Samotny jak Szwed?

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Mojemu Tacie, który kocha ludzi,

ale jest też samotnikiem z książką w ręku

.


Wiatrak na Olandii.

Which is worth more, a crowd of thousands,

or your own genuine solitude?

Freedom, or power over an entire nation?

A little while alone in your room

will prove more valuable than anything else

that could ever be given you[1].

.


Smögen.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Samotność po szwedzku?

Książka, którą trzymasz w ręku, jest opowieścią o różnych odcieniach samotności. O tym, czym samotność jest, czym bywa, co nas w niej przeraża, a co cieszy, jak nas zmienia, jakie stawia przed nami wyzwania. To historia uniwersalna, ale także na wiele sposobów osobista. Wiele w niej subiektywnych głosów, wiele prywatnych perspektyw, trochę moich własnych przemyśleń i wspomnień. Jednocześnie książka ta, jak większość moich książek, traktuje o Szwecji. O Szwedach. O ich wrażliwości. Dlaczego? Bo Szwecja to kraj, z którego czerpię inspirację. To także lustro, w którym oglądam Polskę i siebie samą. Poza tym wśród krążących po świecie narodowych stereotypów bardzo silny jest ten o szwedzkim samotnictwie. O zdystansowaniu Szwedów, ich małomówności, niechęci do kontaktów i chłodzie napisano i powiedziano już całkiem sporo. Jest w tym miejsce i na prawdę, i na wyolbrzymienie oraz brak zrozumienia kodów kulturowych.

Niewątpliwie odosobnieniu sprzyja w Szwecji demografia. Wprawdzie żyje tu dziesięć milionów ludzi, więc Islandia to zdecydowanie nie jest, ale 97 procent powierzchni kraju to teren niezamieszkany. Dziewicza ziemia. Szwecja bardzo różni się tym od Polski, w której gdziekolwiek człowiek się ruszy, zaraz znajdzie się w tłumie. Często irytującym, z parawanami na zatłoczonej plaży, z namolnym, zbyt głośnym gadaniem w pociągowej strefie ciszy, z tłokiem w środkach komunikacji miejskiej i nadmiarem spacerowiczów w miejskich parkach. W Lesie Kabackim bywa tak dużo rowerzystów, że człowiek ma wrażenie, że porusza się w peletonie kolarskim. W Szwecji przestrzeń, spokój i ciszę znajdziesz wszędzie, nawet w centrum miasta. Ma to także związek ze sposobem bycia mieszkańców szwedzkich miast. Susan Sontag w swoim niezbyt przychylnym dla Szwedów Liście ze Szwecji pisała: „Nie znam nowoczesnego miasta tak cichego jak Sztokholm, niemal każdy hałas pochodzi w nim od maszyn. Ludzie prowadzą ciche rozmowy, szepczą i pomrukują w restauracjach, a wykłady i spektakle nagradzają stonowanym aplauzem”[2]. Najsłynniejsza amerykańska intelektualistka napisała te słowa w 1969 roku po kilku miesiącach pobytu w stolicy Szwecji. Ja po 20 latach życia w tym mieście napisałam książkę pod tytułem Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą[3], więc wygląda na to, że od lat 60. zeszłego wieku poziom hałasu i tłoku nie wzrósł. Nie zgadzam się za to z Sontag, że szwedzka publiczność reaguje zawsze w sposób wyciszony i nieentuzjastyczny. Po genialnych spektaklach tanecznych w Dansens Hus trwające bez końca brawa i okrzyki nie ustępują spontanicznym reakcjom publiczności amerykańskiej.

