Księżniczka Elena

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kate Hewitt
Księżniczka Elena

Tłumaczenie

Hanna Urbańska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

‒ Coś jest nie tak.

Elena Karras, królowa Tallii, ledwo zarejestrowała głos królewskiego stewarda, kiedy schodząc po schodach królewskiego samolotu, ujrzała mężczyznę w ciemnym garniturze i o zagadkowym wyrazie twarzy.

‒ Królowa Elena. Witam w Kadarze.

‒ Dziękuję.

Ukłonił się i wskazał na jeden z trzech uzbrojonych SUV-ów zaparkowanych na lotnisku.

‒ Będziemy pani towarzyszyć w podróży. – Jego głos był szorstki, ale uprzejmy. Odsunął się, żeby zrobić jej miejsce. Elena ruszyła w stronę samochodów z uniesionym podbródkiem.

Nie oczekiwała żadnych specjalnych ceremoniałów z okazji jej zbliżającego się małżeństwa z szejkiem Azizem al Bakirem, ale spodziewała się czegoś więcej niż kilku ochroniarzy i samochodów o przyciemnionych szybach.

Potem przypomniała sobie, że szejk Aziz z powodu niespokojnej atmosfery w Kadarze chciał utrzymać jej przyjazd w tajemnicy. Odkąd miesiąc temu zasiadł na tronie, doszło do kilku aktów nieposłuszeństwa. Kiedy widzieli się ostatni raz, zapewnił ją, że to już przeszłość, ale pewnie środki bezpieczeństwa nie były nie na miejscu.

Potrzebowała tego małżeństwa tak samo jak szejk. Ledwie go znała, spotkali się zaledwie kilka razy, ale potrzebowała męża w równym stopniu, jak on potrzebował żony.

Na gwałt.

‒ Tędy, wasza wysokość.

Mężczyzna, który wyszedł jej na spotkanie, odprowadził ją do samochodu. Wokół nich panowały ciemności i było zimno. Otworzył przed nią drzwi auta. Elena uniosła głowę i zapatrzyła się na grafitowe, upstrzone gwiazdami niebo.

‒ Królowo.

Na dźwięk przerażonego głosu namiestnika z królewskiego samolotu „Kadaran” zesztywniała. Dotarło do niej, co powiedział wcześniej; coś jest nie tak.

Zaczęła się odwracać, kiedy poczuła czyjąś dłoń na plecach.

‒ Wsiadaj do samochodu, wasza wysokość.

‒ Momencik – wymamrotała i udała, że wytrzepuje kamyk z buta. Zyskała kilka sekund. Jej umysł ogarnęła panika, którą pokonała czystą siłą woli. Zaczęła intensywnie myśleć. Z jakiegoś powodu coś poszło bardzo nie tak. Zamiast ludzi Aziza na spotkanie wyszedł jej ten nieznajomy. Kimkolwiek był, wiedziała, że musi się od niego uwolnić. Zaplanować ucieczkę – w ciągu najbliższych kilku sekund.

‒ Wasza wysokość. – W głosie mężczyzny wyczuła niecierpliwość. Położył dłoń na jej plecach. Elena wzięła głęboki oddech, zrzuciła buty i zaczęła biec.

Kiedy biegła, na twarzy czuła ostry piasek. Usłyszała dobiegający jej zza pleców dźwięk. Czyjaś dłoń chwyciła ją w talii i uniosła do góry.

Nawet wtedy walczyła. Kopała i szarpała się, ale mężczyzna był niewzruszony jak skała. Pochyliła się do przodu, obnażając zęby i usiłowała znaleźć odsłonięty kawałek ciała, w który mogłaby się wgryźć.

Kopnęła mężczyznę w kolano, po czym podcięła mu nogę. Obydwoje padli na ziemię.

Upadek trochę ją spowolnił, ale podniosła się w kilka sekund. Mężczyzna rzucił się na nią i skutecznie uwięził pod ciężarem swojego ciała.

‒ Podziwiam twojego ducha, wasza wysokość – wymamrotał zachrypniętym głosem – podobnie jak upór. Ale obawiam się, że jest to nieuzasadnione.

Elena zamrugała, usiłując się pozbyć piasku z oczu. Nie uciekła zbyt daleko.

