SeksrobotyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginału

Turned On. Science, Sex and Robots

Projekt okładki

NATALIA TWARDY

Koordynacja projektu

PATRYK MŁYNEK

Redakcja

DOROTA PACYŃSKA

Korekta

IWONA HUCHLA

Skład

LOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Copyright © Kate Devlin, 2018

This translation of Turned On is published by Publicat S.A. by arrangement with Bloomsbury Publishing Plc and Macadamia Literary Agency, Warsaw

All rights reserved

Polish edition © Publicat S.A. MMXX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

ISBN 978-83-245-8436-9

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Wstęp

I. Już to przerabialiśmy

II. A ja tam z radością witam naszych nowych panów robotów

III. O spinaczach biurowych, kotach i zombie

IV. Wystarczyło „Hello World” i już byłam twoja

V. Doliny Krzemowe

VI. Zabójcze ginoidy i manic pixie dream boty

VII. To czysta nauka

VIII. Utopia/Dystopia

IX. Prawo i nieporządek

X. Co dalej?

Epilog. Lepsza miłość dzięki technice

Wybrane materiały źródłowe

Podziękowania

Przypisy

Casparowi, który uczestniczył

w tej podróży literalnie i literacko

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

WSTĘP

Mogliście sięgnąć po tę książkę z wielu powodów. Być może skłoniło was do tego słowo „seks”. Być może słowo „roboty”. Być może oba te słowa razem: fascynująca przemiana podstaw science fiction w fakt naukowy. Może oceniliście książkę po okładce? To ładna okładka. Albo może kupiliście ją komuś w prezencie, żeby wprawić tego kogoś w potworne zakłopotanie. Witajcie, obdarowani! Możliwe jednak, że po prostu jesteście ciekawi, czy taka tematyka w ogóle może być przedmiotem zainteresowania naukowego. To doskonały punkt wyjścia i mam nadzieję, że w kolejnych dziesięciu rozdziałach pozwolicie mi przedstawić wspaniałe historie, pomysły, fakty naukowe i najnowsze osiągnięcia techniczne, które uzmysłowią wam, że ten temat kryje w sobie znacznie więcej, niż się początkowo wydaje.

W ostatnich latach nastąpił wysyp artykułów naukowych poświęconych seksrobotom. Przeczytałam większość z nich. W zasadzie często są to artykuły moje albo moich kolegów roboseksuologów (właśnie wymyśliłam tę nazwę). W 2015 roku nie miałam najmniejszego zamiaru zostać ekspertem w tak niszowej i nieco ryzykownej dziedzinie techniki. Trudno się jednak dziwić, że jeśli w jakimkolwiek środku przekazu połączy się słowa „seks” i „roboty”, ludzie bardzo szybko zaczynają się tym emocjonować. (Nie oznacza to, że zamierzam tu grać na takich emocjach. Jeśli szukacie sprośnych sloganów pisanych wielkimi literami, raczej się zawiedziecie).

Nie jest to jednak książka wyłącznie o seksie. Ani o robotach. To książka o intymności i technice, o komputerach i psychologii. O historii i archeologii, o miłości i biologii. O przyszłości – zarówno tej bliskiej, jak i dalekiej: o utopiach i dystopiach science fiction, o samotności i dotrzymywaniu towarzystwa, o prawie i etyce, o prywatności i wspólnocie. A przede wszystkim o byciu człowiekiem w świecie maszyn.

***

Moje życie wśród seksrobotów zaczęło się tam, gdzie rodzi się wiele dobrych pomysłów, czyli w pubie. Byłam w Europie na konferencji dotyczącej poznania i robotyki. Uczestniczyło w niej wielu rozmaitych naukowców zajmujących się sztuczną inteligencją. Pokonferencyjne wyjścia na drinki zawsze stwarzają doskonałą okazję, by rozkładać podstawy ludzkiej egzystencji na czynniki pierwsze, zwłaszcza gdy w towarzystwie są obecni filozofowie, bo jeśli w przyjaźnieniu się z filozofami jest coś dobrego, to z pewnością to, że dzielą się oni z innymi swoimi przemyśleniami na temat ludzkiej egzystencji. A jeśli jest coś dobrego w konferencjach poświęconych poznaniu, to to, że przyjeżdża na nie mnóstwo filozofów.

