Już, już!

Tekst
Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Katarzyna Wasilkowska

Już, już!

© by Katarzyna Wasilkowska

© by Wydawnictwo Literatura

Zrealizowano w ramach stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Okładka i ilustracje: Robert Konrad

i: Igor Wiśniewski, psycholog dziecięcy

Redakcja: Agnieszka Hałubiec

Korekta: Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Wydanie I

pierwsze w Wydawnictwie Literatura

ISBN 978-83-7672-976-3

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2021

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Na zlecenie Woblink


woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Najstraszniejsze w tej historii jest to, że dzieje się bez poważnej przyczyny. Nie było żadnego wypadku, nikt nie wygrał miliona w lotto ani nikt nie umarł. Nie spadł też meteoryt, nie przeprowadzono się do nawiedzonego domu, ani nie ujawniono mrocznego sekretu sprzed lat. Nie odkryto ani jednych tajemniczych drzwi.

Najstraszniejsze w tej historii jest to, że dzieje się naprawdę.

BRANSOLETKA


Lula siedzi przy biurku w swoim pokoju na piętrze i nawleka na gumkę koraliki. Zrobiła je sama, z białej modeliny. Maleńkie kości i czaszki, każda z dziurką przez środek. Dużo roboty, ale Lula uwielbia takie zajęcia. Ma dziewięć lat i bardzo sprytne palce.

Z kości i czaszek będzie urodzinowa bransoletka dla Wery.

Wera jest starszą siostrą Luli, ma pokój za ścianą i za tydzień skończy czternaście lat.

W tej chwili snuje się gdzieś po osiedlu albo po centrum handlowym. Wera i jej przyjaciele często kręcą się po okolicy. Mają wtedy chmurne miny, trzymają ręce w kieszeniach albo w rękawach. Od czasu do czasu popychają się i parskają śmiechem, albo po prostu mówią: „Heh!”.

Lula ogląda się na drzwi, bo wydaje jej się, że ktoś tam stoi, ale nie. Cieszy się, że Wery nie ma w domu. Przygotowuje prezent w tajemnicy, z niespodzianki zawsze jest większa frajda.

Na ulicy trzaska furtka.

Lula podrywa się i wygląda przez okno nad biurkiem. To tylko tata – zmiata liście ze ścieżki.

Lula z ulgą opada na krzesło i wtedy coś z obu stron silnie uderza ją pod żebra. Wystraszona podskakuje z wrzaskiem, a rozsypane koraliki toczą się po biurku i spadają na podłogę, turkocząc jak kolekcja zepsutych zegarów.

– Masz sprężynę w tyłku, Lula? – Jej starszy brat z uciechy rży jak osioł, mało się nie udławi. Podnosi do góry oba kciuki i kręci głową. – Nie, nie, nie! To nie sprężyna. To celne kuksy! Nie mogę… zawsze działa, za każdym razem dziesiątka.

Lula ma ochotę na niego krzyczeć, ale patrzy na zepsutą pracę i czuje, jak sznuruje się jej gardło, a pod powieki napływają łzy.

– Kaj… – szepcze, z trudem przełykając ślinę. – Zepsułeś prezent dla Werki, już kończyłam.

Kaj przeciera twarz rękawem wielkiej turkusowej bluzy. Jeszcze jest czerwony od śmiechu, ale już mu głupio.

Całe szczęście – myśli Lula.

– Ej, Lulka, ja w tej sprawie. Nie mógłbym się podłączyć do tego twojego, yyy, projektu?

Lula zbiera koraliki z podłogi, co jakiś czas pociągając głośno nosem.

Kątem oka widzi, jak niezbyt czyste najki Kaja niespokojnie drepczą w miejscu. Teraz jest pewna, że mu głupio. Dobrze, jakaś kara musi być – uśmiecha się Lula w duchu i jeszcze raz pociąga nosem. Wzdycha cicho, ale tak, żeby było słychać.

– Lulka? – Kaj kuca obok i zgarnia garść koralików z dywanu. – Przepraszam, debil ze mnie, przecież wiesz. Czy nie wiesz?

Lula parska śmiechem i wbija mu łokieć w bok. Kaj traci równowagę i przewraca się na plecy.