Mężczyzna przewrócił ją na plecy i zakleszczył jej głowę. Spojrzała na niego z walącym sercem. Wyglądał jak szykująca się do skoku pantera. Jego oczy miały urzekający odcień bursztynu, a twarz była jak wyrzeźbiona dłutem. Elena czuła ciepło i siłę jego ciała. Był silny, autorytatywny i niebezpieczny.

‒ Nie miałaś szans, żeby dobiec to samolotu – powiedział zdradziecko miękkim głosem – a nawet jeśli, załoga jest moja.

‒ Moi ochroniarze…

‒ Przekupieni.

‒ Steward…

‒ Bezsilny.

Patrzyła mu w oczy, usiłując pokonać strach.

‒ Kim jesteś? ‒ zapytała.

Uśmiechnął się z szaleństwem w oczach.

‒ Przyszłym władcą Kadaru.

Nagle stoczył się z niej, podniósł i ścisnął jej nadgarstek. Trzymając jej ramię, prowadził ją do samochodu, gdzie czekało dwóch innych mężczyzn w czarnych garniturach i o nieprzeniknionych wyrazach twarzy. Jeden z nich otworzył tylne drzwi, a jej arogancki porywacz, kimkolwiek był, ukłonił się kpiąco.

‒ Proszę przodem, wasza wysokość.

Spojrzała na mężczyznę, który obserwował ją z rozbawieniem.

‒ Powiedz mi, kim naprawdę jesteś.

‒ Już ci powiedziałem, wasza wysokość. Moja cierpliwość ma granice – mówił uprzejmie, ale zagrożenie nie minęło. W bursztynowych oczach mężczyzny widziała zimne rozbawienie, ale żadnej litości czy współczucia. Wiedziała, że nie ma wyjścia. Wsiadła do samochodu. Mężczyzna wślizgnął się za nią. Elena usłyszała trzask zamka elektrycznego. Rzucił jej buty na kolana.

‒ Możesz ich potrzebować. – Głos miał niski i pozbawiony akcentu, jednak było jasne, że jest Arabem. Kadarczykiem. Jego skóra miała odcień głębokiego brązu, włosy były czarne jak atrament, a kości policzkowe ostre jak brzytwy.

Myśl, powiedziała do siebie. Rozsądek był silniejszy niż strach. Mężczyzna musiał być jednym z buntowników, o których mówił jej Aziz. Powiedział, że jest przyszłym władcą Kadaru, co oznaczało, że dybał na jego tron. Z pewnością porwał ją, żeby nie dopuścić do ich ślubu – a może nie wiedział o zastrzeżeniach zawartych w testamencie ojca Aziza?

Elena dowiedziała się o nich, kiedy kilka tygodni temu poznała Aziza na przyjęciu dyplomatycznym. Jego ojciec, szejk Haszem, niedawno zmarł, a Aziz zażartował sardonicznie, że teraz potrzebuje żony. Elena nie była pewna, czy mówi serio, ale jego spojrzenie było poważne. Szef jej rady, Andreas Markos, koniecznie chciał usunąć ją z urzędu. Twierdził, że taka młoda i niedoświadczona kobieta nie nadaje się do rządzenia i zagroził, że na następnym zebraniu rady Tallii zorganizuje głosowanie w celu obalenia monarchii. Ale jeżeli miałaby już wtedy księcia małżonka… Markos nie mógłby się jej pozbyć.

A ludzie uwielbiali śluby, szczególnie królewskie. Lud Tallii miał dla niej dużo sympatii – to był jedyny powód, dla którego Markos nie próbował się jej pozbyć wcześniej. Popularność i królewskie wesele umocniłyby jej pozycję.

Był to desperacki krok, ale Elena była zdesperowana. Kochała swój kraj i swoich ludzi i chciała pozostać ich królową – ze względu na nich i ze względu na swojego ojca, który oddał życie, żeby mogła zostać władczynią.

Następnego ranka wysłała więc list do Aziza, proponując spotkanie. Przystał na nie, zatem pospiesznie i szczerze wyjaśnili sobie swoje zamiary. Elena potrzebowała męża, żeby zadowolić swoją radę, natomiast Aziz musiał się ożenić w ciągu najbliższych sześciu tygodni, by nie utracić tronu. Zgodzili się na małżeństwo bez miłości, z rozsądku, które zapewniłoby im potomków, zarówno dla Kadaru, jak i dla Tallii.

Ale najpierw musiał się odbyć ślub. A żeby do tego doszło, musiała uciec.

Nie mogła się wydostać z samochodu, więc czekała. Obserwowała. I poznawała zwyczaje wroga.

