Nim padnie pierwszy strzał

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Au­tor:

Ka­ta­rzyna Żwi­rełło

Re­dak­cja:

Agata To­kar­ska

Ko­rekta:

Do­mi­nika Wilk

Na­ta­lia Chro­bak-Le­cho­szest

Skład i pro­jekt okładki:

Ali­cja Ma­linka

Zdję­cia z okładki:

© To­mas Anu­ziata from Pe­xels

© Har­ri­son Ha­ines from Pe­xels

ISBN 978-83-66977-099

© Dre­ams Wy­daw­nic­two Li­dia Miś-No­wak

ul. Unii Lu­bel­skiej 6A, 35-016 Rze­szów

www.dre­am­swy­daw­nic­two.pl

Rze­szów 2021, wy­da­nie I

Druk: Abe­dik SA

Książkę wy­dru­ko­wano na pa­pie­rze Ecco Book cream 2,0 70 g/m2

do­star­czo­nym przez An­ta­lis Po­land sp. z o.o.

Wszel­kie prawa za­strze­żone. Żadna część tej pu­bli­ka­cji nie może być re­pro­du­ko­wana, prze­cho­wy­wana jako źró­dło da­nych, prze­ka­zy­wana w ja­kiej­kol­wiek me­cha­nicz­nej, elek­tro­nicz­nej lub in­nej for­mie za­pisu bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy.

Po raz ko­lejny – książkę de­dy­kuję tym,

któ­rzy ślu­bo­wali słu­żyć, chro­nić i strzec.

Na­wet z na­ra­że­niem ży­cia…

I słów tych do­trzy­mali.

Z mar­muru łuk nam chcia­łaś wznieść,

A mi­łość to nie zwy­cię­stwa pieśń,

To zimne i skru­szone „al­le­luja”.

(LE­ONARD CO­HEN, TŁUM. WŁA­SNE)

Opo­wia­dana hi­sto­ria jest in­spi­ro­wana praw­dzi­wymi wy­da­rze­niami, które miały miej­sce w 2003 roku. Wszyst­kie przed­sta­wione w niej po­sta­cie są fik­cyjne, a wszel­kie po­do­bień­stwo do ist­nie­ją­cych osób – przy­pad­kowe. Wiele fak­tów zmie­niono na po­trzeby po­wie­ści, która nie może być trak­to­wana jako za­pis rze­czy­wi­stych wy­da­rzeń.

6 MARCA, CZWAR­TEK

Ko­lumna dwu­na­stu po­li­cyj­nych sa­mo­cho­dów, prze­wo­żąca łącz­nie czter­dzie­stu funk­cjo­na­riu­szy, su­nęła czarną as­fal­tową drogą. Ob­raz za bocz­nym oknem ja­dą­cego na czele land ro­vera zle­wał się w jedną, ciemną masę. W po­jeź­dzie sły­chać było je­dy­nie sze­lest ubrań oraz war­kot sil­nika. Nie było roz­mów ani po­now­nego po­wta­rza­nia planu, je­dy­nie po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia. Wszy­scy znali swoje za­da­nia.

Do­wódca spoj­rzał na jed­nego z naj­młod­szych po­li­cjan­tów i już wie­dział, że chło­pak się de­ner­wuje. Je­chali do­ko­nać za­trzy­ma­nia dwóch nie­bez­piecz­nych prze­stęp­ców, któ­rzy twier­dzili, że nie pod­da­dzą się bez walki. Do­świad­czeni gli­nia­rze nie­wiele ro­bili so­bie z tego ga­da­nia, jed­nak tych naj­bar­dziej wta­jem­ni­czo­nych nie­po­ko­iło kilka in­nych spraw: uzbro­je­nie ban­dy­tów… ich po­in­for­mo­wa­nie o po­czy­na­niach służb… ich brak opo­rów przed po­cią­gnię­ciem za spust.

Młody po­li­cjant miał ro­bić plecy star­szemu, bar­dziej do­świad­czo­nemu do­wódcy i trzy­mać w ry­zach swój im­pul­sywny tem­pe­ra­ment. Tylko tyle… i aż tyle.

Wie­dzieli, że kiedy otwo­rzą się drzwi sa­mo­chodu, będą już na wro­gim te­re­nie. Roz­pocz­nie się ak­cja z na­jazdu, która nie po­winna trwać dłu­żej niż kilka in­ten­syw­nych mi­nut. Dwu­dzie­stu sze­ściu funk­cjo­na­riu­szy wkro­czy na ogro­dzony dwu­me­trową siatką te­ren. Dwóch zo­sta­nie w od­wo­dzie ze sprzę­tem spe­cja­li­stycz­nym, ośmiu oto­czy bu­dy­nek, ośmiu in­nych za­bez­pie­czy par­ter, ośmiu ko­lej­nych opa­nuje pię­tro i do­kona za­trzy­ma­nia po­szu­ki­wa­nych. Oprócz tych wy­zna­czo­nych do prze­pro­wa­dze­nia ak­cji na miej­sce zmie­rzało jesz­cze czter­na­stu do­dat­ko­wych po­li­cjan­tów. Na wszelki wy­pa­dek…

