CzarnobylTekst

Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

W serii ukazały się ostatnio:

Jean Hatzfeld Więzy krwi

Aleksandra Boćkowska Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe

Ewa Winnicka Był sobie chłopczyk

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka (wyd. 3)

Paweł Smoleński Syrop z piołunu. Wygnani w akcji „Wisła”

Marcin Kącki Poznań. Miasto grzechu

Piotr Lipiński Bierut. Kiedy partia była bogiem

Tomasz Grzywaczewski Granice marzeń. O państwach nieuznawanych

Cezary Łazarewicz Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej

Zbigniew Rokita Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium

Swietłana Aleksijewicz Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości (wyd. 4)

David I. Kertzer Porwanie Edgarda Mortary. Skandal, który pogrążyłPaństwo Kościelne

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu (wyd. 2)

Paweł Smoleński Królowe Mogadiszu

Rob Schmitz Ulica Wiecznej Szczęśliwości. O czym marzy Szanghaj

Marek Szymaniak Urobieni. Reportaże o pracy

Ola Synowiec Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk

Jacek Hołub Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci

Marcin Michalski, Maciej Wasielewski 81 : 1. Opowieści z Wysp Owczych (wyd. 2)

Ilona Wiśniewska Lud. Z grenlandzkiej wyspy

Remigiusz Ryziński Dziwniejsza historia

Maria Hawranek, Szymon Opryszek Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju

Marcelina Szumer-Brysz Wróżąc z Fusów. Reportaże z Turcji

Mariusz Surosz Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów (wyd. 2 zmienione)

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 3)

Wojciech Górecki Buran. Kirgiz wraca na koń

Agnieszka Rybak, Anna Smółka Wieża Eiffla nad Piną. Kresowe marzenia II RP

Piotr Lipiński, Michał Matys Niepowtarzalny urok likwidacji. Reportaże z Polski lat 90.

Grzegorz Szymanik, Julia Wizowska Długi taniec za kurtyną. Pół wieku Armii Radzieckiej w Polsce

Barbara Demick W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy (wyd. 2)

Paweł Smoleński Wnuki Jozuego

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 3)

Dionisios Sturis, Ewa Winnicka Głosy. Co się zdarzyło na wyspie Jersey

Marta Madejska Aleja Włókniarek (wyd. 2)

Grzegorz Stern Borderline. Dwanaście podróży do Birmy

Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader Biała gorączka (wyd. 4)

W serii ukażą się m.in.:

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 3 zmienione)

Liao Yiwu Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych (wyd. 2)

Kate Brown
Czarnobyl
Instrukcje przetrwania
Przełożył Tomasz S. Gałązka


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Tytuł oryginału angielskiego Manual for Survival. A Chernobyl Guide to the Future

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Igor Kostin / Sygma / Getty Images

Copyright © 2019 by Kate Brown

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2019

Copyright © for the Polish translation by Tomasz S. Gałązka, 2019

The translation was kindly supported by the Fund for Central & East European Book Projects, Amsterdam

Redakcja Tomasz Zając

Konsultacja merytoryczna kmdr ppor. Jacek Falejczyk

Korekta d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-861-7

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Wstęp. Instrukcja przetrwania

I WYPADEK

1 Likwidatorzy w Szpitalu numer 6

2 Ewakuowani

3 Płanetnicy

4 Operatorzy elektrowni

5 Ukraińcy

6 Fizycy i lekarze

II PRZETRWANIE I PROMIENIOWANIE

7 Owijając w wełnę

8 Czyste skóry, brudna woda

9 Katastroficzna kiełbasa

10 Nie rolnictwo, tylko przemysł

III NATURA, DZIEŁO CZŁOWIEKA

11 Kobieta z bagien

12 Wielkie Czarnobylskie Przyspieszenie

IV POLITYKA POSTAPOKALIPTYCZNA

13 Sprzątaczka

14 Podejrzenia KGB

V ZAGADKI MEDYCYNY

15 Źródła bezpośrednie

16 Odtajnianie katastrofy

17 Samopomoc supermocarstw

18 Białoruscy lunatycy

19 Wielkie przebudzenie

VI NAUKA PONAD ŻELAZNĄ KURTYNĄ

20 Przyślijcie odsiecz

21 Odcisk palca Marii Skłodowskiej-Curie

22 Eksperci z zagranicy

23 W poszukiwaniu katastrofy

24 Nowotwór tarczycy: medyczny system wczesnego ostrzegania

25 Efekt motyla

26 W poszukiwaniu zaginionej wsi

27 Czerwony cień nad Greenpeace’em

28 Cichy Ukrainiec

VII MISTRZOWIE PRZETRWANIA

29 Pieta

30 Obnażone życie

Zakończenie. Na jagodach ku przyszłości

Podziękowania

Wykaz archiwów, skrótów i przeprowadzonych wywiadów

 