Dziś treść tamtej rozmowy spowija mętna, wesoła alkoholowa mgła, ale chyba pamiętam, że rozmawialiśmy o atrybutach, które czynią z nas ludzi i dzięki którym czujemy, że żyjemy. Konferencja była poświęcona sposobom, w jakie można skłonić systemy do myślenia: możliwościom tworzenia poznania w sztuczny sposób. Taki cel – budowanie maszyn umiejących reagować na otoczenie i na sytuacje, z którymi nigdy wcześniej nie miały do czynienia – wymaga wiedzy o tym, w jaki sposób robimy to my, ludzie. Nie oznacza jednak, że maszyny mają naśladować ludzki sposób postrzegania i reagowania. Owszem, to jedno z możliwych podejść do tematu, lecz możliwe, że istnieją skuteczniejsze sposoby, odpowiedniejsze dla systemów sterowanych komputerowo. Zanim wybierzemy metodę, musimy przede wszystkim określić, jak sami robimy te rzeczy. A choć ewolucja trwa od milionów lat, nie wiemy jeszcze wielu rzeczy na temat funkcjonowania człowieka.

Mimo naszego dążenia do finezji, przybierającego formę budowania ładnych domów, wypełniania ich gustownymi meblami, ubierania się w pasujące do siebie ciuchy i dbania o fryzury, nie udaje nam się do końca uciec od naszej zwierzęcej natury. Możemy sobie udawać, że chodzenie na randki do teatru albo do winiarni świadczy o wysokiej kulturze osobistej i obyciu, ale w gruncie rzeczy to rytuał łączenia się w pary napędzany potrzebą kontaktów międzyludzkich, być może (prawdopodobnie) w ich nagiej, fizycznej wersji. Seks to ważny element funkcjonowania ludzi. Dzięki niemu wciąż istniejemy. To oszałamiające, przyjemne pobudzenie przyćmiewa cały zdrowy rozsądek. Niełatwo zlekceważyć coś tak organicznie niezbędnego dla naszego istnienia. Seks wpływa na nasz sposób myślenia i zachowania. Oddziałuje na nasze postrzeganie i poznanie. A poza tym sprawia nam frajdę.

Rozmowa płynęła razem z drinkami i zaczęliśmy zadawać sobie pytania, na które nie ma odpowiedzi, przerzucać się zagadkami, które chcielibyśmy rozwiązać. Na przykład: w jaki sposób seks kształtuje nasze myślenie i zrozumienie świata oraz czy możemy – a może powinniśmy? – replikować ten mechanizm w systemie sztucznego poznania. Czy jeśli robot został zaprojektowany tak, by działał w sposób przypominający działanie człowieka, to należy go wyposażyć w seksualność? Czy można zaprojektować pożądanie? Jaką rolę mogłyby odgrywać aktywne seksualnie roboty w naszej opiece zdrowotnej? Czy coś takiego zostałoby zaakceptowane przez społeczeństwo?

Większości referatów, których wysłuchałam na tej konferencji, już nie pamiętam, ale pytania, które padły podczas zakrapianych rozmów w pubie, zostały ze mną dłużej. W trzeźwym świetle dnia wciąż były uporczywe i fascynujące. Dwa zdarzenia, które nastąpiły niedługo po konferencji, przesądziły o tym, że zapragnęłam zgłębić ten obszar badawczy. Pierwszym była współpraca ze studentką piszącą pracę magisterską na temat sztucznej seksualności (byłam zachwycona, mogąc być jej promotorką). Drugim okazała się burza, która rozpętała się wtedy w mediach, połączona z apelami o zakazanie seksrobotów. To wystarczyło. Przepadłam z kretesem.

***

Roboty są wśród nas już od jakiegoś czasu. Natomiast sama idea towarzyszy nam znacznie, znacznie dłużej – w zasadzie od tysięcy lat. Autonomiczne roboty – maszyny, które można zaprogramować, by samodzielnie wykonywały zadania – pojawiły się jednak dopiero w połowie dwudziestego wieku. Były to urządzenia przemysłowe zaprojektowane w celu zautomatyzowania linii produkcyjnych. Podobnie jak napędzana parą rewolucja przemysłowa w osiemnastym wieku, zapoczątkowały one bardziej zaawansowany proces produkcji.

