BajeczniceTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bajecznice
Bajecznice
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,98  31,98 
Bajecznice
Bajecznice
Audiobook
Czyta Anna Grochowska
24,99  18,49 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Katarzyna Wasilewska

Bajecznice

Saga

Bajecznice

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2008, 2021 Katarzyna Wasilewska i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726845860

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Calineczka

Jestem mamą Calineczki. Wszyscy opowiadają historię mojej córki małym dziewczynkom. Nikt nie opowiada o mnie. Pojawiam się w bajce tylko wtedy, kiedy to absolutnie konieczne. Pozostaję cieniem smutnej pani za firanką w otwartym oknie.

Tak jest dobrze. Faktycznie, nie nadaję się na bajkową mamę i nie wolno straszyć mną dzieci. Moja historia nie ma, jak na bajkę przystało, szczęśliwego zakończenia. Właściwie to nie ma w ogóle zakończenia. Bo przecież nie można nazwać końcem tego czekania...

Los robi nam stale ten sam dowcip: gdy tylko zaczyna być dobrze, coś nieoczekiwanie znika. Twój ukochany znika z przyjaciółką, znikają pieniądze z konta i krem przeciwzmarszczkowy ze słoiczka, twoje marzenia ulatują codziennie w drodze do pracy. Było i nie ma – niezauważenie. Teraz moja kolej, znikam ja... Czas nie liczy się od dłuższej chwili. Trwam zapętlona w samej sobie, bez ruchu. Czasem tylko odzywa się mglista ochota, by wykąpać Calineczkę i utulić ją do snu. Na szczęście, nie sprawia mi to już bólu, bo nic nie czuję.

Moja historia nie nadaje się na bajkę, ale ją przypomina.

Na początku byłam księżniczką. Nie wierzycie, co? Ale to prawda. Miałam ładne mieszkanie ze złoconymi kranami i niezłą pracę. Oczywiście, zawsze się można do czegoś przyczepić, ale koleżanki raczej mi zazdrościły. Studia skończone z wyróżnieniem, genialny start w prężnej firmie, potem drapieżne skoki od awansu do awansu. Wspaniałe relacje z klientami i szefową, pozycja eksperta i pensja lepsza niż dobry orgazm, regularnie dokarmiane ambicje. Do tego czasem premia – wypasiony firmowy mercedesik, dwa tygodnie w dowolnej części świata, luksusowa odnowa biologiczna i takie tam. Coś dla ciała. Pochodzę ze zziębniętej, dziurawej mieściny w Zachodniopomorskiem i wtedy to się docenia, tę różnicę. Czułam na plecach oddech miasteczka gotowego wessać mnie z powrotem przy byle okazji i dlatego dawałam z siebie wszystko. Wtopiłam się z wdziękiem w klimat metropolii i wdrapałam wysoko, całkiem sama. Od dziecka byłam pracowita, bystra i konsekwentna, bo nie mogłam liczyć na nikogo prócz siebie. Jak mawiała moja przyjaciółka Szawerka (to od nazwiska, Szawerecka się nazywa) – głową się dorobiłam, nie dupą.

Problemy? Jasne, każdy je ma. Ja nie mogłam mieć dziecka. To znaczy – mogłabym, ale nie było z kim. Nie udawało mi się znaleźć dla niego taty. Każdy facet, z którym decydowałam się zamieszkać, okazywał się po tygodniu skończonym gnojkiem, który oczekiwał podporządkowania i porządkowania skarpetek. Z jednym wytrzymałam pół roku – zaparłam się wtedy z nadzieją, że mi się uda. Uspokajałam oddech, szykowałam romantyczne kolacje, powtarzałam sobie, że jest taki opiekuńczy, pewny siebie i bardzo męski. Wykopałam go za drzwi po tym, jak zrobił mi przy gościach awanturę o źle przyprawioną sałatkę.

Ostatecznie poddałam się i, zamiast trwonić energię, kupiłam mieszkanie moich marzeń, z ukwieconym tarasem, czerwonymi kafelkami w łazience i rozpustnie wielką wanną. Z regularnością miesiączki spływała z mojego konta rata za kredyt, przypominając mi, że nie po to ciężko pracuję i wywalam tyle kasy, żeby sobie zaśmiecać raj nieudanym facetem.

Nie, żeby nie było chętnych. Nieprawda wcale, że mężczyźni nie lubią dominujących kobiet. Jeśli się ma trzydzieści lat, wypasiony samochód, apartament w centrum, uśmiech księżniczki, oczy jelonka Bambi i dwa przepiękne, jędrne cycki – wierzcie mi, nie ma problemu. Faceci garną się jak do dobrej pani – tak mawiała Szawerka. Na imprezach, na imieninach koleżanki, na promocyjnej gali, wyjeździe szkoleniowym, często dawali z siebie wszystko. Niektórzy byli nawet mili, ale przecież nie ma sensu przedłużać takich znajomości. Lepiej użyć, a potem wrócić do domu, zmyć makijaż, zmęczenie, lubrykant i spokojnie wyspać się przed pracą.