‒ Jak masz na imię? ‒ zapytała. Mężczyzna nawet na nią nie spojrzał.

‒ Nazywam się Khalil.

‒ Dlaczego mnie porwałeś?

‒ Jesteśmy prawie na miejscu, wasza wysokość. Tam odpowiem na wszystkie twoje pytania.

Niech będzie. Mogła poczekać. Zachowa spokój i jeżeli będzie miała okazję odzyskać wolność, nie przegapi jej. Mimo wszystko strach jej nie opuszczał. Ten paraliżujący rodzaj strachu nie był jej obcy.

Nie, tym razem będzie inaczej. Już ona się o to postara. Była królową, nawet jeżeli nie mogła zasiąść na tronie. Była zaradna, odważna i silna. W jakiś sposób wydobędzie się z kłopotów. Nie pozwoli na to, żeby byle buntownik zniszczył jej małżeństwo… Ani ukrócił jej panowanie.

Khalil al Bakir zerknął na siedzącą obok niego kobietę. Siedziała z wyprostowanymi plecami i uniesionym podbródkiem, ale w oczach czaił się strach.

Niechętnie przyznał, że czuje podziw dla młodej królowej. Jej próba ucieczki była nierozważna i żałosna, ale również odważna, co sprawiło, że poczuł do niej sympatię. Wiedział, jak to jest być więźniem. Wiedział również wszystko o nieposłuszeństwie. Kiedy był małym chłopcem, sam przecież wielokrotnie usiłował uciec swojemu gnębicielowi, Abdulowi-Hafizowi, mimo że wiedział, że jego wysiłki spełzną na niczym. Na pustyni nie było zbyt wielu bezpiecznych kryjówek dla małego chłopca. A jednak próbował i walczył – a walka była przypomnieniem, że jeszcze żyje i ma o co walczyć. Blizny na jego plecach były na to dowodem.

Królowa Elena nie będzie miała takich blizn. Nie zamierzał być posądzony o złe traktowanie swoich gości, niezależnie od tego, co myślała przerażona monarchini. Miał tylko zamiar trzymać ją przez cztery dni, aż Aziz będzie zmuszony zrzec się prawa do tronu i zorganizować referendum, podczas którego wybrany zostanie nowy szejk.

Khalil miał zamiar nim zostać.

Nie spocznie, dopóki nie obejmie tronu, który mu się należy. Ale z drugiej strony, nigdy się nie poddawał. A przynajmniej odkąd w wieku siedmiu lat jego ojciec wywlókł go z zajęć, cisnął o ostre skały przed kadarskim pałacem i splunął mu w twarz. „Nie jesteś moim synem” – powiedział.

Był to ostatni raz, kiedy widział ojca, matkę i dom.

Khalil zamknął oczy i usiłował odegnać bolesne wspomnienia. Nie chciał teraz o tym myśleć. Nie chciał myśleć o wyrazie obrzydzenia i nienawiści na twarzy ukochanego ojca ani o rozdzierających wrzaskach matki, kiedy ją odciągano. Kilka miesięcy później umarła z powodu nieleczonej grypy. Nie chciał myśleć o strachu, który czuł, kiedy wepchnięto go do furgonetki i wywieziono na pustynię. Ani o okrutnym uśmiechu Abdula-Hafiza.

 

Dwadzieścia minut później samochód zatrzymał się przy prowizorycznym obozowisku, które przez ostatnie pół roku, kiedy to powrócił do Kadaru, nazywał domem. Otworzył drzwi, a Elena posłała mu wyzywające spojrzenie.

‒ Gdzie mnie wywiozłeś?

Uśmiechnął się zimno.

‒ Sama zobacz. – Złapał ją za nadgarstek. Jej skóra była miękka i zimna.

Wysiadając, potknęła się o kamień. Kiedy ruszył jej na pomoc, jej piersi lekko otarły się o jego klatkę piersiową. Od dawna nie czuł już ciepłego dotyku kobiety i jego ciało zareagowało natychmiast, a lędźwie zapłonęły pożądaniem. Jej włosy pachniały jak cytryny.

Khalil odsunął się od niej. Nie miał czasu na amory, a już szczególnie z tą kobietą.

Z drugiego samochodu wyłoniła się jego prawa ręka, Assad.

