Paryżanka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kate Hewitt
Paryżanka

Tłumaczenie

Małgorzata Dobrogojska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

‒ Olivio, jesteś mi potrzebna.

Olivia Ellis starała się opanować uczucia wywołane słowami szejka Aziza al Bakira. Nic niezwykłego, że jej potrzebował, skoro zmieniała pościel, czyściła srebra i utrzymywała jego paryski dom na Ile de la Cité w stałej gotowości.

Po co jednak wezwał ją do królewskiego pałacu w Kadar?

Niecałe osiem godzin wcześniej osoba z otoczenia Aziza wprowadziła ją na pokład królewskiego samolotu zmierzającego do Siyadu, stolicy Kadaru, gdzie Aziz niedawno wstąpił na tron.

Z Paryża wyjeżdżała niechętnie, bo bardzo jej odpowiadało spokojne życie, jakie tu wiodła: poranna kawa z konsjerżką w pobliskiej kafejce, popołudniowe przycinanie róż w ogrodzie. Spokojne bytowanie, pozbawione pasji czy namiętności, za to jej własne. Czuła się na tyle dobrze, by nie chcieć nic zmieniać.

‒ Czego wasza wysokość ode mnie oczekuje? – zapytała.

Długi lot do Kadaru spędziła, wymyślając niezliczone powody, dla których nie powinna była opuszczać Paryża. Przede wszystkim tamtejsze uporządkowane życie dawało jej poczucie bezpieczeństwa.

‒ Zważywszy na okoliczności, powinnaś zacząć mówić mi po imieniu. – Aziz uśmiechnął się czarująco, ale Olivia pozostała niewzruszona.

Nie pierwszy raz zauważała emanujący z niego wdzięk i słuchała pochlebnych słów, wcześniej kierowanych do kobiet odwiedzających paryski apartament. Jakże często zbierała porzuconą na schodach bieliznę i parzyła kawę kobietom, które wymykały się z sypialni przed śniadaniem, z potarganymi włosami i wargami obrzmiałymi od pocałunków.

Była przekonana, że jest odporna na uwodzicielski urok swojego gospodarza. Tabloidy nadały mu przydomek Playboya Dżentelmena i chyba rzeczywiście odznaczał się pewną charyzmą. Wyraźniejszą chyba teraz, kiedy otaczały ich pokryte freskami ściany i kosztowne wyposażenie przepysznego pałacu.

‒ Dobrze. W czym ci mogę pomóc?

Mówiła takim tonem, jakby chodziło o wymianę dachówki czy też listę zaproszonych gości, choć to sam na sam z szejkiem w nowym otoczeniu budziło w niej niepewność.

Aziz był niewątpliwie atrakcyjnym mężczyzną, choć chyba nie w jej typie. Atramentowoczarne włosy spadające w uroczym nieładzie na czoło, srebrzystoszare oczy, zaskakująco pełne wargi, często uwodzicielsko uśmiechnięte. Ciało doskonale smukłe, ale mocne, bez grama zbędnego tłuszczu.

Milczał, podpierając brodę na dłoniach, a Olivia czekała.

‒ Pracujesz dla mnie już sześć lat – powiedział w końcu.

‒ Owszem.

‒ Od początku byłem z twojej pracy bardzo zadowolony.

Przerażona, że chce ją zwolnić, czekała na ciąg dalszy. Czego też mógł od niej tak bardzo potrzebować tutaj, w Kadarze? Nie znosiła niespodzianek. Przez sześć lat budowała sobie bezpieczny, mały świat, i teraz nagle zawisła nad nią groźba jego utraty.

‒ W Paryżu wykonywałaś świetną pracę, utrzymując porządek w moim domu – powiedział. – Tutaj mam dla ciebie zupełnie inne zadanie, nie potrwa to jednak długo i wierzę, że znakomicie sobie poradzisz.

Nie domyślała się, o czym mówi, ale skoro chodziło o niedługi czas, mogła mieć nadzieję, że szybko się z tym uwinie.

‒ Wciąż nie rozumiem, dlaczego mnie tu wezwałeś.

‒ Wszystko swoim czasie.

W odpowiedzi tylko się uśmiechnął i podszedł do orzechowego biurka. Wcisnął jakiś guzik i po zaledwie sekundach zapukano do drzwi. Do pokoju wszedł ten sam mężczyzna, który ją tu wcześniej przyprowadził.

