Jedna noc i całe życieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kate Hewitt

Jedna noc i całe życie

Tłumaczenie: Natalia Wiśniewska

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: The Italian’s Unexpected Baby

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2020

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2020 by Kate Hewitt

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6450-1

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

‒ Zaraz tutaj będzie!

Mia James poczuła nieprzyjemny skurcz żołądka, kiedy podbiegła do swojego biurka i stanęła za nim prosta jak struna.

‒ Jedzie na górę…

Kolejne liczby świeciły jasno nad drzwiami windy, zwiastując rychłe dotarcie do celu. Kątem oka Mia obserwowała swoich kolegów z Dillard Investments spieszących na miejsca. Zachowywali się jak uczniowie w oczekiwaniu na inspekcję dyrektora – wyjątkowo surowego, a być może nawet okrutnego dyrektora, skoro właśnie tak wyobrażali sobie bezwzględnego Alessandra Costę, miliardera i nowego prezesa Dillard Investments.

Dzień wcześniej firma została przejęta przez Costę w sprytnie wykalkulowanym manewrze, który wstrząsnął wszystkimi jej pracownikami, wliczając szefa Mii, Henry’ego Dillarda. Biedny Henry, potwornie roztrzęsiony, wyglądał tak, jakby w ciągu jednej nocy postarzał się o dziesięć lat.

Nagle drzwi windy się rozsunęły i Mia wstrzymała oddech na widok nowego prezesa Dillard Investments. Widziała wcześniej jego zdjęcia w sieci. Właściwie przez całą minioną noc nie robiła nic innego poza wyszukiwaniem informacji na jego temat. I to, czego się dowiedziała, ani trochę nie podniosło jej na duchu.

Alessandro Costa specjalizował się we wrogich przejęciach, a każdą podbitą firmą odzierał z jej aktywów oraz pracowników, po czym dołączał ją do swojego molocha, korporacji Costa International.

Mia próbowała unikać kontaktu wzrokowego z Alessandrem Costą, ale ostatecznie nie zdołała nie zerkać w jego stronę. Zdjęcia z internetu nie oddawały mu sprawiedliwości. Nie widać było na nich, jak wielka biła od niego energia – dosłownie jakby powietrze było naelektryzowane wokół niego.

Ciemne jak krucze skrzydła włosy okalały jego twarz o wyrazistych rysach. Jego wysoką, muskularną sylwetkę opinał szyty na miarę garnitur z ciemnoszarego jedwabiu. Całości dopełniał srebrny krawat podkreślający stalowy kolor jego oczu.

Pewnym krokiem wszedł do pomieszczenia pełnego małych boksów, mierząc przenikliwym spojrzeniem kolejnych pracowników. Mia bała się, że dostrzeże jej zdenerwowanie. Podobnie jak wszyscy inni w biurze znała plotki, jakoby Costa zachował miejsca pracy trzech z czterdziestu osób pracujących w ostatnio przejętym przedsiębiorstwie. Jako osobista asystentka prezesa Mia wiedziała, że jej stanowisko na pewno zostanie zlikwidowane. Costa niewątpliwie miał własną sekretarkę, jeśli nie cały ich zastęp.

Mimo wszystko była zdecydowana dowieść swojej przydatności. Rozpoczęła pracę w Dillard Investments jako dziewiętnastolatka, gdy tylko uzyskała dyplom szkoły biznesu i utwierdziła się w przekonaniu, że najważniejsze jest dla niej zdobycie niezależności.

Przez całe dzieciństwo była kontrolowana przez nieznośnie autokratycznego ojca, musiała robić wszystko wedle jego widzi mi się i w żadnym razie nie mogła się buntować. Także jej matka musiała we wszystkim być posłuszna mężowi. Mia nie chciała podzielić jej losu. Obiecała więc sobie, że powalczy o własną wolność przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Dlatego, choć wiedziała, że bez trudu znajdzie inną pracę, nie chciała się zgodzić na utratę posady bez konkretnych powodów. Poświęciła tej firmie mnóstwo czasu i energii, pracowała naprawdę ciężko i zawarła kilka cennych przyjaźni. Musiała walczyć także dlatego, że miała swoje zasady i swoją dumę.

Alessandro Costa przystanął na środku pomieszczenia, na szeroko rozstawionych nogach i z rękami opartymi na biodrami. Przypominał króla wielkiego mocarstwa podczas inspekcji swoich ziem.

‒ Kto z państwa nazywa się Mia James? – zapytał głośno i wyraźnie.