Przypisy

Kolofon

Dla Marjoleine

Wstęp
Instrukcja przetrwania

Trzy miesiące po awarii w Czarnobylu, w sierpniu 1986, ukraińskie Ministerstwo Ochrony Zdrowia wydało w nakładzie pięciu tysięcy egzemplarzy broszurkę skierowaną do „mieszkańców społeczności wystawionych na opad radioaktywny z czarnobylskiej elektrowni jądrowej”. Broszurka, zwracająca się bezpośrednio do czytelników (per „wy”), zaczyna się od zapewnień.

Towarzysze!

Od czasu wypadku w elektrowni w Czarnobylu prowadzono szczegółowe analizy radioaktywności pożywienia i terenu waszego miejsca zamieszkania. Ich wyniki dowodzą, że dzieci ani dorośli nie ucierpią na skutek dalszego zamieszkiwania i pracy w waszej wsi. Główna część radioaktywności uległa rozpadowi. Nie ma powodów, byście ograniczali spożycie lokalnych produktów rolnych.

Gdyby mieszkańcy wsi zechcieli zapoznać się z kolejnymi stronicami broszurki, przekonaliby się, że optymistyczny ton znika, przeradzając się w coś wręcz przeciwnego.

Prosimy stosować się do niniejszych zaleceń:

Nie włączajcie do jadłospisu jagód ani grzybów z tegorocznych zbiorów.

Dzieci nie powinny zapuszczać się do lasu wokół wsi.

Ograniczcie spożycie świeżej zieleniny. Nie jedzcie miejscowego mięsa ani nabiału.

Regularnie zmywajcie lica domów.

Zbierzcie górną warstwę gleby w ogrodach i zakopcie ją w specjalnie przygotowanych grobownikach z dala od wsi.

Lepiej zrezygnować z krowy mlecznej i zamiast niej trzymać świnie1.

Ta broszurka to w rzeczywistości instrukcja przetrwania, unikalna w dziejach ludzkości. Po wcześniejszych incydentach nuklearnych ludzie nadal mieszkali na skażonych radioaktywnie terenach, ale nigdy przed wypadkiem w Czarnobylu nie zdarzyło się, by państwo musiało publicznie uznać powagę problemu i wydać podręcznik zawierający zasady przetrwania w nowej, postnuklearnej rzeczywistości.

Podczas pracy nad tą książką oglądałam wiele telewizyjnych filmów dokumentalnych, czytałam książki o Czarnobylu. Przeważnie przebieg akcji trzyma się w nich jednego wzorca. Zegar odmierza sekundy, kiedy operatorzy w sterowni podejmują decyzje, których nie da się już nigdy odwrócić. Przeszywające dzwonki alarmowe zastępuje uporczywe, budzące dreszcze tykanie liczników promieniowania. Potem w centrum uwagi znajdują się barczyści, po słowiańsku przystojni mężczyźni, nonszalancko niedbający o własne zdrowie. Palą papierosy przy dymiącym reaktorze, rozdeptują niedopałki i biorą się do ratowania świata przed tym nowym, radioaktywnym antagonistą. Potem następują dramatyczne sceny w salach szpitalnych, gdzie z tych samych mężczyzn zostały już tylko szkielety okryte gnijącym mięsem. A kiedy widz ma już potąd sczerniałej skóry i uszkodzeń narządów wewnętrznych, narrator robi wrzutkę „ej, no co wy”, zapewniając, że komentatorzy przez długi czas przesadzali, opisując zdarzenia w Czarnobylu.