– Co to jest dziesiątka? – chce wiedzieć Lula.

– Co? – pyta Kaj z podłogi. Nie wstaje, tylko przekręca się na brzuch i sięga pod łóżko Luli. Wyciąga stamtąd paciorki, które potoczyły się najdalej.

– Dziesiątka. Powiedziałeś „zawsze dziesiątka”.

– Powiedziałem?

Lula rży jak Kaj przed chwilą:

– „Yhy, yhy, celne kuksy, yhy, zawsze działa, za każdym razem dziesiątka”.

– No dziesiątka – przytakuje Kaj. – Za każdym razem dycha, trafionko. Dajesz się podejść. Kuksam cię, a ty skaczesz jak kangur. Jak te koty z youtube’a. Za każdym razem trafionko. Środek tarczy – dziesiątka, kapejszyn?

– Kapejszyn.

– Z czego je robisz? – Czaszka na otwartej dłoni Kaja połyskuje jak wyrwany ząb.

– Z modeliny – odpowiada Lula, wrzucając koraliki do puszki.

– Masz do tego foremkę, wyciskarkę jakąś?

Lula wytrzeszcza na niego oczy.

– Wyciskarkę? To się lepi. Rękami – dodaje i szybko przebiera palcami przed nosem Kaja.

– Sama ulepiłaś te wszystkie gnatki?

Lula znowu podnosi ręce i przebiera palcami. Kaj gwiżdże z podziwem.

– Ty strasznie zdolna jesteś, Lulka. To prawdziwe rzeźby są. Miniaturowe – mówi. – Może jakoś ci pomogę, co? Nawlekać czy coś? Bo ulepić mogę najwyżej kulkę z nosa.

Lula przygryza wargę i nic nie mówi.

Chciała, żeby to był tylko jej prezent dla Wery. Przygotowywała koraliki od wielu tygodni. Nie jest to łatwe, kiedy tyle zadają do domu, a jak już znajdzie się trochę czasu, to trzeba się kryć. Poza tym byłoby fajnie, gdyby Wera dostała kilka prezentów od rodzeństwa, a nie tylko małą głupią bransoletkę.

Ukradkiem zerka na Kaja. Ma taką skruszoną minę.

Zaraz powie, że jest spłukany i że ma dwie lewe ręce – myśli Lula.

– Lulek, kupiłbym jej płytę, ale jestem spłukany – Kaj rozkłada ramiona. – I wiesz dobrze, że nie mam żadnych zdolności manualnych. Kotleta pokroję, a dalej już słabo. No, chyba że jej coś wytnę z sera. Serce?

Lula się śmieje i już wie, że zaraz się zgodzi. Kaj też już to wie, bo zaczyna się wydurniać.

– Wera, chcesz sera?! – rozdziera gardło. Lula ucisza go i pośpiesznie chowa cały swój koralikowy warsztat do szuflady. Kaj się uspokaja i pyta: – To co? Dasz się podłączyć?

– To tylko jedna bransoletka – mruczy pod nosem Lula.

– Masz dużo tych kości.

– No tak, ale na trzy nie wystarczy, a dwie bez sensu… Już wiem! – Luli błyszczą oczy. – Wiem!

Podskakuje i biegnie do łazienki. Szpera w koszyku z przyborami do włosów. Rozgarnia szczotki, grzebienie, spinki, wałki i… jest! Wąska, czarna, plastikowa opaska z czerwoną kokardką. Teraz Wera dostanie dwa prezenty i z każdego się ucieszy, Lula jest tego pewna.

– Przyklejać chyba umiesz? – Patrzy podejrzliwie na Kaja. – Poprzyklejasz czaszki i kości, jedną obok drugiej, na tej opasce. Kokardkę zostaw, Werze się spodoba.

– Nie odpadnie?

– Weź sobie gorący klej z narzędzi taty.

– Mamy jakiś gorący klej? – dziwi się Kaj.

– Tata ma – wyjaśnia Lula. – Ale nie używa. Ja sobie czasem pożyczam. Pokażę ci jutro, jak Wera wyjdzie. Tylko żebyś się nie poparzył.