‒ Wasza wysokość?

‒ Jak myślisz, Malik? Da radę?

Mężczyzna uważnie przyjrzał się Olivii.

‒ Włosy…

‒ Z tym sobie poradzimy.

‒ Oczy?

‒ Nieistotne.

Malik pokiwał głową.

‒ Wzrost pasuje.

‒ Owszem.

‒ Dyskrecja?

Mężczyźni spotkali się wzrokiem.

‒ Absolutna – zapewnił Aziz.

‒ W takim razie jest szansa.

‒ To coś więcej niż szansa. To konieczność. Za godzinę mam konferencję prasową.

Malik pokręcił głową.

‒ Godzina to za mało.

‒ Musi wystarczyć. Nie mogę ryzykować dalszej destabilizacji.

Jego twarz przybrała twardy wyraz, zmieniając go w kogoś zupełnie innego niż znany jej, roześmiany, pogodny i beztroski playboy.

‒ W tym momencie wystarczy iskra, by wywołać pożar.

‒ To prawda, wasza wysokość. Przygotuję co trzeba.

‒ Dziękuję ci.

‒ Możesz mi wyjaśnić, o co chodzi? – spytała Olivia.

‒ Przepraszam cię za tę rozmowę. Rozumiem, że mogła być dla ciebie nieprzyjemna.

Rzeczywiście, nie podobał jej się sposób, w jaki o niej rozmawiali. Zupełnie jakby była przedmiotem.

‒ Uspokój się – poprosił, unosząc w górę obie dłonie. – Nasza dalsza rozmowa nie miałaby sensu, gdyby Malik cię nie zaaprobował.

‒ Zaaprobował?

‒ Uznał za odpowiednią.

‒ Odpowiednią? Do czego?

Westchnął ciężko.

‒ Rozumiem – rzekł, wzdychając – że nie znasz warunków postawionych w testamencie mojego ojca?

‒ Oczywiście, że nie. Przecież wiesz, że nie mam dostępu do takich informacji.

‒ Zawsze może się zdarzyć jakiś wyciek. No i sporo spekulowano na ten temat.

‒ Z zasady nie słucham plotek.

Nie miała o niczym pojęcia, zresztą nie czytywała plotkarskich magazynów ani tabloidów.

‒ Ale wiesz, że jestem zaręczony z królową Eleną z Tallii?

‒ Wiem.

Zaręczyny pary ogłoszono publicznie w poprzednim tygodniu, ślub miał się odbyć za kilka dni w Kadarze.

‒ Mogła cię zaskoczyć szybkość tych zaręczyn – zauważył i czekał na jej reakcję.

Olivia wzruszyła ramionami. Jej pracodawca był przede wszystkim playboyem. Świadczyła o tym choćby liczba kobiet sprowadzanych do paryskiego domu. Standardowym prezentem pożegnalnym była brylantowa bransoletka i bukiet lilii.

‒ Przypuszczam, że skoro masz zostać szejkiem, będziesz chciał się ożenić – powiedziała.

W odpowiedzi parsknął urywanym śmiechem i przez chwilę milczał, jakby ważąc następne słowa.

‒ Mój ojciec nigdy nie akceptował moich wyborów – powiedział w końcu. – Mnie zresztą też nie. Sformułował testament tak, żeby zatrzymać mnie w Kadarze i skrępować dawną tradycją. – Wyruszył ramionami. – Może chciał mnie ukarać? To też bardzo prawdopodobne. – Mówił lekkim tonem, ale w jego oczach dostrzegła chłód i chyba ból.

Zaciekawiła się przelotnie, ale zaraz nakazała sobie obojętność. Nie potrzebowała znać szczegółów jego relacji z ojcem czy kimkolwiek innym. Nie była ciekawa, jakie skrywał uczucia, jeżeli w ogóle jakieś.

‒ Jakie to warunki? – spytała beznamiętnie.

‒ Żeby zostać szejkiem, muszę się ożenić w ciągu sześciu tygodni od jego śmierci. – Cyniczny grymas i twardy wyraz oczu nadały mu zgorzkniały wygląd.

‒ Miesiąc już minął.

‒ Właściwie pięć tygodni i cztery dni. A mój ślub z królową Eleną powinien się odbyć pojutrze.

‒ W takim razie ożenisz się dokładnie w wymaganym czasie.

‒ Niestety jest pewien problem. – Jego głos był niebezpiecznie jedwabisty. – I to poważny, bo Elena znikła.