Tylko proszę bez tanich morałów, że to wygodnictwo. To była odpowiedzialność, a nie wygodnictwo! Jakieś życie erotyczne trzeba mieć, czyż nie? A ja nie miałam akurat wolnej przestrzeni na budowanie związku. Nie łudźmy się – bez czasu i wysiłku, bez rytualnego tarła, chodzenia za rączkę i zabawy w szukanie dziury w całym nie da się poznać tego jedynego właściwego. Nie sposób się upewnić, że to on. I nie ma co obiecywać sobie wierności. Jak na przykład moja nienachalnej urody koleżanka, ślubująca w kościele w Radomiu misiaczkowi, który noc wcześniej bzykał świadkową na wieczorze kawalerskim. Stojąc w fornirowanej na glans ławce czułam się niemal święta – moje przedmiotowe podejście do mężczyzn było o niebo lepsze niż ta farsa „wierności i miłości" odbębniona w imię tradycji. Kiedyś tam, oczywiście, chciałam mieć rodzinę – ale nie w ten sposób! Chciałam mieć wymarzoną, śliczną, malutką dziewczynkę i przedtem znaleźć dla niej supertatę, mądrego i troskliwego. Wierzyłam, że kiedyś takiego spotkam. Że będę go potrafiła rozpoznać i że znajdę wtedy czas na nowy etap. Czułam się zbyt odpowiedzialna za swoje przyszłe maleństwo, żeby je począć z okazjonalnym jebaką i oddać na wychowanie niańce. Bo ktoś musiałby je przecież utrzymać, czyli w tym wypadku ja, prawda? Niedopuszczalny egoizm, dzidziuś jak breloczek do fajnej chaty i pasma sukcesów. Miałam dość siły i rozsądku, żeby nie robić niczego pochopnie, przypadkiem. W końcu to matka tworzy dziecko. Lepi je, kształtuje, prowadzi. Zrobię to na medal – planowałam. Równie mocno jak teraz na pracy, skupię się kiedyś na rodzinie, na robieniu babek z piasku, czytaniu bajek – przyjdzie na to czas.

Rozumiecie teraz, dlaczego nie mogłam mieć dziecka? Bardzo chciałam, to jasne. Marzyłam o córeczce, o jej miękkich włoskach, o czułym spojrzeniu jej taty, o niedzielnych wyprawach do parku. Tak bardzo chciałam mieć dziecko, że nie mogłam go mieć. Nie było z kim, ani jak, ani kiedy. Nie wtedy.

Calineczka dała o sobie znać subtelnie. Nie pojawiła się od razu. Z konta, jak co miesiąc, spłynęła rata za mieszkanie. Weszłam do banku, by ją sprawdzić, bo bardzo lubię kontrolować stałe zlecenia. W białym ręczniku na głowie, zawinięta w biały szlafrok, usiłowałam jednocześnie wpisać poprawnie hasło i oszlifować paznokieć u małego palca prawej stopy (nie jest to takie trudne). Miałam tego dnia zamiar położyć się wcześniej i wyspać przed prezentacją – ale w końcu nic z tego nie wyszło. Po zalogowaniu zdałam sobie sprawę, że nie dostałam okresu. Zawsze dostawałam w połowie miesiąca, plus minus równo ze stałym zleceniem zapłaty za mieszkanie. Byłam niemal gotowa zadzwonić do banku z pytaniem, dlaczego tym razem wcześniej przelali pieniądze. Ale po chwili upewniłam się, że jednak to bank ma rację, a ja problem.

Do czwartej siedem rano przewalałam się po łóżku z narastającą gulą w gardle i natrętnymi pytaniami w głowie. Czy jest mi niedobrze? Czy to tylko strach? Czy mam powiększone sutki, czy to złudzenie? Dlaczego nawet nie boli mnie brzuch? O czwartej osiem odzyskałam rozsądek, wskoczyłam w czerwony dres, wsiadłam w samochód i pojechałam do apteki całodobowej po test. O czwartej trzydzieści pięć znałam już wynik i dzwoniłam do Szawerki.