Sa­mo­cho­dem za­rzu­ciło. Młody wy­czuł, że zje­chali na grun­tową, pod­miej­ską drogę. „Już bli­sko” – po­my­ślał i moc­niej za­ci­snął dło­nie na pi­sto­le­cie ma­szy­no­wym. Ode­tchnął głę­boko, przy­go­to­wu­jąc się na wstrząs. Ten na­stą­pił po chwili, a do uszu po­li­cjan­tów do­biegł me­ta­liczny zgrzyt ta­ra­no­wa­nej bramy. Po­jazd za­trzy­mał się gwał­tow­nie. Do­wódca otwo­rzył drzwi i grupa sztur­mowa spraw­nie ufor­mo­wała szyk bo­jowy.

Ciemno. Zimna noc. Na ziemi le­żały po­du­chy ska­wa­lo­nego śniegu, który skrzy­piał pod no­gami.

Naj­ci­szej, jak było to moż­liwe, po­de­szli pod ścianę bu­dynku, choć ich dy­na­miczny przy­jazd i tak obu­dził oko­liczne psy.

Młody po­li­cjant przy­warł bo­kiem do muru. Z jego ust uno­siła się para, jed­nak nie od­czu­wał chłodu. Ad­re­na­lina sku­tecz­nie roz­grze­wała ciało.

Od drzwi wej­ścio­wych dzie­liło go za­le­d­wie kilka me­trów, a od do­ko­na­nia aresz­to­wa­nia je­dy­nie se­kundy. Chwila ci­szy i ocze­ki­wa­nia na sy­gnał do wej­ścia wy­ostrzyła mu zmy­sły. Na­słu­chi­wał. Wszystko zda­wało się iść jak z płatka, kiedy na­gle usły­szał dud­nie­nie do­cho­dzące z wnę­trza uśpio­nego domu. Do­strzegł, że sto­jący tuż przed nim do­wódca wy­prę­żył się nieco i prze­krę­cił głowę. Mu­siał usły­szeć to samo. Nim zro­zu­mieli, czym był ów dźwięk, na­stą­piło nie­spo­dzie­wane…

STY­CZEŃ

1

„Nie chwal dnia przed za­cho­dem”

KILKA TY­GO­DNI WCZE­ŚNIEJ

– Chło­pak ma ta­lent. Chciał­bym go za­brać ze sobą – po­wie­dział nad­ko­mi­sarz Fi­lip Tyszka, sie­dzący w fo­telu pa­sa­żera.

Kie­rowca, pod­in­spek­tor Alek­san­der Szu­war­ski, ob­rzu­cił go szyb­kim spoj­rze­niem, uśmiech­nął się pod no­sem i od­parł:

– Uwa­żasz, że jest na­szym naj­lep­szym czło­wie­kiem, a chcesz go za­brać do nar­ko­ty­ko­wego? Z czym zo­stanę ja?

– Wcale nie twier­dzę, że Berg jest naj­lep­szy!

– Nie?

– Jest tro­chę na­rwany, ale do utem­pe­ro­wa­nia – mruk­nął nad­ko­mi­sarz, po czym pew­nie do­dał: – Ma po­ten­cjał!

– Nie­je­den w tej ro­bo­cie ma po­ten­cjał, ale nie­liczni wy­trzy­mują ner­wowo ta­kie tempo do eme­ry­tury. Po­wie­dział­bym na­wet, że zbyt wielu wy­pala się za wcze­śnie.

Tyszka przy­tak­nął ze zro­zu­mie­niem i po chwili za­sta­no­wie­nia po­wie­dział:

– Na­dal bę­dziesz miał Wo­dziń­skiego, Ma­rec­kiego i Du­kow­skiego, choć ten ostatni…

– Co? Wy­pali się, nie?

– Być może. Czas po­każe. Nie mu­simy roz­ma­wiać o tym te­raz, wiesz? Do­póki nie za­mkniemy sprawy, nie mam za­miaru ni­g­dzie ucie­kać.

– I do­brze, Stary – przy­znał Szu­war­ski, włą­cza­jąc prawy kie­run­kow­skaz.

Tyszkę na­zy­wali „Sta­rym” tylko naj­bliżsi ko­le­dzy i nie do­stał tej ksywki z uwagi na me­trykę, lecz na uspo­so­bie­nie. Lu­bił kla­syczne, wie­kowe sa­mo­chody, gry­wał w sza­chy, no­sił ko­szule w kratę i twe­edowe spodnie. Był czło­wie­kiem zrów­no­wa­żo­nym, dba­ją­cym o lu­dzi, za któ­rych od­po­wia­dał. Miał czter­dzie­ści pięć lat i za­mie­rzał pra­co­wać, do­póki wy­star­czy mu sił. Mó­wiono o nim „glina z po­wo­ła­nia”.