‒ Znikła?

‒ Dwa dni temu została porwana przez buntownika.

‒ Nie miałam pojęcia, że takie rzeczy wciąż się zdarzają w cywilizowanym świecie.

‒ Zdziwiłabyś się, do czego może dojść, gdy w grę wchodzi władza. Jakie tajemnice ludzie skrywają i jakie kłamstwa opowiadają.

Odwrócił się od niej i przez moment miała wrażenie, że on też coś przed nią ukrywa. Może prawdziwego siebie?

Przez sześć lat wydawał się dokładnie tym, kim był na pierwszy rzut oka: czarującym, beztroskim playboyem. Teraz jednak zaczęła się domyślać jakiegoś mrocznego sekretu.

Znała to z własnego doświadczenia.

‒ Wiesz, gdzie przetrzymują królową Elenę? – spytała.

‒ Prawdopodobnie gdzieś na pustyni.

‒ Szukasz jej?

‒ Robię, co mogę. Ale nie byłem w Kadarze od pięciu lat, a wcześniej starałem się spędzać tu jak najmniej czasu. Ludzie mnie nie znają. W takiej sytuacji trudno oczekiwać od nich lojalności. Przynajmniej dopóki sobie na nią nie zasłużę.

‒ Chcesz powiedzieć… ‒ zaczęła, ale przerwał jej niemal od razu.

‒ Niełatwo będzie znaleźć królową Elenę na pustyni. Jej porywacz ma wsparcie Beduinów, którzy ukryją ich oboje. Dopóki jej nie znajdę lub nie dojdę z nim do porozumienia, muszę się postarać o rozwiązanie alternatywne.

Milczała, porażona nagłym przypuszczeniem. Czyżby chciał ją w to zaangażować?

‒ Nikt nie wie, że Elena została porwana. Gdyby wiedziano, sytuacja stałaby się jeszcze bardziej niestabilna.

‒ Niestabilna? Pod jakim względem?

‒ Niektóre pustynne plemiona wspierają buntowników. Na przykład Khalila.

Mówił pozornie bez emocji, ale wyczuwała coś kipiącego pod powierzchnią. Kim mógł być Khalil?

‒ Co to za Khalil? Przecież to ty jesteś legalnym dziedzicem.

‒ Doceniam twoje zaufanie, niestety jednak to wszystko jest dużo bardziej skomplikowane.

Znów przybrał lekki ton, ale nie dała się oszukać.

‒ Jak bardzo? I co ja mam z tym wszystkim wspólnego?

‒ Nie mogę przyznać publicznie, że porwano mi narzeczoną – powiedział, nie odrywając od niej wzroku. – Potrzebuję więc kogoś, kto ją zastąpi.

Miała wrażenie, że lodowata dłoń ścisnęła ją za gardło. Na chwilę zabrakło jej tchu. Otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

 

‒ Kogoś, kogo przedstawię jako moją narzeczoną – wyjaśnił dobitniej.

‒ Ale…

‒ I właśnie to jest zadanie dla ciebie – kontynuował, nie pozwalając jej dojść do słowa.

W jego oczach lśniły iskry rozbawienia. Wpatrywała się w niego, obezwładniona niedowierzaniem.

‒ Chcę, żebyś została moją narzeczoną.

ROZDZIAŁ DRUGI

Aziz obserwował swoją chłodną, kompetentną gospodynię, nagle zmienioną w słup soli. Obawiał się, czy nie zemdleje. Zachwiała się lekko, jej piękne ciemnoniebieskie oczy zasnuła mgiełka, a różowe wargi ułożyły się w uroczo zdumione „o”.

Była atrakcyjną kobietą, co zauważył już wcześniej, było to jednak piękno chłodne i powściągliwe. Smukła sylwetka, włosy barwy karmelu, zawsze zebrane w węzeł na karku. Gładka cera bez śladu makijażu, którego zresztą nie potrzebowała.

Mocno zarumieniona, zdecydowanie pokręciła głową.

‒ Niezbyt dobrze rozumiem, o co tu chodzi, wasza wysokość, ale cokolwiek to jest, nie będzie możliwe.

‒ Przede wszystkim pamiętaj, żeby mi mówić po imieniu.

W ciemnoniebieskich oczach zamigotały iskierki buntu i, na przekór całej sytuacji, ucieszył się, że w ogóle ma jakieś uczucia. Często zastanawiał się, co też skrywa pod tą maską obojętnej poprawności.