Mia poczuła na sobie wszystkie spojrzenia, mimo to spróbowała zapanować nad nerwami. Wolno uniosła rękę.

‒ To ja – rzuciła dość agresywnie.

Alessandro Costa zmrużył oczy, przyglądając jej się uważnie.

‒ Proszę ze mną – poinstruował ją, zanim wszedł do gabinetu Henry’ego Dillarda, elegancko urządzonego pokoju, z boazerią na ścianach, skórzanymi fotelami, wysmakowanymi obrazami i grubymi zasłonami w oknach.

Costa bez zastanowienia podszedł do dużego mahoniowego biurka, przy którym dawniej zasiadał Henry zawsze wtedy, kiedy chciał jej coś podyktować. Henry był ekscentrycznie staroświecki. I chociaż kilka lat temu zdecydował się na zakup laptopa, to Mii zlecał obsługę poczty elektronicznej czy tworzenie arkuszy kalkulacyjnych.

Ogarnął ją smutek na myśl, że to już koniec. Zapewne Henry zamknie się w swojej posiadłości w Surrey, gdzie będzie lizał rany, a Mia nie zobaczy go nigdy więcej. Zeszłej nocy, kiedy, powłócząc nogami, opuszczał siedzibę firmy, wyglądał jak zdruzgotany, stary człowiek. Na ten widok krwawiło jej serce. A winę za to ponosił mężczyzna, który najwyraźniej miał jej coś do powiedzenia. Alessandro Costa oparł ręce na blacie biurka, nie odrywając od niej wzroku. Sprawiał wrażenie skupionego, ale w żadnym razie nie wrogo nastawionego.

‒ Jest mi pani potrzebna – odezwał się, z rozmysłem cedząc każde słowo.

‒ Potrzebna? – powtórzyła oszołomiona Mia.

‒ Przynajmniej na razie – doprecyzował Costa, prostując się. – Od ilu lat pracuje pani jako asystentka Dillarda?

‒ Od siedmiu.

Wolno skinął głową.

‒ O ile się orientuję w sytuacji, nie poszedł na dno wyłącznie dzięki pani.

Mia zamrugała gwałtownie, wstrząśnięta brutalnością tych słów.

‒ To chyba za dużo powiedziane – odparła cicho, choć w duchu musiała przyznać mu rację. Istotnie Henry Dillard interesował się głównie grą w golfa, podczas gdy odziedziczona przez niego po ojcu firma obracała się w ruinę.

‒ Rzeczywiście mogłem użyć zbyt mocnych słów – stwierdził Costa – ale sam Dillard przyznał, że nie nadążał za duchem czasów. Podobnie zresztą jak wielu jego klientów…

‒ Co nasuwa pytanie, dlaczego przejął pan tę firmę – skwitowała Mia.

Unosząc brwi, Costa napotkał jej spojrzenie, czym rozbudził w niej coś, z czego istnienia nie zdawała sobie sprawy.

‒ Na szczęście nie musi pani zaprzątać sobie tym głowy – odparł stanowczo, choć uprzejmie, pokazując, gdzie jej miejsce.

‒ Rozumiem. – Wytrzymała jego spojrzenie, mimo że szalała w niej burza emocji. Ten onieśmielający, a nawet trochę przerażający mężczyzna miał w sobie coś takiego, co przyciągało ją jak magnes. Postanowiła jednak skupić się na tym, co ważne. ‒ Więc do czego jestem panu potrzebna?

‒ Zależy mi na wiedzy, którą pani posiada na temat klientów Henry’ego, żebym mógł właściwe się z nimi rozprawić. Więc jak długo będę doceniał pani użyteczność…

To niedokończone zdanie zabrzmiało jak zawoalowana groźba, ale może było po prostu stwierdzeniem faktu. Mia nie mogła sobie wyobrazić, żeby Alessandro Costa płacił komukolwiek, kto nie był użyteczny.

‒ A kiedy to się zmieni? – zapytała, mimo że nie chciała poznać odpowiedzi.

‒ Wtedy zostanie pani odprawiona – wypalił Costa prosto z mostu. – Nie trzymam zbędnego personelu. To zła praktyka biznesowa.

‒ A co z resztą zespołu?

‒ To także nie jest pani zmartwienie.

Niesamowite, z jaką łatwością przychodziła mu bezceremonialność. Niemniej jednak Mia nie wyczuwała w jego postawie ani słowach żadnego okrucieństwa czy złowrogości. On po prostu stwierdzał fakty, wszystkie bez wyjątku, nawet jeśli komuś mogły się nie podobać.