‒ Wasza wysokość. – Elena odwróciła się, a Khalil uśmiechnął się z ponurą satysfakcją. Assad zwracał się do niego, nie do nieposłusznej królowej. |Mimo że jeszcze oficjalnie nie został władcą, ci, którzy byli wobec niego lojalni, zwracali się do niego, jakby już nim był.

To, ilu ludzi okazało mu lojalność, zaskoczyło go, ale też ucieszyło. Szczególnie że większość z nich pamiętała go tylko jako rozczochranego chłopca, którego wywleczono z płaczem z pałacu. Opuścił Kadar w wieku dziesięciu lat i pół roku temu wrócił tam po raz pierwszy. Ale ludzie pamiętali.

Pustynne plemiona, związane bardziej przez tradycję niż mieszkańcy Siyadu, żywiły urazę do szejka Haszema za wymianę żony na kochankę, której nikt nie lubił, i bękarciego syna.

Kiedy Khalil wrócił, obwołali go władcą plemienia jego matki i zachowywali się, jakby był prawdziwym szejkiem Kadaru.

Mimo to Khalil nikomu nie ufał. Lojalność można kupić. Miłość była kapryśna. Wiedział to aż nazbyt dobrze. Można liczyć tylko na siebie.

‒ Ja i królowa Elena chcielibyśmy się czegoś napić – zwrócił się do Assada po arabsku. – Czy namiot jest przygotowany?

‒ Tak, wasza wysokość.

‒ Wszystko opowiem ci później. Na razie muszę się zająć królową – zwrócił się do Eleny, która rozglądała się dookoła z przestrachem, wyglądając, jakby się szykowała do skoku.

‒ Jeżeli wydaje ci się, że uciekniesz – przemówił spokojnie po angielsku – to się mylisz. Pustynia ciągnie się setki mil w każdym kierunku, a do najbliższej oazy jedzie się dzień na wielbłądzie. Nawet jeżeli uda ci się opuścić obóz, umrzesz z pragnienia albo ugryzie cię wąż lub skorpion.

Królowa Elena nie odpowiedziała. Khalil gestem pokazał, żeby podeszła.

‒ Chodź, napij się czegoś, a ja odpowiem na wszystkie twoje pytania, jak obiecałem.

Elena zawahała się, ale wiedziała, że nie ma wyjścia. Pokiwała głową i poszła za mężczyzną.

Elena uważnie rozejrzała się po obozowisku. Namioty tworzyły półkole. Do słupa przy przybudówce przywiązanych było kilka koni i wielbłądów. Niesiony wiatrem piach leciał jej na twarz, we włosy i do ust.

Khalil rozsunął poły namiotu i wprowadził ją do środka. Wskazał na elegancki tekowy stolik i niskie fotele z haftowanymi poduszkami. Na zewnątrz namiot wyglądał skromnie, ale w środku był luksusowo urządzony. Wyposażenie i dywany były wykonane z jedwabiu i satyny.

‒ Proszę, usiądź.

‒ Żądam odpowiedzi.

Khalil uśmiechnął się kącikiem ust, ale jego spojrzenie pozostało chłodne.

‒ Twoja przekora jest godna podziwu, wasza wysokość, ale tylko do pewnego stopnia. Siadaj.

Elena wiedziała, że nie ma co porywać się z motyką na słońce, więc usiadła.

‒ Gdzie jest szejk Aziz?

Na jego surowej twarzy pojawił się wyraz irytacji. Wzruszył ramionami.

‒ Zakładam, że Aziz jest w Siyadzie i czeka na ciebie.

‒ Oczekuje mnie…

‒ Tak. – Khalil przerwał jej z gracją. – Jutro.

‒ Jutro?

‒ Otrzymał informację, że twój przyjazd się opóźni. – Khalil rozłożył ręce, a jego oczy błyszczały kpiąco. – Nikt cię nie szuka, wasza wysokość. A kiedy zaczną, będzie już za późno.

Przekaz był jasny. Elena straciła oddech i miała mgłę przed oczami, więc złapała się krawędzi stolika. Spokojnie. Musiała zachować spokój.

Khalil zaklął pod nosem.

‒ Oczywiście, nie mam na myśli tego, co sobie właśnie pomyślałaś.

Spojrzała na niego i obraz zaczął się wyostrzać. Nawet wściekły był wyjątkowo przystojny: szczupły i pełen gracji. Drapieżny.

‒ Więc mnie nie zabijesz.

‒ Nie jestem terrorystą ani bandytą.

‒ Ale porwałeś królową.

Przechylił głowę.