Znał Olivię od sześciu lat, ale widywał ją tylko kilka razy w roku i zaledwie parokrotnie miał okazję zauważyć oznaki jakichkolwiek uczuć. Kiedyś była to jedwabna apaszka w barwach zachodzącego słońca. Innym razem wybuch radosnego śmiechu. Któregoś dnia pojawił się w Paryżu o dzień wcześniej i zastał ją przy pianinie. Muzyka brzmiała pięknie, tęskna i smutna zarazem, a wyraz twarzy pianistki… cóż, do tej pory go nie zapomniał i już nie zapomni. Wkładała w tę grę duszę, a była to dusza, która niemało wycierpiała.

Nie przyznał się, że słyszał grę, bo nie chciał naruszać jej prywatności. Ale od tamtej pory zastanawiał się coraz częściej, jakie tajemnice skrywa pod chłodną maską.

Właśnie ze względu na ten chłód i opanowanie wybrał ją do roli swojej narzeczonej. Poza tym była inteligentna, dyskretna i doskonałe kompetentna. Te cechy mogły tylko pomóc.

‒ Pozwól mi wyjaśnić – poprosił, podczas gdy jej pierś unosiła się i opadała w rytmie przyspieszonego oddechu.

Miała na sobie białą bluzkę, nawet po dziewięciogodzinnym locie sprawiającą wrażenie świeżo wyprasowanej, dopasowane czarne spodnie i praktyczne czółenka na niskim obcasie. Włosy, jak zwykle, zaczesała do tyłu i spięła klamerką.

Miała dwadzieścia dziewięć lat, ale ubierała się konserwatywnie, choć modnie, w rzeczy dobrej jakości i doskonale skrojone.

‒ Proszę – odparła już znacznie łagodniej.

Wróciła dawna, dobrze mu znana Olivia. Spokojna i zrównoważona. Ucieszył się, bo właśnie takiej jej potrzebował.

‒ Chciałbym, żebyś przez jakiś czas odgrywała rolę mojej narzeczonej. Dopóki jej nie znajdę.

‒ Po co?

‒ Muszę położyć kres plotkom o jej nieobecności. Za godzinę odbędzie się konferencja prasowa, potem mamy się pokazać razem na pałacowym balkonie.

‒ I?

Zawahał się na moment.

‒ To wszystko.

‒ Wszystko? Do tego, żeby się raz pokazać na balkonie, mogłeś bez trudu posłużyć się kimś innym.

‒ Chciałem kogoś, kogo znam i komu ufam, a ponieważ długo mnie tu nie było, takich osób jest zaledwie kilka.

‒ Nawet nie jestem do niej podobna. Ma ciemne włosy, a ja jestem wyższa. Widziałam zdjęcia.

‒ Nikt nie zwróci uwagi na te kilka centymetrów.

‒ A włosy?

‒ Ufarbujemy.

‒ W ciągu godziny?

‒ Jeżeli to będzie potrzebne.

Obserwowała go przez chwilę, niemal namacalnie wyczuwając jego napięcie. Zdawał sobie sprawę, że prośba jest niecodzienna, ale jakoś musiał ją nakłonić do zgody. Nie znał innej kobiety, na której dyskrecji i kompetencji mógłby polegać, a w tej chwili liczył się tylko jeden cel: zapewnić sobie władzę w Kadarze.

‒ A jeżeli się nie zgodzę? – spytała.

Obdarzył ją najbardziej czarującym ze swoich uśmiechów.

‒ Dlaczego miałabyś się nie zgodzić?

‒ Bo to niezdrowe – odparła bez cienia uśmiechu. – Bo byle dziennikarz z teleobiektywem szybko odkryje, że nie jestem królową Eleną, i ogłosi to w tabloidach. A wtedy nawet ty nie zdołasz zapobiec katastrofie.

‒ Gdyby się tak stało, całą winę wezmę na siebie.

‒ A nie pomyślałeś, że katastrofa pociągnie za sobą grzebanie w moim życiu? Nie ma mowy, nie zamierzam tak ryzykować.

‒ Gdyby nawet nas zdemaskowali, co się z pewnością nie zdarzy, nikt nie będzie wiedział, kim jesteś.

‒ Nie sądzisz, że zechcą się dowiedzieć?