Od kilku mie­sięcy ra­zem z Szu­war­skim oraz grupą ope­ra­cyjną roz­pra­co­wy­wali szajkę prze­stęp­czą pa­ra­jącą się han­dlem bro­nią i nar­ko­ty­kami. Do tej pory ło­wili płotki, udało im się aresz­to­wać paru ulicz­nych di­le­rów, ale każ­dego dnia znaj­do­wali się co­raz bli­żej ban­dyc­kich do­wód­ców. Wie­dzieli już, kogo szu­kają, nie mieli tylko po­ję­cia, gdzie ich zna­leźć, bo od ostat­niego, nie­uda­nego zresztą na­lotu sze­fo­wie gangu, Mar­cin La­czyk i Szy­mon Wa­licki, za­pa­dli się pod zie­mię. Aż do tego dnia.

Nim Szu­war­ski skrę­cił, przez skrzy­żo­wa­nie prze­je­chał biały volks­wa­gen golf. Sa­mo­chód mo­men­tal­nie przy­kuł uwagę obu po­li­cjan­tów. Pod­in­spek­tor bez zwłoki ru­szył za nim, nie cze­ka­jąc już na strzałkę ani zie­lone świa­tło. Wy­tę­żył spoj­rze­nie.

– Już nie te oczy, co kie­dyś – przy­znał zi­ry­to­wany. – Wi­dzisz bla­chy?

Tyszka przy­mru­żył oczy, po omacku wy­cią­ga­jąc z kie­szeni no­tat­nik. Prze­kart­ko­wał parę stron, szu­ka­jąc od­po­wied­niej no­tatki.

– To on – rzu­cił po chwili, a w jego gło­sie dało się usły­szeć pod­eks­cy­to­wa­nie. – To wóz Mar­cina La­czyka!

– Ja­sna cho­lera! Dzwoń do kie­row­nika! Za­trzy­mu­jemy go, czy jak?!

Nad­ko­mi­sarz się­gnął po ko­mórkę służ­bową. Po krót­kiej roz­mo­wie spoj­rzał na kum­pla i po­wie­dział:

– Za­trzy­mu­jemy skur­czy­byka! Wy­przedź go, każę mu zje­chać na po­bo­cze. Masz przy so­bie broń, prawda?

– Ja­sne, że mam! Od lat za­bie­ram klamkę do domu. Daj spo­kój, Stary, mamy do czy­nie­nia z ludźmi, któ­rzy bez wa­ha­nia pod­cię­liby nam gar­dła we śnie!

To po­wie­dziaw­szy, Szu­war­ski do­ci­snął pe­dał gazu. Pod­czas wy­prze­dza­nia Tyszka po­ka­zał kie­rowcy le­gi­ty­ma­cję i po­ma­chał ręką w kie­runku po­bo­cza. Za­je­chali im drogę, po czym zwol­nili aż do za­trzy­ma­nia.

– Kiedy wy­prze­dza­łeś, za­uwa­ży­łem pa­sa­żera – przy­znał Tyszka z re­zerwą.

– To ni­czego nie zmie­nia – od­parł Szu­war­ski i prze­ła­do­wał broń. Wsu­nął ją so­bie do we­wnętrz­nej ka­bury, po czym do­dał: – Pod­cho­dzimy spo­koj­nie, jak do zwy­kłej kon­troli dro­go­wej.

– A co póź­niej?

– Każę La­czy­kowi wy­siąść, że niby do dmu­cha­nia. Miej oko na tego dru­giego – za­rzą­dził pod­in­spek­tor.

Tyszka zer­k­nął w boczne lu­sterko. Wi­dział w nim ka­wa­łek bia­łego golfa i sie­dzą­cego w środku pa­sa­żera. Po krót­kiej chwili za­py­tał:

 

– Czy to nie jest przy­pad­kiem Wa­licki?

– Je­żeli jest, to mamy dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu. Nie­spo­dzie­wane szczę­ście i piękny ko­niec sprawy…

– Jak to mó­wią, nie chwal dnia przed za­cho­dem. Może po­cze­kamy na wspar­cie?

– Będą tu za ja­kieś dzie­sięć mi­nut. Jak bę­dziemy tak stać i cze­kać, La­czyk się do­my­śli, że to nie zwy­czajna kon­trola, i jesz­cze za­cznie ucie­kać. Idziemy.

Wy­sie­dli jed­no­cze­śnie. Tyszka nie spusz­czał oka z sie­dzą­cych w sa­mo­cho­dzie syl­we­tek, które z po­czątku po­zo­sta­wały nie­ru­chome. Szybko na­brał pew­no­ści, że męż­czy­zną obok La­czyka jest Szy­mon Wa­licki. Prze­szli za­le­d­wie kilka me­trów w stronę golfa, kiedy w jego wnę­trzu za­pa­no­wało pewne po­ru­sze­nie. Nim zdą­żyli za­re­ago­wać, po­wie­trze roz­darł nie­spo­dzie­wany huk.

