Droga do gwiazdTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Katarzyna i Paweł Ziemniccy
Droga do gwiazd

Opowieść o Mikołaju Koperniku

Strona redakcyjna

Katarzyna i Paweł Ziemniccy

Droga do gwiazd. Opowieść o Mikołaju Koperniku

© by Katarzyna i Paweł Ziemniccy

© by Wydawnictwo Literatura

Konsultacja merytoryczna:

dr Milena Ratajczak

Ilustracje:

Ewa Beniak-Haremska

Korekta i skład:

Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Wydanie I

ISBN 978-83-7672-599-4

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2019

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Dla Zuzanki i Piotrusia

– naszych gwiazdek z nieba

Narodziny


Dziewiętnastego lutego 1473 roku było mroźno i wietrznie. Mimo to Rynek Staromiejski w Toruniu tętnił życiem. Urwisy ganiały się między straganami, przekupki głośno zachwalały słodkie placki z jabłkami, a żeglarze, którzy dzisiaj zawinęli do tutejszego portu wiślanego, śpiewali na całe gardło piosenki o swych morskich przygodach. Więcej w tym było pohukiwań niż melodii, nic więc dziwnego, że w oknach kamienic okalających rynek raz po raz pojawiali się zirytowani mieszczanie. Próbowali uciszyć rozweselonych krzykaczy, ale ci na szacownych torunian nie zwracali w ogóle uwagi.

Tylko w jednej kamienicy, pod numerem 36, nikomu nie przeszkadzały te śpiewy. Gdyby ktoś zajrzał tam przez okno, zobaczyłby, że po schodach biegają zaaferowani służący, a gruba kucharka Adela mamrocze pod nosem jakąś modlitwę i zerka z obawą na drzwi sypialni swojej pani, Barbary.

Wreszcie, gdy jedyna wskazówka na wielkim podłużnym zegarze wyraźnie drgnęła, rozległ się głośny płacz dziecka. Zapisano potem w specjalnej kronice, że tego dnia, o godzinie 4.48 po południu, urodził się Mikołaj Kopernik.


Siedem lat później


Mikołaj zmarszczył brwi i nadstawił ucha. Czy mu się zdawało, czy też pod jego domem znów szykowała się jakaś krwawa rozprawa? Nie zwlekając, otworzył na oścież okno i wychylił się z niego do połowy.

– No jasne – mruknął na widok swojego kota Gałgana, który strosząc ostrzegawczo białą sierść, robił jednocześnie minę niewiniątka. Gdyby ktoś go nie znał, mógłby uwierzyć, że nic nie zmalował. Ale Mikołaj dobrze wiedział, że stojąca naprzeciw Gałgana zgraja kocich zabijaków z portu miała swoje powody, by teraz ostrzyć na niego pazury. Gałgan regularnie wkraczał na ich teren i podkradał im z trudem zdobyte rybie łebki. Nic dziwnego, że chudy jednooki herszt portowych kotów miał bezwzględną minę. A warczenie, które dobiegało zza jego krzywych, ostrych zębów, znaczyło:

– Zaraz damy ci nauczkę!

Gałgan wyczuł, że to nie żarty, i zerknął niespokojnie na Mikołaja. Ten szybko sięgnął po miotłę i postawił ją na bruku, za oknem.

Zanim zaskoczone koty zdążyły machnąć ogonami, Gałgan wskoczył na kij i już był w pokoju. Jego wrogowie prychnęli z wściekłością, strosząc wąsy. Po chwili koty zniknęły w ciemnościach.



– Tym razem ci się upiekło, ale dobrze ci radzę, przestań im podkradać śledzie – przykazał surowo Mikołaj.