Dziennikarz rusza w lasy Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia, rozpościerającej się na 30 kilometrów wokół elektrowni, z której w ciągu kilku tygodni po zajściu wysiedlono całą ludność. Pokazuje palcem: tu drzewo, tu ptak – i oznajmia, że w Zonie kwitnie życie! Ponad cukierkową muzyką lektor peroruje, że choć Czarnobyl był najgorszą katastrofą w dziejach ery atomu, jej konsekwencje okazały się minimalne. Z powodu ostrego zatrucia promieniowaniem zmarło tylko 54 ludzi, parę tysięcy dzieci miało nietożsame z wyrokiem śmierci nowotwory tarczycy, dość łatwe do wyleczenia. Kojące cechy tych opowiastek dla telewizji działają jak magiczny pyłek czarodziejki. Znikają przerażające aspekty wypadków w zakładach jądrowych, znikają też pytania, które się z nich rodzą. Opowieści te wciągają widza ludzkim dramatem w klimatach high-tech, zostawiając mu jednak nadzieję na przyszłość oraz (co najważniejsze) zadowolenie, że to nie on padł ofiarą tych wydarzeń. Skupiając się na sekundach poprzedzających eksplozję, a potem już na bezpiecznie zamkniętych w sarkofagu radioaktywnych szczątkach, reportaże o Czarnobylu najczęściej omijają samą katastrofę.

Tylko 54 zgony? To wszystko? Sprawdziłam na stronach internetowych agend ONZ, tam znalazłam liczby wahające się od 31 do 54. W roku 2005 Forum Czarnobylskie ONZ szacowało liczbę przyszłych ofiar nowotworów spowodowanych przez radioaktywny opad z elektrowni na dwa do dziewięciu tysięcy. W odpowiedzi na te wyliczenia Greenpeace podał znacznie wyższe liczby: 200 tysięcy ludzi miało już umrzeć, a kolejne 93 tysiące czekała śmierć z powodu nowotworów2. Minęło z górą dziesięć lat, a kontrowersje wokół skutków katastrofy czarnobylskiej wciąż nie zostały wyjaśnione. Słyszymy, że w Zonie ptaki giną wskutek mutacji, ale zaraz potem dziennikarze informują nas, że do tamtejszych lasów wróciły wilki i jelenie. Społeczeństwo widzi naukowy pat. Media głównego nurtu najczęściej przywołują te najbardziej zachowawcze liczby zgonów – od 31 do 54. Zapewnia się nas, że ostatecznej liczby ofiar nigdy nie poznamy3.

Dlaczego nie wiemy więcej? Naukowcy z całego świata od dziesięcioleci apelują o zakrojone na wielką skalę, długoterminowe badania konsekwencji katastrofy czarnobylskiej4. Nigdy do takich nie doszło. Dlaczego? Czy zamieszanie wokół zniszczeń spowodowanych przez Czarnobyl było siane z rozmysłem? W wielkim jak kanion rzeki Kolorado rozziewie między liczbami ofiar prezentowanymi przez ONZ i Greenpeace zmieści się wiele niepewności. W tej książce zamierzałam ustalić pewniejsze liczby opisujące rozmiar szkód wyrządzonych przez katastrofę, jak również klarowniej uchwycić jej skutki dla zdrowia ludzi oraz dla środowiska.

Bez lepszego pojęcia o konsekwencjach Czarnobyla ludzie tkwią w zapętlonym filmie wideo, w powtarzającym się raz za razem ujęciu. Po awarii w Fukushimie w roku 2011 naukowcy przyznali społeczeństwu, że nie dysponują konkretną wiedzą o skutkach, jakie na ludzkie zdrowie ma ekspozycja na niewielkie dawki promieniowania. Prosili obywateli o cierpliwość, przez dziesięć–dwadzieścia lat, kiedy będą badać tę nową katastrofę, jakby była pierwsza w swoim rodzaju. Ostrzegali społeczeństwo przed niepotrzebną paniką. Snuli domniemania i blokowali niewygodne pytania, jak gdyby bez świadomości, że odtwarzają scenariusz odgrywany przez sowieckich oficjeli ćwierć wieku wcześniej. A to prowadzi nas do kluczowego pytania. Dlaczego po Czarnobylu społeczeństwa funkcjonują niemal zupełnie tak samo jak przed katastrofą?