‒ Obawiam się, że było to zło konieczne.

‒ Nie wierzę, że istnieje coś takiego – odgryzła się. – Zatem co zamierzasz ze mną zrobić?

Nie była pewna, czy chce znać odpowiedź na to pytanie, ale wiedziała, że nieświadomość jest niebezpieczna. Lepiej znać zagrożenie i wroga. Znaj swoich wrogów i znaj siebie, a nie będziesz narażona na niebezpieczeństwo.

‒ Nic ci nie zrobię – odparł Khalil spokojnie. – Poza tym, że będę cię tu przetrzymywał, w, jak mam nadzieję, komfortowych warunkach.

Do namiotu wszedł strażnik z jedzeniem. Elena zerknęła na półmisek z daktylami, figami, chlebem i kremowymi sosami i odwróciła wzrok. Nie miała apetytu, poza tym nie zamierzała się stołować u wroga.

‒ Dziękuję, Assad. – Mężczyzna ukłonił się i wyszedł. Khalil ukucnął przy niskim stoliku i spojrzał na Elenę. Jego bursztynowe oczy lśniły. Naprawdę miały niezwykły kolor. Ze swoimi czarnymi włosami, śniadą cerą, szczupłym ciałem i drapieżną elegancją przypominał lamparta albo panterę: piękny i przerażający.

‒ Musisz być głodna, królowo.

‒ Nie.

‒ To przynajmniej spragniona. Na pustyni trzeba się nawadniać.

‒ Niebezpiecznie jest pić w towarzystwie wroga – skontrowała Elena.

Uśmiechnął się lekko i pokiwał głową ze zrozumieniem.

‒ Doskonale. Zatem napiję się pierwszy. Zadowolona? – zapytał, odstawiając szklankę.

Gardło Eleny było podrażnione przez piach i pragnienie. Musiała się napić, jeżeli miała zamiar uciec, kiwnęła więc głową.

Sok był jednocześnie słodki i kwaśny, a także rozkosznie chłodny.

‒ Guawa – powiedział Khalil. – Próbowałaś go już kiedyś?

‒ Nie. – Elena odstawiła szklankę i wzięła głęboki oddech. – Jak długo zamierzasz mnie tu trzymać?

‒ Cztery dni.

Elena poczuła, jak kurczy jej się żołądek. Za cztery dni minie okres sześciu tygodni, w przeciągu których Aziz miał się ożenić. Straci prawo do tytułu. Khalil musiał o tym wiedzieć. Musiał czekać na swoją szansę, żeby przejąć władzę.

‒ A potem? – zapytała. – Co potem?

‒ To nie twoje zmartwienie.

‒ Co zamierzasz zrobić ze mną? ‒ Elena przeformułowała pytanie. Khalil rozsiadł się wygodnie w nisko zawieszonym fotelu ozdobionym włóczką i posłał jej leniwe spojrzenie. Elena czuła, że traci panowanie nad sobą.

‒ Wypuszczę cię, oczywiście.

‒ Tak po prostu? ‒ Pokręciła głową, zbyt pełna podejrzeń, żeby czuć ulgę. – Będą cię ścigać.

‒ Nie sądzę.

‒ Nie możesz tak po prostu porwać królowej.

‒ A jednak. – Spojrzał na nią z namysłem. – Intrygujesz mnie, królowo. Muszę przyznać, że zastanawiałem się, kogo zdecydował się poślubić Aziz.

‒ Zadowolony? ‒ odgryzła się. Głupia. Co z jej spokojem i opanowaniem? Jej panowanie stało pod znakiem zapytania; naprawdę miała zamiar wszystko przekreślić?

Ale może już do tego doszło?

Khalil uśmiechnął się blado.

‒ W żadnym wypadku.

Spojrzał jej w oczy.

‒ I nie będę zadowolony – ciągnął – dopóki nie zostanę władcą Kadaru.

‒ Czyli jesteś jednym z buntowników, o których mówił Aziz.

Jego oczy zapłonęły złością, ale powoli pokiwał głową.

‒ Na to wygląda.

‒ Dlaczego to ty miałbyś zasiąść na tronie?

‒ A dlaczego Aziz?

‒ Ponieważ jest dziedzicem.

Khalil odwrócił wzrok.

‒ Znasz historię Kadaru, wasza wysokość?

‒ Czytałam co nieco – odparła, chociaż tak naprawdę jej znajomość historii tego kraju była co najwyżej pobieżna. Nie miała zbyt wiele czasu na poznanie historii swojego przyszłego małżonka.