Lubił mówić do Gałgana, mimo że ten go nie słyszał. Jak większość białych kotów, był głuchy. Mikołaj przekonał się o tym już dawno, ale i tak ciągle gadał ze swoim pupilem. Uważał, że mądry Gałgan dobrze rozumie, co się do niego mówi. A poza tym kierowane do kota pytania sprawiały, że siedmioletni Mikołaj sam szukał na nie odpowiedzi. A to przynosiło całkiem ciekawe odkrycia.

Gałgan przeczesał różowym języczkiem sierść i otarł się o kolana chłopca. Tak długo miauczał, aż ten podrapał go za uchem, pogłaskał po gęstym futerku i natrafił na coś twardego. Mikołaj wyjął to ostrożnie i zbliżył do oczu.

– Rybia łuska? Dla mnie? – chłopiec spojrzał na kota.

Ten miał tak dumną minę, jakby ofiarował swojemu przyjacielowi co najmniej brylant.

– Dziękuję ci za takie prezenty – skrzywił się Mikołaj. – Może bym ją zatrzymał, ale ten zapach...

Otworzył szerzej okno i wyrzucił znalezisko. Zmarszczył nos, bo z rynsztoku obok ich domu okropnie śmierdziało odpadkami. Westchnął i odwrócił z niesmakiem wzrok. Tam, w dole, był bruk pokryty błotem oraz wyrzucone przez kucharkę obierki, a w górze... Ach, zupełnie inny świat! Uwielbiał go oglądać. Często czekał do późnej nocy, aż na rynku pogasną wszystkie światła. Wtedy na tle ciemnego nieba najlepiej było widać gwiazdy. Gdy ktoś gdzieś gasił ostatni płomyk świecy, ten niewysoki, szczupły chłopiec o uważnym, myślącym spojrzeniu stał w oknie i patrzył, jak czarne kurtyny nieboskłonu powoli rozsuwają się na boki.

I wtedy on, wierny widz, mógł obejrzeć wyjątkowy spektakl. Dziś jednak Mikołaj nie mógł czekać, aż z atramentowego nieba zaczną do niego mrugać gwiazdy. Musiał się wyspać, bo jutro czekał go wyjątkowy dzień – szedł po raz pierwszy do szkoły!

– Zerknę tylko raz na Księżyc, bo tak mocno dziś świeci – postanowił chłopiec – a potem od razu wskakuję do łóżka!

Ale łatwo powiedzieć! Gdy tylko zadarł głowę i wytężył wzrok, natychmiast zapomniał o szkolnych obowiązkach. Miał nad sobą nie tylko Księżyc, ale też pas srebrnej poświaty, w którym migotały mniejsze i większe gwiazdy. Przypominało to jasną, szeroką wstęgę, albo raczej strugę rozlanego mleka, i było takie piękne!

Rozmarzony Mikołaj przymknął oczy i pomyślał, że skoro z okna jego domu widać coś tak wspaniałego, to jak to coś musi wyglądać z bliska, tam w górze?

Nagle coś kapnęło mu na policzek! Zaskoczony, powoli wysunął przed siebie rękę. Czyżby deszcz?

Na dłoń spadła mu kolejna kropla. Polizał ją ostrożnie.




– Ależ to mleko! – wykrzyknął zdumiony i wbił zachwycone spojrzenie w jasną Drogę Mleczną nad swoją głową. – Mleko, które kapie z nieba! Niewiarygodne! Zachwycające! Magiczne! Ale... skąd ono właściwie spada?

Zaciekawiony Mikołaj wychylił się z okna, jak mógł najdalej, i zamarł w oczekiwaniu, co też się zaraz wydarzy. No i doczekał się! Następna porcja mleka nie była już dawkowana w kroplach. Na głowę chłopca spadł duży kubek tego białego napoju.

Zaraz potem dał się słyszeć nieprzyjemny rechot.

– Cha, cha! Ale masz głupią minę! – śmiał się głośno jego młodszy brat Andrzej. I jakby tego było mało, jeszcze machał opróżnionym naczyniem, jawnym dowodem swojego niecnego czynu! – Ojej, nie wytrzymam – chichotał – ale ty śmiesznie wyglądasz!

