PlutopiaTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

W serii ukazały się ostatnio:

Magdalena Kicińska Pani Stefa

Andrzej Muszyński Cyklon

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku

Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)

Martin Schibbye, Johan Persson 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 2)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan

Piotr Lipiński Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa (wyd. 2 popr. i rozszerz.)

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie

Wolfgang Bauer Przez morze. Z Syryjczykami do Europy

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu

Beata Szady Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki (wyd. 2)

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Armenia. Karawany śmierci

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u

Anjan Sundaram Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej (wyd. 2 zmienione)

Iza Klementowska Szkielet białego słonia

Lidia Pańków Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego

Piotr Nesterowicz Każdy został człowiekiem

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 2 zmienione)

Anna Mateja Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu

pomocy humanitarnej (wyd. 2)

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci (wyd. 2)

Misha Glenny Nemezis. O człowieku z faweli i bitwie o Rio

Adam Hochschild Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku

W serii ukażą się m.in.:

Drauzio Varella Klawisze

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier

Kate Brown

Plutopia

Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego Plutopia: Nuclear Families, Atomic Cities, and the Great Soviet and American Plutonium Disasters

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Bettmann / Getty Images

Copyright © by Kate Brown, 2013

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2016

Copyright © for the Polish translation by Tomasz Bieroń, 2016

Copyright © for the maps by U.S. Government

Redakcja Anna Brynkus-Weber

Korekta Andrzej Piotr Lesiakowski / d2d.pl, Bernadeta Stępień / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-344-5

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Wstęp

I Uwięziona przestrzeń na zachodnim nuklearnym pograniczu

1 Pan Matthias jedzie do wschodniego Waszyngtonu

2 Zbiegowie szukają roboty

3 Niedobory kadrowe

4 W obronie swojego narodu

5 Miasto, które zbudował pluton

6 Praca i kobiety zostawione z plutonem w rękach

7 Zagrożenia

8 Łańcuch pokarmowy

9 O muchach, myszach i ludziach

II Atom sowieckiej klasy robotniczej i amerykańska odpowiedź

10 Aresztowanie czasopisma

11 Gułag i bomba

12 Atom z epoki brązu

13 Dochować tajemnicy

14 Wizyta Berii

15 Zgłaszanie się do służby

16 Imperium katastrofy

17 „Kilku wybitnych ludzi” nakręca amerykańską permanentną gospodarkę wojenną

18 Silnik rakietowy Stalina – nagrody dla ludzi od plutonu

19 Wielki Brat w sercu Ameryki

20 Sąsiedzi

21 Społeczeństwo wódczane

III Plutonowe katastrofy

22 Zarządzanie społeczeństwem ryzyka

23 Chodzący kalecy

24 Dwie sekcje zwłok

25 Wahluke Slope – w paszczę lwa

26 Cicha Tiecza

27 Przesiedlenie

28 Strefa bezkarności

29 Socjalistyczna republika konsumentów

30 Pożytki ze społeczeństwa otwartego

31 Katastrofa kysztymska, 1957

32 Karabołka – poza strefą

33 Uderzenie w czuły punkt

34 „Mieliśmy wszystko, od krabów po kawior”

IV Demontaż plutonowej kurtyny

35 Przekucie plutonowych mieczy na lemiesze

36 Czarnobyl przeniesiony z przeszłości

37 Rok 1984

38 Porzuceni

39 Chorzy ludzie

 

40 Kasandra w kombinezonie roboczym

41 Nuklearna głasnost

42 Wszyscy ludzie króla

43 Opcje na przyszłość

Słownik pojęć

Podziękowania

Spis skrótów zastosowanych w przypisach

Przypisy końcowe

Przypisy

Kolofon

Dla Nancy Bernkopf Tucker, której przydałoby się trochę więcej czasu na tym świecie