Mam też inne pytania: jak wygląda życie, kiedy ekosystemy i organizmy, w tym i ludzie, wtapiają się w odpady technologiczne do tego stopnia, że stają się z nimi nierozdzielni? Czego trzeba, żeby wciąż brać się z życiem za bary po tak gruntownym spustoszeniu socjalno-środowiskowo-militarnym jak to, którego społeczności wokół Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia doświadczyły w XX wieku? Jak się dowiedziałam, katastrofa w elektrowni nie była pierwszym dopustem, który spadł na te ziemie. Zanim okolice Czarnobyla stały się synonimem katastrofy nuklearnej, przeszły tamtędy fronty dwóch wojen światowych, jednej pomniejszej i jeszcze jednej domowej, spadł na nie Holokaust, do tego dwie klęski głodu i trzy fale czystek politycznych, a potem, w czasie zimnej wojny, urządzono tam poligon bombowy. To sprawia, że szersze okolice Czarnobyla, gdzie wciąż jeszcze mieszkają ludzie, stają się dobrym terenem do badania granicznych przykładów ludzkiej wytrzymałości w erze antropocenu, epoce, w której to ludzie stali się siłą napędzającą zmiany naszej planety.

Te właśnie pytania pchnęły mnie do wypraw w okolice Zony i do jej wnętrza. Poszukiwania odpowiedzi rozpoczęłam w archiwach centralnych byłych republik sowieckich, gdzie znalazłam meldunki o powszechności problemów zdrowotnych spowodowanych wystawieniem na działanie opadu radioaktywnego z Czarnobyla. Dla pewności udałam się do archiwów regionalnych i badałam medyczne dane statystyczne do poziomu rejonów, czyli powiatów. Gdziekolwiek trafiłam, znajdowałam dowody, że radioaktywność z Czarnobyla spowodowała powszechną katastrofę zdrowotną na skażonych terenach. Meldowało o tym nawet KGB. Sowieccy przywódcy zakazali omawiania konsekwencji Czarnobyla w mediach, więc materiały, które znalazłam, były poufne, „tylko do użytku służbowego”. Wreszcie w roku 1989 przywództwo ZSRR zniosło zapisy cenzorskie i wieści o poważnych problemach zdrowotnych trafiły do prasy sowieckiej i zagranicznej. Wieść o wystawieniu na promieniowanie pchnęła ludzi do gniewnych demonstracji z żądaniem pomocy przy wyprowadzaniu się poza obszary skażone. Moskiewskie władze, panicznie obawiając się wzrostu kosztów, zwróciły się o pomoc do agend Narodów Zjednoczonych. Dwie z nich przedstawiły oszacowania podtrzymujące zapewnienia przywódców sowieckich, że dawki promieniowania były zbyt niskie, by mogły spowodować problemy zdrowotne.

Śledziłam ten dramat dalej, w archiwach w Wiedniu, Genewie, Paryżu, Waszyngtonie, we Florencji i w Amsterdamie, by sprawdzić, jak po rozpadzie ZSRR organizacje międzynarodowe przejęły zadanie ustalania na potrzeby publiczne strat spowodowanych przez katastrofę czarnobylską. Niestety znalazłam tam wiele ignorancji oraz dowody zorganizowanych wysiłków na rzecz minimalizowania tego, co ochrzczono największą katastrofą nuklearną w dziejach ludzkości. Międzynarodowi dyplomaci blokowali i sabotowali badania dotyczące Czarnobyla, bo przywódcy potęg nuklearnych już wcześniej wystawili miliony ludzi na działanie niebezpiecznych izotopów radioaktywnych podczas zimnej wojny, przy produkcji i testach broni jądrowej. Uświadamiając sobie ten fakt, Amerykanie i Europejczycy zaczęli w latach dziewięćdziesiątych wytaczać procesy swoim rządom. W tym globalnym kontekście Czarnobyl nie był już największym wypadkiem nuklearnym w dziejach ludzkości. Stał się raczej czerwoną flagą, alarmującą o innych katastrofach, ukrytych przez zimnowojenne procedury tajności w poszczególnych krajach.