Susan Sontag męczyła się w szwedzkiej ciszy. Nie przepadała też za rozmowami ze Szwedami, którzy wprawdzie już w latach 60. świetnie mówili po angielsku, za to mieli problem z wyrażaniem siebie i przekraczaniem wewnętrznej samotności, w jakiej zdawali się nieustannie tkwić: „Mówienie nigdy nie przestaje być dla Szwedów kłopotliwe: to balansowanie nad przepaścią. Za każdym razem, gdy zaczyna się konwersacja, możesz poczuć, jak pomiędzy rozmówcami narasta fizyczne napięcie. (...) Rozmowom zawsze grozi wygaśnięcie, zarówno z powodu imperatywu dyskretności, jak i ze względu na to, że tak kusi cisza. Milkliwość to szwedzka przywara narodowa. Czy zaczniecie się śmiać, jeśli przypomnę wam Gretę Garbo? Nie żartuję, Szwecja jest pełna prozaicznych i pozbawionych wdzięków małych Garbo. I momentów z filmów Bergmana, tych, w których bohaterowie niemo wyrażają męczarnię niezdolności wypowiedzenia tego, co czują”[4].

Åke Daun, szwedzki kulturoznawca, który przez lata zajmował się badaniem i opisywaniem charakteru swoich rodaków, w książce Mentalność szwedzka konstatuje: „Dla wielu Szwedów jest coś poetyckiego w samotności, oczywiście jeśli nie jest ona permanentna i niechciana, zwłaszcza jeśli to samotność na łonie natury”[5].

Daun, badając Szwecję od środka, potwierdził też to, co szybko wyczuwają turyści, imigranci i inni nowo przybyli. Szwedzi mają w sobie nieśmiałość i lekko introwertyczny rys przy pierwszym kontakcie: „Wielu Szwedów woli mieć »spokój«, choć trochę mniej jest takich, którzy posuwają się tak daleko, że celowo unikają jeżdżenia windą z sąsiadami. W towarzystwie nieznajomych nieliczni mają ochotę pogadać. (...) Samotność oferuje ulgę i wyzwolenie. Pozwala odpocząć od oczekiwań życia towarzyskiego. Poczucie spełnienia, jakie ma wielu Szwedów, błądząc samotnie po lesie, siedząc z wędką czy spacerując z psem, należy częściowo widzieć w tym kontekście: chodzi o uwolnienie od społecznego nacisku, od konieczności mówienia i dopasowania się, by mówić”.

Może jest tak, że szwedzka samotność to po prostu marzenie o wolności? Pragnienie wyzwolenia od zobowiązań? Tęsknota za wyrwaniem się z kołowrotka zdarzeń i społecznych oczekiwań? Za oddychaniem pełną piersią? Za czuciem każdą komórką ciała?


Na Fårö.

Uroda Szwecji, jej rozległość i bogactwo natury oraz niezliczona liczba miejsc, w których można pobyć sam na sam ze sobą, bardzo sprzyja takim pokusom. Odkryłam to, kiedy jako piętnastolatka po raz pierwszy wyruszyłam do sąsiadów po drugiej stronie Bałtyku. Razem z mamą odwiedziłyśmy jej bliską przyjaciółkę, która zabrała nas do letniego domu na wyspie Öland (czyli na Olandii). Wyspa ta pojawi się w książce pośród porad, gdzie w Szwecji można odnaleźć samotność w pięknym miejscu. Ale najpierw wspomnienie.

Piętnastoletnia ja i szwedzka wyspa pełna ciągnących się bez końca pastwisk, kamienistych, pustych plaż, łąk, wiatraków i lasów. Godzinami jeździłam sama na rowerze, uciekałam od towarzystwa, żeby samotnie kąpać się w morzu. Coś takiego we mnie wstąpiło, że rozkoszowałam się tym, że jestem i umiem być sama. Byłam tu i teraz, pełna skupienia i uważna, choć był to czas, kiedy świat jeszcze nie oszalał na punkcie mindfulness i innych technik medytacji. Bardzo dobrze mi to wówczas zrobiło, bo znajdowałam się w pierwszej, burzliwej fazie dorastania i w moim polskim życiu nic nie liczyło się bardziej od grupy rówieśników, zdania koleżanek i tego, czy tamten albo inny obiekt moich westchnień zwrócił na mnie uwagę. Było to przyczyną niezliczonych stresów oraz pogłębiającego się braku wiary w siebie. Na Olandii mogłam stać się niezależną, lubiącą wiatr, mech, morze i deszcz prawdziwą sobą. Tkwiła w tym radość i siła.