Wstęp

Ta książka opowiada o wspólnocie losów dwóch miejscowości, połączonych ze sobą przez strach, kamuflaż i gorączkową produkcję plutonu. Richland we wschodniej części stanu Waszyngton[1] i Oziorsk (nazwa pochodzi od otaczających miasto jezior) na terenie południowego Uralu były zimnowojennymi wrogami, ale miały ze sobą bardzo wiele wspólnego. Tamtejsze kombinaty atomowe produkowały nie tylko głowice i pociski. W tych wzorcowych miejscowościach, do których przesiedlano całe rodziny, powstawały również szczęśliwe wspomnienia z dzieciństwa, tanie mieszkania i znakomite szkoły. Zbrojeniowi pionierzy z Rich­land i Oziorska wspominają, że nie musieli zamykać drzwi mieszkań, ich dzieci były bezpieczne, sąsiedzi przyjaźni, a zjawiska bezrobocia, biedy i przestępczości nieznane. Te wspomnienia o sielankowym życiu na przyczółkach atomowego wyścigu zbrojeń bardzo mnie zaskoczyły. W plutonowych miastach służba bezpieczeństwa pracowicie inwigilowała mieszkańców za pomocą sieci tajnych informatorów, podsłuchów i obowiązkowych badań medycznych, a tamtejsi inżynierowie, na rozkaz władzy w szaleńczym tempie produkujący pluton, doprowadzili do katastrofalnego skażenia środowiska naturalnego w całej okolicy.

Produkcja plutonu to najbrudniejsza faza budowy broni jądrowej. Kilogram wzbogaconego plutonu oznacza setki tysięcy litrów radioaktywnych odpadów. W ciągu czterech dekad funkcjonowania zakłady Hanford w Richland i Majak w Oziorsku odprowadziły do środowiska co najmniej dwadzieścia milionów kiurów[2] promieniotwórczych izotopów, czyli dwa razy więcej niż Czarnobyl1. Zakłady te pozostawiły po sobie setki kilometrów kwadratowych nienadających się do zamieszkania terenów, skażone rzeki, pola i lasy oraz tysiące chorych ludzi.

Każdy wie, co to jest Czarnobyl. Dlaczego tak niewielu ludzi słyszało o zakładach Hanford i Majak? Władze Richland i Oziorska z dumą wymieniały liczbę swoich mieszkańców z doktoratami. Dlaczego ci szczycący się wiedzą ludzie zamykali oczy na gigantyczne skażenie środowiska, do którego się przyczyniali?

Prowadząc badania do tej książki, z zaskoczeniem dowiedziałam się, że ludzie zarządzający pierwszymi na świecie fabrykami plutonu przejmowali się nie tylko prętami grafitowymi i zakładami chemicznymi, ale również mieszkalnictwem, placówkami handlowymi, szkolnictwem i programami rekreacyjnymi. Oprócz reaktorów budowali także skoncentrowane na rodzinie i konsumpcji miasta, w których klasa robotnicza zarabiała i żyła jak klasa średnia. Nie był to zresztą odosobniony przypadek. W kolejnych dekadach ten model proletariackiego zamożnego życia przeniesiono do cywilnych projektów jądrowych. Miasto Prypeć, w pobliżu elektrowni atomowej w Czarnobylu, jest nowoczesnym tworem urbanistycznym pośród ubogiego wiejskiego krajobrazu Ukrainy. Po katastrofie w Fukushimie prasa donosiła, że japońskie spółki energetyczne wprawdzie oszczędzały na bezpieczeństwie, ale sowicie subsydiowały wzorowane na amerykańskich „nuklearne miasteczka” i kreowały swój wizerunek jako dostarczycieli energii jądrowej dla zamożnej klasy średniej2. Ten powtarzający się związek między energią jądrową i ryzykowną zamożnością wzbudził moje zainteresowanie.