– Dobrze, mamo – śmieje się Kaj. Widać, że mu ulżyło. Chyba naprawdę przejmował się tym prezentem dla Wery. – Nie mam kasy, ale się odwdzięczę. Spełnię jedno twoje życzenie.

– Tak? – wybałusza oczy Lula i zaraz zaczyna myśleć. Kaj to widzi i nieruchomieje.

– Ej, Lulek! Tylko nie przeginaj, jakieś realne życzenie.

– Nauczysz mnie małpki – rzuca szybko Lula.

Małpka to taki skok w parkourze.

Lula od początku roku szkolnego zaczęła trenować parkour, tak jak Kaj. Idzie jej całkiem nieźle, ale ciągle nie może zrobić tego skoku i dziewczyny trochę zaczynają ją obgadywać.

Trener może sobie mówić, że każdy ma pracować swoim tempem, bez oglądania się na innych. Dzieciaki zawsze się porównują.

A najbardziej Natka.

Natka jest zupełnie nieznośna. Jakby żyła tylko po to, żeby wytykać ludziom, kiedy coś im nie wychodzi.

– Nie ma sprawy! – Kaj wyciąga rękę i zbijają piątki.

Lula czuje, że zrobiła świetny interes. Nauczy się skakać małpkę od najlepszego parkourowca w szkole, a Wera dostanie dwa prezenty.

KLUCZE


Lula idzie wilgotnym chodnikiem i wciąga do nosa jesień. W kieszeni czuje miły ciężar kluczy do domu.

Od września wraca ze szkoły sama. Wcześniej musiała zostawać w świetlicy i czekać, aż Wera albo Kaj też skończą lekcje.

Lula nie cierpi świetlicy. Pani siedzi z nosem w telefonie i nie zwraca uwagi, jak dzieciaki sobie dokuczają i obrzucają się zdrowymi przekąskami, które dostają w szkole.

 

Zupełnie inaczej odbiera się świat, kiedy nikt cię nie pilnuje, kiedy wędruje się samotnie.

Wzdłuż szkolnego ogrodzenia rośnie tajemniczy żywopłot z grabu.

Wydaje się stary jak góra i głęboko uśpiony, ale kiedy Lula mija go, jest pewna, że rozbrzmiewa w jej głowie. Czasem słyszy straszne rzeczy i choć przeszywa ją lęk, zawsze czeka na to, co opowiedzą krzewy.

Zimą dolatuje ją rżenie koni, przeraźliwe krzyki, uderzenia mieczy i toporów. Rzuca ukradkowe spojrzenie na żywopłot i wyraźnie widzi unieruchomionych w nim średniowiecznych wojów.

Na wiosnę gęsto splątane gałęzie wypuszczają jaskrawozielone, harmonijkowe pędzelki, które jazgoczą opętańczym chichotem. Czasem Lula nie wytrzymuje tego, zatyka uszy i ucieka.

Na szczęście latem zmieniają się w gąszcz sercowatych, karbowanych liści, szumiących sennie i kojąco o morzu, gorącym piasku, hamaku i leśnej polanie.

Potem lato się kończy, a liście schną na brązowo i zwijają się w poczwarki. Jesienią żywopłot z grabu wygląda jak wylęgarnia olbrzymich motyli. Lula, przechodząc obok, wyciąga rękę i z lekkim dreszczem, delikatnie zanurza ją w suchych kokonach. Grab szeleści jak karty starych książek, a Lula wsłuchuje się w motyle sny.

Potem podskakuje i skręca w cichą alejkę prowadzącą do domu.

Odkąd ma własne klucze, czuje się taka dorosła! Właściwie już jest prawie nastolatką. Jeszcze tylko dwa lata.

Klucze dzwonią w takt kroków, wiatr osadza na twarzy małe kropelki deszczu. Jest dość chłodno, ale Lula zdejmuje czapkę, żeby poczuć wiatr we włosach. Kocha to uczucie. Ma ochotę zaśpiewać jakąś raźną piosenkę o wolności, odpowiedzialności i dorosłości, ale przychodzi jej do głowy tylko hymn państwowy, a on niezbyt się nadaje. Poza tym Lula nie jest pewna, ale zdaje się, że można być aresztowanym, jeśli nie śpiewa się go na baczność.