Tlen i strach

„Samotność jest dla mnie tym, czym dla innych błogosławieństwo kościoła. Światłem łaski. Nigdy nie zdarza mi się zamknąć za sobą drzwi bez świadomości, że oto spełniam wobec siebie miłosierny uczynek”[6]. Tak tłumaczyła sobie siebie samą Smilla, bohaterka dziwnego kryminału Petera Høega Smilla w labiryntach śniegu. Rozumiem ją. Nie jestem z natury samotnicą, nie żyję samotnie, mówiąc szczerze, nigdy nie mieszkałam sama. Ale jednocześnie potrzebuję samotności jak tlenu. Nie umiem funkcjonować bez łagodnego stanu „osobności”, w którym nikt nie przerywa moich myśli, nikt nie rozprasza uwagi. Instynktownie szukam pustych szczelin czasu, kiedy mogę się skupić i nie doświadczam nadmiaru bodźców, jakie niesie ze sobą obcowanie z innymi. To nie jest samotność obciążona strachem lub egzystencjalnym smutkiem. W języku angielskim istnieje pojęcie „solitude”, które nie ma tego samego negatywnego ładunku emocjonalnego co „loneliness”. To solitude jest stanem, który na mnie dobrze wpływa.

Solitude and loneliness fall on opposite ends of a spectrum. There’s a wide difference between being alone and being lonely – napisała instagramowa poetka Victoria Erickson[7]. Na język polski da się jej słowa przetłumaczyć jedynie opisowo: „Osobność i samotność znajdują się na dwóch krańcach spektrum. Istnieje wielka różnica pomiędzy spędzaniem czasu w samotności a byciem samotnym”.

Za samotnym spędzaniem czasu można tęsknić, można się nim rozkoszować, celebrować każdą sekundę.

Pamiętam, że jako dziecko bardzo lubiłam bawić się sama. Albo jeszcze lepiej: wyobrażać sobie, w co będę się bawiła. Jestem jedynaczką, więc od dzieciństwa przyzwyczajona byłam do tego, że nie zawsze mam towarzyszy do zabawy, choć z drugiej strony wokół mnie było dużo dzieci. Drzwi naszego mieszkania były otwarte dla innych. No i wystarczyło wyjść na podwórko, w Polsce lat 80. podwórka były pełne dzieciaków. Można też było wpaść do mieszkającej w tym samym bloku koleżanki. Często to robiłam, ale były też takie dni, kiedy najlepiej mi było ze sobą samą. Mogłam na przykład wejść do szafy i udawać, że jestem księżniczką w zaklętej wieży. Albo położyć się na tapczanie, zamknąć oczy i wyobrażać sobie, w co się będę wkrótce bawiła. Wyobrażanie bywało lepsze od zabawy.

 

Jednocześnie okropnie bałam się samotności. Ależ tak! Szczególnie tej w grupie. To była samotność z serii „Jestem inna”, „Ja tu chyba nie pasuję”. Wyjazd na kolonie, na których z początku nikogo nie znałam, kurs angielskiego, na który chodziłam bez bliskiej duszy – takie zupełnie zwykłe sytuacje były horrorem. Paraliżowała mnie nieśmiałość, poczucie, że jestem sama wśród obcych, którzy wcale nie muszą być mi przyjaźni. Że wokół mnie pełno innych dzieci, a ja nie mam się do kogo odezwać. A jeśli się odezwę, to na pewno zrobię się czerwona. Albo będę próbowała mówić i nie wyduszę z siebie słowa. Ten sam lęk przed samotnością w towarzystwie pojawia się też u mnie w życiu dorosłym, choć w łagodniejszej formie. To dlatego wolę spotkania w małym gronie, kiedy istnieje możliwość nawiązania prawdziwego porozumienia, o wiele mniej interesują mnie duże przyjęcia i inne imprezy, na których obowiązuje small talk. Malin Ekman, szwedzka dziennikarka mieszkająca w mieście samotności absolutnej, czyli w Nowym Jorku, opisała swoją potrzebę samotności i lęk przed nią w pięknym tekście opublikowanym w dzienniku „Svenska Dagbladet”: „Samotność, która mnie najbardziej przerażała, to ta, która pojawia się w towarzystwie innych ludzi. Niezdolność przebicia się. Rozmowa, której słowa nic nie pozostawiają. Bycie z pozoru częścią kontekstu, ale w rzeczywistości bycie poza nim”[8].

