiem Samanty, bo chociaż byli książęcymi bliźniętami, Jeff i Sam nigdy nie sprawiali, że Nina czuła się jak outsiderka. Raczej cała trójka była w równym stopniu wykluczona z niedostępnego świata dorosłych — nawet z życia Beatrycze, która już w wieku dziesięciu lat miała oprócz szkolnych lekcji także prywatnych tutorów.

Sam i Jeff zawsze próbowali realizować różne szalone plany, a Nina nieco powstrzymywała ich zapędy. Uciekali niani i wyruszali na jakąś eskapadę: pływali w ciepłym pałacowym basenie albo szukali schronów przeciwbombowych, które ponoć ukryto na terenie pałacu. Pewnego razu Samanta namówiła ich na schowanie się pod obrusem i podsłuchiwanie prywatnego spotkania między królem a ambasadorem Austrii. Złapano ich po dwóch minutach, gdy Jeff pociągnął za obrus i zrzucił ze stołu dzbanek z wodą, ale Samanta zdążyła już wtedy zabrudzić miodem but ambasadora. „Jeśli nie chcesz mieć miodu na butach, nie wkładaj ich pod stół” — powiedziała wtedy z łobuzerskim błyskiem w oku.