Oziorsk i Richland były przedsięwzięciami państwowymi kierowanymi przez urzędników. Richland odstawał od reszty Ameryki, bo nie było tam prywatnej własności, wolnego rynku ani władzy samorządowej. Oziorsk należał do grupy dziesięciu sowieckich miast nuklearnych, które oficjalnie nie istniały, nie pojawiały się na mapach i były odgrodzone od świata. Każdy mieszkaniec musiał uzyskać specjalną przepustkę. Co dziwne, ten restrykcyjny system najwyraźniej podobał się mieszkańcom. W latach pięćdziesiątych wyborcy w Richland dwukrotnie odrzucili propozycję nadania ich miejscowości praw miejskich, samorządność i wolny rynek. Z kolei pod koniec lat dziewięćdziesiątych w Oziorsku dziewięćdziesiąt pięć procent wyborców opowiedziało się za utrzymaniem systemu przepustek, z bramkami i strażnikami. Decyzje te wydały mi się zadziwiające. Dlaczego mieszkańcy atomowych miast postanowili zrezygnować ze swoich praw obywatelskich i politycznych? W Związku Radzieckim nie było demokratycznych wyborów ani niezależnych mediów, ale mieszkańcy Richland żyli w jednej z najstarszych demokracji świata. Dlaczego sławetny system demokratycznych mechanizmów kontrolnych zawiódł i w sercu Ameryki doszło do katastrofy gorszej niż w Czarnobylu?

Owe pytania zmotywowały mnie do napisania książki. Szukając odpowiedzi, dowiedziałam się, że aby nakłonić pracowników do zgody na ryzyko i wyrzeczenia związane z produkcją plutonu, amerykańscy i sowieccy wojskowi stworzyli coś nowego – plutopię. Nazywam tak jedyne w swoim rodzaju, odizolowane od świata miejscowości, które zaspokajały większość aspiracji powojennych społeczeństw Ameryki i Związku Radzieckiego. Ład i zamożność plutopii skłaniały jej beneficjentów do przymykania oczu na rosnącą wokół nich stertę promieniotwórczych odpadów.

Książka ta jako pierwsza opowiada historię plutonowych katastrof zarówno w USA, jak i w ZSRR. Mam nadzieję, że dzięki niej odrębne ich przedstawianie straci sens. Mieszkańcy Oziorska mawiali, że gdyby wywiercili dziurę w ziemi pionowo w dół, dokopaliby się do Richland. Właśnie tak wyobrażam sobie te dwa miasta – krążą wokół siebie połączone obracającą się osią. Zamierzam pokazać, że Oziorsk i Richland celowo zostały stworzone na swoje podobieństwo, dzięki pracy agentów wywiadu i propagandystów, którzy zakończenia produkcji plutonu obawiali się prawie tak samo jak nuklearnego rywala.

Swoją opowieść rozbiłam na cztery etapy. W częściach pierwszej i drugiej biorę pod lupę wschodni Waszyngton w 1943 roku i południowy Ural w 1946 roku, czyli w okresie, kiedy robotnicy napływowi, więźniowie i żołnierze budowali gigantyczne zakłady plutonowe. Władze amerykańskie i sowieckie początkowo zamierzały produkować pluton w bazach wojskowych za pomocą zmilitaryzowanej siły roboczej. Zmieniono jednak zdanie, kiedy się okazało, że budowlańcy ciągle się upijają i awanturują. Kierownictwo pierwszych na świecie fabryk plutonu zdało sobie sprawę, że pracownicy muszą być trochę mniej niestabilni od wytwarzanego produktu.

Rozwiązaniem problemu niezdyscyplinowanych, agresywnych robotników napływowych, wyrwanych ze swojego środowiska rodzinnego była budowa luksusowych miast, w których zamieszkałyby całe rodziny. Amerykanie nazywali Richland „miasteczkiem”, odwołując się do mitycznych sielskich korzeni amerykańskiej demokracji. Z kolei Sowieci nazywali Oziorsk „miastem socjalistycznym”, odwołując się do mitycznej komunistycznej przyszłości, w której ubogie wsie miały zniknąć. Urzędnicy nie szczędzili środków na plutopię, więcej pieniędzy przeznaczali na szkoły niż na składowanie promieniotwórczych odpadów, a o mieszkańców atomowych miast dbali znacznie bardziej niż o resztę społeczeństwa. Kiedy w plutopii ziściły się zimnowojenne obietnice zamożności, awansu społecznego i konsumpcyjnej wolności, pełni obaw mieszkańcy w końcu zaufali władzom i uwierzyli w bezpieczeństwo swoich zakładów, a także w słuszność sprawy, za którą walczyły ich narody. Można powiedzieć, że zrezygnowali ze swoich praw obywatelskich, a nawet z prawa do życia i zdrowia, na rzecz praw konsumenckich.