Babcia strasznie się zdenerwowała, kiedy usłyszała, że Lula wraca sama.

Zaraz przyjechała do mamy i opowiedziała o wszystkich niebezpieczeństwach, które czekają na dziewczynki samotnie wędrujące ulicami miast. Lula przeraziła się, że do końca podstawówki będzie musiała obrzucać się zdrowymi przekąskami z dzieciakami ze świetlicy. W dodatku ten głupi Kaj zrobił sobie z tego zabawę.

– Ja bym posłuchał babci, Lula jest taka tycia – kiwał tym swoim żałosnym kucykiem na czubku łysej pały. – I łatwowierna.

– Dzisiejsze dzieci w ogóle nie myślą i we wszystko wierzą. Widzę to codziennie w programie Kupa prawdy – babcia poklepała go po kolanie, wystającym przez dziurę w dżinsach. Odrobinę się przy tym skrzywiła.

– A gdyby tak Lulce wszczepić czipa?… – podsunął Kaj chytrze, a Lula zgrzytnęła zębami.

– Czipsa? – babcia uniosła brwi.

– Czipa – wyjaśnił szybko Kaj. – Takie małe urządzonko z lokalizatorem. Wszyje się Lulce pod skórę i już nam nigdy nie zginie.

– Myślisz, że nie wiem, co to czipsowanie? – obruszyła się babcia. – Mój Rojber nosił mikroczipsa wcześniej niż ty pieluchę, Kajtusiu. Ale żeby własnej siostrze? W głowach wam poprzewracała ta technologia. I czemu nie kupicie mu nowych dżinsów? – dodała z obrzydzeniem.

– Te są nowe – odparła mama.

Babcia wzniosła oczy do sufitu, a potem dalej opowiadała o potwornościach drogi ze szkoły.

Lula na wszelki wypadek zatkała uszy. Gdyby za bardzo się wystraszyła, mogłaby już nie chcieć wracać samodzielnie.

Na szczęście nie tak łatwo przerazić mamę.

– Szkoła jest pięćset metrów od domu – powiedziała. – Poza tym krótko będzie sama, bo zaraz wracają Wera i Kaj. Nic tak nie uczy ostrożności, jak samodzielność.

I tak Lula dostała swój własny komplet kluczy.

Teraz wchodzi po schodkach, staje przed drzwiami i po kolei otwiera wszystkie zamki, rozglądając się przy tym czujnie dokoła.

Trochę bawi ją ta gra w ostrożność, a trochę naprawdę się boi. Na przykład tego, co może czaić się w tujach. Albo kogoś, kto mógł wśliznąć się przez furtkę i stać cicho za jej plecami.

Wymyśliła specjalny sposób trzymania kluczy, żeby w razie czego bronić się nimi, gdyby coś ją zaatakowało. Albo ktoś. Tak jak tłumaczył Kaj: najlepiej walić w oczy (choć to tak ohydne, że można się porzygać), na drugim miejscu mocny kopniak pod kolano, a na trzecim między nogi.

Lula ma nadzieję, że nigdy nie będzie musiała się bronić, ale woli być czujna i przygotowana.

Otwiera drzwi, wchodzi do środka, prędko zatrzaskuje je za sobą i przekręca zamek.

Słyszy jedynie swój oddech i tykanie starego zegara. Przyjemny jest ten dźwięk, a może go usłyszeć, tylko kiedy jest sama w domu i czasem, kiedy się obudzi w nocy. Normalnie jest zbyt głośno.

Lula zdejmuje buty i w samych skarpetkach idzie do swojego pokoju.

Cieszy się chwilą samotności w ich jasnym domu. Jest bezpiecznie, spokojnie i miło. Można szybko odrobić lekcje i zająć się innymi, fajnymi rzeczami: lepieniem z modeliny, rysowaniem, czytaniem albo tylko leżeniem i myśleniem.

Potem, robiąc dużo hałasu, przychodzą Wera i Kaj, a później mama, która szykuje obiad. Jedzą go razem. Czasem odgrzewają sobie wcześniej coś, co zostało z poprzedniego dnia.

Przyjemnie też wracać, kiedy w domu jest tata. Wtedy obiad już czeka na stole.