 

W czasach nowożytnych mieliśmy na Zachodzie trzy rewolucje przemysłowe. Pierwsza nastąpiła po wynalezieniu silników parowych, druga dzięki wykorzystaniu stali, ropy naftowej i energii elektrycznej. Trzecia, ta najnowsza, to rewolucja cyfrowa, Internet i komputer osobisty. Mówi się, że właśnie stoimy u progu czwartej rewolucji przemysłowej: tej, w której sztuczna inteligencja i robotyka zmieniają i zastępują dostępne środki produkcji.

Roboty i sztuczna inteligencja to dwie osobne sprawy, lecz można je połączyć w słusznym celu. Roboty to zmechanizowane ciała. Istnieją w formie fizycznej – niekoniecznie humanoidalnej, choć w takiej również – i można je konstruować, by reagowały na zaprogramowane polecenia. Sztuczna inteligencja, znana w skrócie jako SI, to element niefizyczny. To coś w rodzaju mózgu, mimo że pojęcie „mózg” nie do końca pasuje do tego kontekstu, ponieważ obecnie SI nie potrafi myśleć tak jak człowiek. Zamiast tego uczy się na podstawie danych, analizując dostępne informacje, szukając wzorców i generując nowe spostrzeżenia. W aktualnej postaci jest to dość ograniczone: nie istnieje jeszcze żadna ogólna sztuczna inteligencja, a jedynie technika umożliwiająca wykonywanie pewnych konkretnych zadań w sposób, który można by określić jako inteligentny. To nie to samo co ludzka inteligencja. Sztuczna inteligencja może nas przechytrzyć podczas gry w szachy albo w go, ale wciąż mamy nad nią przewagę w bardziej złożonym rozumowaniu związanym z reagowaniem na bodźce.

Roboty i SI stają się coraz lepiej zintegrowaną częścią naszego codziennego życia. Sztuczna inteligencja otacza nas ze wszystkich stron. Prawie jej nie zauważamy, bo przeważnie gładko wtapia się w tło. Kojarzycie doradcę z tego sklepu internetowego, w którym niedawno robiliście zakupy? Najprawdopodobniej był to tak zwany chatbot: zautomatyzowana sztuczna inteligencja. Dość trudno wskazać różnicę między człowiekiem pracującym w biurze obsługi klienta w oparciu o scenariusz obsługi a oprogramowaniem cyzelującym jego odpowiedzi. Może i nie mamy jeszcze świadomej SI – w zasadzie możliwe, że nigdy nie będziemy jej mieli – ale z pewnością potrafimy sprawić, by wydawała się ludzka. Włóżcie w robota trochę SI, a będzie mógł przyswajać informacje na temat otoczenia, przetwarzać te informacje i działać na ich podstawie w nowy sposób. Dajcie temu robotowi ludzką postać i voilà! Jesteśmy na dobrej drodze, by stworzyć sztucznego człowieka. Tak jakby.

Od niedawna możemy zaobserwować zjawisko popularności wirtualnych asystentów: oprogramowania potrafiącego rozpoznawać komendy głosowe i reagować na nie. Aktualnie na rynku dominują cztery z nich: Alexa Amazona, Siri Apple’a, Asystent Google’a i Cortana Microsoftu. Ponoć niebawem Facebook też wypuści swoją wersję. Rozmawiając z czymś takim, można żądać najróżniejszych informacji: prognozy pogody, włączenia swojej ulubionej stacji radiowej, wyszukania przepisów kulinarnych i wyników sportowych. Można kazać im zapamiętać listę zakupów albo nastawić budzik. Jeśli masz inteligentne żarówki, mogą kontrolować oświetlenie. Jeśli wcześniej podłączysz je do Internetu, możesz poprosić, żeby wyłączyły ogrzewanie. Możesz nawet polecić, żeby zagotowały wodę w czajniku elektrycznym, choć gdy już sprawdzisz, czy jest w nim woda, wlejesz ją i postawisz czajnik, równie dobrze sam możesz wcisnąć przycisk.

Ilekroć wydajesz polecenie w rodzaju: „Cortana, zrób ciszej”, możesz mieć pewność, że gdzie indziej ktoś formułuje znacznie bardziej sprośne żądanie. Zdarzyło ci się mówić świństewka do Siri? Zalecać się do Alexy? Jeśli tak – nawet jeśli robiłeś to tylko po to, żeby sprawdzić, co się stanie – nie jesteś odosobniony. Skoro coś istnieje, ludzie próbują to zbałamucić. Ale wirtualne osobowości stojące za popularnymi wirtualnymi asystentami przywykły do takich numerów. W zasadzie tacy producenci jak Microsoft, Google, Apple i Amazon wykonują za kulisami mnóstwo pracy, by odrzucać awanse użytkowników chatbotów. Przekonajcie się sami. Ale może lepiej nie w pracy.