Rozpoznajecie to uczucie? Bycie wśród ludzi, wśród uśmiechów, słów i przyjacielskich gestów, ale bez poczucia głębokiego kontaktu? Doświadczyłam tego na nowo podczas moich pierwszych lat życia w Szwecji, kiedy rozmowy ograniczała moja słaba znajomość języka i kodów kulturowych. Inna rzecz, że dzięki temu zrozumiałam, że nie zawsze język jest kluczem do porozumienia, a odmienność kodów kulturowych bywa najlepszym początkiem dyskusji.

Powracając do związanych z samotnością strachów młodości, wyznam też, choć to patriarchalny atawizm, że nadmiernie bałam się tego, że będę w życiu sama, czyli nie w związku. Wydawało mi się to najstraszliwszą z możliwych porażek. Dziś z lęków przed samotnością największy jest pewnie ten, który mamy w sobie wszyscy: strach przed śmiercią. Przed samotnością ostateczną. Boję się też bycia niezrozumianą, czyli samotności polegającej na tym, że mogłoby nie być na świecie osoby, która pojmowałaby, choć w pewnym stopniu, o co akurat mi chodzi. Mam wrażenie, że taki stan prowadzi do poczucia odłączenia od własnego życia. Cytując ponownie Malin Ekman, bywa przecież i tak: „Miałam przyjaciół i znajomych, i wiele to dla mnie znaczyło, ale pomiędzy mną a światem była jakaś błona. Uczucie, że moje życie, moje prawdziwe życie, jest gdzieś indziej”.

Prawdziwe życie jest gdzieś indziej. Prawdziwa ja nie siedzę tu i nie rozmawiam w tym jakże miłym gronie. Jak wielu ludzi, mam silne poczucie własnej inności. Grupa i ja to prawie zawsze dwa oddzielne światy. Nawet jeśli uwielbiam przebywać w wielkiej sali pełnej praktykujących ashtangę joginów i mam wtedy silne poczucie bliskości ze wszystkimi.

Inna rzecz, że z wiekiem coraz lepiej rozumiem, że na jakimś poziomie wszyscy jesteśmy zawsze sami, a na jakimś innym – nigdy nie. Uporanie się z ambiwalentnym stosunkiem do samotności to w dużej mierze kwestia dojrzałości. Rację miał Gombrowicz, gdy mówił o tym Ricie:

„– A samotność? – spytałam.

– Każdy jest samotny. Musisz się z tym pogodzić jako normalnym stanem rzeczy. Wszystkie zwierzęta są samotne. Widziałaś kiedy, żeby psy spacerowały pod rękę?”[9].


Jezioro w Nacka.


Legendarny Most nad Sundem.

W drodze

Kiedy miałam dziesięć, a może dwanaście lat, zobaczyłam w telewizji film Sama Peckinpaha Konwój. O ile pamiętam, oglądałam go razem z babcią na niedużym, czarno-białym telewizorze. Rozmiar ekranu oraz zakłócenia nie miały żadnego znaczenia. Kultowy film drogi z 1978 roku, który zachwycił z czasem mojego syna, rozpalił moją wyobraźnię. Konwój obejrzałam po raz pierwszy, zanim osiągnęłam wiek, w którym zakochałabym się w Martinie granym przez nieziemsko przystojnego Krisa Kristoffersona. Zanim zaczęłam marzyć, by być piękna jak grająca główną rolę kobiecą Ali MacGraw. Do tego stereotypowego etapu także doszłam, mam w zwyczaju wracać do ulubionych filmów wielokrotnie, ale stało się to później. Najpierw zamarzyłam o tym, by być... kierowcą ciężarówki i jeździć nią po niekończących się, urzekająco pustych amerykańskich drogach. Tak. Tylko ja, mój wielki tir i autostrada. Ależ mnie to pociągało. Mnie, która zawsze byłam najmniejsza w klasie, a w przedszkolu histerycznie bałam się czarnowłosej, Bogu ducha winnej pani Basi, bo była wysoką brunetką. Po obejrzeniu Konwoju postanowiłam, że zostanę dzielną pogromczynią autostrad. Podobne odczucia wzbudził we mnie lata później film Thelma i Louise. Wprawdzie jego bohaterki nie jadą przez Amerykę samotnie, ale przecież poza kobiecą przyjaźnią, która daje im siłę i je napędza, nie mają już nic; są same przeciw światu i patriarchatowi, absolutnie wolne, bez szans, ale i bez zakłamania oraz niepotrzebnych więzów. Jest w tym ich oderwaniu od społeczeństwa dzika, rewolucyjna energia. Jest w tym coś upajającego.