Tak czy inaczej, nie miało sensu się z nim kłócić. Gdyby spróbowała, mogłaby tylko przyspieszyć moment swojego zwolnienia, a ona chciała zatrzymać tę pracę. Potrzebowała jej. Miała tylko ją.

‒ No dobrze. – Ściągnęła łopatki, unosząc dumnie głowę. – Czego konkretnie pan ode mnie oczekuje?

Dostrzegła błysk w szarych oczach Costy.

‒ Chcę w ciągu godziny dostać teczki wszystkich najważniejszych klientów Dillarda, z informacjami o ewentualnych dziwactwach, nawykach, skłonnościach i wszystkim innym, co może się okazać użyteczne. Potem razem wszystko omówimy.

 

‒ Rozumiem – wydusiła Mia.

‒ Świetnie. – Alessandro Costa nie dodał nic więcej, tylko obrócił się na pięcie i wyszedł z gabinetu Henry’ego.

Mia wypuściła wstrzymywany oddech, po czym opadła na krzesło stojące naprzeciwko biurka. Dopiero gdy została sama, zrozumiała, ile energii kosztowała ją konfrontacja z Costą. Kręciło jej się w głowie, nogi miała jak z waty i brakowało jej sił, jak po ciężkiej zarówno fizycznej, jak i umysłowej pracy.

Mimo wszystko była też dziwnie pobudzona. Silna osobowość tego mężczyzny stanowiła jedynie część jego ogromnej charyzmy. Dosłownie nie mogła oderwać od niego oczu, kiedy stał przed nią, roztaczając niesamowitą aurę.

Mia wstała na drżących nogach. Musiała dowieść Alessandrowi Coście swojej użyteczności. Musiała go przekonać, że jej potrzebuje. Czym prędzej opuściła więc gabinet i ruszyła do swojego biurka. Pozostali pracownicy zdążyli wrócić do swoich zajęć, choć część tylko udawała, że robi coś ważnego.

Costy nie było nigdzie w zasięgu wzroku i Mia zaczęła się zastanawiać, czym się zajmował. Przeglądał wyniki? Zwalniał kogoś? Jeśli plotki się potwierdzą, większość personelu Dillarda zostanie bez pracy. Nie mogła jednak teraz o tym myśleć. Musiała się skupić. Miała zadanie do wykonania.

W Dillard Investments panował jeszcze większy bałagan, niż się spodziewał. Po przedpołudniu spędzonym na rozmowach z pracownikami i ocenie stanu firmy Alessandro Costa mógł jedynie szydzić z Henry’ego Dillarda, człowieka o miłej aparycji pluszowego misia, który miał jedną straszliwą wadę. Właśnie ona sprawiła, że stracił swoją firmę, jego klienci swoje aktywa, a pracownicy swoje stanowiska. Alessandro cieszył się, że położył kres jego niekompetencji. Poza tym gdyby nie zrobił tego on, szybko wyręczyłby go ktoś inny.

Dobrze się stało, że trafiło na niego, skoro taki właśnie przyświecał mu cel: przejmować upadające albo skorumpowane przedsiębiorstwa i zamieniać je w coś użytecznego. W beznadziejnych przypadkach zwijał niedochodowy interes.

Z tego, co Alessandro wiedział i widział, wynikało, że szansa na pokonanie wroga tkwiła w samym wrogu. Wystarczyło odkryć jego słabości i czułe punkty. Koncepcja ta pochodziła ze „Sztuki wojennej” Suna Tzu, a Alessandro już dawno temu się nauczył, że odnosiła się nie tylko do świata biznesu, ale do całego życia. O tak, życie to wojna, a on zamierzał ją wygrać.

Musiał zwolnić co najmniej jedną trzecią pracowników, których właśnie poznał. Wyglądało na to, że Dillard nigdy nikomu nie wypowiedział umowy, czy to z sentymentu, czy z głupoty, czy ze zwykłego lenistwa.

Alessandro zawsze starał się ograniczyć redukcję do minimum. Wolał przenosić ludzi na inne stanowiska, adekwatne do ich kwalifikacji, ale wielu członków personelu tej firmy zwyczajnie nie zasługiwała na taką szansę. Mia James, osobista asystentka Dillarda, stanowiła chlubny wyjątek.