Tylko jak bardzo to wszystko jest ludzkie? Wystarczająco ludzkie, żeby móc temu zaufać? Żeby się z tym zaprzyjaźnić? Wystarczająco ludzkie, żeby się w tym zakochać? Film Ona Spike’a Jonze’a z 2013 roku przedstawia scenariusz z niedalekiej przyszłości, w której samotny mężczyzna podczas postępowania rozwodowego zakochuje się w swoim systemie operacyjnym. Niestety, ścieżka prawdziwej miłości nigdy nie biegnie prosto i wkrótce niedostępność ciała zaczyna frustrować bohatera. Na szczęście w prawdziwym życiu mamy już rozwiązanie tego problemu: seksrobota.

Nie róbcie sobie wielkich nadziei – seksroboty z prawdziwego zdarzenia w zasadzie nie istnieją. Od dawna są stałym elementem science fiction, ale dopiero w ubiegłym roku zaczęły stawać się czymś realnym. Dotąd do mainstreamowej produkcji komercyjnej najbardziej zbliżyli się twórcy RealDoll, czyli mające siedzibę w Kalifornii Abyss Creations, które oferuje wersję swojej silikonowej lalki z animatroniczną głową i osobowością SI. Ten robot (który nie do końca jest robotem, ponieważ od szyi w dół pozostaje zupełnie nieruchomy) nazywa się Harmony i dzięki aplikacji SI można zmieniać jego osobowość, uwydatniając najbardziej pożądane cechy. W Europie inżynier Sergi Santos zbudował robota, którego trzeba podniecić. Misja – jeśli ktoś jest gotów się jej podjąć – polega na doprowadzeniu robota do orgazmu. Czy coś w tych przykładach przykuło waszą uwagę? Tak, tak, tworzone współcześnie modele w przytłaczającej większości są inspirowane kobietą.

Obecnych wersji seksrobotów nie da się pomylić z prawdziwym człowiekiem. Są czymś innym: kreskówkowymi, przerysowanymi i rozerotyzowanymi portretami kobiecej figury. Tylko właściwie dlaczego? Dlaczego mogąc wykorzystać wspaniałą technikę, którą mamy pod ręką, i stworzyć, co tylko zechcemy, próbujemy – wciąż bezskutecznie – stworzyć coś realistycznego? Moglibyśmy zaprojektować, czego dusza zapragnie: pięć piersi, trzy penisy, dwadzieścia rąk. Dlaczego zatem tego nie robimy? Czy w ludzkiej postaci jest coś, co sprawia, że takie roboty są pociągające?

Nie wszyscy cieszą się na myśl o przyszłości wypełnionej zmechanizowaną przyjemnością. Trzeba rozwiązać różne problemy prawne i etyczne: czy seks z robotem liczy się jako zdrada? Czy będzie prowadził do przemocy i gwałtu? A co, jeśli ktoś stworzy wersję dziecięcą? Czy taka zmiana zniszczy relacje międzyludzkie? Czy, jak sugerował jeden z nagłówków w 2016 roku, roboty „zadymają nas wszystkich na śmierć”?

Może jednak stanie się zupełnie inaczej i erotyczne roboty towarzyszące dadzą nam szansę poprawy naszego życia: wyleczą nas z samotności, dostarczą przyjemności, wyeliminują opartą na wyzysku pracę seksualną lub będą leczyły i rehabilitowały przestępców seksualnych. Może to nasza przyszłość, więc zamiast obawiać się powstania maszyn, powinniśmy, całkiem dosłownie, przyjąć je z otwartymi ramionami.

Bierzmy się do pracy. Pora poznać fascynujący, choć niekiedy zagadkowy świat seksrobotów. A żeby rozpocząć tę podróż, musimy cofnąć się co najmniej o trzydzieści tysięcy lat i zrobić po drodze kilka przystanków. No to zaczynamy! Kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

JUŻ TO PRZERABIALIŚMY

Dawno, dawno temu, jak zaczynają się wszystkie ciekawe opowieści, żyła sobie młoda kobieta o imieniu Laodamia. Ta świeżo upieczona, szaleńczo zakochana mężatka płakała na brzegu morza, gdy jej mąż wyruszał na wojnę z Troją. Niestety, jej ukochany Protesilaos jako pierwszy zginął z rąk wroga.