W sumie, w ciągu czterech lat, z pomocą dwóch asystentek przeprowadziłam kwerendę w dwudziestu siedmiu archiwach na terenie byłego ZSRR, Europy i Stanów Zjednoczonych. Składałam podania o ujawnienie dokumentacji rządu USA i odtajnienie innych materiałów. Często byłam pierwszą badaczką, która zaglądała do tych akt. Skupiłam się na głównych postaciach dramatu: władzach ZSRR, Organizacji Narodów Zjednoczonych, Greenpeace International, jak też najpotężniejszym sponsorze ONZ – rządzie Stanów Zjednoczonych. Chcąc mieć pewność, że zdumiewająca historia, którą odkryłam w archiwach, to rzeczywiście prawda, szukałam metod weryfikacji tych dokumentów. Przeprowadziłam wywiady z niemal czterdziestoma osobami – naukowcami, lekarzami, a także cywilami, którzy wskutek życia wśród skutków katastrofy nuklearnej stali się ekspertami w tej dziedzinie. Odwiedzałam fabryki, instytuty badawcze, lasy i bagna na terenie skażonym. Wędrowałam po Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia w ślad za leśnikami, biologami i jej mieszkańcami, uczestniczyłam też w konferencjach naukowych, by poznać sposoby odczytania w terenie szkód, wyrządzonych tam przez skażenie.

Z powodu sowieckiej klauzuli tajności na materiały dotyczące Czarnobyla i tradycyjnej w archiwach karencji, która oznacza, że dokumenty dotyczące danego wydarzenia są udostępniane dopiero po dwudziestu czy trzydziestu latach, znaczna część akt na temat katastrofy dopiero niedawno wyszła na światło dzienne. Do tego czasu opowieści o Czarnobylu opierały się na relacjach świadków i niepotwierdzonych pogłoskach. Pisząc tę książkę, poprzysięgłam sobie, że nie dam się złapać na każdą łzawą historyjkę, nie zawloką mnie do szpitala dziecięcego, żebym oglądała chore maluchy, których stan zdrowia jest może skutkiem wybuchu w Czarnobylu, a może i nie. Moim zamiarem było udokumentowanie każdego twierdzenia, krzyżowa weryfikacja źródeł i oparcie się na zasobach archiwalnych. Historycy są wręcz uzależnieni od archiwów, bo te pomagają nam wrócić na miejsce zbrodni. Owszem, ważne jest to, co moi rozmówcy opowiadają dzisiaj, ale jeszcze bardziej istotne jest, co mówili i czynili przed trzydziestu laty.

26 kwietnia 1986 roku w wielkiej i wciąż rozbudowywanej elektrowni jądrowej w Czarnobylu, w północnej części Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, doszło do eksplozji reaktora numer 4. Fotoreporter Ihor Kostin, ryzykując życie, robił zdjęcia mężczyznom w ołowianych fartuchach, którzy zgarbieni jak rugbyści w ataku rzucali się do gaszenia tego radioaktywnego piekła5. Czarno-białe zdjęcia Kostina nie oddają upiornej bladości tych ludzi. Wysokie dozy promieniowania powodują przykurczanie się naczynek włosowatych w wierzchniej warstwie skóry, tak że twarze stają się dziwnie białe, jak przypudrowane przed wyjściem na scenę. Przywódcy sowieccy nie ostrzegli obywateli, by ci w czasie zagrożenia pozostawali w domach. Zdjęcia kijowskich rodzin, cieszących się słońcem podczas pierwszomajowego święta tydzień po eksplozji, jawią się teraz przykładem sardonicznego okrucieństwa. Dzień przed pochodem, zaskakując władze miasta, poziom promieniowania w Kijowie skoczył nagle do 30 mikrosiwertów na godzinę, ponad stokrotnie przekraczając poziom tła sprzed katastrofy6.

 

Zgodnie z poleceniami z Moskwy w Kijowie święto obchodzono według planu. Pochód trwał cały dzień, przed trybuną przechodziły kolejne zastępy młodzieży szkolnej, maszerując w takt melodii granej przez orkiestrę dętą. Niesiono portrety przywódców, którzy mieli być dla uczniów wzorami do naśladowania, autorytetami. Pod koniec dnia dzieci z trudem łapały oddech. Opalenizna na ich buziach była dziwnie podbarwiona fioletem. W następnym tygodniu minister ochrony zdrowia Ukrainy, obdarzony łagodnym usposobieniem Anatolij Romanenko, został wypchnięty do wygłaszania publicznych oświadczeń o katastrofie. Oznajmiał, że poziom radioaktywności w Kijowie spada, ani słowem jednak nie wspomniał o tym, gdzie trafiają izotopy radioaktywne.