To od niej dostałam namiar do tej babki. Potrzebny mi był porządny gabinet i dyskrecja. Dostałam nawet więcej, bo okazało się, że to miła kobieta, przyjazna profesjonalistka. Nie zależało jej na tym, żeby po prostu załatwić następną klientkę – brała tyle, że mogła sobie pozwolić na chwilę namysłu: o co chodzi kobiecie pukającej do jej sterylnie białych drzwi? Pozwoliła mi się wygadać, wypłakać, porozmawiała i wybadała dokładnie, czego potrzebuję. Powiedziałam jej, że nie mogę mieć dziecka. Z pogodnym wzrokiem, bez cienia potępienia, poinformowała mnie o wszystkich konsekwencjach. Nie namawiała do niczego. Zapytałam, jak duże ono jest i czy to prawda, że coś czuje. Widocznie była przygotowana na takie pytania – wyjęła z szuflady małą cebulkę kwiatu. Widzi ją pani? Ma jakieś dwa centymetry długości, kilka tysięcy komórek; oczywiście żyje i rozwinęłaby się w sprzyjających warunkach. Ale nie można mówić o odczuwaniu czegokolwiek – to dopiero zarodek.

Obracałam cebulkę w palcach i musiałam ją machinalnie schować do torebki. Po wszystkim, w domu, znalazłam ją tam i posadziłam w pojemniku po jogurcie. Skąd w ogóle ten pomysł? Może dlatego, że wzięłam kilka dni zwolnienia i spędzałam dużo czasu na tarasie. Była wiosna, wygrzewałam się w słońcu, chłonąc ciepło, spoglądając z góry na staruszki, sikające psy i matki pchające wózki z małymi dziećmi. Czy było mi szkoda? Miałam spokój, że znów jestem panią sytuacji. Że szybko wracam do siebie, że już nic mnie nie boli. Przez te kilka pierwszych dni czułam tylko ulgę, radość, nadzieję – wszystko się udało, będzie dobrze.

Widocznie zapewniłam odpowiednie warunki przynajmniej tej cebulce, bo po wkrótce miała już pęk zielonych liści, z których wyłaniał się gruby pączek. Nierozkwitłe tulipany zawsze kojarzyły mi się z główką penisa – mają taki sam delikatny, pękaty i spiczasty czubek i tak samo są napęczniałe od soków. Przytuliłam policzek do tulipana, dotknęłam wargami chłodnych płatków.

 

Przyniosłam sobie na taras kawę i książkę – zapracowana po uszy od gwiazdki obiecywałam sobie ją przeczytać. To był prezent pod choinkę od mamy.

Oczywiście, kocham ją, bo przecież jest moją matką, ale nie jesteśmy w dobrych stosunkach. Wyniosłam się z domu tuż po maturze, bo ciągle robiła mi awantury. Ostatnia była o to, że ufarbowałam włosy i za dużo czytam. Odezwałam się do niej dopiero na ostatnim roku studiów. Okazjonalnie wysyłamy sobie pocztówki i dzwonimy z okazji urodzin. Pewnie myśli, że się jej wstydzę, ale to nie o to chodzi. Po prostu nie mamy o czym rozmawiać. Co ona o mnie wie? Że stać mnie na duże mieszkanie w centrum miasta, że nie wyszłam za mąż. Że się pewnie puszczam na prawo i lewo i że zostanę starą panną, a ona nie doczeka się wnuków i nie ma czym plotkować z sąsiadkami, które już od ładnych paru lat przechwalają się wnukami. Żeby było sprawiedliwie, to trzeba przyznać, że mamy remis, bo ja też o niej niewiele wiem. Od czasu jak zniknęłam, nie byłam w domu ani razu. Nie chcę tam wracać.

Kupiła mi pod choinkę efemerycznie modną powieść, którą czytały już wszystkie koleżanki w pracy, a której ja nie miałam nawet czasu przekartkować. Prezent od mamy? A co tam! – pomyślałam, siedząc wtedy na tarasie. Otworzyłam książkę i ze środka wypadło zdjęcie uśmiechniętej dziewczynki, wystrojonej w błękitną sukienkę z tiulu, ze srebrnymi skrzydełkami. Nigdy wcześniej go nie widziałam. Co to było? Bal w przedszkolu? Skąd w peerelowskiej szarówce mama wykombinowała dla mnie taki strój? Na odwrocie zdjęcia był napis: „Calineczka na balu. Kocham Cię". Na co moja mamuśka liczyła, wkładając mi to stare zdjęcie między strony? Że się popłaczę i pojadę do niej w odwiedziny i znów będzie jak dawniej? Jasne, mamo.