Ofiarę składając przed ranka nastaniem,

Z nadzieją próżną przysięgi mówiłam

I bogów podziemi otoczonych łkaniem

O Pana mego w te słowa prosiłam:

Na bożą litość jeszcze raz się zgódźcie

I zwróćcie go mym oczom, zwróćcie![1]

Greccy bogowie, jak to greccy bogowie, pozwolili mu pożyć jeszcze trzy godziny, by para mogła być ze sobą ostatni raz, lecz gdy przyszła pora powrotu Protesilaosa do świata podziemi, Laodamia znów wpadła w rozpacz. Była jednak zaradną kobietą i zleciła zrobienie z brązu podobizny męża – sztucznego kochanka, którego brała sobie do łóżka. Uroczy pomysł, acz niebezpieczny. Sługa, podglądając przez szparę w drzwiach, zobaczył, jak jego pani całuje, obejmuje oraz, jak to ujęto w jednym ze starożytnych tekstów, „obcuje” z posągiem, i zakładając, że w łóżku jest mężczyzna, doniósł o tym jej ojcu. Ten wpadł do sypialni (niezręczna sytuacja...) i widząc podobiznę z brązu, rozkazał ją spalić. Potem było jeszcze gorzej. Laodamia, nie mogąc znieść dalszej rozpaczy, rzuciła się na stos i zginęła razem z figurą męża. Nikt nie żył długo ani szczęśliwie. Mamy jednak pierwszą spisaną opowieść o seksrobocie, a fabuła, która przetrwała tysiące lat, ma tragiczny wydźwięk.

Przedstawienie historii Laodamii jako opowieści o sztucznym kochanku to pomysł doktor Genevieve Liveley, starszej wykładowczyni filologii klasycznej na uniwersytecie w Bristolu. W tradycyjnych ceglanych murach tej uczelni kryje się całe bogactwo badań naukowych poświęconych bardziej lubieżnej stronie dziejów. Liveley to antidotum na każdego, kto myśli, że klasyczne teksty są nudne i nijakie. Od lat uczy studentów o komedii, snuciu opowieści, cyborgach, robotach i pornografii – wszystko w kontekście świata starożytnego, często po łacinie albo w grece. Przez osiemnaście z tych lat jesteśmy bliskimi przyjaciółkami – od dnia, w którym pierwszy raz przyjechałam do Anglii – lecz minęło piętnaście lat, zanim zauważyłyśmy, jak bardzo zazębiają się nasze zainteresowania naukowe.

Czasami zapominam, że nie każdy zgłębia tak intymne zagadnienia. Siedząc przy stoliku przed kawiarnią w bristolskim przemiłym Clifton Village, gdzie zamówiłyśmy z Liveley herbatę i ciasto, zaczęłyśmy rozmawiać o przeróżnych sprośnych elementach historii. Dopiero później, gdy dostałam zapis naszej rozmowy, uświadomiłam sobie, że ktoś spędził cały ranek, spisując najróżniejsze starożytne przypadki deprawacji okraszone naszymi dygresjami, grą słów i chichotaniem. W pewnym miejscu tego protokołu zastąpiono dość brzydkie słowo cenzorskim „[niezrozumiałe]”. Jestem pewna, że na nagraniu brzmiało ono bardzo wyraźnie. Poniewczasie zaczęłam się zastanawiać, co sobie myślała rodzinka siedząca przy stoliku obok, gdy rozmawiałyśmy o sprawach mogących wywołać rumieniec na twarzy przypadkowego podsłuchiwacza. Mam nadzieję, że nasza dyskusja miała stosownie intelektualistyczny i edukacyjny wydźwięk.

W wielu artykułach o seksrobotach kreśli się tło historyczne, zaczynając od opowieści o Pigmalionie. To dosyć dobrze znany motyw i przez lata wykorzystywano go ku powszechnemu zadowoleniu w przeróżnych dziełach, od szekspirowskiej Opowieści zimowej po osiemnastowieczną operę Pigmalion, balet Coppélia, czyli dziewczyna o szklanych oczach oraz musical i film My Fair Lady. Z pozoru to frapujące przedstawienie historii o seksrobocie: chłopak poznaje dziewczynę, dziewczyna jest sztuczna, chłopak kocha sztuczną dziewczynę. Jak jednak wyjaśnia Liveley, chodzi tu o coś znacznie głębszego. Albo nawet zupełnie innego.