Samotność na Gotlandii.

Samotność w drodze, podróżowanie jako medytacja albo wyraz buntu, siedzenie za kierownicą z włączoną zbyt głośno muzyką, samotnie lub z kimś bliskim obok, z kimś, kto, jak to pięknie ujął australijski pisarz Dimitri Zaik, też „chce być sam wspólnie z kimś innym, kto chce być sam”[10]. Jestem podatna na romantykę bycia „w drodze”, na towarzyszący jej smak wolności, który potrafię poczuć nawet podczas krótkiej porannej jazdy samochodem przez pusty Sztokholm (kiedy o szóstej rano zaczynam praktykę jogi, większość mieszkańców miasta jeszcze śpi).


Fårö.

Pracując nad Samotnym jak Szwed?, spędziłam w samochodzie mnóstwo czasu. Nie sama, tylko z moim synem fotografem, który, podobnie jak ja, kocha ludzi, ale także musi czasem pobyć sam. Zjeździliśmy Szwecję wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu miejsc, w których można znaleźć samotność na łonie natury, odosobnienie w ciekawej przestrzeni, albo miejsc, w których można się zakochać od pierwszego wejrzenia, zwłaszcza wtedy, gdy nie odwiedza się ich razem z grupą znajomych ani w sezonie turystycznym. Przemierzaliśmy kilometry, rozkoszując się swobodą milczenia w dobrym towarzystwie i słuchając muzyki. Zachodnie wybrzeże Szwecji już zawsze będzie mi się kojarzyło z The Rolling Stones, a przypominające Prowansję Österlen – z 2-4-6-8 Motorway w wykonaniu Tom Robinson Band, piosenką, która akurat tam się do nas przyczepiła. Ponieważ jesteśmy z Danielem do siebie podobni, jest nam łatwo razem podróżować. Niczego do końca nie planujemy, jesteśmy w stanie zmienić koncepcję całej wyprawy dosłownie w ostatniej chwili, chodzimy zazwyczaj bez mapy i po prostu wpadamy na miejsca, które chcieliśmy znaleźć. Potrafimy nie odzywać się do siebie godzinami, aby potem przekrzykiwać się z zachwytu na widok czegoś, co bardzo nam się podoba – niezwykłego miejsca, stada krów w środku lasu – albo z powodu nagłej zmiany pogody czy znalezienia na bezdrożu wyjątkowo dobrej kawiarni serwującej bezglutenowe kanapki (dla mnie!) i idealną latte. Z ciekawostek typowo szwedzkich dodam, że podczas pracy nad książką mój syn szkolił się też w jeździe samochodem, bo w Szwecji nauczycielami jazdy mogą być także rodzice. Nie byłam więc jedynym kierowcą. A kiedy Daniel robił zdjęcia, co często zajmuje mu dużo czasu, bo jako perfekcjonista szuka idealnego ujęcia i światła, po prostu nie robiłam nic. Myślałam i byłam sama ze sobą. Bardzo cenne doświadczenie. Kojące.