‒ Być może, ale nie ma sensu teoretyzować. Tu nie ma dziennikarzy. Kraj przez lata był zamknięty dla prasy zagranicznej. Muszę zmienić ten dekret.

‒ Jest prasa miejscowa.

‒ Zawsze byli zależni od króla. Zabroniłem robienia zdjęć przy tej okazji i jestem pewien, że się dostosują. Nie akceptuję tego, co się tutaj dzieje, ale tak to ułożył mój ojciec i póki co tak trwa.

Chwilę przypatrywała mu się w milczeniu.

‒ A teraz, kiedy zostałeś szejkiem, zamierzasz to zmienić? – spytała z zaciekawieniem, ale i odrobiną niedowierzania.

Rozumiał ją. Znała go jako lekkoducha i trudno jej było uwierzyć, że potrafi rządzić krajem.

‒ Przynajmniej spróbuję.

‒ Zaczynając od tej śmiesznej maskarady?

‒ Obawiam się, że to konieczne. Dla stabilności kraju i bezpieczeństwa obywateli.

‒ Dlaczego Khalil porwał królową Elenę? Jak mu się to udało? Nie była strzeżona?

Nagle zalała go fala gorącego gniewu. Na kogo? Khalila, który porwał mu narzeczoną, czy służby, które zareagowały zbyt późno? A może po prostu na siebie, choć przecież nie mógł zapobiec porwaniu. Nie znał swojego kraju ani ludzi, nie mógł liczyć na ich lojalność czy posłuszeństwo. Jak miał znaleźć Elenę, ukrytą gdzieś na bezkresnej pustyni?

‒ Khalil jest nieślubnym synem pierwszej żony mojego ojca – wyjaśnił. – Przez siedem lat, dopóki prawda nie wyszła na jaw, był wychowywany jako jego prawowity następca. Wtedy został wygnany razem z matką, ale teraz rości sobie prawa do tronu.

‒ Straszne. Wygnany?

‒ Wychowała go w luksusie ciotka w Ameryce. Nie musisz go żałować.

Spojrzała na niego, zaciekawiona.

‒ Ty go z pewnością nie żałujesz.

Wzruszył ramionami. Sam nie był pewien, co czuje do Khalila, który rzucał złowrogi cień na jego dzieciństwo. Gniew i zazdrość. Smutek i gorycz. W sumie była to dość wybuchowa mieszanka.

‒ Rzeczywiście – powiedział. – Nie darzę go sympatią, to chyba jednak nic dziwnego, skoro destabilizuje mój kraj i porwał mi narzeczoną.

‒ Dlaczego uważa, że ma prawa do tronu?

‒ Ma wsparcie narodu. Ojciec go uwielbiał, nawet kiedy już wiedział, że nie jest jego synem. Zresztą, czy on rzeczywiście tak uważa? – Wzruszył ramionami. – To może być chęć zemsty na mnie, bo zająłem jego miejsce.

‒ Więc Khalil porwał Elenę, żeby przeszkodzić twojemu małżeństwu.

Kiwnął głową. Nie mógł znieść myśli o Elenie, samotnej i przerażonej gdzieś na pustyni. Nie znał swojej przyszłej żony zbyt dobrze, ale wyobrażał sobie, jak przykre musi być dla niej to doświadczenie. Opowiadała mu trochę o śmierci rodziców i swojej samotności. Mógł mieć tylko nadzieję, że Khalil nie naraził jej na niebezpieczeństwo.

‒ A co się stanie – spytała Olivia – jeżeli nie ożenisz się w ciągu sześciu tygodni?

‒ Stracę tron i tytuł.

‒ Na czyją rzecz?

‒ Testament nie wymienia konkretnej osoby – odparł. – Trzeba będzie ogłosić referendum.

‒ Referendum? Naród sam zdecyduje, kto będzie szejkiem?

‒ Tak.

W odpowiedzi skrzywiła się lekko.

‒ Brzmi bardzo demokratycznie.

‒ W Kadarze panuje monarchia konstytucyjna. System dynastyczny.

Spędził całe tygodnie, usiłując znaleźć lukę prawną w testamencie. Nie chciał być zmuszany do małżeństwa, zwłaszcza przez własnego ojca, który i tak zbyt długo kontrolował jego działania, myśli i pragnienia.

Nawet po śmierci wciąż miał moc, by go ranić i zmuszać do pokonywania przeszkód.

‒ Dlaczego po prostu nie ogłosisz referendum?