Choć niechętnie, musiał przyznać, że ta kobieta go zaintrygowała. Była piękna w tym nudnym, bardzo brytyjskim stylu. Miała proste blond włosy, oczy w kolorze bławatków, nieskazitelną jasną cerę i wysoką, smukłą sylwetkę bez wyraźnych krągłości. Pod każdym względem wydawała się… kompetentna, a nie takie kobiety zwykle rozbudzały jego pożądanie.

Mógł się założyć o roczne dochody, że miała za sobą karierę kapitana drużyny hokejowej w liceum, weekendy poświęcała na piesze wycieczki, a od chłopców wolała konie. Pewnie marzyła, by pewnego dnia wyjść za mąż za odpowiedniego mężczyznę i wychować z nim dwoje dzieci, chłopca i dziewczynkę.

A mimo to było w niej coś takiego, co nie pozwalało mu o niej zapomnieć. Wcale mu się to nie podobało, zwłaszcza że wkrótce zamierzał się z nią pożegnać. Nie potrzebował sekretarki. Zamierzał zaproponować jej więc inną posadę. Bo zawsze pracował sam. Tylko tak potrafił funkcjonować, zarówno w życiu zawodowym, jak i osobistym. Nauczył się tego już jako dziecko i nie czuł potrzeby, by to zmieniać.

Dokładnie godzinę później Mia James czekała na niego w gabinecie Dillarda. Alessandro to docenił, skoro sam cenił punktualność i zawsze dotrzymywał danego słowa.

‒ Ma pani dla mnie to, o co prosiłem? – zapytał bez zbędnych wstępów.

Wstała, prezentując w całej okazałości swoje długie nogi w czarnych rajstopach. Była ubrana w ołówkową spódnicę, białą koszulę i blezer, a zdobił ją jedynie złoty wisiorek na szyi. Długie, jasne włosy zebrała w schludny kok, spięty klamrą. Wszystko w niej prezentowało się bez zarzutu, a mimo to irytowała go. Nie podobało mu się, że rozbudziła jego ciekawość.

Zwykle nie pozwalał, by ludzie wpływali na niego w jakikolwiek sposób. Nie dopuszczał do głosu emocji i nigdy się nimi nie kierował. Bez względu na wszystko musiał kontrolować sytuację, zawsze, bez wyjątku.

‒ Mam tutaj wszystko – odparła Mia spokojnym, chłodnym głosem. Wydawała się znacznie bardziej opanowana od niego, co tylko dodatkowo go drażniło. – Wszystkie istotne informacje o najważniejszych klientach Dillarda.

‒ Na jakiej podstawie ustaliła pani, że właśnie oni są najważniejsi? – zapytał Alessandro, trochę zbyt ostro.

Spojrzała mu prosto oczy, niewzruszona jego obcesowym tonem.

‒ To najwięksi inwestorzy, którzy są z Dillardem najdłużej.

‒ Wszyscy są z Dillardem od epoki dinozaurów – burknął poirytowany. – Tym właśnie charakteryzuje się to miejsce.

‒ Długoterminowość to istotnie powód do dumy naszej firmy – zgodziła się Mia niskim, niezwykle przyjemnym dla ucha głosem. Najwyraźniej nie zamierzała mu się odcinać ani wdawać się z nim w polemikę. Ale to tylko jeszcze bardziej go rozsierdziło.

Rozsiadł się wygodnie na fotelu za burkiem, po czym wyciągnął rękę w jej stronę.

‒ Proszę mi to pokazać.

Mia zawahała się ledwo dostrzegalnie, zanim położyła przed nim stos teczek i otworzyła jedną z nich.

‒ James Davis, milioner, który założył firmę, by czerpać zyski na własne przyjemności. Odziedziczył majątek. Jest szczodry do bólu. Miły i sympatyczny, ale pozbawiony zdrowego rozsądku. Chętniej wykonuje polecenia, niż je wydaje.

Alessandro milczał, nie dając po sobie poznać, jak duże wrażenie wywarło na nim jej bardzo konkretne podsumowanie. Podała mu na tacy wszystkie istotne informacje, bez niczego, co mógłby uznać za zbędne, dokładnie tak, jak lubił. Poznał w życiu niewielu ludzi, których cenił, ale Mia James bez wątpienia należała do tego wąskiego grona.

Zerknął na zestawienie inwestycji wspomnianego człowieka, ale nie potrafił się skupić. Cytrusowe perfumy Mii uderzyły mu do głowy. Stała tak blisko niego, że jej piersi znajdowały się na wysokości jego oczu. Cienka tkanina koszuli zdradzała, że mylnie posądził ją o brak krągłości.