Zacznijmy od opowieści o Pigmalionie – od tej, którą wszyscy znamy z popkultury: pewien Grek, rzeźbiarz o imieniu Pigmalion, nie mógł znaleźć w kobietach niczego dobrego, więc stworzył sobie piękny posąg. Zakochał się w nim i modlił się do Afrodyty, bogini miłości, by zdołał znaleźć taką kobietę. Po powrocie do domu pocałował posąg i ten ożył. Pigmalion dał mu na imię Galatea. Wzięli ślub i urodziło im się dziecko.

Tak naprawdę, jak zauważa Liveley, ta historia jest raczej rzymska niż grecka, bo spisał ją Owidiusz, i chodzi w niej przede wszystkim o oszustwo i złudzenia. Metamorfozy, w których znajdujemy opowieść o Pigmalionie, to opublikowany w ósmym roku naszej ery zbiór ponad dwustu pięćdziesięciu klasycznych, tradycyjnych mitów. Są wcześniejsze historie, takie jak opowieść Polibiusza o realistycznej maszynie należącej do Nabisa, króla Spartan – ów robot wyglądał jak żywy, a został zaprojektowany i ubrany tak, by przypominał Apegę, zmarłą żonę króla. Owidiusz opowiada jednak historię, którą sam wymyślił. Skupia się przede wszystkim na skłonności głównego bohatera do urojeń. Pigmalion łudzi się, że pomnik zrobiony z kości słoniowej ożywa. „Cały sens – wyjaśnia Liveley – polega na tym, że Pigmalion ulega urojeniom. On jest głupcem, a pomnik jest tylko pomnikiem. Nie porusza się – Pigmalionowi tylko się wydaje, że tak jest, a zatem wszystko dzieje się w jego głowie. Owidiusz dokłada wszelkich starań, by podkreślić, że to tylko złudzenia”.

 

„Można na to spojrzeć także w inny sposób” – ciągnie Liveley. „Albo Pigmalion ma urojenia, albo z pomnikiem dzieje się coś niezwykłego, co przemienia go w prawdziwą dziewczynę. Więc albo on jest szalony i uprawia seks z nieożywionym pomnikiem, albo rzeczywiście dzieją się jakieś czary i uprawia seks z osobą z krwi i kości. Tak czy inaczej, trudno to porównać z seksrobotem. Twierdzenie, że to opowieść o pierwszym seksrobocie, jest mylące”.

Zanim obruszymy się na myśl, że postać Pigmaliona uprawia seks z nieożywionym pomnikiem, musimy pamiętać, że idea agalmatofilii – pociągu seksualnego do pomnika, lalki albo manekina – została odnotowana już na początku istnienia cywilizacji greckiej. W 1975 roku w artykule noszącym rozkoszny tytuł Perversions Ancient and Modern (Starożytne i współczesne perwersje) naukowcy A. Scobie i A.J.W. Taylor omawiają klasyczne dowody uprawiania seksu z pomnikiem (jedenaście relacji ze starożytnej Grecji i jedną z Włoch), a Pliniusz Starszy donosi: „Ponoć pewien mężczyzna zakochał się w rzeźbie i obejmował ją pod osłoną nocy, a po jego lubieżnym akcie pozostała plama”[2]. Pracę tych pierwszych krytykowano jako niemożliwą do zweryfikowania, mimo że Iwan Bloch, jeden z pionierów seksuologii, odnotowuje zaburzenie preferencji seksualnych zwane Venus statuaria, czyli „gwałtem na pomniku”. „U seksualnie szczególnie pobudliwych jednostek już sam spacer przez muzeum z licznemi posągami może wywołać podniecenie seksualne, na co istnieją liczne przykłady”[3] – pisze Bloch w swojej pracy z 1909 roku zatytułowanej Życie płciowe naszych czasów.

