The Radium Girls.Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Lista najważniejszych postaci

Prolog

Część pierwsza. WIEDZA

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Część druga. WŁADZA

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Część trzecia. SPRAWIEDLIWOŚĆ

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Epilog

Postscriptum

Nota odautorska

Podziękowania

Prawa do zdjęć

Skróty

Wybrana bibliografia

Przypisy

Zdjęcia

Tytuł oryginału: THE RADIUM GIRLS

Projekt okładki: The Book Designers

Zdjęcie na okładce: Cover Image © Health Effects of Exposure to Internally Deposited Radioactivity Projects Case Files. Center for Human Radiobiology, Argonne National Laboratory. General Records of the Department of Energy, Record Group 434. National Archives at Chicago

Adaptacja projektu okładki: KONRAD NOWICKI

Projekt typograficzny i łamanie: MONIKA ŚWITALSKA

Redaktor prowadzący: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK

Redakcja: JUSTYNA MROWIEC

Korekta: JOLANTA KUCHARSKA

The Radium Girls. The Dark Story of America’s Shining Women

Copyright © 2016 by Kate Moore

All rights reserved

Originally published in 2016 in the United Kingdom by Simon & Schuster UK

Copyright © for the Polish translation by Dorota Konowrocka-Sawa

Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2019

Wydanie I

ISBN 978-83-66005-26-6

Poradnia K Sp. z o.o.

ul. Wilcza 25 lok. 6, 00-544 Warszawa

e-mail: poradniak@poradniak.pl www: www.poradniak.pl Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: sklep.poradniak.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla wszystkich pracownic

malujących cyferblaty

i tych, którzy je kochali

Nigdy cię nie zapomnę...

Pokochali cię wszyscy, którzy cię poznali,

A usta, które obdarowywały cię śmiechem,

Odeszły, by poznać róże i kolce życia,

Szukając marzeń utraconych

Gdzieś w świecie, daleko za twoimi murami.

– Rocznik szkoły średniej w Ottawie, 1925

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

LISTA NAJWAŻNIEJSZYCH POSTACI

NEWARK I ORANGE, NEW JERSEY

PRACOWNICE MALUJĄCE CYFERBLATY FARBĄ RADOWĄ

Albina Maggia Larice

Amelia „Mollie” Maggia, siostra Albiny Maggia Larice

Edna Bolz Hussman

Eleanor „Ella” Eckert

Genevieve Smith, siostra Josephine Smith

Grace Fryer

Hazel Vincent Kuser

Helen Quinlan

Irene Corby La Porte

Irene Rudolph, kuzynka Katherine Schaub

Jane „Jennie” Stocker

Josephine Smith, siostra Genevieve Smith

Katherine Schaub, kuzynka Irene Rudolph

Mae Cubberley Canfield, instruktorka

Marguerite Carlough, siostra Sary Carlough Maillefer

Quinta Maggia McDonald, siostra Albiny i Amelii

Sarah Carlough Maillefer, siostra Marguerite Carlough

THE UNITED STATES RADIUM CORPORATION

 

Anna Rooney, kierowniczka studia

Arthur Roeder, skarbnik

Clarence B. Lee, wiceprezes

Edwin Leman, główny chemik

George Willis, współzałożyciel (wraz z Sabinem von Sochockym)

Harold Viedt, wiceprezes

Howard Barker, chemik i wiceprezes

Sabin von Sochocky, założyciel i wynalazca farby radowej

Pan Savoy, dyrektor zakładu

LEKARZE

Doktor Francis McCaffrey, specjalista z Nowego Jorku leczący Grace Fryer

Doktor Frederick Flinn, lekarz zakładowy

Doktor Harrison Martland, lekarz z Newark

Doktor James Ewing, doktor Lloyd Craver, doktor Edward Krumbhaar, lekarze zatrudnieni w komisji

Doktor Joseph Knef, doktor Walter Barry, doktor James Davidson, miejscowi dentyści

Doktor Robert Humphries, lekarz ze szpitala ortopedycznego w Orange

Doktor Theodore Blum, dentysta z Nowego Jorku

OSOBY PROWADZĄCE DOCHODZENIE

Doktor Alice Hamilton, Wydział Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Harvarda, sojuszniczka Katherine Wiley i współpracownica Cecila K. Drinkera