Mikołaj zatrząsł się ze złości. Starł mleko z twarzy i postanowił dać bratu nauczkę.

Ale zanim zdążył cokolwiek zrobić, na górę, sapiąc jak lokomotywa, wparowała gruba kucharka Adela.

– Ja ci dam wykradać mleko ze spiżarni, łobuzie! – krzyknęła, łapiąc Andrzeja za ucho.

Ten wrzasnął boleśnie i próbował się wyrwać, ale na próżno. Adela słynęła nie tylko ze swych kulinarnych umiejętności, ale i stalowego uścisku. Zaprowadziła chłopaka do kuchni i pokazała usmolone patelnie i garnki.

– Jak je wszystkie porządnie wyszorujesz, to ci się odechce głupich żartów! – krzyknęła srogo.

– Ja? Ale ja właśnie miałem się kłaść – bąknął wystraszony Andrzej.

– Ach tak? – Adela wzięła się pod boki. – Teraz toś zmęczony? Nie bój się, zdążysz jeszcze pospać. A teraz szoruj. I to na błysk!

Mikołaj zachichotał ucieszony, że jego brat wreszcie dostał za swoje. Wskoczył do łóżka i przykrył się ciepłą kołdrą. Odwrócił głowę w stronę okna i wlepił rozmarzony wzrok w gwiazdy, które przedstawiały niezwykłe konstelacje. Niedawno dowiedział się od taty, że te gwiazdozbiory ponazywali wiele wieków temu starożytni Grecy. Przedstawiały one bogów, przedmioty i zwierzęta. Oto swe skrzydła rozkładał wielki Draco, czyli Smok, ścigały się groźne Canum Venaticorum – Psy Gończe. Nieopodal wyciągała szyję Żyrafa – po łacinie bardzo trudne słowo: Camelopardalis.

– Chyba dziś nie zasnę – westchnął, słysząc dobiegające z rynku głośne śpiewy i kłótnie, a spod okna – popiskiwania szczurów walczących o resztki jedzenia. Na domiar złego Andrzej okropnie hałasował! Lał wodę do saganków, trzaskał nimi i narzekał głośno, jaka to mu się trafiła paskudna robota.

 

Mikołaj przekręcił się na bok i ziewnął. Mimo tych wszystkich dźwięków, zaczynały mu się jednak powoli kleić oczy.

Ciekawe... – pomyślał i ziewnął – ciekawe... czy mleczne gwiazdy istnieją?

– No, pewnie, że tak! – zawołał ktoś wesoło i chłopak poczuł, że czyjaś mocna dłoń chwyta go za rękę.

Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, potężnie zbudowany brodacz oznajmił, że chętnie mu coś pokaże. Jednym kopnięciem otworzył okno i razem z chłopcem pofrunął prosto w stronę migoczącej wstęgi.

Oszołomiony Mikołaj nie zdążył nawet pisnąć.

– Skoro tak cię to interesuje, to ci wyjaśnię, czym jest ten świetlisty pas. To Droga Mleczna, w której stworzeniu maczałem palce – rzekł chełpliwie brodaty mężczyzna. Podrapał się po nosie i dodał, że ma na imię Zeus oraz że jest szefem wszystkich bogów.

– A ja jestem Mikołaj Kopernik – przedstawił się grzecznie chłopiec.

Zeus pokiwał głową, że przecież to się wie, i wskazał Mikołajowi dwa wybite purpurowym zamszem trony. Obok nich siedziały wielki pies i jednorożec.

Mikołaj usadowił się na jednym z tronów i rozejrzał z zachwytem. Jego uwagę przykuł zwłaszcza róg jednorożca, który lśnił jak drogocenny kamień.

Zeus z westchnieniem ulgi oparł o swoje siedzisko ostry harpun w kształcie błyskawicy, odsapnął i podrapał wielkiego psa za uchem.