2

„Te­raz cała Pol­ska bę­dzie pa­trzyć nam na ręce”

W biu­rze Wy­działu do Walki z Ter­ro­rem Kry­mi­nal­nym pa­no­wał spo­kój. W nie­wiel­kim, nud­nym, za­wa­lo­nym pa­pie­rami po­miesz­cze­niu sie­działo dwóch mło­dych funk­cjo­na­riu­szy. Je­den z nich, blon­dyn o we­so­łym spoj­rze­niu ja­snych oczu, ode­rwał się od kom­pu­tera, wy­rzu­cił ręce ku gó­rze i prze­cią­gnął się z wes­tchnie­niem. Po­tem po­woli wstał zza biurka.

– Idziesz już, Adaś? – za­py­tał drugi funk­cjo­na­riusz, nie pod­no­sząc na­wet głowy znad pa­pie­rów.

– Tak, wszystko już skoń­czy­łem – od­parł młod­szy aspi­rant Adam Du­kow­ski, nie­spiesz­nie za­kła­da­jąc kurtkę. – A ty kiedy koń­czysz?

– Jesz­cze tro­chę – mruk­nął pra­wie nie­do­sły­szal­nie ten drugi i po­dra­pał się po ciem­nej czu­pry­nie.

Du­kow­ski wzru­szył ra­mio­nami, po czym usiadł na biurku przy­ja­ciela. Ten ura­czył go nie­przy­chyl­nym spoj­rze­niem, bi­ją­cym z nad­zwy­czaj­nie ła­god­nych oczu.

– Nie wku­rzasz się chyba za tę ak­cję z we­se­lem, co?

– Skąd! Za­pro­po­no­wa­łeś Wo­dzowi, że za mie­siąc nasz ze­spół, skła­da­jący się z pia­ni­sty al­ko­ho­lika, zner­wi­co­wa­nego per­ku­si­sty, wy­pa­da­ją­cego z rytmu gi­ta­rzy­sty i wo­ka­li­sty to­tal­nego ama­tora, za­gra na jego we­selu! Wspa­niale za­ba­wimy wszyst­kich go­ści, a po­tem przez mie­siąc bę­dziemy szo­ro­wać ki­ble na ko­men­dzie.

– Prze­sa­dzasz, Berg! Ja wcale nie wy­pa­dam z rytmu!

– Cza­sami grasz za wolno, ale te­raz nie o to cho­dzi! Do cze­goś ta­kiego trzeba się po­rząd­nie przy­go­to­wać, a czy mamy na to czas? Całe dnie spę­dzamy w ro­bo­cie. Ro­bimy próby raz na dwa ty­go­dnie. To za mało!

– Znaj­dziemy czas. Mó­wi­łem już chło­pa­kom, ucie­szyli się.

– A nie przy­szło ci do głowy, żeby naj­pierw za­py­tać mnie o zda­nie? Może ja nie chcę, że­by­śmy grali na tym we­selu?

– Dla­czego miał­byś nie chcieć, prze­cież… za­raz, za­raz – rzu­cił z uśmie­chem Du­kow­ski. Na­chy­lił się nieco i spoj­rzał przy­ja­cie­lowi w oczy, ki­wa­jąc przy tym pal­cem wska­zu­ją­cym. – Ja już ro­zu­miem, dla­czego się wście­kasz. To nie cho­dzi o na­sze przy­go­to­wa­nie, tylko o nią!

– Wcale nie…

– Tak! Cho­dzi o sio­strę Wo­dza! Ona tam bę­dzie, a ty, wo­ka­li­sta, nie bę­dziesz mógł wmie­szać się w tłum – mó­wił Du­kow­ski z uśmie­chem, a po­waga na twa­rzy przy­ja­ciela roz­ba­wiała go jesz­cze bar­dziej.

– Daj już spo­kój, Adaś! Po­sta­wi­łeś nas przed fak­tem do­ko­na­nym, te­raz już nie ma od­wrotu – od­parł Berg i spoj­rzał na ze­ga­rek opa­su­jący jego lewy nad­gar­stek. – Za dwie go­dziny wi­dzimy się na pró­bie, a te­raz daj mi do­koń­czyć ro­botę.

Adaś po­woli zsu­nął się z blatu biurka, gdy nie­spo­dzie­wa­nie z im­pe­tem otwarto drzwi. Do środka zaj­rzał po­stawny męż­czy­zna o mocno roz­bu­do­wa­nych bar­kach.

– Gdzieś się pali, Dziki? – za­py­tał spo­koj­nie Adam.

„Dziki” wy­raź­nie nie po­dzie­lał jego żar­to­bli­wego na­stroju. Z po­wagą na twa­rzy na jed­nym wy­de­chu oznaj­mił:

– Tyszka i Szu­war­ski pró­bo­wali za­trzy­mać La­czyka. Strze­lali się.

– Gdzie?! – wy­krzyk­nął Berg, pod­ry­wa­jąc się z krze­sła. Oży­wiony zła­pał kurtkę i do­sko­czył do po­staw­nego po­li­cjanta.