Z demograficznego punktu widzenia mieszkańcy plutonowych miast należeli do klasy robotniczej, ale ze względu na ich zamożność byli postrzegani jako klasa średnia. W USA i ZSRR specjaliści z klasy średniej kształtowali świadomość narodową, przemawiając w imieniu klasy robotniczej i wciągając ją na poziomie symbolicznym do amorficznego, „bezklasowego” społeczeństwa3. Kiedy podziały klasowe zniknęły, sowieccy i amerykańscy robotnicy fabryczni zaczęli się utożsamiać ze swoimi zwierzchnikami i z naukowcami, którzy im mówili, że ich zakłady, domy i rodziny są bezpieczne.

Plutopia nie mogła istnieć samodzielnie. Historycy Bruce Hevly i John Findlay opisują, że wokół zakładu Hanford wyrosło całe mnóstwo tymczasowych osiedli i garnizonów dla szeregowych pracowników4. Taki sam sielankowy krajobraz złożony z zamożnej enklawy otoczonej obozami pracy i garnizonami znalazłam na południu Uralu. Obok plutopii władze amerykańskie i sowieckie zakładały miejscowości zamieszkane przez żołnierzy, więźniów, mniejszości narodowe, rolników i robotników napływowych, którzy nie mieli prawa mieszkać pośród „wybrańców”, ale ich obsługiwali i zarabiali na ich utrzymanie. Po co narażać się na koszty takiego rozdzielania ludzi? Co jest złego w typowym mieście przemysłowym z eleganckimi dzielnicami dla kadry zarządzającej i gorszymi strefami dla robotników? Znalezienie odpowiedzi na te pytania z historii urbanistyki wymaga przyjrzenia się historii nie tylko wywiadu i bezpieczeństwa nuklearnego, lecz także nauki, medycyny i zdrowia publicznego. Z odpowiedzi tych wyłania się obraz dzielenia ludzi w zależności od klasy społecznej i rasy, co przesądza o poziomie ich zamożności, ale również o ich zdrowiu.

Ludzi można fizycznie ogrodzić, ale pluton i jego promieniotwórcze izotopy nie uznają tego rodzaju barier. W części trzeciej tej książki opisuję wieloletni okres produkcji plutonu za podwójnymi murami i zwojami drutu kolczastego. Podyktowany wymogami bezpieczeństwa podział terytorium na strefy nuklearne i nienuklearne doprowadził do powstania swoistej „strefy bezkarności”, w której władze zakładu mogły marnotrawić i defraudować środki, tuszować wypadki, a także, co najgorsze, zatruwać środowisko. Co więcej, inżynierowie na Uralu przejęli amerykańską praktykę szybkiego i taniego pozbywania się odpadów metodą zakopywania ich w ziemi, spuszczania do rzek i rozpylania w powietrzu. W całym omawianym okresie doszło do wielu skażeń, w tym potężnych ‒ takich jak po wybuchu w sowieckim zakładzie Majak w 1957 roku, ale w większości niewielkich i zaplanowanych. Radioaktywne chłodziwo przenikało do atmosfery, wody pitnej i rzek.

Po kilku latach badań naukowcy we wschodnim Waszyngtonie i na południu Uralu zdali sobie sprawę, jak bardzo niebezpieczne są produkty rozpadu promieniotwórczego. Zorientowali się, że radioaktywne izotopy przechodzą do łańcucha pokarmowego, wnikają do ludzkich narządów i uszkadzają komórki. Dostrzegli niepokojące zjawisko „epidemii”, endemicznych chorób przetaczających się przez miejscowości położone w pobliżu kombinatów plutonowych. Nie wyłaniał się z tego jednak żaden wyraźny epidemiologiczny schemat. Naukowców nie do końca to zaskoczyło, ponieważ badania laboratoryjne na zwierzętach pozwoliły ustalić, że oddziaływanie izotopów promieniotwórczych jest bardzo zróżnicowane i każdy organizm reaguje inaczej5. Uświadomili sobie również, że przy niskich dawkach promieniowania okres utajenia choroby trwa bardzo długo. Licząc na to, że zanim choroba się rozwinie, postępy w nauce pozwolą znaleźć rozwiązanie problemu skażenia promieniotwórczego, kierownictwo zakładów zrezygnowało z kosztownych i czasochłonnych modyfikacji, które ochroniłyby pracowników i okolicznych mieszkańców.

