Żona szejkaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kate Hewitt
Żona szejka

Tłumaczenie:

Małgorzata Dobrogojska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wszedł do środka przez okno. Olivia zerknęła na niego znad składanego koca, za bardzo zaskoczona, żeby się przestraszyć. Przynajmniej w pierwszej chwili. Luźne czarne ubranie skrywało wysoką, masywną sylwetkę. Włosy zasłaniał turban, ale stalowoszare oczy lśniły determinacją. Chciała krzyknąć, lecz błyskawicznie zasłonił jej usta dłonią.

– Nie zrobię ci krzywdy – powiedział po arabsku, tonem zaskakująco grzecznym.

Zrozumiała go z pewnym trudem, bo liznęła tylko trochę arabskiego, pracując w Amari, gdzie z trzema najmłodszymi księżniczkami porozumiewała się wyłącznie po angielsku. Tymczasem przybysz mówił dalej, więc wysiliła się, żeby go zrozumieć.

– Rób, co mówię, a nic ci nie będzie. Przysięgam.

Olivia stała sztywno, skupiona na tym delikatnym nacisku, a zapach jego dłoni drażnił jej nozdrza. Pachniał koniem, piaskiem, potem i piżmem, ale, o dziwo, wrażenie nie było nieprzyjemne. Ogarnęło ją dziwne odrętwienie i nie potrafiła się skupić na żadnej konkretnej myśli. Nie była w stanie myśleć, mogła tylko oddychać, jakby to wszystko działo się pod wodą albo w zwolnionym tempie, jednak nabrało przyspieszenia, kiedy mężczyzna pociągnął ją do okna. Jakoś się tam znalazła, na drżących nogach, rozdygotana, wstrząśnięta i przerażona.

Halina była w pokoju obok, za ledwie przymkniętymi drzwiami. Olivia słyszała, jak przyjaciółka nuci pod nosem. Więc jak to wszystko było możliwe? Dosłownie przed chwilą weszła do jej sypialni, żeby odwiesić do szafy wieczorową suknię i trochę posprzątać. Halina niedawno wróciła z przedłużonego obiadu u rodziców, podczas którego dyskutowali o jej przyszłości. I o jej narzeczonym. Olivia wiedziała, że Halina nie chce wychodzić za mąż, a już na pewno nie za zbuntowanego księcia, którego w ogóle nie znała.

– On funkcjonuje praktycznie poza prawem – westchnęła, rzucając się na sofę w salonie. – Jak jakiś kryminalista.

– Podobno studiował w Cambridge – zauważyła Olivia, przyzwyczajona do teatralnych gestów przyjaciółki, a Halina przewróciła oczami.

– Przez dziesięć lat mieszkał na pustyni. Musiał chyba kompletnie zdziczeć, wątpię nawet, czy mówi po angielsku.

– Jeżeli był w Cambridge, z pewnością mówi. Zresztą twoi rodzice nie chcą, żebyś go poślubiła, dopóki nie zostanie mu przywrócony tytuł i znów nie zamieszka w pałacu – przypomniała jej Olivia.

Przez cztery lata była guwernantką trzech młodszych sióstr Haliny, więc dobrze się orientowała w rodzinnych planach i nadziejach. Halina była zaręczona z księciem Zayedem al bin Nurem od dziesiątego roku życia, ale przed dekadą jego rodzina została obalona przez ministra rządu, Fakhira Maloufa, i książę Zayed, który właśnie ukończył studia, był zmuszony schronić się na pustyni i walczyć o odzyskanie władzy. Pomiędzy wojskiem Maloufa a rebeliantami Zayeda rozpętała się wojna domowa, która to przygasała, to wybuchała z nową siłą. Ojciec Haliny nalegał, by honorować zaręczyny, ale dopiero po odzyskaniu przez Zayeda tronu, a niestety nie było wiadomo, kiedy to nastąpi.

Z pewnością jednak ten mężczyzna nie mógł mieć z tym wszystkim nic wspólnego. Dlaczego więc pojawił się tutaj? Czego chciał?

Podprowadził ją do okna, wciąż dłonią kneblując usta. Czuła na języku słony smak. Jego oddech łaskotał ją w ucho, przyprawiając o dreszcz.

– Nie bój się.

O dziwo, wierzyła mu. Próbował ją uprowadzić, a nie przestraszyć. Uświadomiwszy to sobie, spróbowała mu się wyrwać.

– Nie rób tego – powiedział spokojnie, ale z cieniem groźby w głosie i zacieśnił uścisk na jej ramieniu.

Trzymał ją mocno, choć zaskakująco delikatnie, i zdała sobie sprawę, że jeśli nie ucieknie teraz, kolejnej okazji może nie być. Czuła pustkę w głowie, nie miała pojęcia, czego ten obcy od niej chce i co zamierza.