– Gdzieś przy Dic­kensa i Gró­jec­kiej. Wódz już tam po­je­chał, Proca! Ka­zali nam tu­taj za­cze­kać! – rzu­cił jesz­cze Dziki, kiedy młody funk­cjo­na­riusz ode­pchnął go od progu i po­gnał ko­ry­ta­rzem do wyj­ścia.

Adaś ener­gicz­nie chwy­cił le­żący na biurku port­fel, po czym po­biegł za przy­ja­cie­lem. Pró­bo­wał go do­go­nić, ale gdy wy­biegł z bu­dynku na par­king, zo­ba­czył je­dy­nie od­jeż­dża­jącą z pi­skiem opon hondę ci­vic.

Sier­żant szta­bowy Alan Berg na­wet nie my­ślał, by na niego po­cze­kać. Chciał jak naj­szyb­ciej zna­leźć się na miej­scu zda­rze­nia. Choć nie wie­dział do­kład­nie, co tam się stało i jak prze­bie­gła strze­la­nina, miał złe prze­czu­cia, co za­sta­nie.

Pół ki­lo­me­tra przed wska­za­nym przez Dzi­kiego skrzy­żo­wa­niem po­ja­wił się ko­rek. Znie­cier­pli­wiony po­li­cjant wje­chał na chod­nik i tam zo­sta­wił sa­mo­chód. Resztę dy­stansu po­ko­nał bie­giem.

Im bar­dziej się zbli­żał, tym wię­cej do­strze­gał. Gró­jecką czę­ściowo za­mknięto. Po­li­cyjne ra­dio­wozy blo­ko­wały prze­jazd, a funk­cjo­na­riu­sze kie­ro­wali ru­chem ulicz­nym. Za ra­dio­wo­zami za­uwa­żył po­li­cyj­nego vana oraz dwie ka­retki. Na po­bo­czu stał sa­mo­chód, który Berg roz­po­znał od razu. Była to bor­dowa škoda na­le­żąca do pod­in­spek­tora Szu­war­skiego. Bra­ko­wało w niej tyl­nej szyby, a roz­kru­szone szkło ob­sy­pało ulicę.

Szedł jak w ciem­nym tu­nelu, na któ­rego końcu nie ma­ja­czyło na­wet naj­bled­sze świa­tło. Nie za­uwa­żył i nie usły­szał dwóch po­li­cjan­tów, któ­rzy za­bro­nili mu wej­ścia na te­ren pro­wa­dzo­nych czyn­no­ści. Do­piero gdy je­den z nich zła­pał go mocno za ra­mię, Berg oprzy­tom­niał.

– Je­stem z WTK – wy­ja­śnił i ski­nął na sto­ją­cych nieco da­lej funk­cjo­na­riu­szy. – Tam jest mój na­czel­nik i nad­ko­mi­sarz Wo­dziń­ski. Pra­cu­jemy ra­zem.

Dali mu przejść. Czuł, że nogi ma jak z waty. Szedł w stronę po­li­cjan­tów, ale roz­glą­dał się wo­koło, wy­pa­tru­jąc nad­ko­mi­sa­rza Tyszki. W końcu jego spoj­rze­nie wy­lą­do­wało na za­krwa­wio­nym as­fal­cie, a na­stęp­nie na czar­nym worku le­żą­cym parę me­trów da­lej. Jego serce jakby na chwilę sta­nęło. Za­trzy­mał się i tkwił tak w bez­ru­chu, aż usły­szał głos To­ma­sza Wo­dziń­skiego.

– To Szu­war­ski. Tyszkę za­brali do szpi­tala.

Na dźwięk tych słów Berg ode­tchnął z nie­znaczną ulgą.

– Co się stało? – wy­krztu­sił.

– Je­chali ra­zem z biura i przy­pad­kiem na­tknęli się na sa­mo­chód La­czyka. Tyszka za­dzwo­nił skon­sul­to­wać się z na­czel­ni­kiem. Pod­jęli de­cy­zję o za­trzy­ma­niu. Po­tem do­wie­dzie­li­śmy się o strze­la­ni­nie i przy­je­cha­li­śmy. Szu­war­ski do­stał w głowę, Tyszka kilka razy w brzuch. Za­wieźli go na Sza­se­rów. La­czyk uciekł. Zer­k­niemy na miej­ski mo­ni­to­ring i do­wiemy się, co za­szło… A ty do­kąd? – rzu­cił Wo­dziń­ski, gdy Berg nie­spo­dzie­wa­nie za­wró­cił.

– Jadę do szpi­tala.

– Nic tam te­raz po to­bie! – od­parł Wo­dziń­ski, sta­jąc mło­demu po­li­cjan­towi na dro­dze. – Le­ka­rze zro­bią swoje, a ty przy­dasz się w ro­bo­cie. Wszy­scy jeż­dżą te­raz po mie­ście…

– To strata czasu! La­czyk prze­cież nie jest głupi! Za­szyje się gdzieś na dłu­żej. Pew­nie już jest poza War­szawą.

– Mu­simy to do­brze ro­ze­grać, Proca. Te­raz cała Pol­ska bę­dzie pa­trzyć nam na ręce.