O pracy taty Lula wie tylko tyle, że jest piekielnie nudna i tata musi do niej jeździć za granicę. Co jakiś czas przyjeżdża do domu na krótki urlop. Jest wtedy lekko zgarbiony i szary na twarzy. Mówi, że to od siedzenia przed komputerem. Przykro patrzeć, jak blado się uśmiecha, wzdycha i chodzi, szurając nogami.

Ale tylko pierwszego dnia.

Następnego ranka po przyjeździe wyskakuje z łóżka jak nakręcony.

– Czas pomieszkać! – woła i brzmi to jak hasło do ataku.

Biega, wsadza nos we wszystkie kąty, nawet te najciemniejsze, jak na przykład szkolne plecaki, zeszyty i dziennik elektroniczny.

– Jakie tam jest hasło?! – krzyczy do mamy, która spieszy się do swojej pracy.

– Klękajnagrochu, trzynaście, wykrzyknik – odpowiada mu mama, tak jak podczas poprzedniego urlopu i jeszcze wcześniejszego. – Będę o szesnastej – dodaje i wychodzi.

Tata przygotowuje drugie śniadanie, wyprawia do szkoły Lulę, Kaja i Werę, a potem sprząta, robi zakupy, dokręca, naprawia i uzdatnia. I wszystko to pogwizdując albo podśpiewując. Kaj mówi, że tata po powrocie dostaje szoku domowego. Może i tak, w każdym razie wygląda na bardzo szczęśliwego.

Za to mama wygląda, jakby nie wypuszczała do końca powietrza z płuc. Dopiero kiedy wielka, granatowa walizka ląduje w bagażniku taksówki, kiedy trzasną drzwiczki i tata jest już w drodze na lotnisko, mama zaczyna oddychać normalnie.

Rodzice nie kłócą się, nic z tych rzeczy. Nawet dużo żartują, chodzą do kina, na spacery, tata przygotowuje miłe kolacje i organizuje mamie weekendy odnowy biologicznej.

Wera mówi, że mamę przytłacza entuzjazm taty.

Lulę to dziwi.

Czy to znaczy, że można być zbyt radosnym? Przecież mama też lubi się czasem wygłupiać i jest wesoła. Poza tym jest jej ciężko, kiedy sama musi wszystko ogarnąć. Tata na urlopach robi tyle pożytecznych rzeczy!

Wera wzdycha i mówi, że to dlatego, że tata po powrocie chce nadrobić czas z rodziną, więc działa dziesięć razy bardziej i to wytrąca mamę z jej codziennego rytmu.

– Nie może mu o tym powiedzieć? – pyta Lula.

– Nie chce mu robić przykrości. – Wera wzrusza ramionami. – Nie chce, żeby czuł, że coś stracił na amen przez to, że jeździ do pracy i zarabia dla nas pieniądze.

Lula uważa, że Wera jest bardzo mądra.

Czuje, że wypełnia ją jeszcze więcej miłości do rodziców: do taty za to, że chce nadrabiać, i do mamy za to, że mu na to pozwala, choć jest jej z tym niewygodnie.

GRZMOT


Urodziny Wery coraz bliżej. Jej marzeniem jest szczur.

Może ma to związek z tym, że jest gotką. Nosi czarne ubrania, koronkowe rękawiczki bez palców, obroże z kolcami i ciężkie buty. Czarne włosy opadają jej na ramiona, a oczy zasłania gęstą, równo przyciętą grzywą. Lubi różne cmentarne ozdoby, mrok i mroczne zwierzęta: kruki, sowy, węże, koty, szczury. Czyta i ogląda horrory, a kiedy snuje się po mieście z innymi gotami, ma tę chmurną minę.

Wygląda na nieprzystępną i groźną. W każdym razie dzieciaki z klasy Luli trochę się jej boją. Natka nawet kiedyś rozpowiadała, że Wera chodzi nocą na cmentarz pić krew z trupów, co było najgłupszą rzeczą, jaką Lula słyszała.

Każdy wie, że w zmarłych ludziach nie ma krwi, a poza tym nocami to Wera ślęczy nad książkami i zakuwa do egzaminu ósmoklasisty. Ma zamiar dostać się do dobrego liceum.