Andrew McBride, komisarz Departamentu Pracy

Doktor Cecil K. Drinker, wykładowca fizjologii na Wydziale Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Harvarda, mąż Katherine Drinker

Ethelbert Stewart, komisarz Biura Statystyki Pracy, Waszyngton, DC

Doktor Frederick Hoffman, statystyk badający sprawę, Prudential Insurance Company

John Roach, zastępca komisarza w Departamencie Pracy

Doktor Katherine Drinker, Wydział Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Harvarda, żona Cecila K. Drinkera

Katherine Wiley, sekretarz zarządu Ligi Konsumenckiej, New Jersey

Lenore Young, urzędniczka ds. opieki zdrowotnej w Orange

Swen Kjaer, śledczy krajowy z ramienia Biura Statystyki Pracy, Waszyngton, DC

Doktor Martin Szamatolski, chemik wydający opinie na zlecenie Departamentu Pracy

OTTAWA, ILLINOIS

PRACOWNICE MALUJĄCE CYFERBLATY FARBĄ RADOWĄ

Catherine Wolfe Donohue

Charlotte Nevins Purcell

Frances Glacinski O’Connell, siostra Marguerite Glacinski

Helen Munch

Inez Corcoran Vallat

Margaret „Peg” Looney

Marguerite Glacinski, siostra Frances Glacinski O’Connell

Marie Becker Rossiter

Mary Duffy Robinson

Mary Ellen „Ella” Cruse

Mary Vicini Tonielli

Olive West Witt

Pearl Payne

KADRA KIEROWNICZA RADIUM DIAL COMPANY

Joseph Kelly, prezes

Lottie Murray, kierowniczka studia

Mercedes Reed, instruktorka, żona Rufusa Reeda

Rufus Fordyce, wiceprezes

Rufus Reed, zastępca kierowniczki studia, mąż Mercedes Reed

William Ganley, dyrektor

LEKARZE

Doktor Charles Loffler, lekarz z Chicago

Doktor Lawrence Dunn, lekarz Catherine Donohue

Doktor Sidney Weiner, specjalista ds. promieni Roentgena

Doktor Walter Dalitsch, dentysta

PROLOG

PARYŻ, FRANCJA

1901

NAUKOWIEC CAŁKIEM ZAPOMNIAŁ O PRÓBCE RADU. WSUNĄŁ ją dyskretnie do kieszonki kamizelki, zamkniętą w wąskiej szklanej fiolce w ilości tak mikroskopijnej, że nie czuł jej wagi. Miał wygłosić wykład w Londynie. W trakcie całej jego morskiej podróży fiolka z radem spoczywała ukryta w kieszonce.

Był jedną z niewielu osób, które znalazły się w posiadaniu tego pierwiastka. Rad, odkryty przez Marię Skłodowską-Curie i jej męża Piotra Curie pod koniec 1898 roku, tak trudno było wyodrębnić z blendy uranowej, że na całym świecie dostępnych było jedynie kilka gramów. Miał nie lada szczęście, otrzymawszy tę odrobinę od państwa Curie do zademonstrowania podczas wykładów, bo i oni mieli ledwie tyle, by starczyło im na kontynuowanie eksperymentów.

Te ograniczenia nie miały jednak wpływu na postępy pary naukowców. Co dzień odkrywali jakieś nowe właściwości swojego pierwiastka: „Do czego nie jest on zdolny! Działa na kliszę fotograficzną przez grube warstwy czarnego papieru; (...) przeżera, po jakimś czasie zamieniając w proszek – papier lub watę, którymi go owinięto...”[1] – napisała później córka Marii i Piotra. Maria nazywała go „swoim pięknym radem”[2] – i naprawdę był piękny. W głębi ciemnej kieszonki naukowca rozjaśniał mrok, emitując nieprzerwanie upiorną poświatę. „Blade, rozproszone światełka, jakby zawisłe w ciemnościach... Były one dla nas zawsze nowem źródłem wzruszenia i zachwytu”[3] – napisała Maria o zjawisku radioluminescencji.

Wzruszenie i zachwyt. Oczarowanie. Jakby w grę wchodziła jakaś magia, niemal siły paranormalne. Nic dziwnego, że chirurg generalny Stanów Zjednoczonych powiedział o radzie, że „przypomina jednego z tych mitycznych herosów”[4]. Angielski lekarz określił jego niezmierną radioaktywność mianem „nieznanego boga”[5].