Oddziaływanie izotopów radioaktywnych na krajobraz fizyczny okazało się równie trudne do wykrycia, jak ich szkodliwość dla organizmu ludzkiego. Badacze stwierdzili, że mapa skażenia, zamiast w postaci koncentrycznych kół ze skażeniem malejącym w miarę oddalania się od źródła, jest bardzo nieregularna, z „ogniskami” położonymi kilkadziesiąt kilometrów od zakładu i względnie czystymi obszarami nieopodal reaktorów. Ponieważ zarówno produkty rozpadu radioaktywnego, jak i ich oddziaływanie na ludzkie zdrowie są trudne do przewidzenia, zlokalizowania i zdiagnozowania, przywódcom amerykańskim i sowiec­kim łatwo było negować ich istnienie. Dzięki temu kierownictwo kombinatów mogło zabrać część środków przeznaczonych na bezpieczeństwo i składowanie odpadów i wykorzystać je na konsumpcję, usługi, poprawę warunków mieszkaniowych i wyższe pensje mieszkańców plutopii.

 

W obliczu skradającej się powoli, niewidocznej dla oka katastrofy ekologicznej podział terytorium na plutopię i osiedla pomocnicze ułatwiał władzom zadanie. Statystyczny mieszkaniec plutopii – młody, zamożny, pracujący i poddawany regularnym badaniom medycznym – prezentował się jako okaz zdrowia. Tymczasem robotnicy napływowi, więźniowie i żołnierze prowadzili prace budowlane na skażonej ziemi. Likwidowali skutki wycieków i remontowali budynki fabryczne po wypadkach radiacyjnych. Jako pracownicy tymczasowi byli rzadko badani przez lekarzy. Można powiedzieć, że pracowali „dorywczo”, bo po zakończeniu danej inwestycji wyjeżdżali, zabierając ze sobą izotopy promieniotwórcze i problemy zdrowotne, które w przyszłości mogły pozostawić po sobie epidemiologiczny ślad.

W pobliżu zakładów nadal istniały rolnicze wsie. W odróżnieniu od mieszkańców plutopii okoliczna ludność po części żyła z uprawy ziemi, na którą wiatr i nurt rzeki nanosiły ogniska skażenia. Ponieważ zakłady plutonowe przyczyniały się do rozwoju całego regionu, do mało zdrowotnej strefy buforowej przybywało coraz więcej ludzi. Ich również prawie nie badano pod kątem napromieniowania. Innymi słowy, ryzyko rozkładało się zgodnie z podziałami klasowymi i majątkowymi, z grubsza zbieżnymi z pierwszą i drugą strefą na mapach bezpieczeństwa radiologicznego.

Część czwarta książki jest poświęcona pionierom, którzy jako pierwsi odkryli, że mieszkają na radioaktywnym pograniczu. Po katastrofie w Czarnobylu w 1986 roku, kiedy informacje o problemach z systemami bezpieczeństwa radiologicznego przedostały się do wiadomości publicznej, ludzie narażeni na działanie promieniowania jonizującego zaczęli przypisywać zakładom plutonowym winę za wysoki poziom występowania chronicznych chorób, wad wrodzonych, bezpłodności i zachorowań na nowotwory. Mieli kłopot z przebiciem się ze swoimi argumentami, dlatego że nieuchwytne właściwości pierwiastków radioaktywnych pozwalały władzom ukrywać przed społeczeństwem wiedzę o szkodliwości promieniowania. Przez kilkadziesiąt lat eksperci dysponujący tajną wiedzą z przekonaniem mówili o bezpieczeństwie i dopuszczalnych dawkach, bagatelizując obawy laików. Po katastrofie w Czarnobylu okoliczni rolnicy, dziennikarze i działacze społeczni domagali się przedstawienia dokumentacji dotyczącej awarii oraz przeprowadzenia badań ekologicznych i zdrowotnych. Chcieli się dowiedzieć, jakie ryzyko podjęły w ich imieniu władze państwa i spółek energetycznych. Podczas batalii sądowych powołane oddolnie grupy ofiar formułowały nowe koncepcje dostępu do informacji, wolności i obywatelstwa.