Dlaczego w ogóle o tym myślał? Powinien był skupić się na tym, co ważne.

‒ Generuje straty – zauważył po chwili.

‒ Tak – przyznała niepewnie. – Podobnie jak wielu innych klientów Dillarda w obecnej sytuacji na rynku. Henry… pan Dillard był pewien, że trendy zmienią się w ciągu najbliższych osiemnastu miesięcy.

Dzień wcześniej Alessandro rozmawiał z Henrym Dillardem przez telefon. Wtedy było już wiadomo, że przejęcie się powiodło. Zawsze starał się traktować swoich konkurentów z szacunkiem.

Dillard nie krył gniewu wynikającego z faktu, że został pokonany przez kogoś, kogo uważał za gorszego od siebie. Alessandro nawet nie zaszczycił jego złośliwości komentarzem. Nierzadko brał na cel firmy prowadzone przez takich ludzi jak Dillard, uprzywilejowanych, zamożnych i słabych. Czułby dla nich litość, gdyby nimi nie gardził. Ze zbyt wieloma takimi osobnikami miał w życiu do czynienia, począwszy od wczesnego dzieciństwa.

‒ Osiemnaście miesięcy na giełdzie to cała wieczność – zwrócił się do Mii. – Henry Dillard powinien to wiedzieć.

Mia wstrzymała oddech.

‒ Jak już wspomniałam, długoterminowość…

‒ Była jednym z atutów Dillarda. Ale to się skończyło.

Uniósł głowę i napotkał spojrzenie jej błękitnych oczu. Wtedy stało się coś dziwnego. Poczuł, jakby coś w nim zadrżało. I był prawie pewien, że ona też tego doświadczyła. Wyraźnie widział, jak zamrugała gwałtownie i nerwowo oblizała wargi.

‒ Proszę usiąść – polecił, a ona usłuchała.

Sytuacja stała się znacznie bardziej znośna, kiedy znalazła się po drugiej stronie biurka. W końcu mógł się skupić na interesach.

‒ Chętnie posłucham o kolejnym kliencie – odezwał się spokojnie, a Mia James rozpoczęła prezentację.

Szybko uporali się z całym stosem teczek. Wszyscy klienci Dillarda dysponowali odziedziczonymi majątkami, mieli przestarzałe podejście do inwestowania, bogacenia się i podejmowania ryzyka. Z kolei sama firma była skostniałą instytucją, która dawno temu osiadła na laurach i zdecydowanie za długo tam pozostawała. I właśnie dlatego Alessandro postanowił ją kupić.

Po zakończonej analizie zerknął na Mię, która siedziała nieruchomo, w idealnie eleganckiej pozycji, z nogami skrzyżowanymi na wysokości kostek i z niewzruszonym spokojem. Przypominała księżną, co drażniło Alessandra, mimo że zupełnie nie rozumiał dlaczego.

‒ Dziękuję pani – powiedział oschle.

‒ Czy mogę zrobić coś jeszcze?

‒ Jak dobrze zna pani klientów Dillarda?

Zdumienie naznaczyło jej twarz kilkoma drobnymi zmarszczkami, które jednak szybko zniknęły.

‒ Dość dobrze, jak sądzę.

‒ Często ma pani z nimi do czynienia?

‒ Zawsze wtedy, gdy pojawiają się w biurze. Rozmawiam z nimi, podaję im kawę i dotrzymuję towarzystwa. ‒ Przyjrzała mu się uważnie, jakby szukała wskazówek, czego konkretnie chciał się od niej dowiedzieć. – Każdego lata organizowałam również doroczne przyjęcia dla klientów i ich rodzin w posiadłości pana Dillarda w Surrey.

‒ Naprawdę? To musiało być bardzo czasochłonne zajęcie?

‒ Tak, ale także satysfakcjonujące. Lubię spotykać się z rodzinami klientów. Z niektórymi nawet się zaprzyjaźniłam, oczywiście tylko do takiego stopnia, do jakiego pozwalają mi zobowiązania zawodowe. Po siedmiu latach mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że całkiem nieźle znam większość tych ludzi.

Alessandro potrafił to sobie wyobrazić: Mię krążącą wśród gości, zawsze gotową pospieszyć z pomocą i zaspokoić ich potrzeby, bez względu na to, czy potrzebowali chusteczki, kieliszka szampana czy ramienia, na którym mogliby się wypłakać. Musiała poznać wiele interesujących sekretów. I właśnie to czyniło ją nieocenioną, przynajmniej chwilowo. Dzięki niej mógł z łatwością ustalić, których klientów Dillarda zachować, a z którymi się rozstać.