– Powiedziałem, że nie zrobię ci krzywdy – rzucił z lekkim zniecierpliwieniem. – To dla dobra nas obojga.

Bez sensu. Co w tym dobrego, że zostanie porwana? I jakim cudem zdołał wejść przez okno do sypialni Haliny?

Pałac królewski w pustynnym królestwie Abkar był oddalony od stolicy i strzeżony wysokim kamiennym murem, patrolowanym przez psy i żołnierzy. Hassan Amari nie ryzykował, gdy w grę wchodziło bezpieczeństwo ukochanej rodziny. A jednak ten dziwny, ciemny, silny mężczyzna wdarł się tutaj i zdawał całkowicie panować nad sytuacją. Coś poszło nie tak, ale Olivia nie potrafiła odgadnąć co i dlaczego.

Napastnik odwrócił ją twarzą do siebie. Miał zaskakująco długie i gęste rzęsy, a oczy nie szare, jak początkowo sądziła, ale zielone. Policzki, nos i wargi sprawiały wrażenie wyrzeźbionych, co jeszcze potęgowało wrażenie mrocznej determinacji i nieugiętości.

Owinął ją liną w talii, wystawił za okno i opuścił w dół, w ciemność pustyni. Zbyt przestraszona, by krzyknąć, wylądowała w ramionach innego mężczyzny, który postawił ją na ziemi i pospiesznie zakneblował usta chustą. Mężczyzna, który wdarł się do sypialni Haliny, zszedł po ścianie pałacu, bezszelestnie i zgrabnie jak wielki kot. Na widok knebla na ustach dziewczyny zmarszczył brwi.

– Przepraszam – powiedział cicho jego towarzysz. – Bałem się, że zacznie krzyczeć.

Mężczyzna kiwnął głową, a Olivia zatonęła w niewesołych myślach.

O co tu chodzi? Dlaczego ją porwali?

Wziął ją za rękę i pociągnął w stronę kilku koni przywiązanych pod ścianą pałacu. Konie? Jak mieliby się na nich wydostać z pałacu? Jedyna droga prowadziła przez frontową bramę, wysoką, najeżoną żelaznymi kolcami i strzeżoną przez straż sułtana Hassana.

Mężczyzna podsadził ją na konia i Olivia rozpłaszczyła się na nim nieelegancko. W przeciwieństwie do Haliny i jej sióstr, urodzonych praktycznie na końskim grzbiecie, nigdy nie jeździła konno.

Jej towarzysz, niemal rozbawiony jej nieudolnością, usiadł za nią i objął ramieniem, stabilizując w ten sposób jej pozycję. Od bioder w dół obejmował ją udami, a na plecach czuła bicie jego serca. Jego ciepło przenikało ją na wskroś, a zapach drażnił nozdrza. Nigdy wcześniej nie była tak blisko mężczyzny.

Ku jej zdumieniu przejechali pałacową bramę przez nikogo nie zatrzymywani, a w zasięgu wzroku nie było śladu żołnierza. Zaraz potem mężczyzna wyjął jej z ust knebel.

– Przepraszam – powiedział. – Nie chciałem cię traktować tak brutalnie.

To wszystko nie miało sensu, ale na razie nie mogła o nic pytać, bo gnany silnym wiatrem piasek wdzierał się do oczu i ust. Mężczyzna zwolnił konia i obwiązał jej twarz szalem.

Opierała się plecami o twardą ścianę jego piersi, a w mocnym uścisku czuła się prawie bezpieczna. Nieznajomy dał sygnał koniowi i pomknęli jak wicher przez pustynne piaski.

Godziny mijały, a oni wciąż jechali i choć mężczyzna cały czas ją podtrzymywał, zaczęła odczuwać zmęczenie. Wysoko w górze księżyc świecił nieziemskim blaskiem, miliardy gwiazd rzucały na piasek srebrzyste cienie, a jedynym słyszalnym dźwiękiem były uderzenia końskich kopyt o ziemię.

W końcu zapadła w niespokojną drzemkę, z głową opartą na piersi swojego opiekuna, bo choć, zważywszy na okoliczności, wydawało się to nieprawdopodobne, monotonny ruch zwyczajnie ją uśpił.

Obudziła się, kiedy zwolnili i nacisk ręki mężczyzny lekko zelżał. Zamrugała niepewnie, bo z ciemności wyłoniły się światełka. Słyszała też stłumione głosy, choć nie rozumiała słów. To, co wcześniej do niej mówił, rozumiała z trudem, zresztą nie była pewna, czy czegoś nie przekręciła.