Tylko że, jak mówią uczeni, Pigmalion nie dopuszcza się takich grzeszków. Jego pomnik ożył – mężczyzna nawiązał intymne stosunki z żywą kobietą (lub wierzył, że tak jest). Chciał czegoś prawdziwego, nie jedynie odwzorowania, i koniec końców pożądał żywej kobiety. Czy współczesne lalki erotyczne to echo pomników dawnych agalmatofilów? Czy ludzie uprawiają miłość z atrapą dlatego, że pożądają żywego człowieka, czy dlatego, że pociągają ich dmuchane lalki same w sobie? Trudy Barber, ekspertka od cyberseksu na Uniwersytecie Portsmouth, badała społeczności, których członkowie czują pociąg seksualny do dmuchanych lalek (i seksrobotów), a niekiedy pragną nimi być. Taki rodzaj fetyszyzmu nazywamy androidyzmem. „Istnieje rosnąca subkultura ludzi – mówi Barber – którzy pragną stawać się robotami i lalkami właśnie w kontekście narcystycznych form pobudzenia seksualnego i kultu cielesnego technofaszyzmu”.

Allison de Fren, zajmująca się zawodowo komunikacją w mediach, analizuje w swoim eseju świat technofetyszyzmu, zwanego również ASFR (alt.sex.fetish.robots) na cześć jednej z pierwszych internetowych grup Usenetu, która początkowo zrzeszała członków tej społeczności. De Fren rozróżnia dwie podgrupy: tych, którzy pożądają zupełnie sztucznych, skonstruowanych robotów, oraz tych, którzy pragną przeistoczyć się z człowieka w robota. Jej badania ujawniły, że etosem ASFR była feminizacja obiektów: wyraźne implikowanie i normalizacja ról płciowych. Autorka pisze, że sednem tego wszystkiego jest wspólne zainteresowanie zaprogramowaną kontrolą. Z opisu dostępnego w Wikipedii dowiadujemy się, że tego rodzaju fantazje dotyczą „człowieka, który zgodnie ze swoją wolą albo wbrew niej zostaje przekształcony w robota”. Można by powiedzieć, że to taki odwrócony Pigmalion.

Odwieczna fascynacja sztucznymi kochankami trwa do dziś. Istnieją jednak ślady jeszcze starszych seksualnych reprezentacji ludzkiego ciała – mniej lub bardziej obrazowych.

***

Historia to opowieści o przeszłości, które zostały spisane. Przed tym – przed pisaniem – jest prehistoria. I właśnie ona mnie fascynuje. Musimy składać jej fragmenty w taki sam sposób, w jaki składamy kawałki ceramiki: starannie, precyzyjnie, delikatnie, cały czas poszukując jak największej ilości informacji, żeby efekt był taki, jak powinien. Wskazówki znajdują się w materialnych aspektach ludzkiego życia – w tym, co ludzie wytwarzali i budowali – a także w samych ich ciałach: w tym, co jedli, które kości sobie łamali, na jakie zapadali choroby. Od początku są również w sposobie, w jaki my, ludzie, próbujemy ułatwić sobie życie za pośrednictwem techniki, dlatego że technika oznacza używanie narzędzi, narzędzia zaś zaczynają się od zwyczajnego kija, którym można coś trącać. A skoro mowa o trącaniu...

W 2005 roku w pewnej jaskini w Niemczech znaleziono kamienny dwudziestocentymetrowy przedmiot o szerokości trzech centymetrów, którego wiek oszacowano na dwadzieścia osiem tysięcy lat. Gdy już starannie go złożono z czternastu kawałków drobnoziarnistego piaskowca, nie było żadnych wątpliwości: żłobienia i kształt wyraźnie wskazywały, że miał on wyobrażać penisa (urzekło mnie bezbłędne użycie ujętego w cudzysłów słowa „narzędzie” w poświęconym temu odkryciu artykule na internetowej stronie BBC[4]). Ta „symboliczna reprezentacja męskich genitaliów” została znaleziona w warstwie popiołu kojarzonej z działalnością współczesnego (w sensie archeologicznym) człowieka. Czy zatem dildo wynaleziono dwadzieścia pięć tysięcy lat wcześniej niż koło?