– Mam to gdzieś! Jak znajdę skur­wy­syna…

– Proca! – syk­nął Wo­dziń­ski. Ści­snął mocno ra­mię szta­bo­wego i przy­su­nął się do niego tak, że Berg po­czuł jego śmier­dzący pa­pie­ro­sami od­dech. – Żad­nych wy­sko­ków! Na­czel­nik zwa­lił to wszystko na moje barki. Te­raz słu­chasz mnie, a ja nie będę cię gła­skał jak Tyszka!

Berg wy­rwał ra­mię z uści­sku. Zer­k­nął jesz­cze na po­dziu­ra­wiony sa­mo­chód Szu­war­skiego i ru­szył w kie­runku, z któ­rego przy­szedł.

– Jedź do biura, Berg! – rzu­cił jesz­cze Wo­dziń­ski, lecz nie otrzy­mał od­po­wie­dzi.

Kiedy szta­bowy wra­cał do sa­mo­chodu, w jego gło­wie ko­tło­wało się mnó­stwo my­śli. Miał ochotę przy­ło­żyć ko­muś z roz­ma­chem, ale wie­dział, że to ni­czego nie roz­wiąże. Jego prio­ry­te­tem było te­raz od­na­le­zie­nie Mar­cina La­czyka, który zo­stał nie tylko wro­giem pu­blicz­nym nu­mer je­den, ale i ce­lem dla mło­dego po­li­cjanta.

Sam Berg nie zda­wał so­bie sprawy z tego, że strzel­ców było dwóch. Zro­zu­miał to do­piero, gdy jesz­cze tego sa­mego dnia na­chy­lał się nad miej­skim mo­ni­to­rin­giem. Ob­raz nie był przej­rzy­sty, a cała sy­tu­acja miała miej­sce na dal­szym pla­nie wi­docz­nego na mo­ni­to­rze na­gra­nia. Ma­te­riał jed­nak wy­star­czył, by wszy­scy zro­zu­mieli, co się wy­da­rzyło po po­łu­dniu przy ulicy Gró­jec­kiej.

Z wa­lą­cym ser­cem Berg oglą­dał, jak Tyszka i Szu­war­ski wy­sia­dali ze škody. Prze­szli za­le­d­wie kilka me­trów, gdy nie­spo­dzie­wa­nie otwarto do nich ogień. Prze­stępcy nie wy­szli na­wet z sa­mo­chodu. Strze­lali przez przed­nią szybę, a gdy obaj po­li­cjanci le­żeli już na ziemi, od­je­chali z miej­sca zda­rze­nia, pa­ląc gumy. Wszy­scy się za­sta­na­wiali, kim był drugi z prze­stęp­ców. Z na­gra­nia nie mo­gli roz­po­znać jego twa­rzy, a je­dyną osobą mo­gącą udzie­lić od­po­wie­dzi był po­grą­żony w śpiączce far­ma­ko­lo­gicz­nej nad­ko­mi­sarz Fi­lip Tyszka.

LUTY

3

„Służba nie drużba”

CZWAR­TEK

Sala we­selna była pra­wie pu­sta. Stoły usta­wiono pod ścianą, krze­sła uło­żono jedno na dru­gim. Nic nie wska­zy­wało jesz­cze na to, że za kilka dni od­bę­dzie się tu huczne we­sele nad­ko­mi­sa­rza To­ma­sza Wo­dziń­skiego. Je­dyną oznaką trwa­ją­cych przy­go­to­wań był ze­spół sto­jący na oszczęd­nie oświe­tlo­nej sce­nie.

Mu­zycy byli mło­dzi, pełni ener­gii i bez­tro­ski. Z re­guły grali dla wła­snej przy­jem­no­ści, jak to za­zwy­czaj bywa, w ga­rażu per­ku­si­sty. To, że szy­ko­wali się do za­pew­nie­nia oprawy mu­zycz­nej we­sela, było efek­tem przy­padku oraz ga­dul­stwa gi­ta­rzy­sty, Adama Du­kow­skiego.

Trwała próba. Pia­ni­sta ude­rzał w kla­wi­sze, per­ku­si­sta wa­lił w bębny, gi­ta­rzy­sta szar­pał struny w rytm roc­ko­wego ka­wałka. Sto­jący mię­dzy nimi wo­ka­li­sta miał dwa­dzie­ścia sześć lat, ciemne włosy i ła­godne spoj­rze­nie. Był ubrany w nie­bie­skie dżinsy oraz czarną ko­szulkę. Nie do­rów­ny­wał wzro­stem po­zo­sta­łym człon­kom ze­społu, ale nad­ra­biał cha­ry­zmą.

Przy­su­nął się do mi­kro­fonu, aby wy­śpie­wać drugą już zwrotkę.

– Nie wiem, jak mam to zro­bić, by męż­czy­zną się stać i nie wy­paść ze swej roli tego, co pierw­szy raz. Gła­dzę czule jej ciało, skra­dam się do jej ust. Wiem, że to jesz­cze za mało, aby… aby cie­bie mieć! Czer­wony jak ce­gła…1 Cze­kaj­cie, stop. Stop, mó­wię! Adam, zwal­niasz z tą gi­tarą – po­wie­dział z nutą pre­ten­sji w gło­sie.