‒ Czy wiedziałaś, że kiedyś był to spokojny, dostatni kraj, który zachował niezależność, nawet kiedy inne kraje znajdowały się pod wrogą okupacją?

‒ Tak. – Aziz wspomniał o tym, ponieważ sprawa miała się podobnie z jej własnym krajem. Tallia była małą wyspą na Morzu Egejskim, leżącą pomiędzy Turcją i Grecją. Przez tysiąc lat cieszyła się spokojnymi, niezależnymi rządami.

A ona miała zamiar się upewnić, że tak pozostanie.

‒ To być może wiesz również, że szejk Haszem stał się zagrożeniem dla Kadaru przez swój niezwykły testament? ‒ Zwrócił się ku niej, uniósł brwi i uśmiechnął się szelmowsko.

Elena zorientowała się, że jej spojrzenie nieustannie wędruje ku jego zaskakująco pełnym i kształtnym ustom. Zmusiła się, żeby oderwać od nich wzrok i spojrzała Khalilowi w oczy. Nie było sensu udawać głupiej.

‒ Owszem, mam świadomość dziwnych żądań starego szejka. Dlatego przyjechałam, żeby wyjść za szejka Aziza.

‒ Nie z miłości? ‒ Khalil zapytał sarkastycznie, a Elena zesztywniała.

‒ To chyba nie twoja sprawa.

‒ Biorąc pod uwagę to, że jesteś tu na moje żądanie, chyba jednak moja.

Zacisnęła wargi i nie odpowiedziała. Kadarczycy wierzyli, że chodzi o miłość, chociaż ani ona, ani Aziz nic takiego nie powiedzieli.

‒ Ach, rozumiem, odmawiasz składania zeznań – oznajmił Khalil miękko. – Widzisz, wychowałem się w Ameryce. Nie jestem barbarzyńcą, za którego mnie uważasz.

Skrzyżowała ramiona.

‒ Jeszcze nic mi nie udowodniłeś.

‒ Nie? A jednak siedzisz sobie tutaj, w wygodnym fotelu i pijesz sok. Chociaż przykro mi, że zrobiłaś sobie krzywdę – Z troską wskazał na jej poharatane kolano. – Dam ci plaster.

‒ Nie potrzebuję.

‒ W takie zadrapanie na pustyni szybko może się wdać infekcja. Wystarczy ziarenko piasku i zanim się obejrzysz, już masz zakażenie. – Pochylił się ku niej i przez chwilę surowość jego twarzy i chłód w oczach ustąpił miejsca czemuś, co wyglądało niemal jak łagodność.

‒ Nie bądź głupia, wasza wysokość. Rozumiem potrzebę walki, ale wykłócając się ze mną o takie błahostki, marnujesz tylko energię.

Przełknęła. Wiedziała, że ma rację. Nieprzyjęcie opieki medycznej było małostkowe, dziecinne i głupie. Pokiwała głową, a Khalil wstał i wyszedł, żeby porozmawiać z jednym ze strażników stojących na zewnątrz.

Elena siedziała z zaciśniętymi pięściami i walącym sercem. Kilka minut później Khalil wrócił ze szmatką, miską wody i maścią.

‒ Proszę.

Ku jej zaskoczeniu uklęknął.

‒ Zrobię to sama.

Spojrzał na nią błyszczącymi oczami.

‒ Ale wtedy odmówiłabyś mi tej przyjemności.

Wstrzymała oddech i zesztywniała, kiedy uniósł brzeg sukienki nad jej kolano. Jego palce ledwie musnęły jej nogę, ale mimo to poczuła się jak porażona prądem. Khalil ostrożnie zwilżył szmatkę i przyłożył do zadrapania.

‒ Chyba wystarczy – powiedziała sztywno i usiłowała odsunąć nogę.

Uniósł tubkę z maścią.

‒ Środek odkażający. Bardzo ważne.

Zazgrzytała zębami i nie poruszyła się, kiedy posmarował jej kolano maścią. Trochę szczypało, ale jeszcze gorsze było to, jak reagowała na jego dotyk.

To tylko odruchowa reakcja, mówiła sobie, kiedy Khalil okrężnymi ruchami obmywał jej kolano.

Jedyne, czego tak naprawdę chciała, to uciec od tego mężczyzny i jego planów zniszczenia jej małżeństwa. To był jej jedyny cel.