‒ To wszystko? – zapytała Mia, kiedy wpatrywał się w nią odrobinę za długo.

‒ Nie – odparł stanowczo. – Będzie mi pani towarzyszyć podczas gali charytatywnej dziś wieczorem.

ROZDZIAŁ DRUGI

Mia nie była pewna, czy coś się jej nie pomieszało.

‒ Słucham? – zapytała ostrożnie, zbita z tropu jego zaproszeniem. Starała się, jak mogła, by być idealną, niewzruszoną osobistą asystentką, odkąd ten mężczyzna wpadł do siedziby firmy w aurze nieposkromionej energii. Odnosiła jednak wrażenie, że nie radziła sobie najlepiej.

‒ To gala charytatywna w Ritzu – doprecyzował Alessandro Costa głosem zdradzającym zniecierpliwienie. – Pojawi się na niej wielu klientów Dillarda. Muszę zapewnić ich o bezpieczeństwie ich aktywów. Pani dotrzyma mi towarzystwa.

W takim razie to był rozkaz, a nie zaproszenie, jak wcześniej zakładała. Nie mogła się nie zgodzić. Nie mogła sobie na to pozwolić. Mimo wszystko nie czuła się komfortowo. Nigdy wcześniej nie uczestniczyła w takim wydarzeniu. W dodatku nie wiedziała, w jakim charakterze miałaby wystąpić. Jego sekretarki? Czy damy do towarzystwa?

Zganiła się w duchu za tak absurdalne spekulacje. Alessandro Costa nigdy nie zaprosiłby jej na randkę, a ona nawet tego nie chciała. Ale czego mógł od niej potrzebować? Kiedy pracowała z Henrym, zawsze pozostawała w jego cieniu, na drugim planie, niewidoczna, choć zawsze gotowa do działania. Nigdy nie stała w pierwszym rzędzie.

‒ Nie jestem pewna… ‒ zaczęła, po czym jednak zamilkła, skoro nie była pewna, jak dokończyć to zdanie. Co zamierzała mu powiedzieć? Że to nie ją powinien zabrać na to wydarzenie? Że zwykle nie uczestniczyła w podobnych imprezach? Że na samą myśl o tym robiło jej się słabo? Nawet jeśli tak było, nie zamierzała się zdradzić ze swoimi słabościami. Alessandro Costa sprawiał takie wrażenie, jakby tylko czekał na pretekst, by ją zwolnić. Dlatego tym bardziej nie chciał mu go dawać.

 

‒ Tak? – ponaglił ją.

Mia dumnie uniosła głowę.

‒ O której odbywa się ta gala?

Cień uśmiechu zagościł na jego ustach, przyprawiając ją o dreszcze. I bez tego robił piorunujące wrażenie, ale kiedy się uśmiechał, był zniewalający. Jego oczy stały się niemal srebrne, niezwykle piękne i oszałamiające. Mia z trudem wytrzymała ich spojrzenie.

‒ O siódmej.

Mia w pośpiechu przeanalizowała sytuację. Będzie potrzebowała odpowiedniej kreacji, której próżno by szukać w jej szafie. W dodatku, zanim dotrze na miejsce, upłynie godzina…

‒ Co się dzieje? – zapytał Alessandro wyraźnie już zagniewany. – Dlaczego ma pani taką minę, jakby dręczyły panią wątpliwości?

‒ To nic takiego – odparła pospiesznie Mia. Musiała sobie ze wszystkim poradzić. – Będę gotowa na siódmą.

‒ Na szóstą czterdzieści pięć – poprawił ją Costa. – Punktualnie. Nie lubię się spóźniać.

Kiedy ponownie znalazła się za swoim biurkiem, Mia na niczym nie mogła się skupić. Na szczęście nie miała wiele do roboty. Podobnie jak pozostali pracownicy firmy tkwiła w próżni, czekając na decyzje Alessandra Costy w sprawie dalszych losów Dillard Investments. Ostatecznie uznała, że równie dobrze może pozbierać swoje rzeczy i wrócić do domu, żeby przygotować się na wieczór.