I pije tylko kranówkę.

Oczywiście w pierwszej chwili Lula się zdenerwowała i miała ochotę powiedzieć Natce, co myśli o takich łgarstwach.

No, dobra – miała ochotę spuścić jej lańsko.

Szybko jednak przyszło jej do głowy, że wygodnie mieć siostrę, która w innych budzi respekt. Dlatego dzieciaki dalej szepczą o Werce po kątach i schodzą jej z drogi, a Lulę to śmieszy. Bo Wera jest zupełnie normalna i miła.

Marzenie o szczurze jest bardzo trudne do spełnienia.

– Żaden gryzoń nie znajdzie się w miejscu, gdzie ja żyję, jem i śpię! – oświadcza mama kategorycznie i tak się przy tym wzdryga, jakby dostała jakiegoś ataku. – Mnie to słowo na „sz” nie przechodzi przez gardło, a ty chcesz, żeby biegało między talerzami?! Mo-wy-nie-ma.

Wera nie rezygnuje.

Najpierw protestuje, nie jedząc, ale szybko jej przechodzi. Nie podejrzewała, że można tak bardzo zgłodnieć.

Próbuje złamać mamę milczeniem. Po dwóch dniach jednak musi poprosić o pieniądze na kwiaty na Dzień Nauczyciela. Bunt jest trudną taktyką, kiedy człowiek jest tak bardzo zależny od rodziców.

Postanawia odwołać się do rozumu. Sięga po naukowe argumenty i zasypuje mailową skrzynkę mamy znalezionymi w sieci artykułami o szczurzej mądrości. Dorzuca kilka zabawnych filmików. Tym sposobem szybko pogarsza sprawę.

– Rodentofobia – rozkłada ręce Kaj. – Lęk przed gryzoniami, nie pokonasz tego.

Wera wie, że z fobiami się nie wygra, ale jest jej tak przykro, że obraża się na jakiś czas.

Jest nadal rozżalona, kiedy kilka dni później wsiada do szkolnego autobusu. Razem ze swoją klasą jedzie odwiedzić azyl dla psów. Wraca stamtąd przejęta. Temat szczura rozpływa się we wspomnieniu smutnych psich oczu.

Tym razem nie musi nikogo namawiać.

Tydzień później pakują do samochodu stare koce i kurtki oraz kilka worków karmy i całą rodziną jadą do schroniska.

Tata zatrzymuje się przy każdym zwierzaku, Kaj wyładowuje prezenty z bagażnika, mama zagaduje wolontariuszy, a Lula zatyka nos całą dłonią, bo w schronisku strasznie śmierdzi.

Wera nie ogląda się na nich. Zdecydowanym krokiem idzie w głąb alejki, staje przed jednym z mniejszych boksów i kuca przy siatce.

Lula pierwsza rusza za nią, potem dołącza reszta.

W ciemnym kącie klatki kuli się skrzyżowanie cylindra z wyciorem do czyszczenia komina.

Wera wyciąga rękę.

Cylindro-wycior dygocze. Oczy, czarne jak żuki, skaczą po wielkich obcych za siatką. Krótki ogonek szybko zamiata ziemię, można by go wynajmować do prac wiertniczych. Nagle, nie unosząc pupy, pies zaczyna cofać się w ciemny kąt boksu. Teraz widać tylko dwa błyszczące żuki. To gasnące, późno popołudniowe słońce odbija się w oczach kundelka.

Warczy, ale cichutko, jakby bał się, że ktoś go usłyszy.

– Ej, wracaj, szczotko! – Lula nie miała pojęcia, że Kaj potrafi mówić tak łagodnie.

Piesek podbiega pod samą siatkę, szczeka raz i odskakuje. I znowu siedzi, świdrując ich wzrokiem, nawet nie mrugnie, a ogonek dalej niecierpliwie wybiera ziemię z klepiska.

– Robisz podkop, psinko? – pyta Wera. Nawet na chwilę nie opuściła ręki. – Wyglądasz jak mały kominiarz.

– Żaden kominiarz – protestuje tata. – Miniaturowy sznaucer. Odrobinę zapuszczony.

– Koło sznaucera to on nawet nie stał – odzywa się mama dziwnym głosem i wszyscy już wiedzą, że ten trzęsący się wycior wraca z nimi do domu.