Koń zwolnił i stanął, jej opiekun zeskoczył z niego i odwrócił się do niej, więc zerknęła na niego lękliwie. Najwyraźniej przybyli do punktu przeznaczenia i nie miała pojęcia, co będzie dalej. Co się z nią stanie? Obiecał, że jej nie skrzywdzi, ale na jakiej podstawie miałaby mu wierzyć?

– Zsiądź – powiedział spokojnie tonem, który przypominał ten, jakim sułtan Hassan przemawiał do przestraszonych klaczy. – Nikt cię tu nie skrzywdzi. Masz moje słowo.

– Dlaczego? – spytała spierzchniętymi od wiatru i piasku wargami. – Dlaczego mnie porwałeś?

– Żeby stało się zadość sprawiedliwości – odparł z powagą.

Podał jej obie ręce i pomógł zsiąść z konia.

– Odśwież się, napij i zjedz – powiedział. – Potem porozmawiamy.

Kiedy stanęła na ziemi, nogi się pod nią ugięły. Nienawidziła własnej słabości, ale nigdy wcześniej nie jechała konno, a przez większość czasu galopowali. Nic dziwnego, że bolały ją mięśnie i najchętniej usiadłaby tam, gdzie stała. Mężczyzna podtrzymał ją troskliwie i zaklął pod nosem.

– Myślałem, że jeździsz konno.

– Dlaczego? Nigdy nie jeździłam.

– Widocznie się pomyliłem. – Odwrócił się, zanim zdążyła odpowiedzieć. – Suma ci we wszystkim pomoże.

Zayed al bin Nur wszedł do swojego namiotu, przepełniony uczuciem tryumfu. Dokonał tego. Naprawdę porwał księżniczkę Halinę Amari z niedostępnego pałacu królewskiego. Pozostało tylko przypieczętować umowę i wziąć z nią ślub. Na myśl o furii przyszłego teścia uśmiechnął się posępnie. Jego czyn niósł ze sobą ogromne, choć starannie skalkulowane ryzyko, ale Zayed potrzebował wsparcia sąsiedniego królestwa Abkar w walce z Fakhirem Maloufem, który odebrał mu tron i zamordował rodzinę.

Targnęła nim zastarzała złość, utrwalona upływem czasu. Pospiesznie wszedł do namiotu, gdzie powitał go doradca i przyjaciel, Jahmal.

– Książę?

– Czy poczyniono przygotowania?

– Tak jest.

Zayed zdjął szatę podróżną i turban. Przegarnął palcami włosy, by usunąć z nich piasek.

 

– Dziękuję ci. Dałem mojej narzeczonej pół godziny na odpoczynek i odświeżenie, potem przystąpimy do ceremonii.

Przez twarz Jahmala przemknął wyraz niepokoju, ale kiwnął głową.

– Tak, książę.

Zayed wiedział, że jego najbliżsi doradcy byli przeciwni tak ryzykownym działaniom. Obawiali się gniewu Hassana i wywołania kolejnej, jeszcze bardziej wyniszczającej wojny z sąsiadem, którego dotąd uważali za sojusznika. Ale przecież nie podzielali silnych uczuć, jakie kierowały ich władcą. Nie pamiętali strasznych krzyków brata i ojca płonących żywcem w wysadzonym w powietrze helikopterze. Nie widzieli w snach twarzy wstrząśniętej matki, umierającej w ramionach syna. Nie budzili się z gardłem ściśniętym lękiem i nie musieli się zmuszać, by sprostać wyzwaniom nowego dnia walki o to, co zawsze powinno należeć do nich.

Dlatego nie mogli go zrozumieć. Nikt nie mógł. Wojna domowa będzie trwała bez końca, dopóki Zayed nie zadziała w sposób ostateczny. Działania Macloufa cofną rozwój kraju o dekady, a ludzie ucierpią jeszcze bardziej. Musiał coś zrobić, a porwanie wydawało się jedynym sensownym rozwiązaniem.

Bywały większe problemy niż pospieszny ślub. On chciał tylko dotrzymać dawno złożonej przysięgi, a Halina wkrótce się z tym pogodzi. Ściągnął zakurzoną odzież i zaczął się szykować na spotkanie z narzeczoną.

Pół godziny później, wykąpany i ogolony, wszedł do namiotu, gdzie miała czekać Halina. Kiedy oczy przywykły do migotliwego światła świec, zobaczył ją siedzącą na jedwabnej poduszce plecami do wejścia, drobną i smukłą, z kaskadą ciemnych włosów spadających na plecy. Miała na sobie luźną ciemnoniebieską szatę, haftowaną srebrną nitką. Wciąż pamiętał, jak trzymał ją w ramionach, i niespodziewanie poczuł przypływ tęsknoty i pragnienia. To małżeństwo miało być kwestią polityki, niczym więcej, ale już od bardzo dawna nie był z kobietą…

Poła namiotu opadła z szelestem i Olivia zerwała się gwałtownie. Miała niezwykłe, teraz szeroko otwarte oczy, ciemnoniebieskie, okolone gęstymi ciemnymi rzęsami. Zaskoczyły go swoją urodą.