Książka wylądowała znów na półce, ale zdjęcie natrętnie wracało mi przed oczy. Niech będzie – konfrontacja. Wyjęłam je w końcu z tej książki, postawiłam na stoliku w promieniach słońca i przyjrzałam się uważnie. Uderzająco absurdalne wydało mi się to, że mała dziewczynka w niebieskiej sukience była kiedyś kimś prawdziwym. Poczułam żal, że jej już nie ma – nikt po niej nie płacze, nikt nie zauważył, że zniknęła. Była i nie ma, bo urosła i teraz to jestem ja. Chciałam przytulić samą siebie z tego zdjęcia, skrzydlatą małą, którą wystawiłam za drzwi wspomnień, wykasowałam z pamięci, usunęłam. Dolałam sobie do kawy koniaku, a potem się poryczałam, że źle zrobiłam, że niepotrzebnie straciłam coś, czego nie odzyskam. Ale ja mam silny organizm, mówiłam już. Napiłam się jeszcze trochę koniaku, już bez kawy, i przemyślałam wszystko od nowa. Wróciłam po tygodniu do pracy, z planem do zrealizowania.

Właściwie to znacie przecież baśń o Calineczce, prawda? To jest opowieść pełna symboli. Pewna pani nie może mieć dziecka, więc idzie do czarownicy po pomoc. Dostaje nasionko, z którego wyrasta kwiat. Kobieta całuje płatki i wyskakuje – hops – Calineczka. Ledwo się sobą nacieszyły, gdy nocą przez otwarte okno wkrada się odrażająca ropucha i porywa dziewczynkę na narzeczoną dla syna (ciekawe, dlaczego synalek nie mógł zrobić tego sam, a wszystkiemu zawsze winna jest mama). Calineczka trafia do rzeki i płynie z nurtem daleko, daleko od domu. Zaczynają się nią interesować rybki, a potem motylki, chrabąszcze i inne stworzenia pomieszkujące w trawie. Długo błąka się bez celu, aż osiada na łące, ale jej status jest wciąż niepewny. Ni to część organicznej przyrody, ni to duszek – żywi się rosą, wącha kwiatki. Jest w każdym razie wystarczająco materialna, żeby jesienią zgłodnieć i zmarznąć. Trafia do zacisznej norki, domu myszy, gdzie wpada w oko kretowi. Czyżby miała tak skończyć, zgnić zapomniana pod ziemią, na wieki wieków zakopana jako żona kreta, pożeracza robali? Na szczęście, mała znajduje jaskółkę, chorą, na wpółmartwą. Opiekuje się nią jak matka, aż ptak odzyskuje siły i za to zabiera dziewczynkę wiosną do ogrodu pełnego roślin i elfów.

Z podziemi do raju. Znacie to skądś? Calineczka dostaje tam parę skrzydełek i powiększa grono latających istot, zyskując nareszcie (oczywiście poprzez małżeństwo, jakżeby inaczej) jakąś konkretną i w miarę stabilną pozycję. Ocalona i zrehabilitowana, wysyła mamie informację – nareszcie wiadomo, co się z nią dzieje! Mama może przestać czuć się winna, że nie stanęła na wysokości zadania. Córeczka daje znak, że wszystko okej. Obie są znów szczęśliwe. Tak to wygląda w bajce. Nie zastanawia was, dlaczego mama i córka jakoś nie mogą się spotkać?

Cztery lata potem miałam całkiem sensownego męża i dwuletnie dziecko. Znalezienie faceta, który nadawałby się na ojca, okazało się nadspodziewanie łatwe. Wpadliśmy na siebie na imprezie u znajomej. Popijana winem rozmowa o porażkach i nieudanych partnerach życiowych zaczęła się na tyle obiecująco, że skończyliśmy w łóżku w moim mieszkaniu. W miesiąc później powiedziałam mu, żeby przyniósł swoje rzeczy. Do tej pory się dziwię, że tak gładko poszło.

Nie, żeby poszło bez komplikacji. Na przykład, nie od razu udało się z córeczką. Dwa razy zarodek nie chciał przyczepić się do mnie dość mocno. Ryczałam z wściekłości nad kiblem pełnym wypływającej ze mnie krwi, a lekarze potem coś mówili o niewłaściwej reakcji immunologicznej. Nie wierzyłam im do końca. To ta mała złośnica była na mnie obrażona za to, jak przyjęłam ją za pierwszym razem! Na szczęście, mój cudowny, dzielny mąż pocieszał mnie skutecznie, orając dzień i noc, by spełnić nasze marzenie o szczęśliwej rodzince. Spisał się chłopak: w pewien upalny lipcowy dzień trzymał mnie za rękę, klął na lekarzy, poganiał położne – i nareszcie się doczekaliśmy. Malutka jest nie tylko śliczna, ale i mądra. To po mamie! Ma kręcone włoski, wielkie, ciemne oczy jelonka Bambi. Na drugie urodziny wystroiłam ją w niebieską, tiulową sukieneczkę ze skrzydełkami. Że niby tanie sentymenty? No, może i tak. Mamy uwielbiają rozpieszczać swoje dzieci, bo dzięki nim mają szansę odzyskać to, co straciły w swoim dzieciństwie – niewinne całuski, wiarę w moc marzeń. Chodziłyśmy wspólnie do zoo i na spacery, zachwycone biedronkami i kasztanami w trawie. Banalne? Nigdy wcześniej w życiu nie robiłam niczego, co dawałoby mi tyle satysfakcji. Czułam się taka potrzebna! Starałam się być dobrą mamą. Czasem, oczywiście, szlag mnie trafiał i miałam ochotę wyć, kiedy dziecko ryczało przez pół dnia z powodu niekupionego lizaka. Ale to są drobiazgi. Bardzo chciałabym ją przytulić.