Bogowie mogą być serdeczni. Kochający. Życzliwi. A jednak, jak napisał kiedyś dramaturg George Bernard Shaw, „dawni bogowie (...) nieustannie domagają się ludzkich ofiar”[6]. Oczarowanie – w dawnych i współczesnych baśniach – może oznaczać również klątwę.

Chociaż naukowiec zapomniał o radzie, rad nie zapomniał o nim. W każdej sekundzie podróży ku obcemu brzegowi rad kierował swoje potężne promienie na jego miękką, bladą skórę. Kilka dni później mężczyzna wpatrywał się skonsternowany w czerwone znamię wykwitłe tajemniczo na jego brzuchu. Wyglądało jak oparzenie, lecz nie przypominał sobie, by choćby zbliżył się do jakiegokolwiek ognia, który mógłby spowodować taki uraz. Z każdą godziną zmiana stawała się boleśniejsza, przy czym nie tyle rosła, ile wchodziła w głąb – jak gdyby ciało wciąż wystawione było na działanie źródła obrażeń, jak gdyby wciąż palił je ten sam płomień. Zmiana wdzierała się w poparzoną skórę coraz dotkliwiej, aż wreszcie obolały mężczyzna z trudem wciągał powietrze, gorączkowo zachodząc w głowę, co też, na miłość boską, mogło spowodować obrażenia, których nie był nawet świadomy.

Wtedy przypomniał sobie o radzie.

CZĘŚĆ PIERWSZA

WIEDZA

1

NEWARK, NEW JERSEY

STANY ZJEDNOCZONE AMERYKI

1917

KATHERINE SCHAUB DZIARSKIM KROKIEM POKONYWAŁA cztery krótkie przecznice dzielące ją od zakładu pracy. Był 1 lutego 1917 roku, ale zimno wcale jej nie doskwierało; od dzieciństwa uwielbiała śnieżne zimy w rodzinnym mieście. Jednak to nie mroźna pogoda była powodem, dla którego tego konkretnego lodowatego poranka była w tak znakomitym nastroju: właśnie dziś zaczynała pracę w wytwórni tarcz zegarowych firmy Radium Luminous Materials Corporation, znajdującej się na Third Street w Newark w stanie New Jersey.

O nieobsadzonym stanowisku powiedziała jej jedna z bliskich znajomych; Katherine była żywą, towarzyską dziewczyną i miała wiele przyjaciółek. Jak sama później wspominała: „Znajoma opowiedziała mi o «studiu zegarków», gdzie wskazówki i cyferki na cyferblatach malowano luminescencyjną emulsją, dzięki której było je widać w ciemnościach. Praca, jak mi wyjaśniła, była interesująca i znacznie bardziej prestiżowa niż zwykła praca w fabryce”[1]. Brzmiało to tak szykownie, nawet w tym krótkim opisie – w końcu nie była to nawet fabryka, lecz „studio”. Katherine, dziewczyna, która miała „bardzo plastyczną wyobraźnię”[2], uznała, że w tym miejscu wszystko może się zdarzyć. Z pewnością biło na głowę pracę, jaką wykonywała wcześniej, pakując towary w domu handlowym Bambergera; jej ambicje sięgały daleko poza halę magazynową.

Była atrakcyjną, zaledwie czternastoletnią dziewczyną; za pięć tygodni wypadały jej piętnaste urodziny. Ta „śliczna blondyneczka”[3] o roziskrzonych niebieskich oczach, modnie podkręconych włosach i delikatnych rysach mierzyła nieco ponad metr sześćdziesiąt wzrostu. Choć otrzymała jedynie podstawowe wykształcenie – co stanowiło „zasadniczo całe wykształcenie, na jakie mogła liczyć w tamtych czasach dziewczyna z klasy robotniczej”[4] – była wściekle inteligentna. „Przez całe swoje życie [Katherine] Schaub (...) żywiła pragnienie (...) zajęcia się zawodowo literaturą”[5] – zanotowano w czasopiśmie „Popular Science”. Bez wątpienia była przebojowa: napisała później, że kiedy dowiedziała się od znajomej o możliwości podjęcia pracy w studiu zegarków, „poszła do menedżera zakładu, pana Savoya, i poprosiła go o pracę”[6].