‒ Bo przegram. – Mówił lekkim tonem, ale nie zdołał ukryć przed nią trosk. – Boję się, ale mam nadzieję, że wkrótce temu zaradzę.

‒ Ale nie do czasu referendum.

‒ Właśnie. Dlatego muszę pokazać ludowi moją narzeczoną i zapewnić, że wszystko jest w porządku. – Miał nadzieję, że zrozumie i spełni jego prośbę. – Mój ojciec zostawił kraj w stanie wrzenia, rozdarty decyzjami podjętymi przed ćwierćwieczem. Próbuję to wszystko wyprostować i utrzymać pokój.

W niebieskich oczach zobaczył błysk zrozumienia, a nawet współczucia. Miał nadzieję, że jego argumenty do niej przemówiły.

‒ A jeżeli nie znajdziesz Eleny?

‒ Znajdę. Potrzebuję tylko czasu. Moi ludzie przez cały czas przeszukują pustynię.

Porwanie zostało zorganizowane wyjątkowo sprytnie. Szpieg Khalila doniósł Azizowi, że samolot Eleny jest opóźniony z powodu złej pogody, a następnie przekupił pilota królewskiego odrzutowca, żeby zboczył z kursu, i odebrał Elenę na odległym, pustynnym lądowisku.

Tyle się dowiedział na podstawie zeznań świadków: od stewarda, który bezsilnie patrzył, jak Elena wsiada do czarnego SUV-a, i pokojówki, która widziała zachowującego się podejrzanie mężczyznę z personelu Aziza w miejscu, w którym nie powinno go być.

Khalilowi udało się to wszystko zorganizować, bo wciąż cieszył się lojalnością wielu mieszkańców Kadaru. Pomimo że opuścił kraj jako siedmiolatek i wrócił dopiero pół roku temu. Zapamiętano go jako ukochanego syna szejka Hashema.

To Aziz był tu intruzem.

Traktowano go tak od początku, odkąd przybył do pałacu jako czterolatek. Pamiętał jak służba puszczała mimo uszu pokorne prośby jego matki i szydziła z nich przy każdej okazji. On był zdumiony, matka zrozpaczona. Szybko zaprzestała prób zadowolenia kogokolwiek i, odizolowana w kwaterze kobiet, niemal nie pokazywała się publicznie.

On próbował. Próbował zyskać sobie sympatię służby, a przede wszystkim ojca. Poległ z kretesem, zwłaszcza w tym ostatnim i w końcu przestał próbować.

Dopiero teraz zapragnął spróbować ponownie, ale bał się porażki. Najważniejsze było teraz uzyskać zgodę Olivii. Do konferencji prasowej zostało czterdzieści minut.

‒ Jeżeli nie znajdę Eleny, zaaranżuję spotkanie z Khalilem i spróbuję nakłonić go do negocjacji. Ale to nie ma nic wspólnego z tobą. Chciałbym tylko, żebyś pojawiła się na balkonie na około dwie minuty. Ludziom wystarczy, jeżeli zobaczą cię z daleka.

‒ Skąd ta pewność?

‒ Spodziewają się Eleny. Ogłosiłem, że przybędzie królewskim samolotem dziś po południu.

‒ Chodziło o mnie, prawda?

‒ Tak. Wszyscy czekają, żeby zobaczyć przyszłą królową. Dwie minuty, Olivio. Tylko o tyle cię proszę. Potem możesz wracać do Paryża.

‒ Na jak długo?

‒ Co masz na myśli?

‒ Naprawdę będziesz potrzebował w paryskim domu gospodyni na pełny etat, kiedy już się ożenisz i będziesz rządził Kadarem? Oczywiście zakładając, że znajdziesz Elenę.

Dopiero po chwili zrozumiał, że martwi się o swoją pracę.

‒ Zamierzam zatrzymać dom w Paryżu – powiedział, choć wcale się nad tym nie zastanawiał. – A jak długo będę go miał, masz zapewnioną pracę.

Ulga złagodziła jej rysy. Widocznie dobrze odgadł powód jej niepokoju.

‒ Więc jak? Zgoda?

‒ Ja…

‒ Za czterdzieści minut muszę stanąć przed kamerami, a ty jesteś moją jedyną nadzieją. Proszę, pomóż mi.

Patrzyła na niego, pełna wątpliwości. W końcu szybko kiwnęła głową.

‒ Dobrze. Zrobię to.