Niestety, to na razie niemożliwe. Bo jak już wspominałam, ta historia nie ma szczęśliwego zakończenia. Był lipiec, wracałam ze sklepu na rowerze, z pudełkiem lodów w siatce. I zainteresował się mną jeden żuk. To znaczy kierowca tego żuka postanowił mnie, bystrzacha, poderwać. Jechał za mną powoli z muzyką na full, wykrzykując przez otwartą szybę entuzjastyczne uwagi pod adresem mojego tyłka. Ja zawsze miałam mocne nerwy i może powinnam była zsiąść i mu wygarnąć, ale postanowiłam dojechać do domu, może się odczepi, zostało jakieś kilkaset metrów. Nie rozumiem, dlaczego straciłam równowagę, ani jak to się stało, że przewróciłam się razem z rowerem prosto pod tego żuka. Uderzając o jezdnię, byłam wściekła, że się spóźnię, ale do głowy mi nie przyszło, że aż tyle.

Podobno wszystko będzie jak dawniej – jeszcze trochę i wrócę do swojej córeczki. Czekam. Widziana przez jednych jako warzywo, przez innych jako śpiąca królewna błąkam się na granicy pomiędzy organicznym światem rurek i wydzielin, a tym lepszym światem. Calineczka przychodzi do mnie krętymi korytarzami szpitala i przykłada główkę do mojej piersi. Słucha, czy na pewno w środku bije serce. Nie rozumie, dlaczego się nie budzę, poprawia kołdrę, żeby było mi ciepło. Na święta przyniosła pierniczka i widząc, że go nie jem, pokruszyła jak dla ptaka. Pielęgniarka się poryczała, ja – niestety – nie. Liczę na to, że coś się zmieni. Według dawnych bajek, wiosną jaskółki budzą się, otwierają oczy i wylatują spod rozmiękłego błota, pod którym przespały zimę. Chętnie uwierzę nawet w wiosnę ożywiającą jaskółki, byle się zebrać w sobie i wreszcie ruszyć tyłek, wyrwać stąd. Z powrotem do domu. Albo w jakieś inne miłe miejsce, gdzie byłoby nareszcie jasne, co się ze mną dzieje.

Śpiąca

– Halo? Przepraszam, szumi, bo wiatr tu wieje. Nie, stacjonarnego nie mamy, we wsi nie podciągnęli jeszcze, chociaż w sąsiedniej mają. Z komórki muszę i zasięg mi znika, tylko mam na polu za oborą i strasznie wieje, słychać, nie? To powie mi pani wreszcie, bo impulsów szkoda?

Aha.

Czyli te pieniądze to mi się należą: raz – becikowe zwykłe i drugie tyle – zasiłku. Dobrze, mojemu powiem. Kiedy to się odbiera?

Ósmy miesiąc. No wiem, że jeszcze trochę, ale koleżanka mówiła mi, żeby wcześniej zadzwonić i się dowiedzieć, bo podobno zaświadczenia jakieś trzeba mieć. Widzi pani, nam się nie przelewa, a to są pieniądze, lepiej jakby od razu dali, a nie czekać i pół roku potem.

Czyli jaki to dowód zarobków? Aha... Nie no, poniżej to my na pewno, ja nic, a mąż rolnik, dokłada do gospodarki.

Dobra, to powiem mojemu i przywiezie. I to razem z zaświadczeniem ze szpitala, tak? Ja przepraszam, że tak pytam, ale wie pani, pierwszy raz załatwiam takie sprawy, jeszcze dzieci nie mam.

Zaraz, a jeszcze taka rzecz: jakbym urodziła wcześniej, to tak samo się składa? Bo mi doktor mówi, że może być przed terminem, bo trudna ciąża.

Tak.

Jakie martwe?! Tfu, co mi w ogóle pani takie rzeczy mówi! Ja wcale nie chcę słuchać ani się denerwować, nie.