Serce waliło jej jak młotem, kiedy, ściskając torebkę, zjeżdżała windą do wyjścia. Bała się, że wpadnie na Costę i niepotrzebnie go rozsierdzi. Choć miała prawo wyjść na lunch, wolała oszczędzić sobie dodatkowych kłopotów. Bez względu na to, jak bardzo nowy szef jej chwilowo potrzebował, jej przyszłość w jego firmie stała pod znakiem zapytania. Mia doskonale zdawała sobie z tego sprawę.

Półtorej godziny później zdyszana wpadła z powrotem do biura, niosąc w torbie sukienkę i buty. Oddech uwiązł jej w gardle, gdy zaraz za drzwiami windy wpadła na Alessandra Costę. Bez wątpienia wylądowałaby na podłodze, gdyby nie chwycił jej za ramiona, a ona nie podparła się na jego piersi. Poczuła pod palcami twarde mięśnie. Jednocześnie oszołomił ją zapach jego wody po goleniu. Nie wiedziała, jak się zachować ‒ co powiedzieć ani zrobić.

W końcu po kilku sekundach, które wydawały jej się wiecznością, mężczyzna puścił ją i zrobił krok w tył, mocno zaciskając szczęki.

‒ Gdzie się pani podziewała?

‒ Przepraszam. Szukał mnie pan?

‒ Chciałem przejrzeć teczki mniej istotnych klientów Dillarda. Sądziła pani, że zadowoli mnie tylko pierwsza dziesiątka? – Całe jego ciało zdradzało ogromne napięcie.

‒ Przepraszam. Wyszłam na lunch.

‒ Na półtorej godziny?

Mia pokręciła głową, czerwieniąc się intensywnie.

‒ Nie, oczywiście, że nie. – Zapanowała nad emocjami. – Jeśli musi pan wiedzieć, pojechałam do swojego mieszkania po sukienkę, która nada się na wieczór. Ale niebawem przyniosę panu pozostałe teczki. Obiecuję.

Alessandro Costa wpatrywał się w nią jeszcze przez moment, zanim zdawkowo skinął głową.

‒ Doskonale. Ma pani godzinę i ani minuty więcej.

Mia nie miała wątpliwości, że zmierzy jej czas, jak na pedanta przystało. Podeszła do swojego biurka, powiesiła sukienkę na wieszaku, po czym w pośpiechu zgromadziła informacje, o które prosił szef. Zamierzała mu udowodnić, że jest profesjonalna.

Minutę przed upływem wyznaczonego czasu weszła do gabinetu Henry’ego. Alessandro Costa zerknął na swój zegarek, kiedy przekraczała próg, po czym uśmiechnął się nieznacznie.

‒ Imponujące – skomentował po chwili, sprawiając wrażenie rozbawionego i pełnego niechętnego podziwu. – Byłem przekonany, że pani nie zdąży.

‒ Nie docenia mnie pan, panie Costa.

Zmierzył ją wzrokiem, przyprawiając o dreszcze.

‒ Może i tak – mruknął, wyciągając rękę po dokumenty.

Mia podała mu przygotowane teczki, a potem zajęła miejsce z drugiej strony biurka, gdzie czuła się bezpieczniej niż tuż obok niego. Nie miała pojęcia, czy sprawiała to jego onieśmielająca aura, ogromna charyzma czy prosty fakt, że był niewiarygodnie przystojny, ale kiedy znajdowała się za blisko niego, całe ciało, z mózgiem na czele, odmawiało jej posłuszeństwa. Nie powinna była reagować w ten sposób na swojego szefa ani w ogóle na kogokolwiek. Nie chciała pozwolić, by ktokolwiek zyskał nad nią władzę, czy to fizyczną, czy emocjonalną. Na samą myśl o tym dostawała gęsiej skórki.

‒ Czy mogę zrobić dla pana coś jeszcze? – zapytała, gdy tylko skończyli omawiać dokumenty.

‒ Tak – odparł bez zastanowienia Alessandro Costa. – Proszę mi pokazać swoją sukienkę.

‒ Moją… sukienkę? – powtórzyła, szeroko otwierając oczy ze zdumienia.

‒ Tak, pani sukienkę. Skoro będzie pani moją towarzyszką, musi pani wyglądać nienagannie.

‒ Pana towarzyszką…

‒ Pojawimy się na przyjęciu razem – doprecyzował, jakby rozumiał jej obawy. – Pani wygląd jest ważny. Proszę więc pokazać mi tę sukienkę.