Takim to właśnie sposobem znalazła się przed zakładem na Third Street, zapukała do drzwi, po czym została wpuszczona do studia, w którym chciało pracować mnóstwo młodych kobiet. Czuła, że złapała Pana Boga za nogi, kiedy przeprowadzano ją przez całe pomieszczenie na spotkanie z kierowniczką studia Anną Rooney. Po drodze mijała dziewczyny malujące cyferblaty, które oddawały się sumiennie swojej pracy; siedziały w rzędach, ubrane w zwykłą odzież, i malowały zegarowe tarcze na akord – tak szybko, że w nieprzyzwyczajonych do tego widoku oczach Katherine ich dłonie wydawały się rozmazaną smugą. Obok każdej z nich stała drewniana tacka z cyferblatami – papierowe tarcze wstępnie wydrukowano na czarnym tle, pozostawiając białe cyfry gotowe do zamalowania – ale to nie one przykuły spojrzenie Katherine, lecz substancja, której używały kobiety. To był rad.

Rad. Cudowny pierwiastek. Wszyscy go znali. Katherine przeczytała o nim masę artykułów w gazetach i czasopismach wychwalających pod niebiosa jego zalety i reklamujących nowe, wzbogacone nim produkty dostępne w sprzedaży – wszystkie o wiele za drogie dla dziewczyny tak skromnej proweniencji. Nigdy nie widziała go z bliska. To była najdroższa substancja na ziemi: jeden gram kosztował 120 tysięcy dolarów (obecnie 2,2 miliona dolarów). Ku jej bezbrzeżnemu zachwytowi okazał się jeszcze piękniejszy, niż to sobie wyobrażała.

Każda pracownica miała własny zapas surowca. Sama rozrabiała farbę, wsypując odrobinę radowego proszku do białego tygielka, po czym dodawała do niego ociupinę wody i nieco kleju na bazie gumy arabskiej. Z ich połączenia powstawała seledynowa, luminescencyjna farba funkcjonująca pod nazwą „Undark” (dosłownie: „Nieciemność”). Drobny, żółty proszek zawierał śladowe ilości radu, który wchodził w reakcję z tworzącym mieszankę siarczkiem cynku, dając w efekcie olśniewający blask. Rezultat zapierał dech w piersiach.

Katherine widziała, że proszek znajdował się wszędzie, zapylone nim było całe studio. Na jej oczach drobne obłoczki pyłu unosiły się w powietrze i osiadały na włosach i ramionach pracujących dziewcząt. Ku jej zdumieniu, same pracownice wydawały się przez to lśnić.

Katherine – jak wiele jej poprzedniczek – była urzeczona. Nie chodziło jedynie o blask, ale o renomę, jaką cieszył się wszechpotężny rad. Niemal od początku nowy pierwiastek promowano jako „największe odkrycie w historii”[7]. Kiedy na przełomie stuleci naukowcy odkryli, że potrafi niszczyć ludzkie tkanki, szybko użyto go do walki z nowotworami, co przyniosło niezwykłe rezultaty. W efekcie – jako że uznano go za substancję ratującą życie, a zatem, jak zakładano, przyczyniającą się do poprawy zdrowia – natychmiast opracowano dla niego masę nowych zastosowań. Aż do śmierci Katherine rad uznawany był za cudowne panaceum, lek nie tylko na raka, ale i na katar sienny, podagrę, zaparcia... wszystko, cokolwiek mogło przyjść człowiekowi do głowy. Farmaceuci sprzedawali radioaktywne opatrunki i pigułki; powstały przychodnie i sanatoria radowe dla tych, którzy mogli sobie na nie pozwolić. Ludzie widzieli w nadejściu radu ziszczenie się biblijnego proroctwa: „Wzejdzie słońce sprawiedliwości i uzdrowienie w jego skrzydłach. Wyjdziecie i będziecie podskakiwać jak tuczone cielęta”[8].

Radowi przypisywano zdolność przywracania sił witalnych osobom starszym, „czynienie ze starców młodzieńców”[9]. Jeden z apologetów radu napisał: „Czasem nieomal nabieram przekonania, że czuję we własnym ciele iskry”[10]. Rad błyszczał „jak dobry uczynek na tym padole łez”[11].