Nie, na pewno nie chcę. Teraz to nie ma ryzyka, nie to co dwadzieścia lat temu. Widziała pani w telewizji, jakie dzieciny się rodzą jak kocięta, pielęgniarki w kieszeni noszą i żyją, i zdrowe? W ogóle niech mi pani nie mówi, nie straszy mnie. Ja do najlepszego lekarza chodzę, ordynatora, prywatnie bierze i kosztuje, ale na dziecko ostatnie pieniądze warto wydać, chociaż nie mamy, ale teście pożyczyli.

W porządku, to już sobie zapisałam, wszystko. Tak, bardzo fajnie. Do widzenia.

– Halo? No! Dobrze, że odebrałaś nareszcie! Powiedz mamie, bo ja się do niej nie mogę dodzwonić, żeby ten wózek kupiła niebieski jednak. Nie pojechali jeszcze? A to dobrze.

Jak będzie chłopak, to niebieski akurat, a jak dziewczynka to też się nada – a chłopakowi czerwony nie pasuje, przecież. A co u ciebie?

Ja wiem, że drogo, ale nie mogę już, ciągle w łóżku i telewizję oglądać to ocipieć można, muszę z kimś pogadać czasem, to biorę ten telefon i idę, nie?

Nie no, rodzice by ci gadali, daj spokój. To już ty zadzwonisz następnym razem. A wiesz już, czy dostałaś się w końcu?

Suuuper! Gratuluję! A widzisz?! A mówiłam ci? Zawsze to mi wróżyli, że ja mam najlepsze oceny w szkole, najzdolniejsza, najładniejsza, najgrzeczniejsza, wzorowe zachowanie i czerwone paski, to pewnie na studia pójdę i do miasta wyjadę. A to tobie się udało! Nie boisz się, powiedz?

No…

Oj, dobrze będzie! Zobaczysz.

Nie opowiadaj. Jak nas było trzy, tak każda niepodobna. Ułożysz sobie. Nie warto słuchać ludzi, co gadają, dać się straszyć, bo sama zobacz. Ja zawsze byłam ta ukochana córusia, królewna tatusia, najbardziej chwalona. Ale przecież teraz to ty sobie radzisz najlepiej, nie? Wyrwiesz się do miasta, to trochę świata zobaczysz...

Poważnie?

O niej to mi nie mów nic, bo się głupia pinda nawet nie odezwie. Ja wiem, że jej trudno, bo sama dzieciaka wychowuje i się nie przelewa, ale zadzwonić czasem, to by chociaż mogła. Pojęcia nie mam, co z nią. Nie odzywa się, nic. Jakby się wielka pani obraziła, że jej się w życiu nie wiedzie – a co my jej winne, że ją mąż zostawił z brzuchem i długami?

No właśnie.

Nie, nigdy. Ha, ha, co ty! Ja się nie nadaję do takich rzeczy.

Ale naprawdę! Nie mam głowy, ja bym sobie nie poradziła. Szkołę to mi mama doradziła dobrze, bo gotować umieć – to się kobiecie zawsze przyda. Mój mi wtedy też chwalił, że fajny pomysł, żebym na cukiernika szła. I zadowolona jestem, chociaż roboty nie mam, ale zawsze pożytek jest. Teściowa się chwali, że ma synową kucharkę.

Nie, coś ty! Dobrze się nam mieszka, nie dokucza, chociaż się nie mogła doczekać na wnuka. Dobrze mi się trafiło. Teraz dogadza mi, okna u nas ostatnio umyła. A zresztą wiesz, jak jest – mnie to ogólnie ludzie lubią, nie? Nawet Grzesiek mi zawsze tak powtarza, że trzeba pilnować, bo mnie zjedzą, za dobra dla wszystkich jestem. Zresztą wiesz, znasz go. Jakby mnie ktoś, nawet teściowa, coś chciał zrobić czy przygadać, to by się zaraz podkurwił. Zawsze za mną stoi i mnie pilnuje, dba. A ty co, chodzi dalej do ciebie ten rudy?

Taki chuj? No i tym lepiej. I tak wyjeżdżasz do miasta. Znajdziesz tam sobie lepszego.

 

Nie mów mi, ja sama wiem, że mam szczęście, dziesięć lat się znamy, z tego dwa po ślubie. Ale to różnie bywa, nie przejmuj się.

Oj, zorientujesz się, że to ten właściwy, zobaczysz!

Wcale nietrudno. Ja to sobie wymarzyłam kiedyś, że faceta chcę znaleźć takiego, żeby się przy nim czuło, że się żyje. Żeby coś się działo, żeby nie był nudny, żeby mi aż pióra rosły, jak na mnie popatrzy! I z Grześkiem tak miałam – jak się zakochałam, to nie spałam po nocach, w kościele ustać nie mogłam, tylko przebierałam nogami, roznosiło mnie normalnie.