Amerykańscy i sowieccy aktywiści, którzy do tej pory skupiali się na wolnościach politycznych, obywatelskich i konsumenc­kich, teraz domagali się praw biologicznych6. Protestowali przeciwko praktykom spółek zarządzających, które prywatyzowały gigantyczne zyski z produkcji broni jądrowej, a koszty zdrowotne i ekologiczne przerzucały na społeczeństwo. Działacze zdobyli wiedzę naukową z niezależnych źródeł i sami przeprowadzili badania zdrowotne. Przy okazji stworzyli nowy model zaangażowania obywatelskiego, przejęty przez organizacje ukraińskie, a później japońskie.

Powstało wiele ogólnych historii broni jądrowej, a także narodowych i regionalnych historii programów atomowych i obiektów nuklearnych, ale plutopia łączy ponadnarodową historię wyścigu zbrojeń z życiem ludzi, którzy budowali bomby7. Moja opowieść przechodzi od widoku ogólnego z satelity szpiegowskiego do zbliżenia na ulice miast, które znalazły się o włos od zagłady jądrowej. Chcę opowiedzieć, co znaczyła epoka jądrowa dla ciężko pracujących ludzi budujących bomby oraz ich chłopskich sąsiadów, którzy musieli wdychać produkty rozpadu promieniotwórczego.

Podczas zimnej wojny propagandyści i komentatorzy często porównywali USA do ZSRR, żeby rozgrzeszyć którąś ze stron z jakichś niesprawiedliwości czy błędów. Ja jednak umieszczam plutonowe miejscowości obok siebie, aby pokazać, że pluton połączył ze sobą życie ludzi mieszkających po obu stronach zimnowojennego muru. Stawiam tezę, że pierwsze na świecie plutonowe miasta miały wspólne cechy, wynikające z charakterystyki bezpieczeństwa atomowego, nuklearnej tajności i promieniotwórczych zagrożeń, wykraczającej ponad różnice politycznej ideologii i narodowej kultury. Poza jedną różnicą, newralgiczną z punktu widzenia ludzkiego zdrowia, a mianowicie tą, że mieszkańcy Richland i okolic żyli w znac­znie bogatszym kraju, co oznaczało, że ich poświęcenia podyktowane wymogami bezpieczeństwa nuklearnego, chociaż ogromne, nie determinowały ich życia w tak wielkim stopniu jak poświęcenia rodzin z Oziorska.

Książka ta opiera się na dokumentach. Przesiadywałam w kilku­nastu archiwach w Stanach Zjednoczonych i Rosji i korzystałam z prac historyków, którzy badali ten temat. Zachowana dokumentacja jest porażająca, pokazuje bowiem, ile wiedzieli urzędnicy, ile z tego zatajali i jak to motywowali. Słowa urzędników, a także naukowców dowodzą, że sprawy bezpieczeństwa nuklearnego były ściśle splecione z polityką urbanistyczną, katastrofami zdrowotnymi i rozległym skażeniem środowiska.

Bohaterami tej książki są pracownicy zakładów atomowych oraz mieszkańcy plutonowych miast i ich okolic. W ciągu pięciu lat przeprowadziłam dziesiątki rozmów z różnymi ludźmi, którzy wystąpili w tym dramacie z powodu decyzji zawodowej albo dlatego, że przypadkowo urodzili się w takim, a nie innym miejscu. Wielu moich rozmówców złożyło kiedyś zobowiązanie, że dożywotnio zachowają te sprawy w tajemnicy, ale poczucie krzywdy skłoniło ich do jego złamania. Rosyjskie Ministerstwo Energii Atomowej nie udzieliło mi zgody na wjazd do Oziorska, spotykałam się więc z mieszkańcami pobliskich miasteczek i wsi w okolicznościach godnych powieści szpiegowskiej. Niektórzy mówili nerwowym szeptem i zaszyfrowanym językiem. Część nie zgodziła się na to, by ich cytować. Tych, którzy nie chcieli się publicznie ujawniać, ukryłam pod pseudonimami.