Adam od­su­nął palce od strun i z obu­rze­niem od­parł:

– To ty przy­spie­szasz, czło­wieku! Nie wiem, który już raz z ko­lei!

– Kurde, chło­paki! – wtrą­cił się per­ku­si­sta, od­kła­da­jąc pa­łeczki. – Ro­bimy szybką prze­rwę na fajkę, bo za­raz mnie kur­wica weź­mie! Za mało ćwi­czymy i tyle. Nie przy­cho­dzi­cie na próby, wy­cho­dzi­cie wcze­śniej…

– Taka praca – skwi­to­wał wo­ka­li­sta i ze­sko­czył ze sceny. Pod­szedł do le­żą­cego na pod­ło­dze ple­caka, wy­cią­gnął paczkę che­ster­fiel­dów i za­ło­żył grubą bluzę z kap­tu­rem.

Wy­soki, szczu­pły pia­ni­sta po­cią­gnął łyk z pier­siówki i zwró­cił do gi­ta­rzy­sty:

– Po­ga­daj z nim, Adaś. Może prze­mó­wisz za­ko­cha­nemu do roz­sądku.

– Nie je­stem za­ko­chany! – za­pro­te­sto­wał wo­ka­li­sta.

– Ja­sne, ja­sne! Zro­bi­łeś się tak ner­wowy, że na­wet przy­spie­szasz z wo­ka­lem. Od ty­go­dni my­ślisz tylko o niej. Jak ar­ty­sta pia­ni­sta my­śli o wó­deczce. Ew­cia, Ew­cia…

Berg prze­wró­cił oczami i wy­szedł na ze­wnątrz, nie­chcący trza­ska­jąc za sobą drzwiami. Wie­dział, że ko­le­dzy mają ra­cję. Przez cały czas my­ślał o dziew­czy­nie, bę­dą­cej poza jego za­się­giem, a świa­do­mość, że nie znaj­do­wał w so­bie od­wagi, by coś z tym zro­bić, fru­stro­wała go jesz­cze bar­dziej.

Owiał go chłodny wiatr, a do noz­drzy do­tarł ostry za­pach żół­ta­wego dymu uno­szą­cego się z po­bli­skich ko­mi­nów. Oko­liczni miesz­kańcy mu­sieli pa­lić w pie­cach ja­kimś świń­stwem.

 

Ko­le­dzy z ze­społu wy­szli za­raz za nim. Gi­ta­rzy­sta Adaś przy­glą­dał mu się spod ścią­gnię­tych brwi. Byli przy­ja­ciółmi, a co za tym szło – znali się na wy­lot. Po­zwa­lali so­bie więc na cięte uwagi, kry­ty­ko­wa­nie sie­bie na­wza­jem i sze­reg po­dob­nych za­cze­pek, za­wsze pod­szy­tych tro­ską oraz naj­lep­szym ży­cze­niem.

– Nie wner­wiaj się, Proca – po­wie­dział w końcu Du­kow­ski. Stał z prze­wie­szoną na ple­cach gi­tarą i za­pa­lał pa­pie­rosa.

– Prze­stań tak mnie na­zy­wać – za­pro­te­sto­wał wo­ka­li­sta sta­now­czym gło­sem.

– Utarło się już.

– Skąd taka ksywka? – do­py­tał pia­ni­sta, wal­cząc z za­pal­niczką, która jak na złość nie chciała wy­krze­sać iskry.

Adam po­dał ko­le­dze ogień i uśmiech­nął się pod no­sem do swo­ich wspo­mnień.

– Wódz za­czął go tak na­zy­wać po jed­nej ak­cji! – wy­ja­śnił. – Mie­li­śmy za­trzy­mać ta­kiego Ri­kiego. Wy­wi­nął się ko­le­dze, a Proca, sru!, po­biegł za nim bez se­kundy zwłoki! My wszy­scy szu­kamy osłony, bo fa­cet uzbro­jony, a Berg miał wszystko w du­pie. Do­padł go, nim reszta się obu­dziła. „Wy­strze­lił jak z procy!”, jak to po­wie­dział wtedy Wódz, i tak już zo­stało. Ja bym go na­zwał wa­ria­tem albo świ­rem. Co ty na to, sier­żan­cie szta­bowy?

– Nie, dzięki. Do­brze wie­dzieć, co na­prawdę o mnie my­ślisz… – od­parł Alan Berg, zer­ka­jąc na przy­ja­ciela z ukosa.

– To zo­sta­nie Proca, a ty nie masz nic do ga­da­nia. Le­piej po­wiedz, co z tą Ewką.

– Nic. Nie wi­dzia­łem jej od tam­tej im­prezy u Ma­rec­kiego. Przy­szła raz, zo­ba­czyła, co to za to­wa­rzy­stwo, i pew­nie nie ma za­miaru wra­cać.