Jego urok szybko wyzyskali przedsiębiorcy. Katherine widziała reklamy jednego z cieszących się największym powodzeniem produktów: dzbanka, w którego dnie znajdowały się drobiny radu. Dzięki nim nalana do niego woda stawała się radioaktywna; zamożni klienci pili ją jako tonik: zalecano pięć do siedmiu szklanek dziennie. Ponieważ jednak rozmaite modele dzbanków sprzedawano w cenie około 200 dolarów (obecnie 3700 dolarów), był to produkt leżący całkowicie poza zasięgiem możliwości Katherine. Wodę radową popijali sławni i bogaci, a nie robotnice z Newark.

 

Miała jednak poczucie, że jest świadkiem wkraczania radu na wszystkie płaszczyzny amerykańskiego życia. To było szaleństwo – tylko tak można to określić. Pierwiastek nazywano „płynnym słońcem”[12], rozświetlał nie tylko szpitale i salony w domach amerykańskich rodzin, ale i teatry, sale koncertowe, sklepy spożywcze i regały z książkami. Odmalowywano go zachwycająco w powieściach i rysunkach satyrycznych, a Katherine, która uwielbiała śpiewać i grać na pianinie, znała zapewne piosenkę Radium Dance, która stała się przebojem po tym, jak zaśpiewano ją w broadwayowskim musicalu Piff! Paff!! Pouf!!!. Sprzedawano radową bieliznę i suspensoria, radowe masło i mleko, radową pastę do zębów (gwarantującą uśmiech bielszy po każdym użyciu), a nawet kolekcję kosmetyków Radior, w której znalazły się wzbogacone radem kremy do twarzy, mydło, róż i prasowany puder. Inne produkty miały bardziej prozaiczne zastosowania: zachwalany w pewnej reklamie „Radium Eclipse Sprayer szybko zabija muchy, komary i karaluchy. Nie ma sobie równych jako środek do czyszczenia mebli, kafli i porcelany. Jest nieszkodliwy dla ludzi i łatwy w użyciu”[13].

Nie każdy z tych produktów faktycznie zawierał rad, który był na to zdecydowanie zbyt drogi i zbyt rzadki, ale wytwórcy ze wszystkich branż umieszczali go w składzie swoich wyrobów, bo każdy chciał uszczknąć kawałek radowego tortu.

A teraz Katherine dzięki nowej pracy miała, ku swemu zachwytowi, otrzymać honorowe miejsce przy stole. Upajała się oszałamiającą scenerią roztaczającą się przed jej oczami. Tymczasem ku jej rozczarowaniu panna Rooney pokierowała ją do pomieszczenia oddzielonego od głównego studia, położonego z dala od radu i lśniących dziewcząt. Katherine nie malowała cyferblatów ani tego, ani następnego dnia, choć z całego serca pragnęła dołączyć do szykownych artystek z drugiej sali.

Na razie miała odbyć staż jako kontrolerka jakości, weryfikując pracę lśniących dziewcząt zajętych malowaniem wskazówek i tarcz.

Panna Rooney wyjaśniła jej, że to ważna praca. Choć firma specjalizowała się w cyferblatach, otrzymała intratne rządowe zamówienie na dostawę święcących w ciemnościach lotniczych urządzeń pomiarowych. Z uwagi na szalejącą w Europie wojnę branża radowa przeżywała rozkwit, a firma wykorzystywała swoją farbę do malowania celowników, kompasów okrętowych i innych instrumentów, które dzięki temu świeciły w ciemnościach. A skoro w grę wchodziło ludzkie życie, praca musiała być wykonana perfekcyjnie. „Miałam dopilnować, by zarysy cyfr były równe i ciągłe, oraz poprawiać drobne niedociągnięcia”[14] – wspominała Katherine.

Panna Rooney przedstawiła ją instruktorce Mae Cubberley, po czym zostawiła dziewczęta same sobie i podjęła swój powolny marsz wzdłuż rzędów zajętych malowaniem pracownic, czujnym wzrokiem zerkając im przez ramię.