Wstała bez słowa. Nie miała pojęcia, co zdaniem Alessandra Costy oznaczał nienaganny wygląd. Przeczuwała jednak, że jej prosta czarna sukienka koktajlowa, kupiona na wyprzedaży, nie spełni jego oczekiwań. Chyba że tak samo jak dawniej Henry Dillard chciał, by nie zwracała na siebie uwagi. Wówczas nie byłoby problemu, skoro od dziecka nie robiła nic innego, jak tylko próbowała zlewać się z tłem, by nie ściągnąć na siebie gniewu ojca. Tak naprawdę nie potrafiła zachowywać się inaczej.

Chwyciła sukienkę i wróciła do gabinetu, trzymając ją przed sobą niczym tarczę.

‒ Czy to się nada? – zapytała odrobinę drżącym głosem. Nigdy wcześniej nie znalazła się w sytuacji, w której szef miałby decydować o jej doborze kreacji. Ani trochę jej się to nie podobało. Nikt nie miał prawa dokonywać za nią wyborów, nawet tak drobnych jak ten w kwestii sukienki.

‒ Zamierza pani wystąpić w tym? – zapytał Alessandro Costa, nie kryjąc zdumienia, a nawet oburzenia. – Żeby pomylono panią z członkiem personelu obsługującego przyjęcie?

Mia uniosła dumnie głowę.

‒ Uważam, że to odpowiedni strój.

‒ Jest koszmarny. Kojarzy mi się z czymś, w czym wystąpiłaby młodsza sekretarka podczas firmowej imprezy z okazji Bożego Narodzenia.

Istotnie występowała w tej sukience na tego typu okazjach, ale nie zamierzała go o tym informować.

‒ Nie może pani tak się zaprezentować – dodał z naciskiem.

‒ Nie mam nic innego – odparła Mia. – Więc jeśli życzy pan sobie, żebym uczestniczyła…

‒ Dopilnuję, żeby coś pani miała. – Wyciągnął telefon z kieszeni. – Nie pozwolę, żeby opierała się pani na moim ramieniu niczym Kopciuszek, który nie zdążył przebrać się z łachów.

‒ Czyli zamierza pan być moją dobrą wróżką? – wypaliła Mia, zanim zdążyła ugryźć się w język. Coś w tym mężczyźnie skłaniało ją do nietypowych zachowań. W obecności Henry’ego Dillarda nigdy nie pozwoliłaby sobie na taki komentarz, ale też Henry Dillard nigdy nie zwracał się do niej takim władczym i aroganckim tonem.

Oczy Alessandra Costy lśniły niczym płynne srebro, sprawiając, że przyspieszał jej puls. Mia nie zamierzała jednak zwracać na to uwagi.

‒ Jeszcze nikt nigdy tak mnie nie nazwał – odezwał się, uśmiechając się szeroko.

Kiedy rozmawiał przez telefon, Alessandro odsunął się od Mii. Jego prawa ręka, Luca, bez zbędnych pytań obiecał, że jak najszybciej przyśle stylistkę do Dillard Investments. Po zakończonej rozmowie ponownie spojrzał na Mię. Starał się zignorować to, jak bardzo była poruszona. Uznał bowiem, że powinna czuć wdzięczność za to, że postanowił zadbać o jej wieczorową kreację.

‒ Nie rozumiem, dlaczego mam wystąpić w eleganckiej sukni, skoro jestem tylko pana asystentką – powiedziała Mia, ledwie ukrywając irytację. – I w ogóle do czego jestem panu potrzebna podczas tej gali? To dość niezwykłe…

‒ Dotrzyma mi pani towarzystwa, ponieważ pojawi się tam wielu klientów Dillarda – odparł Alessandro, wchodząc jej w słowo. – Zna ich pani znacznie lepiej niż ja. I ta wiedza jest mi niezbędna.

‒ Mimo to…

‒ I musi pani wystąpić w kreacji stosownej do okazji – dodał Alessandro, ucinając jej protesty. Nie lubił, kiedy ludzie się z nim nie zgadzali. Wolał, kiedy bez szemrania wykonywali jego polecenia. Ale Mia James najwyraźniej miała własną koncepcję.

‒ Klienci będą wiedzieli, że jestem asystentką Henry’ego – kontynuowała. – Jeśli się wystroję, pomyślą, że się popisuję…

‒ Teraz jest pani moją asystentką, a wieczorem będzie pani moim gościem – powiedział Alessandro. – Założy więc pani odpowiednią suknię. Jestem pewien, że wybierze pani coś dla siebie z tego, co zostanie dostarczone. – Spiorunował ją wzrokiem. – Większość kobiet byłaby zachwycona taką sposobnością.