– Nie prze­sa­dzaj! Sio­stra Wo­dza to fajna dziew­czyna. Ga­da­łem z nią, wiesz? W prze­ci­wień­stwie do cie­bie.

Proca za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem.

– Nie mia­łeś od­wagi, co? – pod­pusz­czał go da­lej Adam. Jego uśmie­szek był jak szpila wci­skana mię­dzy że­bra przy­ja­ciela. – Pies na ban­dzio­rów, ale do ład­nej dziew­czyny to jak nie­opie­rzony kur­cza­czek! Ona na­wet nie wie, że ist­nie­jesz!

– Ale się do­wie!

– Na we­selu? – rzu­cił per­ku­si­sta. – Ona bę­dzie ba­lo­wać, a ty śpie­wać na sce­nie ra­zem z nami. Je­żeli chcia­łeś so­bie z nią po­tań­czyć, to źle ro­ze­gra­łeś sprawę, chło­pie…

– Ja nie tań­czę. A poza tym to wszystko przez Ada­sia. Gęba mu się nie za­myka!

– Wódz był w po­trze­bie, szu­kał mu­zy­ków – wy­ja­śnił Du­kow­ski, od­ga­nia­jąc sprzed nosa chmurę bia­łego dymu. – Po­wie­dzia­łem mi­mo­cho­dem, że gramy z Procą w ze­spole, i tyle. Skąd mia­łem wie­dzieć, że fa­cet pod­ła­pie te­mat.

– Mu­sisz mniej ga­dać, stary.

– A ty wię­cej. Ga­dasz jak po­tłu­czony albo za­po­mi­nasz ję­zyka w gę­bie, jak się po­ja­wia dziew­czyna, na któ­rej ci za­leży.

– Nie po­zwa­laj so­bie, do­bra?! Da­waj to wio­sło!

Adaś prze­ło­żył pa­sek nad głową i po­dał gi­tarę ko­le­dze. Ten oparł nogę na skrzynce po pi­wach, a in­stru­ment na ko­la­nie. Za­grał frag­ment pio­senki i za­nu­cił.

– Tak masz grać! Szyb­sze tempo. Lu­dzie będą chcieli tań­czyć, a nie ki­wać się na boki. To we­sele, nie kon­cert.

– Tak jest, Proca.

– Nie na­zy­waj mnie tak.

– Jak so­bie ży­czysz, Proca.

– Spier­da­laj. Le­piej po­wiedz, czy po­cią­gniesz so­lówkę.

– Ja za­gram z pal­cem w no­sie, ale może jako eks­pert od wszyst­kiego wo­lał­byś za­grać to sam?

– O! Czyli tra­fi­łem w czuły punkt, zwra­ca­jąc ci uwagę! – za­uwa­żył Berg.

Adaś wy­rwał mu gi­tarę z rąk.

– Można zwra­cać uwagę, jak się ma ra­cję, a ty jej nie masz! Jak­byś śpie­wał za­wsze tak do­brze, jak ja gram, to by­li­by­śmy za­wo­do­wym ze­spo­łem i grali bi­le­to­wane kon­certy.

– Twier­dzisz, że fał­szuję?

– Twier­dzę, że wy­pa­dasz z tempa. Słu­chaj, jak gra cały ze­spół, nie wy­ry­waj do przodu, to wszystko bę­dzie do­brze.

Chyba obaj wie­dzieli, że nie roz­wiążą tego kon­fliktu w tym mo­men­cie. A może na­wet nie roz­wiążą go ni­gdy, bo każdy z nich był świę­cie prze­ko­nany o swo­jej ra­cji. Wró­cili do środka, da­lej roz­wa­ża­jąc, czy to gi­ta­rzy­sta zwal­niał, czy wo­ka­li­sta przy­spie­szał. Berg wy­pił kilka ły­ków go­rą­cej her­baty z ter­mosu, Adaś roz­tarł nieco zmar­z­nięte dło­nie. Już mieli wzno­wić próbę, już wy­brzmiały pierw­sze takty pio­senki, kiedy w kie­szeni Adama Du­kow­skiego gło­śno za­dzwo­nił te­le­fon. Przez scenę prze­le­ciał jęk iry­ta­cji i znie­cier­pli­wie­nia. Gi­ta­rzy­sta uci­szył wszyst­kich ge­stem unie­sio­nej ręki. Ode­brał. Roz­mowa trwała krótko, a gdy się skoń­czyła, wy­ja­śnił:

– Zbie­ramy się, Proca. Ro­bota wzywa.

– Z wami tak za­wsze! – za­grzmiał per­ku­si­sta, uno­sząc ręce do góry w agre­syw­nym ge­ście roz­cza­ro­wa­nia.

– Wy­bacz, stary. Służba nie drużba.

Per­ku­si­sta burk­nął coś pod no­sem i wy­mow­nie spoj­rzał na pia­ni­stę. Nie pa­dło ani jedno słowo, a obaj wie­dzieli, że za­mie­rzają kon­ty­nu­ować próbę bez dru­giej po­łówki ze­społu, która już za­mknęła za sobą drzwi.