Mae uśmiechnęła się i przywitała z Katherine. Miała dwadzieścia sześć lat, a zatrudniono ją do malowania cyferblatów zeszłej jesieni. Choć zaczynała pracę jako zupełna nowicjuszka, cieszyła się już reputacją wspaniałej pracownicy, która regularnie oddaje osiem do dziesięciu tacek wymalowanych cyferblatów dziennie (na każdej tacce znajdowały się dwadzieścia cztery do czterdziestu ośmiu tarcz, zależnie od ich wielkości). Szybko awansowała na instruktorkę pozostałych dziewcząt, co zaowocowało zwiększeniem ich produktywności. Teraz, w bocznej salce, ujęła pędzelek, by zademonstrować Katherine technikę, której uczono wszystkie inspektorki i dziewczyny malujące tarcze.

Używały cieniutkich pędzelków z wielbłądziego włosia w cienkich drewnianych obsadkach. Jak wspominała jedna z pracownic: „Nigdy nie widziałam tak cienkiego pędzelka; przypuszczam, że mógł mieć jakieś trzydzieści włosków; był niezwykle cienki”[15]. Mimo że pędzelki były cienkie, włoski miały tendencję do mierzwienia się, co utrudniało dziewczynom pracę. Średnica najmniejszego zegarka, jaki malowały, mierzyła zaledwie trzy i pół centymetra, co oznaczało, że najdrobniejsze elementy do pomalowania miały zaledwie milimetr szerokości. Dziewczyny nie mogły wyjść poza obrys tych cieniutkich rysunków, inaczej słono by zapłaciły. Musiały zadbać o to, by pędzelki stały się jeszcze cieńsze – a na to znały tylko jedną metodę.

„Wkładamy pędzelki do ust”[16] – powiedziała zwyczajnie Katherine. Technikę tę nazywano ostrzeniem pędzelka ustami, przejęto ją od pierwszych dziewcząt, które pracowały w tej branży, a doświadczenie zdobywały w zakładach malowania porcelany.

Dziewczęta o tym nie wiedziały, lecz w Europie, gdzie cyferblaty od dekady malowano luminescencyjną farbą, robiono to całkiem inaczej. W różnych krajach obowiązywały różne metody, ale nigdzie nie ostrzono pędzelków ustami. Prawdopodobnie dlatego, że pędzli tam nie stosowano: w Szwajcarii posługiwano się pałeczkami z litego szkła, we Francji cienkimi pałeczkami z bawełnianym tamponikiem na końcach, w innych europejskich studiach używano zaostrzonych drewnianych rysików albo metalowych igieł.

Amerykanki nie przejęły bez zastrzeżeń techniki ostrzenia pędzelków ustami. Mae powiedziała, że gdy sama podejmowała pracę niedługo po otwarciu studia w 1916 roku, ona i jej współpracowniczki zgłosiły wątpliwości, odnosząc się „nieco podejrzliwie”[17] do połykania radu. „Pierwsze nasze pytanie brzmiało: «Czy to człowiekowi nie szkodzi?». A oni odparli: «Nie». Pan Savoy powiedział, że to nie jest niebezpieczne i nie musimy się bać”[18] – wspominała. W końcu rad był cudownym lekiem; stykając się z nim, dziewczęta mogły odnieść najwyżej korzyści. W końcu tak przywykły do pędzelków w ustach, że w ogóle przestały o nich myśleć.

Dla Katherine było w tym jednak coś dziwnego, tego pierwszego dnia, gdy raz po raz ostrzyła pędzelek ustami, poprawiając niedociągnięcia. Warto było jednak wytrwać: co chwila przypominała sobie, czemu chce tu pracować. Zakres jej obowiązków obejmował dwa rodzaje kontroli: w świetle dziennym i w ciemnościach – i to właśnie w ciemni objawiała się prawdziwa magia. Wzywając pracownice, by porozmawiać z nimi o ich pracy, zauważyła, że „właśnie w tym pomieszczeniu – bez dostępu światła dziennego – widać było ślady luminescencyjnej farby pokrywające kobiety od stóp do głów: maźnięcie tu i tam na ubraniu, na twarzy, na ustach, na rękach. Część z nich stała tam i nieomal świeciła w ciemnościach”[19]. Wyglądały cudownie, jak jakieś nieziemskie anioły.