Każdy fizyk powie wam, że energii nie da się ani stworzyć, ani zniszczyć. Kroniki filmowe ukazujące majowy pochód nie uwidaczniały działania dwóch i pół miliona płuc, które z każdym wdechem i wydechem działały jak gigantyczny, żywy filtr. W ciałach kijowian pozostała połowa substancji radioaktywnych, które wdychali. Drzewa i krzewy tego pięknego, zielonego miasta oczyszczały powietrze z radionuklidów. Gdy owej jesieni spadły z nich liście, trzeba było traktować je jak odpady radioaktywne. Taka jest zdumiewająca skuteczność natury w pochłanianiu raptownych skoków stężenia izotopów promieniotwórczych po wybuchu jądrowym.

Należy uczciwie przyznać, że minister ochrony zdrowia Romanenko nie wiedział, co działo się z radionuklidami zaściełającymi jego rodzinne miasto. Nie uczono go medycyny radiacyjnej. W całym Ministerstwie Zdrowia tylko jedna młoda lekarka miała o tym jakieś pojęcie. Ukończyła krótki kurs na temat wypadków jądrowych i wkrótce stała się dyżurną ekspertką. Tłumaczyła innym lekarzom i przywódcom partyjnym różnice między rentgenem, remem a bekerelem, między promieniowaniem beta i gamma7. Katastrofa obnażyła nieprzygotowanie organów służby zdrowia i obrony cywilnej, spowodowane tym, że naukowcy jądrowi od lat mówili społeczeństwu, że energia jądrowa jest absolutnie bezpieczna, a skutkami groźnych wypadków nuklearnych, które były plagą sowieckich zakładów jądrowych, zajmował się ukradkiem tajny wydział w Ministerstwie Ochrony Zdrowia. Publiczni administratorzy służby zdrowia oszukali samych siebie tak skutecznie, że gdy doszło do katastrofy nuklearnej, zabrakło i szkoleń, i talentu, by się z nią uporać.

Do walki z katastrofą w trójwymiarową przestrzeń otaczającą miejsce zdarzenia ściągnięto setki, potem tysiące, a w końcu setki tysięcy ludzi. Nad reaktorem krążyli piloci śmigłowców, którzy zrzucili tam 2400 ton piasku, ołowiu i boru w próbie wygaszenia żarzących się zgliszcz. Jeden helikopter zawadził o żuraw i rozbił się, zginęło czterech ludzi. Żołnierze na zmiany wybiegali na dach bloku numer 3, by łopatami zgarniać grafitowe bebechy rozerwanego reaktora. Górnicy wydrążyli tunel trzydzieści metrów pod stopionym rdzeniem, by dało się zbudować mur ochronny. Budowniczowie stawiali tamy, żeby zatrzymać skażone wody Prypeci. Węsząc sabotaż, śledczy z KGB szperali po segregatorach i zapisach komputerów, odpytywali też konających na szpitalnych łóżkach8. 27 kwietnia pod eskortą armii z atomowego miasta Prypeć wywieziono 44,5 tysiąca mieszkańców. W ciągu następnych dwóch tygodni wojsko wysiedliło jeszcze 75 tysięcy ludzi z otaczającego elektrownię pasa o szerokości 30 kilometrów, któremu nadano nazwę „Strefy Wykluczenia”.

Za czerwonoarmistami szli dozymetryści i personel medyczny, usiłując ocenić rozmiary szkód. Poborowi zrywali asfalt, myli elewacje budynków, zbierali wierzchnią warstwę ziemi, plan przewidywał bowiem ponowne zasiedlenie opuszczonych miejscowości. Jednak każda zmiana kierunku wiatru oznaczała, że znów opadał pył i młodzi żołnierze zaczynali czyszczenie od nowa9. Ktokolwiek mówił, że przywódcy sowieccy to nie kapitaliści, był w błędzie. Jak szefowie przedsiębiorstw na całym świecie, i oni przedkładali produkcję nad bezpieczeństwo. Zamiast zabezpieczyć miejsce katastrofy, odizolować je, by najsilniejsze izotopy uległy rozpadowi w ciągu kilku miesięcy czy lat, przepchnęli plan, zgodnie z którym elektrownia w Czarnobylu miała w jak najkrótszym czasie zostać przywrócona do pełnych zdolności produkcyjnych.