Tak? No to inaczej pomyśl. Jak dba o ciebie, to jest dobry. A to przecież od razu widać. Mi się już teraz dłuży, śpię ciągle, mam leżeć, we wsi nuda i sama ciągle jestem, Grzesiek i teście w polu. Wiesz, nie? Człowiek tylko leży i czeka. Ale powiem ci: wczoraj obudziłam się nad ranem, poszłam się wody napić, a potem wyjrzałam na podwórek. Ptaszki akurat zaczęły śpiewać, wszystko zielone, po rosie, słońce dopiero wstawało i jeszcze się ludzie nie pobudzili, traktorów nie było słychać. I wtedy mi się dzieciątko zaczęło ruszać. I taka się poczułam szczęśliwa nagle, z niczego! Pomyślałam sobie: zaraz urodzę, męża mam, mieszkanie jest, wszyscy zdrowi. Aż chce się żyć! Tak mi się zrobiło jakoś dobrze, jak chyba nigdy. Jakoś tak lekko, jakbym bardziej żywa była? I się ucieszyłam, że już zaraz poród i będzie koniec z tym leżeniem. Ale zimno było, to się zawinęłam w szlafrok i poszłam do łóżka jeszcze, do mojego, on ciepły taki rano, tyle że chrapie. Obudził się i nagadał mi, że się włóczę gdzieś, zaziębię i siebie, i dziecko. Herbaty mi zaraz zrobił z miodem, nogi spirytusem natarł. Tak się zawsze martwi o mnie! I to ci właśnie mówię: takiego znajdź, co się o ciebie będzie martwił, a nie ty o niego. A tego rudego nie żałuj, bo nie ma czego.

No już dobra, nie będę. Ale wiesz, że się o ciebie martwię? W końcu starsza siostra jestem.

Tak? A kto ci chrabąszcza zza gaci wyjął, jak byłaś mała? No kto?

Właśnie! A pamiętasz, jak przed ślubem nas fryzjerka czesała?

No! I tobie spaliła grzywkę, a mi łajza spinkę ze stroikiem tak w głowę wbiła przez koka, że mnie ukłuła do krwi. Pamiętasz, jak musiałaś welon spłukać, bo się zafarbował? Ale ją mamusia sklęła wtedy od kurew! Aż ludzie na drodze słyszeli. Ona podobno teraz ma drugie nieślubne dziecko, tak mi teściowa mówiła, z jednym takim, co do Mazurów Marysi przylatywał i chciał się żenić. Ładny narzeczony, tu się zaleca, a tam dziecko fryzjerce machnął, nie?

Żartujesz!

Halo? Głośniej mów?

No jasne, kochana! Tylko powiedz kiedy, to tort ci zawsze zrobię! I tego miasta nie bój się nic. Tęsknić będę, ale i tak się nie widzimy, tylko dzwonimy, nie? Za to mama pewnie gorzej, już widzę jak będzie płakała. Jedna teraz zostałaś im, to trudno będzie cię z domu wypuścić, pusto się zrobi. Ale tam. Minie. Zaraz wnuka będą bawić, może przyjadą do mnie częściej, to się pocieszą jakoś.

Nie wiem, teraz to już pewnie nie, bo z tym brzuchem ciężko. I lekarz każe leżeć.

O Jezu, co ty, aż tyle? No to kończę, bo jak się mój dowie, to mnie chyba zabije. Dobrze będzie, pamiętaj – jeszcze raz ci mówię, że cieszę się, poradzisz sobie.

Dobra, no to pa, kochana. Wycałuj mamusię i tatę.

Halo? I o tym wózku nie zapomnij im powiedzieć!

Słyszałaś? Halo?

Cholera.

– Mama, halo? Mama? Słyszysz mnie? No głośno mówię przecież, nie będę ryczeć jak krowa!

Dobrze, widocznie zasięg spadł. Teraz cię słyszę. Co, nie przyjeżdżacie?

O, szkoda... To pozdrów tatę ode mnie. Już się ucieszyłam i nawet placek upiekłam, z jabłkami i kruszonką. Ten piekarnik z targu, co mi tata przywiózł, jest lepszy niż ten ruski poprzedni, powiedz mu.

Nie, nawet nie przypala. Sama zobaczysz, ładne ciasto wychodzi. Ale jak nie możecie przyjechać, no to trudno, innym razem. Kupiliście ten wózek w końcu?

Jak to? Aha. No to w sam raz, zdążą sprowadzić, jeszcze cztery tygodnie. Tylko niebieski, tak? Bo namyśliłam się i jednak ten kolor rzeczywiście lepszy będzie, tak jak mówiłaś.

No ładnie będzie, prawda? Ja się już też nie mogę doczekać.

No wiem, wiem. Jak urodzę, to będzie inaczej, zawsze tak mówisz. Ale jak teraz się nie możecie wybrać, to potem będziecie mogli? Jakoś nie wierzę.