Z biegiem czasu Katherine lepiej poznała pozostałe pracownice. Jedną z nich była Josephine Smith, szesnastoletnia szatynka z okrągłą buzią, fryzurą na pazia i zadartym noskiem. Ona również pracowała w domu towarowym Bambergera jako ekspedientka, ale zrezygnowała z zatrudnienia, by zarabiać znacznie wyższą stawkę przy malowaniu cyferblatów. Chociaż dziewczyny nie dostawały miesięcznej pensji, lecz pracowały na akord, otrzymując średnio półtora centa za jeden wymalowany cyferblat, najzdolniejsze zarabiały zdumiewająco dobrze: niektóre nawet trzykrotność średniego wynagrodzenia robotnika, czasem nawet więcej od swoich ojców. Plasowały się w górnych pięciu procentach najlepiej zarabiających kobiet i średnio przynosiły do domu 20 dolarów (obecnie 370 dolarów) tygodniowo, choć najszybsze z łatwością zarabiały więcej – czasem aż dwukrotnie więcej – co dawało roczne wynagrodzenie w wysokości 2080 dolarów (dziś prawie 40 tysięcy dolarów). Szczęściary, którym udało się załapać na wolne stanowisko, czuły się tak, jakby wygrały los na loterii.

Josephine, jak dowiedziała się Katherine w trakcie rozmowy, pochodziła – tak jak ona – z niemieckiej rodziny. Właściwie większość malujących cyferblaty pracownic stanowiły córki albo wnuczki imigrantów. W Newark mieszkało ich mnóstwo: przybywali dziesiątkami z Niemiec, Włoch, Irlandii i innych krajów, co było jedną z przyczyn, dla których firma otworzyła swoje studio właśnie w tym mieście; liczne społeczności imigranckie dostarczały siły roboczej wszelkiego rodzaju zakładom. New Jersey ochrzczono mianem Stanu-Ogrodu ze względu na wysoką produkcję rolną, lecz w istocie ten region był równie produktywny przemysłowo. Na przełomie wieków śmietanka biznesowa Newark nadała swojemu miastu miano Miasta Możliwości i, jak dziewczyny przekonywały się na własnym przykładzie, dorosło ono do swojej dumnej nazwy.

Całość składała się więc na kwitnącą metropolię. Po zamknięciu fabryk tętniło życie nocne. Newark był miastem piwa, gdzie na głowę przypadało więcej saloonów niż w jakimkolwiek innym amerykańskim mieście, a pracownicy nie marnowali wolnego czasu. Dziewczyny malujące cyferblaty odnosiły się do siebie bardzo serdecznie: siadały wspólnie, by zjeść lunch w sali roboczej zakładu w Newark, częstowały się kanapkami i plotkowały przy zakurzonych stołach.

W miarę upływu tygodni Katherine zaczęła dostrzegać wady i zalety malowania cyferblatów: ciągły nadzór panny Rooney, która przechadzała się po studiu, i wszechobecny lęk przed wezwaniem do ciemni, gdzie można było dostać reprymendę za niestaranną pracę. Nade wszystko dziewczęta obawiały się oskarżenia o marnowanie cennej farby, co w ostateczności mogło być powodem do zwolnienia. Lecz chociaż Katherine widziała te minusy, bardzo chciała dołączyć do kobiet w głównej sali. Pragnęła być jedną z lśniących dziewczyn.

Szybko się uczyła i wkrótce była znakomitą kontrolerką, która nie tylko doskonaliła sztukę poprawiania niestarannie wymalowanych cyferblatów swoim zaostrzonym w ustach pędzelkiem, ale i biegle ścierała pył gołą ręką i usuwała nadmiar farby końcem paznokcia; była to technika, której nauczyła ją Mae. Pracowała ze wszystkich sił i wyczekiwała awansu.

Wreszcie pod koniec marca jej wytrwałość przyniosła owoce. „Poproszono mnie o malowanie tarcz. Zadeklarowałam, że spróbuję”[20] – napisała podekscytowana.

Katherine zrealizowała swoje ambicje ciężką pracą, ale tamtej wiosny 1917 roku w grę wchodziły również inne czynniki. Pracownice malujące cyferblaty były w cenie jak nigdy dotąd: firma potrzebowała teraz wszystkich kobiet, które udałoby się jej przyciągnąć.

Inne książki tego autora