– Z tą Drogą Mleczną to było tak – zaczął, zerkając na Mikołaja dobrotliwie. – Mój syn, Herakles, gdy był jeszcze małym szkrabem, ciągle płakał, bo stale był głodny. Pewnej nocy, kiedy chyba dziesiąty już raz domagał się jedzenia, nie chciałem budzić żony Hery. Rozumiesz chyba, że była bardzo zmęczona. Przystawiłem więc małego cichutko do jej piersi, a wtedy wyciekła kropla mleka. I natychmiast rozlała się hen, hen, na całe niebo – powiedział Zeus.

Mikołaj rozejrzał się na wszystkie strony. A więc z jednej kropli powstała tak długa i szeroka Droga Mleczna? Z bliska jaśniała i migotała tysiącem gwiazd. Z gracją przelatywał tędy duży piękny Łabędź, nie zwracając uwagi na przyczajoną nieopodal Jaszczurkę. Nieco dalej potężny Wężownik trzymał w rękach ogromnego węża, a zręczny Strzelec nakładał strzałę na cięciwę łuku. Nad nimi zaś, szumiąc skrzydłami, kołował wielki Orzeł.

Wszechświat – pomyślał z podziwem Mikołaj – jest pełen zaskakujących kształtów i kolorów. Wszystko ma tu sens i wszystko jest po coś. A ja? Co ja mam w tym świecie do zrobienia? Muszę to odkryć... [1]


– Wygodnie ci na tym tronie? – zatroszczył się nagle Zeus.

Bardzo – pomyślał Mikołaj. – Bardzo...

Ale nie odpowiedział bogu, bo zasnął tak mocno, że nie był w stanie już nic wyszeptać.

– Wstawaj, Miko, już czas. – Adela pogłaskała Mikołaja po gęstych, czarnych włosach. – Coś ty robił w nocy, żeś taki niewyspany, co?

– Fruwałem! – wykrzyknął radośnie chłopiec i wyskoczył z łóżka. Szybko włożył nowe, eleganckie ubranie i pobiegł do kuchni. Mama właśnie nalewała parujące mleko do kubków. Pochodziła z zamożnego rodu i miała służbę, ale codziennie rano z przyjemnością przygotowywała dzieciom śniadanie [2].

– Pamiętasz, jak masz się zachowywać w szkole? – spytała, patrząc czule na syna.

– Trzeba wszystkich pilnie słuchać – pana rektora, pomocników i towarzyszy [3] – odparł niewyraźnie przyszły uczeń, bo zdążył już ugryźć wielki kawał chleba. Jego dwie starsze siostry, Kasia i Basia, uśmiechnęły się do niego, dokładając mu na talerz masła i twarogu.

– A ja nie będę jadł, nie jestem głodny – rzucił naburmuszony Andrzej, który siedział naprzeciw brata. Ale wystarczyło jedno groźne spojrzenie Adeli, by natychmiast wsadził do ust pół kromki posmarowanej miodem lipowym.

– Tak, to ważne – powiedziała matka do Mikołaja. – Jeden nauczyciel ma pod opieką nawet stu uczniów. Jeśli chcesz się szybko nauczyć czytać i pisać, to musisz być pilny i nie przeszkadzać w lekcji.

Tak, tak, przecież Mikołaj to wiedział. Nie dalej jak wczoraj rozmawiał o szkolnych zasadach z bratem mamy, wujem Łukaszem Watzenrode. Wuj był bardzo mądry i Mikołaj zawsze go słuchał. Taty oczywiście też, ale w ostatnich dniach akurat go nie było. Razem z innymi kupcami popłynął tydzień temu do Flandrii [4]. Ich wielki okręt był wypełnionym miedzią, woskiem, masłem i słoniną, które zamierzali tam sprzedać.


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?

Inne książki tego autora