Sowieccy dziennikarze opisywali Czarnobyl jako historię odważnych, pełnych samozaparcia „likwidatorów” (ludzi pracujących przy usuwaniu skażeń), którzy walczyli z radioaktywną pożogą. Materiały archiwalne dowodzą, że nie wszyscy postępowali honorowo. KGB ścigało kilka tysięcy pracowników elektrowni i żołnierzy, którzy porzucili stanowiska i uciekli. Złodzieje zakradali się do opuszczonej Prypeci, kradli dywany, motocykle, meble i sprzedawali te radioaktywne dobra gdzie indziej10.

6 maja władze sowieckie obwieściły światu, że ugaszono pożar szalejący w rdzeniu reaktora. „Niebezpieczeństwo zostało zażegnane”, stwierdzono. Nie była to prawda. Pożar trwał, póki nie wypalił się cały grafit. Utajnione akta dowodzą, że radioaktywne gazy buchały z miejsca katastrofy jeszcze przez tydzień, szczytowe nasilenie osiągając 11 maja11. Według oficjalnych czynników sowieckich w powietrze ulotniło się trzy do sześciu procent materiału z rdzenia, co oznaczało, że okoliczne środowisko skaził opad radioaktywny szacowany na 50 milionów kiurów. Późniejsze badania, przeprowadzone po rozpadzie ZSRR, oceniały, że spłonęło 29 procent paliwa, a ilość promieniowania, które przedostało się do otoczenia, szacowano na 200 milionów kiurów. Była to ilość porównywalna z eksplozją dużej głowicy jądrowej, równej czterem bombom, jakie zrzucono na Hiroszimę12.

Kiedy upływające po wybuchach miesiące odsłaniały potworne rozmiary katastrofy, władze sowieckie wydawały coraz to nowe zalecenia dla obywateli wiodących życie wśród jej skutków. Pisano instrukcje dla lekarzy zajmujących się pacjentami napromieniowanymi w Czarnobylu, dla rolników pracujących w skażonych gospodarstwach, dla techników rolnictwa i producentów żywności, przetwarzających radioaktywne surowce w towary konsumenckie, dla wytwórców artykułów wełnianych, innych tekstyliów i skór, jak też dla specjalistów od public relations, łagodzących niepokoje społeczeństwa. Ściśle w związku z katastrofą drukowano te poradniki w tysiącach egzemplarzy. Niestety autorów sowieckich instrukcji dla ocalałych krępował fakt, że nie o wszystkim wolno im było pisać. Chciałabym przedstawić lepszy poradnik przetrwania po katastrofie nuklearnej, w którym wykorzystam czarnobylskie archiwalia, by zebrać wszystkie postaci tego dramatu – operatorów elektrowni, lekarzy, rolników, dozymetrystów – i wnieść życie w lekcje czerpane z izotopów, gleby, wiatru, deszczu, pyłu, mleka, mięsa i tych wrażliwych, porowatych ciał, które to wszystko wchłaniały.

Rozpoczynając pracę nad tą książką, miałam już pewne doświadczenia ze stref dotkniętych katastrofami nuklearnymi, nie była mi też obca północna część Ukrainy, gdzie leży Czarnobyl. Po raz pierwszy wyjechałam do ZSRR w roku 1987, na studia w mieście, które nazywało się wówczas Leningradem (Petersburga). Było to rok po zdarzeniach w Czarnobylu, ale wówczas nie zaprzątałam sobie głowy plotkami o radioaktywnej żywności. Jako młoda lokatorka nędznego sowieckiego akademika martwiłam się głównie tym, żeby w ogóle mieć co jeść. W latach dziewięćdziesiątych pracowałam w Moskwie, studiowałam w Polsce, w Krakowie, na zachód od Ukrainy, a kwerendę do pierwszej książki prowadziłam w archiwach w Kijowie i Żytomierzu, zupełnie nieświadoma obecności radionuklidów – teraz, dzięki archiwalnym wykresom, wiem, że kłębiły się wszędzie wokół. Słyszałam coś o problemach zdrowotnych w Żytomierzu, w Kijowie zauważyłam pikietujących pracowników elektrowni jądrowych, ale nie przykuło to mojej uwagi. Interesowało mnie co innego, jak większość ówczesnych przybyszów z Zachodu w ZSRR uważałam też, że sowieccy aktywiści przesadzają w odmalowywaniu skutków katastrofy czarnobylskiej. Byłam klasyczną zachodnią podróżniczką po Europie Wschodniej, dufną w wyższość mojego społeczeństwa, pewną przyrodzonych demokracji korzystnych cech, podejrzliwie traktującą sowieckie prawdy, jakąkolwiek formę przybierały. Te z góry przyjęte założenia sprawiały często, że – jak wielu innych ludzi Zachodu wypuszczających się za żelazną kurtynę – byłam kiepską słuchaczką i krótkowzroczną obserwatorką. Podczas podróży przy zbieraniu materiałów do tej książki starałam się być bardziej spostrzegawcza.