Oj, mama, co ja na to poradzę? Czasami sobie w brodę pluję, żeśmy z wami nie zamieszkali. Tu niby pół domu mamy, na własnym jesteśmy, swoja kuchnia, łazienka, ale co z tego? Naokoło nic nie ma, ani sklepu, ani kościoła, nic. Średnia wieku siedemdziesiąt lat, jesteśmy najmłodsi we wsi, żadnych dzieciaków ani młodych. Zadupie, do autobusu pół godziny się idzie przez las, sama wiesz. To co ty mi będziesz gadać, że ja mam sobie odpoczywać i spokojna być? Ja nic innego nie robię, tylko odpoczywam i jestem spokojna, telewizję oglądam, leżę sobie, przejdę się drogą i znów poleżeć, z nudów można zgłupieć!

Dobrze, już dobrze, nie denerwuję się. Tak tylko głośno mówię. Myślałam, że przyjedziecie dzisiaj i trochę szkoda mi.

No już dobrze, przepraszam, wiem.

Tylko powiem ci, że czasem to żal mi. U nas to inne życie było, po koleżankach się chodziło, do kościoła, pod sklepem zawsze się kogoś spotkało, autobus we wsi i do miasta blisko. To zachciało mi się chłopa z Zagajdzia i teraz mam!

No wiem, że dobrego, wiem. Przyjedź, to go sama pozdrowisz.

Wiem, że nie każdej. Pamiętam. Jak po nocach nie spałaś, jak się o nią martwiłaś.

Ale mi nie żal jej wcale i nie wierzę, że on bez powodu ją zostawił. Ona nie taka święta, jak mówiła. Pamiętasz, co mi gadała na ślubie? Zamiast, jak człowiek, życzenia złożyć, to swoje żale na mnie. Na złość mi, żeby dokuczyć! Bo jak jej się nie udało, ona nieszczęśliwa, to wszystkim źle życzy. To ma być siostra? Inni ludzie potrafili się zachować, a nie ona?

No nie przejmuję się, ale pamiętać, to pamiętam. Zresztą ci powiem, że może i trochę miała racji. Pamiętasz, co mówiła? Że po ślubie to już koniec, nuda i harówka, nic cię w życiu więcej nie czeka. Jak się pojawi mąż, dzieci, to już kula u nogi i nic nie zmienisz.

Tak, wiem, że zazdrosna. Ale jak tu siedzę sama i z nudów dostaję kota, to mi się przypomina, nic nie poradzę. A co to będzie z dzieckiem? Tak jak i teraz, sama będę siedzieć, żadnej pomocy. I już wcale się nie ruszę nigdzie, do lekarza najwyżej czasem pojadę. Na spacer z wózkiem nie pójdę, bo nie ma do kogo. Do was nie pojadę, bo autobus za daleko, zresztą, dziecko męczyć – nie ma sensu. Samochodu nie mamy, prawa jazdy nie mam i nawet się nie nadaję, za mało pewna jestem. Grzesiek się śmieje, że rozjechaliby mnie. I uświerknę tu już zupełnie, nawet te telefony mi się skończą, bo będziemy kasę oszczędzać na pieluchy, już teraz ledwo starcza. Udupiona tu jestem już na amen... Nie tak, powiedz?

Nie płaczę, tylko tak... boję się trochę.

Nie przesadzam wcale.

Na pewno?

Obiecanki cacanki, tak jak i dziś. Miałaś tydzień temu przyjechać, pomóc mi sprzątać. Jak tak dalej pójdzie, to się urodzi, zanim wyszykujemy.

No, mam. Wszystko, torba gotowa, tylko klapek nie mam. Kupisz mi?

Jakie bądź, na siebie weź rozmiar, to będą dobre. A kartofli ci naszykować? Za tydzień kopania robimy, to ci worek mogę dać czy dwa, od razu.

Aha. No, to będę czekać, Grześkowi powiem.

Pa, pa.

– Nie. Nie mówiła ci?

Myślałam, że już wszyscy wiedzą. Mama dzwoniła, żeby nas nie męczyli.

Nie przeszkadzasz.

A co tu opowiadać? Chłopczyk, trzy dwieście ważył, trzy godziny żył.

Nie wiadomo. Lekarz mówił, że wód płodowych miałam za mało. A bo to ci powiedzą dokładnie?

Ja to prawie nic nie pamiętam, obolała byłam. Nawet go żywego nie widziałam. Tylko urodził się, to słyszałam, że płacze i od razu go zabrali. Grzesiek poszedł pytać. Powiedzieli mu, że nie przeżyło. Potem go oglądałam, jak do chrztu i do pogrzebu go ubieraliśmy.