Oczywiście nigdy nie widział porządnego zdjęcia swojej narzeczonej, zaledwie kilka mglistych fotek zrobionych z daleka. Zaręczono ich, kiedy on miał dwadzieścia, a ona dziesięć lat, przez pełnomocnika, więc nigdy się nie spotkali. To może nie był najszczęśliwszy moment na prezentację, ale nie miał innego wyjścia.

– Mam nadzieję, że odpoczęłaś? – zapytał.

– Tak… – odpowiedziała po chwili zawahania, kiedy przebiegła wzrokiem po jego twarzy, jakby szukając tam odpowiedzi.

Głos miała miły, trochę tęskny. To mu się podobało, podobnie jak jej oczy i włosy, a podczas wspólnej jazdy konno zauważył, że jest drobna i zgrabna. Za to wszystko mógł być wdzięczny, bo nie spodziewał się tak wiele. Plotki głosiły, że Halina ma skłonność do melodramatyzowania i jest trochę zepsuta. Siedząca przed nim kobieta wcale na taką nie wyglądała.

– Ale… – zająknęła się niepewnie – nie rozumiem, dlaczego…

Poła namiotu zaszeleściła i Zayed napotkał pytające spojrzenie imama, który miał prowadzić ceremonię. Wolałby cywilnego urzędnika, ale Malouf nie uznałby małżeństwa zawartego przez notariusza, a to byłoby ostanie, czego w tej sytuacji potrzebował.

– Jesteśmy gotowi – poinformował imama.

Olivia przenosiła wzrok z jednego na drugiego.

– O co tu chodzi?

– Po prostu powiedz „tak” – pouczył ją krótko. Nie miał czasu na pytania, obawy czy protesty. Porozmawiają po złożeniu przysięgi i skonsumowaniu małżeństwa. Nie wcześniej.

Oczy Haliny pociemniały jeszcze bardziej, różowe wargi rozchyliły się, nie wydając dźwięku.

– Tak? – powtórzyła, znów szukając odpowiedzi w jego twarzy.

Czy nie rozumiała, dlaczego się tu znalazła? Cóż, wkrótce zrozumie. W tej chwili nie mógł sobie pozwolić na wyjaśnianie, dlaczego konieczny jest pośpiech. Jego obóz był dobrze ukryty, ale Hassan mógł wysłać swoich ludzi na poszukiwanie córki, a on musiał ją poślubić, zanim do tego dojdzie.

Wyczuwając jego zniecierpliwienie, imam wysunął się naprzód i rozpoczął ceremonię.

Zayed ujął dziewczynę za ramię. Sprawiała wrażenie oszołomionej, ale miał nadzieję, że szybko się z tego otrząśnie. W końcu wiedziała przecież, że byli zaręczeni. Jego działanie było może niekonwencjonalne, ale rezultat byłby taki sam, gdyby wzięli ślub z największą pompą.

Kiedy nadeszła pora Haliny na potwierdzenie słów przysięgi, w namiocie zapadła cisza.

– Powiedz „tak” – syknął Zayed, a ona spojrzała na niego pytająco, wciąż trochę niepewna.

– Tak – powiedziała w końcu po kilku sekundach milczenia.

To powtórzyło się jeszcze dwukrotnie i za każdym razem musiał ją ponaglać.

Za każdym razem, kiedy wymawiała „tak” – naaan, jej głos brzmiał powątpiewająco.

Następnie imam zwrócił się do niego i Zayed szybko wyrzucił z siebie trzy razy „tak”.

Potem imam ukłonił się i cofnął o krok, a Zayed uśmiechnął się z satysfakcją. Więc jednak dopiął swego. Byli małżeństwem.

– Zostawię cię teraz – zwrócił się do Haliny, która zamrugała niepewnie.

– Zostawisz?

– Tylko na chwilę. Żebyś się mogła przygotować.

Zawahał się, ale postanowił niczego nie wyjaśniać. Nie teraz, kiedy mógł go usłyszeć imam, a Halina ciągle wydawała się oszołomiona. Później, kiedy będą mogli swobodnie pomówić przy jedzeniu i winie, wyjaśni jej więcej. Dzisiejszej nocy, równie istotne jak ceremonia ślubna, było skonsumowanie małżeństwa.