Jeszcze tylko formalności i parę uwag od opiekunów: że młody, że kilka razy porzucany, że bardzo zestresowany i bardzo przyjacielski.

– Potrzebuje dużo cierpliwości, czułości i spokoju – mówi brodaty facet z warkoczem. – Nie słyszałem, żeby kogoś ugryzł, ale na pewno musi się dużo nauczyć. Na przykład chodzenia po mieście na smyczy, domowych zasad, życia w gromadzie. Jest strachliwy, ale może mu przejdzie, kiedy się z wami oswoi.

 

Pies wychodzi z klatki, tylną łapkę kuli pod brzuchem. Nie sięga Luli nawet do kolana. Chude, rozdygotane ciałko oplątane długą, rzadką sierścią – kiedy siedział, wydawał się grubszy.

Tułaczki wystarczą, żeby przetrwać, do przytycia potrzebny jest dom – myśli Lula.

Kaj trąca Werę.

– Bardziej szczurzego psa nie mogłaś znaleźć, co?

– Heh! – cicho śmieje się Wera.

Bierze kundelka na ręce, mocno przytula i wsiada z nim do samochodu.

Jadą do domu w uroczystej ciszy. Trochę są wzruszeni, a trochę zdziwieni, że znienacka powiększyła im się rodzina. Kaj delikatnie głaszcze drżący grzbiet.

– Nie napinaj się tak, chłopie, bo będziesz mieć jutro zakwasy – szepcze, a wtedy szczur udający minisznaucera puszcza tak potężnego bąka, że wszyscy w samochodzie kulą się odruchowo, a mama zaciska palce na kierownicy.

Przez chwilę są pewni, że strzeliła im opona.

– Taka chuda dupina, a taki grzmot! – Tata nie może wyjść z podziwu.

Pies jest naprawdę zdenerwowany, więc zadziwia tatę jeszcze kilka razy tego dnia. Wieczorem nikt nie ma wątpliwości, jak ma brzmieć jego imię.

Grzmot pozwala założyć sobie obrożę i przypiąć smycz, ale trzeba go bardzo namawiać, by zechciał wyjść z domu. Na początek Wera wyprowadza go tylko do ogródka, żeby się przyzwyczaił. Szybko się uczy, gdzie są jego miski, jednak na posłaniu nie leży dłużej niż pół minuty. Najpewniej czuje się blisko czyjejś nogi, trzeba uważać, żeby na niego nie nadepnąć. Lepiej też nie wykonywać zbyt gwałtownych ruchów, bo zaraz podskakuje i odpala te swoje petardy.

Trzeciego dnia Grzmot już prawie się nie trzęsie i tylko raz zdarzyło mu się nasiusiać w przedpokoju. Mama go kąpie i po wysuszeniu okazuje się, że ma bardzo ładną, jedwabistą sierść. Już nie przypomina wyciora, raczej czarne boa ze strusich piór.

– Przydałoby się go przystrzyc – mówi mama. – Ale damy mu jeszcze trochę czasu.

Po tygodniu Grzmot śpi na swoim posłaniu, a ze wszystkich nóg najchętniej wybiera nogę Luli i trzyma się blisko niej.

Lula nie może nic poradzić na to, że pęka z dumy i szczęścia.

Wera jest odrobinę zazdrosna. Mówi, że kiedy będzie dorosła i zamieszka sama, sprawi sobie białego kota z niebieskimi albo czerwonymi oczami.

– Koty mają więcej charakteru – tłumaczy przy kolacji. Grzmot siada i słucha, przekrzywiając łebek. – Więcej godności. Nie proszą się o nic, tylko same biorą. Weźcie Rojbera babci. Jakie on ma bogate życie wewnętrzne! Nikt nigdy nie przejrzał kota do końca. A taki pies? Proszę, wszystko jak na dłoni. Byle tylko pan był zadowolony. Kot sam jest panem. Królem.

Grzmot puszcza tęgiego bąka i wraca na posłanie.

Mama biegnie otworzyć okno. Po wieczornej ulicy niesie się śmiech znad ich stołu.

Najgłośniej śmieje się Wera.