Niektóre z tych opowieści wydawały mi się tak nieprawdopodobne, że wątpiłam w ich autentyczność, lecz wiele z nich po weryfikacji okazało się prawdziwych. Nauczyłam się dostrzegać w pozornie mało wiarygodnych rozmówcach potencjalnie bogate źródła informacji, ludzi patrzących na swoje otoczenie z szerszej niż przeciętnie perspektywy. Ponieważ kontekst rozmowy często wpływa na jej treść, podaję, gdzie i kiedy spotkałam się ze swoimi informatorami. Opisuję również ich słabe punkty, a także dzielące nas bariery kulturowe, by pokazać, że rozmowa ze świadkami wydarzeń, podobnie jak kwerenda archiwalna, jest najeżona pułapkami, że ludzie pewne rzeczy pomijają, zaprzeczają sami sobie, zapominają i nie wszystko wiedzą. Niektórzy z moich rozmówców traktowali mnie podejrzliwie bądź nieufnie, bo prowadząc badania do tej książki, stałam się czymś w rodzaju turystki zwiedzającej miejsca katastrof. Dla nich to ja byłam niewiarygodnym narratorem. Być może tak oceni mnie również część czytelników, o co się nie obrażam. Nie twierdzę, że odkryłam prawdę. Mam jednak nadzieję, że naświetliłam jakiś jej wycinek. Niecierpliwie czekam na inne relacje i interpretacje.

Polityczna wrogość, która nakręcała zimną wojnę, już się skończyła, ale nuklearny rozdział historii świata trwa dalej w najlepsze. Śmiercionośne krajobrazy wokół zakładów plutonowych są pełne napromieniowanych min i przewlekle chorych ludzi, w ich przekonaniu z powodu skażenia. Bezdomność amerykańskich i japońskich odpadów nuklearnych potwierdza, jak skomplikowany jest problem bezpiecznego składowania niestabilnych izotopów radioaktywnych, które samoistnie się rozgrzewają do setek stopni, powodują korozję metali i przenikają przez glebę do roślin – i będą przenikały przez dziesiątki tysięcy lat. Stawka w tej grze jest wysoka, co stwarza wielką pokusę negowania istnienia niewidocznych dla oka izotopów promieniotwórczych. Przed Czarnobylem i Fukushimą były Hanford i Majak, a wraz z nimi praktyki plutopii: dzielenie terytorium na strefy „nuklearne” i „czyste”, skąpienie środków na bezpieczeństwo i zarządzanie odpadami na rzecz produkcji, zatajanie informacji o wypadkach radiacyjnych, fałszowanie dokumentacji związanej z bezpieczeństwem, zatrudnianie pracowników „dorywczych” do brudnej roboty i udzielanie spektakularnej pomocy wąskiej grupie chorych – z pominięciem całej reszty – dla efektu propagandowego. Tymczasem demaskatorzy, którzy próbowali informować społeczeństwo o wypadkach i zagrożeniach dla zdrowia publicznego w przestarzałych zakładach, są inwigilowani, nękani, śledzeni i zastraszani zarówno w USA, jak i w Rosji, nawet po zakończeniu zimnej wojny. Z tego rodzaju historiami mieliśmy do czynienia w 1986 roku na Ukrainie i w 2011 roku w Japonii.

Plutopia mówi o schedzie, z którą wielu obywateli mocarstw nuklearnych jeszcze się nie zmierzyło, jeszcze nie nauczyło się o niej rozmawiać, a tymczasem politycy z różnych krajów świata przebąkują o „nuklearnym renesansie”. Katastrofy nuklearne w odgrodzonych od świata strefach zmilitaryzowanych łatwo jest ukryć, co tłumaczy fakt, że podczas gdy Czarnobyl i Fukushima funkcjonują w obiegu publicznym, niewiele osób słyszało o awariach w zakładach Hanford i Majak. Mam nadzieję, że historie opowiedziane przez ludzi, którzy mieszkali w dwóch najbardziej napromieniowanych obszarach świata, zachęcą czytelników do ponownego przyjrzenia się naszej nuklearnej przeszłości.

Inne książki tego autora