ROZDZIAŁ DRUGI

Olivia czuła się, jakby wpadła do króliczej nory w alternatywnej rzeczywistości. Nie miała pojęcia, co się działo, bo nie rozumiała arabskiego. Odniosła wrażenie, że wzięła udział w jakiejś oficjalnej ceremonii, ale co by to miało być? I ten mężczyzna, nalegający, by mówiła „tak”, ale po co? Czy chciał potwierdzenia, że nie odniosła szwanku w czasie podróży? Niby nic jej się nie stało, ale była zdezorientowana i przestraszona. Kim był ten dziwny nieznajomy i czego od niej chciał? I co będzie dalej?

Kobieta, która wcześniej pomogła jej się wykąpać i przebrać, Suma, przeprowadziła ją do innego namiotu, prawdziwie luksusowo wyposażonego. Podała jej cienką tkaninę, którą Olivia wzięła, ale nie miała pojęcia, co z nią zrobić. Z gestów Sumy wywnioskowała, że znów powinna się przebrać. Szata, nadzwyczaj delikatna i bogato zdobiona srebrną nitką, wyglądała na bardzo cenną i Olivia wolała się nie zastanawiać, dlaczego ją dostała.

Nie mogła o to spytać Sumy, bo starsza kobieta mówiła dialektem kompletnie dla niej niezrozumiałym. Porozumiewały się z pomocą mimiki, gestów i czasem jakiegoś znanego Olivii słowa. W żaden więc sposób nie mogła spytać tej miłej pulchnej kobiety, czemu dostała tę cenną szatę. Zresztą, czy uzyskałaby odpowiedź?

Namiot, do którego ją zaprowadzono, był równie luksusowy, jak przestronny, a centralne miejsce zajmował w nim duży materac z jedwabną, haftowaną pościelą i mnóstwem poduszek. Pustynny wiatr lekko poruszał ozłoconymi migotliwym światłem świec połami, a z oddali dochodziło parskanie koni.

Suma zostawiła ją sama, by mogła się przebrać i Olivia stała przez chwilę, przyciskając szatę do piersi i zastanawiając się, co robić. Ucieczka w ciemność nie wydawała się rozsądna; nie umiała jeździć konno i nie miała pojęcia, gdzie się znajduje. Przebranie się w tę niemal przezroczystą szatę też nie wydawało się właściwe. W obliczu nieznanej przyszłości zdecydowanie wolała pozostać ubrana.

Położyła więc szatę na łóżku i próbowała znaleźć rozsądne wyjście z tej przedziwnej sytuacji. Czy nieznajomy wróci? Czy mówi po angielsku? Jeżeli tak, to mógłby odpowiedzieć na jej pytania. O ile oczywiście odważyłaby się je zadać, bo sprawiał dość onieśmielające wrażenie.

Wróciła Suma z tacą zastawiona owocami i serami, dzbankiem i karafką z wodą i dwoma kryształowymi szklankami. Wszystko to wyglądało zdumiewająco cywilizowanie. Nie traktowano jej jak więźnia, tylko honorowego gościa, ale nadal nie miała pojęcia, co porywacz zamierza z nią zrobić. I tego obawiała się najbardziej.

Starsza kobieta dostrzegła pozostawioną na łóżku szatę i zmarszczyła brwi. Gestem zachęciła ją do przebrania się, ale bezskutecznie.

– Nie chcę – powiedziała po arabsku najbardziej stanowczym tonem, na jaki potrafiła się zdobyć. – Nie będę tego nosić. – Jej arabski był kulawy, ale brzmiał bardzo zdecydowanie.

Suma zmarszczyła się jeszcze mocniej i zaczęła gwałtownie gestykulować, popierając gesty potokiem niezrozumiałych słów. Najwyraźniej bardzo jej zależało, żeby Olivia jednak włożyła szatę.

– Tak – przerwała jej Olivia, zrozumiawszy przynajmniej jedno słowo. Jamila. – Szata rzeczywiście jest bardzo piękna, ale nie chcę jej nosić.

Suma jęknęła i Olivii zrobiło się przykro. Czy zachowała się niegrzecznie? A jeżeli mężczyzna się rozgniewa? Tylko dlaczego w ogóle chciał ją w niej widzieć? Znów pytanie, na które wolała nie szukać odpowiedzi.

Suma pokręciła głową, sapnęła ciężko i znikła, a Olivia westchnęła z ulgą. Nie miała najmniejszej ochoty paradować po pustynnym, pełnym mężczyzn obozie w czymś, co przypominało strój panny młodej w noc poślubną.