Katastrofa, która dotknęła milionów ludzi, wymagała złożonych działań. Pierwsza część książki dotyczy tych, którzy natychmiast ruszyli do szacowania i „likwidacji” skutków uwolnionego skażenia. Część druga opisuje ludzi, którzy zostali w strefach skażonych, którzy wciąż kontynuowali produkcję żywnościową i sami jedli, choć wszędzie wokół sypał się opad radioaktywny. Część trzecia bada ekologię i historię bagien Prypeci, gdzie ulokowano Czarnobylską Elektrownię Jądrową. Kolejna część mówi o polityce, a szczególnie o przywódcach sowieckich, którzy zarazem utajnili Czarnobyl i wykorzystywali tę tragedię, by dyskredytować swoich rywali. Część piąta skupia się na odkryciach medycznych dokonanych przez sowieckich badaczy. Część szósta śledzi czasy, kiedy po tym, jak ZSRR runęło w gruzy, zarządzanie Czarnobylem przejęły agencje międzynarodowe. Na koniec pójdziemy śladem mistrzów przetrwania, którzy wypracowali sobie sposób na życie w odmienionym środowisku.

Wypadki się zdarzają. Po nich powinno jednak następować zakończenie, kiedy to ludzkość czegoś się uczy na własnych błędach. Katastrofy bez wyraźnego końca utrudniają wyciąganie wniosków. To, co zaszło w Czarnobylu, nauczyło mnie pewnych ogólnych zasad: technologie forowane jako niezawodne czasem zawodzą, a jak na razie nie mamy jeszcze solidnych instrukcji dla społeczeństw borykających się z katastrofami technologicznymi czy naturalnymi wielkiej skali. Reaktory, z których wiele pracuje już długo po założonej dacie ich wygaszenia, najczęściej buduje się na słabych ekonomicznie terenach wiejskich, gdzie ludność z wdzięcznością wita możliwość pracy w elektrowni. Jeśli taki reaktor czy zakład produkcji broni jądrowej zostanie zamknięty czy to z powodu awarii, czy osiągnięcia założonego resursu, z jego bezpośredniego otoczenia wyprowadzają się mieszkańcy, wokół buduje się ogrodzenia z drutu kolczastego, a radioaktywne, zbrązowiałe pola stają się rezerwatem przyrody, aczkolwiek specyficznym, z umieszczanymi przy wejściach niezwykłymi regulaminami: „Nie wchodzić z psami. Nie opuszczać żwirowanych ścieżek. Nie podnosić żadnych części murów”13. Ogrodzenia i klasyfikacja „rezerwatu przyrody” normalizują katastrofę, uspokajają, budują poczucie bezpieczeństwa jak ta sowiecka instrukcja przetrwania z roku 1986: „Towarzysze!”.

Może, jak twierdzą jej obrońcy, energia atomowa rzeczywiście jest najlepszym rozwiązaniem dla zredukowania emisji dwutlenku węgla i zaopatrzenia w energię dla rosnącej populacji naszego globu. Może też broń jądrowa, dzięki której mamy reaktory, to najlepsza obrona przed państwami „zbójeckimi”. Może innego wyjścia nie ma. Jeśli tak, to w podróże po Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia udałam się z szeroko otwartymi oczami, próbując zrozumieć, jak zmienia się życie ludzi w postapokaliptycznym cieniu. Wybrałam się w tę drogę, bo nie chcę być jak ci wpuszczeni w kanał towarzysze, którzy za późno przekonali się, że ich instrukcja przetrwania była okrutnie zakłamana.

Inne książki tego autora