Nie jest to pierwszy archeologiczny sztuczny penis, jaki znaleziono, ale jeden z najstarszych. Archeologowie są ostrożni w kwestii przypisywania im określonego zastosowania, mimo że ten nosi ślady świadczące o tym, że używano go w charakterze tłuczka. Zwykle zakłada się, że takie przedmioty miały przeznaczenie ceremonialne albo rytualne. Nie są to jednak wyłącznie wykręty powodowane zakłopotaniem. Na przestrzeni wieków z całą pewnością można znaleźć przykłady wykorzystywania obiektów fallicznych jako amuletów. Predynastycznego egipskiego boga Mina przedstawiano z pokaźną erekcją i oddawano mu cześć, umieszczając przed domami fallusy. Indyjski bóg Sziwa, bóstwo o prehistorycznych korzeniach, czczone jest również pod falliczną postacią zwaną lingam. W świątyni w wiosce Gudimallam w stanie Andhra Pradeś znajduje się egzemplarz mierzący półtora metra i pochodzący z trzeciego wieku przed naszą erą. Rzymianie także bardzo lubili penisa. Używali go w charakterze amuletu i ozdabiali nim przeróżne przedmioty – meble, biżuterię, ściany domów. Nazywano go fascinus lub fascinum i miał chronić przed złem, pełniąc funkcję świętego zaklęcia zapewniającego bożą ochronę.

Pewnie uznacie mnie za zbereźnicę, ale zastanawiam się, czy to wszystko miało także aspekt bardziej zbliżony do zabawek erotycznych. Czy nasi prehistoryczni odpowiednicy mogli używać tych przedmiotów do przyjemniejszych celów? Jestem skłonna odpowiedzieć na to pytanie twierdząco. Może nie we wszystkich przypadkach i może nie za często, ale gdy przyjrzymy się późniejszym społeczeństwom, okazuje się, że coś takiego z pewnością się działo. A jeśli studiowanie archeologii czegokolwiek mnie nauczyło, to tego, że zachowanie człowieka wcale aż tak bardzo się nie zmienia.

Użycie słowa „zabawka” w takim kontekście jest współczesnym pomysłem – to słowo oddaje figlarny cel przyjemności, nieograniczonej przez tabu. Używam go, by opisać jego historyczne przejawy, choć jest mało prawdopodobne, że dawniej odnoszono by się do nich w ten sposób. Wskutek zmian zachodzących w postawach wobec seksu i seksualności obecnie preferujemy skojarzenia z frywolnością i rozrywką, podczas gdy pierwsi seksuolodzy badający historię takich przedmiotów traktowali te sprawy o wiele poważniej.

Starożytni Grecy, o czym zdążyliśmy się już trochę przekonać, nie wzdragali się przed pisaniem o erotycznych igraszkach. Na poparcie ówczesnych relacji pisemnych mamy wazy z czarnymi i czerwonymi postaciami: pociągnięcia pędzla na garnkach i talerzach kreślą sylwetki w najróżniejszych erotycznych plątaninach, w których często widuje się kobiety dzierżące falliczne przedmioty. Jeśli chodzi o zabawki dla dorosłych, dildo nie było im obce, a niektórzy twierdzą, że robiono je nawet z chleba. Obywatele pragnący zabawek do penetracji mogli używać twardego paluszka chlebowego znanego jako olisbokollix, dosłownie „chlebowe dildo” (w liczbie mnogiej olisbokollikes – także nie lada wyzwanie dla języka). Nie jest pewne, czy to słuszny wniosek: możliwe, że nazywano je tak po prostu ze względu na ich kształt. Na pewno istniały jednak skórzane dilda, a funkcję lubrykantu pełniła oliwa z oliwek. W komedii Arystofanesa Bojomira[5] z 411 roku przed naszą erą greckie kobiety odmawiają mężczyznom seksu, by zmusić ich do wynegocjowania pokoju i zakończenia wojny peloponeskiej, marzą jednak o sztucznym substytucie:

Nic nie ma! Choćby marna odrobinka gacha!

Choćby coś! Odkąd zdradził nas Miler, jam nawet

Na oczy nie widziała ośmiocalowego

Przyjaciela, tej naszej „skórzanej pociechy”[6].

Gdy Grecy gładko przeszli w Rzymian, Kleopatra – ptolemejska przywódczyni królestwa Egiptu i kochanka Marka Antoniusza – rzekomo wynalazła wibrator. Była to ponoć tykwa wypełniona pszczołami. „Kompletna bzdura” – kwituje te rewelacje brytyjski historyk Greg Jenner. Nazywa takie pogłoski „fiktami”, czyli fikcyjnymi faktami mylnie uznawanymi za prawdę. Prawda wygląda raczej tak, że reputacja Kleopatry jako femme fatale była w gruncie rzeczy propagandą, oszczerczą kampanią zorganizowaną przez jej wrogów.