Na razie nerwowo przemierzała namiot, zastanawiając się, czy w końcu pojawi się ktoś, kto jej wytłumaczy, o co w tym wszystkim chodzi. Czego oni od niej chcieli? Jeżeli spodziewali się, że sułtan Hassan zapłaci za nią hojny okup, mogli się gorzko rozczarować. Hassan ją lubił, ale była tylko służącą…

A jeżeli potrzebowali jej dla jakichś innych celów? Przełknęła nerwowo, usiłując nie poddawać się panice. Bardzo chciała znów zobaczyć mężczyznę o łagodnych oczach, choć z drugiej strony jego obecność utrudniała jej nie tylko oddychanie, ale i racjonalne myślenie. A w tej chwili potrzebowała wszystkich sił umysłowych. Musi wymyślić, dlaczego się tu znalazła i jak stąd uciec. I jedno, i drugie wydawało się niemożliwe.

W tym momencie poła namiotu została uniesiona i oto stał przed nią, a szarozielone oczy połyskiwały w blasku świec. Był ubrany jak wcześniej, w luźne spodnie i długą koszulę z bielonego lnu, podkreślające umięśnione uda i pierś.

Cudem zdołała zachować spokój. Skrzyżowała ramiona na piersiach i uniosła brodę. Tylko tyle mogła zrobić.

– Chcę wiedzieć, dlaczego się tu znalazłam – powiedziała po angielsku, patrząc mężczyźnie prosto w oczy.

Na jego twarzy pojawiło się zdumienie, ale zaraz znikło.

– Świetnie mówisz po angielsku.

To dlatego, że była pół Angielką. I choć jako córka dyplomaty podróżowała po całym świecie, jej ojciec był Anglikiem, tym językiem mówiło się w domu i tego używała najchętniej.

– Wolę angielski od arabskiego.

– Czyżby?

Jego angielszczyzna była nienaganna, a ton trudny do rozszyfrowania. Na moment zmarszczył brwi.

– Dlaczego się nie przebrałaś? – Wskazał leżącą na łóżku szatę.

– A dlaczego miałabym to zrobić? – odpowiedziała pytaniem, wywołując jego rozbawienie.

– Bo jest wygodna? I piękna, podobnie jak ty. – Przysunął się do stołu, na którym stała taca z jedzeniem. – Chodź, zjedzmy coś i wypijmy. – Wskazał niskie siedzisko naprzeciw siebie. – Zapraszam.

Nadal tkwiła nieruchomo. Nie uważała się za piękną? Nikt jej nawet nie zauważał. Co w niej zobaczył ten nieznajomy?

Usiadł, najwyraźniej zupełnie zrelaksowany i bardzo pociągający. Gęste, ciemne włosy, piękne oczy, prosty nos i zmysłowe wargi, całość bardzo męska, bardzo absorbująca. A ciało… smukłe, muskularne, emanujące siłą i energią, nawet kiedy siedział bez ruchu. Miał wdzięk dzikiego kota, czujnego i gotowego do skoku.

Olivia czuła lęk, ale z zaskakującą domieszką pragnienia. Miał w oczach dziwną tęsknotę, a nikt nigdy tak na nią nie patrzył. Dotąd żyła w cieniu, starając się być niewidzialna, ignorowana przez owdowiałego, wiecznie zajętego ojca, błąkając się po peryferiach szkolnego życia. Odkąd cztery lata wcześniej została guwernantką księżniczek Amari, starała się być użyteczna, usuwając się z drogi ludziom ważniejszym od siebie. I dopiero teraz zobaczyła z całą wyrazistością bezdenną pustkę swojego życia. Jakby dotąd tylko czekała, aż coś się wydarzy. I w końcu tak się stało.

Została porwana, przypomniała sobie. To nie była jakaś romantyczna przygoda. Musiała uciekać.

– Chcę, żebyś mnie wypuścił.

Mężczyzna uśmiechnął się kpiąco.

– Gdzie? Na pustyni?

– Odwieź mnie do pałacu.

– Wiesz, że to niemożliwe.

– Skąd miałabym wiedzieć?

Uczynił w kierunku wejścia do namiotu gest, którego nie potrafiła rozszyfrować, zresztą nie dał jej czasu. Nalał do dwóch szklanek bezbarwnego płynu z dzbanka, który po dodaniu wody zrobił się mlecznobiały.

 

– Co to jest? – spytała podejrzliwie.

– Arak. Zmieszany z wodą zmienia kolor. Na pewno już go kiedyś próbowałaś.

– Nie. – Poza okazjonalnym łykiem szampana na Boże Narodzenie czy w sylwestra nie pijała alkoholu.

– Spróbuj, jest bardzo orzeźwiający. – Uśmiechnął się, ukazując bardzo białe i równe zęby.

Nadal nie ruszyła się z miejsca. Nie mogła tak po prostu usiąść do stołu z mężczyzną, który ją porwał.

– Nalegam. – Wyciągnął szklankę w jej stronę.

– Z oczywistych względów nie wezmę od ciebie niczego do jedzenia i picia.

– Dlaczego? Myślałem, że czasy takich dąsów już minęły.

Dąsów? Może rzeczywiście. Była spragniona, głodna i tak naprawdę nie wierzyła, by zatruł jedzenie. Niepotrzebnie się wygłupiła.

Dumnie uniosła brodę, starając się ukryć jej drżenie, i usiadła naprzeciw niego. Wzięła szklankę, którą jej podał i nie potrafił ukryć, jakie wrażenie zrobiło na niej muśnięcie jego palców. Widziała, że to zauważył, i zarumieniła się z zakłopotania. Była zupełnie niewinna i nawet nie potrafiła tego ukryć.

– Spróbuj – przeciągnął leniwie.

Pod jego badawczym wzrokiem podniosła szklankę do warg i upiła ostrożny łyk.

– Smakuje jak lukrecja.

– To anyż. Podoba ci się?

Z następnym łykiem do gardła i żołądka spłynęło jej ciepło.

– Nie wiem.

Roześmiał się miękko, uwodzicielsko, a ona ze zrodzoną z alkoholu odwagą napiła się jeszcze, choć rozum podpowiadał, że to nierozsądne.

– Więc nigdy nie próbowałaś araku – zamruczał. – Cieszę się, że mogę ci dostarczyć nowego doświadczenia.

– Naprawdę?

Lekko niepewną dłonią odstawiła na wpół opróżnioną szklankę na stolik. Wypiła zaledwie kilka łyków, ale już czuła skutki. Głowę miała przyjemnie lekką, ciało rozluźnione. To z pewnością było złe, zwłaszcza w sytuacji, kiedy tak dziwnie na nią patrzył, z mieszanką wyczekiwania i pożądania. A ona, bardzo nierozsądnie, czuła to samo.

Uświadomienie sobie tego było wstrząsem. Była naiwna i niewinna, a mimo to potrafiła dostrzec ten błysk w jego oczach, choć nie do końca mogła w to uwierzyć. Żeby tak silny, zmysłowy, atrakcyjny mężczyzna miał pożądać jej?

– Gdzie jesteśmy? – zapytała.

– Na pustyni.

– Tak, ale gdzie konkretnie. Wciąż w Abkarze?

Milczał przez chwilę, przesuwając po niej wzrokiem. Nawet jej nie dotknął, a już rozpaliła go do czerwoności. Miała wrażenie, że dopiero teraz budzi się do życia. Sięgnęła po szklankę, w której został już tylko łyk mlecznobiałego napoju.

– Nie jesteśmy już w Abkarze, tylko w Kalidarze.

Kalidar. Kraj rodzinny narzeczonego Haliny, księcia Zayeda al bin Nur. Czy jej porwanie było związane ze zbliżającym się ślubem Haliny? Czy stał za nim minister Fakhir Malouf? Nerwowo ścisnęła szklankę. Słyszała straszne rzeczy o jego okrucieństwie i całkowitym braku litości. Ten człowiek nie wyglądał na sługusa Maloufa, ale kim w takim razie był?

Musiał zauważyć jej lęk, bo pochylił się, a jego oczy na mgnienie przybrały odcień srebra.

– Już mówiłem, że możesz mi zaufać.

– Porwałeś mnie z pałacu. Dlaczego miałabym ci zaufać?

– To było konieczne.

– Dlaczego?

– Bo dłużej nie mogłem czekać. Ale dziś nie powinniśmy zawracać sobie głowy polityką.

Pożałowała, że tyle wypiła, choć to nie dlatego całe jej ciało buzowało podnieceniem. Nie mogła uwierzyć, że tak silnie podziałał na nią ktoś zupełnie obcy. W dodatku najwyraźniej zdawał sobie z tego sprawę.

Z uśmiechem odkroił kawałek sera i podał jej na małym nożyku, budząc w niej jeszcze silniejsze pragnienie.

– Powinnaś coś zjeść. Wypiłaś sporo araku, a nigdy wcześniej go nie próbowałaś.

Odstawiła szklankę, postanawiając więcej nie pić i po krótkim wahaniu wzięła ser. Smakował wyśmienicie. Była głodna, a godziny spędzone na końskim grzbiecie dodały jej apetytu.

Ukroił kawałek dla siebie i włożył do ust.

– Spróbuj winogron.

Była zauroczona widokiem jego długich, smukłych palców. Każdy jego gest był tak niezwykle zmysłowy… nie potrafiła ignorować napięcia i oczekiwania wibrujących w powietrzu. Wszystko było nowe i nieznane, ale wydawało się cudowne.

Nie potrafiła znaleźć innego słowa. Miała wrażenie, że wypiła jakiś magiczny eliksir, który teraz płynął w jej żyłach. Pragnęła tego więcej, choć rozum podpowiadał, że to zły pomysł.

Sięgnęła po winogrona, ale mężczyzna lekko pokręcił głową i oderwał owoc od grona, które miał w ręku. W jego spojrzeniu malowało się wyzwanie.

– Otwórz usta – powiedział miękko.

Te słowa zaszokowały ją, bo propozycja była bardzo śmiał, zresztą to nawet nie była propozycja, tylko polecenie, któremu powinna była odmówić. Powinna zażądać, żeby ją uwolnił, być rozgniewana, oburzona, przestraszona. Tymczasem bezwolnie poddawała się pożądaniu i marzyła, by on podzielał jej uczucia. Dlatego ze wzrokiem utkwionym w obiekcie swojej fascynacji, posłusznie otworzyła usta.

Na widok rozchylonych warg Haliny Zayeda przepełniło uczucie tryumfu i pożądania. Była najbardziej uroczą istotą, jaką kiedykolwiek spotkał. I choć nie ufał nikomu, nawet najbliższym, nie mógł wątpić w niewinność narzeczonej. Niebieskie oczy patrzyły szczerze, reakcje były proste i uczciwe, nawet odrobinę niezręczne. Był przekonany, że niczego nie ukrywa.

Wsunął owoc do jej ust, muskając pełne wargi kciukiem. Zachwyciły go jej oczy, z bardzo rozszerzonymi źrenicami, wiernie odbijające jej uczucia – zachwyt smakiem winnego grona i dotykiem jego palców.

Z lubością przymknęła oczy. Ciemne włosy spadały falami na ramiona, pod tuniką widział zarys piersi i bioder i już się nie mógł doczekać, kiedy weźmie ją w ramiona.

Zresztą nie mógł czekać. Sułtan Hassan albo jego ludzie wysłani na ratunek córce mogli być coraz bliżej. Ich małżeństwo musiało zostać skonsumowane, żeby nie można go było podważyć. A sądząc po widocznym rozdygotaniu Haliny, nie była temu przeciwna. Nieśmiała może i niewątpliwie niewinna, ale nie przeciwna.

Przełknęła winogrono, otworzyła szeroko oczy i patrzyła na niego, wyraźnie zakłopotana.

– Dlaczego tak się zachowujesz? – spytała w końcu.

– Bo bardzo mi się podobasz – odparł, pochylając się w jej stronę.

To małżeństwo było konieczne, by mógł odzyskać tron, swoje dziedzictwo, swoje życie. I o tym musiał pamiętać przede wszystkim.

– Ale… – Oblizała wysuszone wargi, doprowadzając go na skraj wytrzymałości. – Przecież nawet mnie nie znasz.

– Znam wystarczająco. I od zawsze tak miało być, czyż nie? Nasz los zapisano w gwiazdach.

Kwiecisty język miał być środkiem do celu. A, sądząc po rozszerzonych źrenicach dziewczyny i jej nieśmiałym zadowoleniu, okazał się skuteczny.

– Tak? – Pokręciła głową, próbując to sobie poukładać. – To dlatego mnie porwałeś?

– Oczywiście. Chodź. – Wstał, podając jej rękę i pociągnął za sobą.

Drżała, stojąc przed nim z opuszczoną głową, a długie rzęsy rzucały cień na policzki.

– Czego… czego ode mnie chcesz? – spytała szeptem.

– Chcę się z tobą kochać.

Oparł jej dłonie na ramionach i dopiero teraz poczuł, jaka jest drobna i krucha. Pochylił się i musnął wargami skórę na jej skroni, delikatną jak u dziecka.

– Ty też tego chcesz, prawda? – Powędrował wargami na kark, a ona zadygotała.

– Ja… nie, ja nigdy…

Roześmiał się, a potem pochylił i pocałował ją delikatnie.

– Wiem, kochanie. Wiem.

– Ale chyba nie przywiozłeś mnie tutaj po to?

Jęknęła cicho, kiedy ją objął i pieścił delikatnie.

– A jeżeli tak? – zamruczał, nie przerywając pieszczot.

Musiał działać bardzo powoli, a to nie było łatwe.

– Naprawdę?

Najwyraźniej wyobraziła sobie, że przybył na białym koniu, żeby ją porwać, bo mu się spodobała. Kompletna bzdura, ale pragnął jej na tyle, by móc zdobyć się na udawanie.

– Naprawdę – potwierdził zdecydowanie i zamknął jej usta pocałunkiem.