Sam na łonie natury

„W październikowy wieczór byłam sama na dalekiej od miasta wyspie Archipelagu Sztokholmskiego. Tylko morze i ja, czułam się silna. W swoich notatkach zapisałam wtedy:

»Bycie samą w ‘środowisku’, w którym wszyscy kogoś mają albo normy zalecają, by każdy był z kimś, wywołuje niepokój. Bycie samotną w ‘środowisku’, w którym nie ma ‘żadnych’ innych ludzi, a wszystkie normy są bardzo oddalone, wywołuje poczucie własnej niezłomności«”[11].

W języku niemieckim istnieje słowo Waldeseinsamkeit opisujące specjalne doznanie samotności, którego można doświadczyć jedynie w lesie. W języku szwedzkim, podobnie jak w polskim, nie ma takiego słowa. Ale to właśnie Szwecja jest krajem, w którym samotność w lesie lub w jakimś innym miejscu na łonie natury jest stanem, za którym się tęskni, którego się szuka i który się celebruje.

To na łonie natury Szwedzi odnajdują siebie samych. To natura daje im przeżycia duchowe, których nie doświadczają w kościele. Szwecja to kraj, którego mieszkańcy są sceptycznie nastawieni względem wszelkich religii zinstytucjonalizowanych i definiują się zazwyczaj jako agnostycy. Oczywiście w kraju tak wielokulturowym znajdzie się też miejsce dla religijności, nawet tej żarliwej, ale na peryferiach głównego nurtu życia społecznego. W sposobie myślenia i działania rodowitych, zsekularyzowanych Szwedów można z kolei doszukać się elementów moralności protestanckiej, ale jej obecność nie jest do końca uświadomiona i nie ma związku z duchowością. Miejscem poszukiwań metafizycznych nie są zatem kaplice, ale szkiery Archipelagu Sztokholmskiego lub Göteborskiego, płaska skała nad jeziorem obok domu, gęsty las, który można w tym kraju znaleźć wszędzie, bezkresne łąki Olandii albo Österlen.

David Thurfjell, profesor religioznawstwa w Södertörns högskola w Sztokholmie, wrócił właśnie z Sarek w Lapplandii. To park narodowy tak wielki, że na jego poznanie powinno się przeznaczyć minimum dwa tygodnie, i po którym nie sposób poruszać się bez kompasu i mapy. Bezkresna, dziewicza przestrzeń, w której można poczuć łączność z czymś wielkim, jak stwierdza w naszej rozmowie Thurfjell: „To krajobraz, w którym nie ma śladu człowieka, dzika, bezkresna natura dająca poczucie wieczności i przekonanie, że ja także mam w sobie wieczność. W spotkaniu z takim światem staję się na nowo sobą, tym prawdziwym”.

Niedawno Thurfjell wydał książkę Leśni ludzie: jak natura stała się religią Szwedów. W pierwszym rozdziale tak definiuje jej czytelnika: „Nie jesteś religijny, ale kiedy przebywasz sam na łonie natury, to czujesz, że nawiązujesz z czymś kontakt, może nie z Bogiem, nie dosłownie z nim, ale z czymś większym niż codzienność, głębszym, potężniejszym, z czymś, co tyczy się sensu istnienia i jego granic”[12].

Nasze spotkanie zaczyna od wyrecytowania zaskakująco poprawnym polskim fragmentu z Przesłania Pana Cogito: „Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu / po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę”[13]. Śmieje się, widząc moją zaskoczoną minę, i obiecuje, że wyjaśni, gdzie czytał w oryginale Herberta. Potem dodaje, że dopiero co zobaczył Zimną wojnę Pawlikowskiego i że to świetny film. Ma wyjątkową łatwość nawiązywania kontaktu, wspomina, że zrobił sobie kiedyś test sprawdzający, czy jest ekstrawertykiem, czy introwertykiem, i wyszło na to, że jest skrajnie ekstrawertyczny.

Spotkanie z Davidem Thurfjellem, profesorem religioznawstwa

Chciałbym być trochę introwertyczny, bo pociągają mnie tacy ludzie. Ale nie jestem. Za to lubię być sam na łonie natury. A to, co lubię najbardziej, to bycie samemu wśród wielu ludzi. – Uśmiecha się, patrząc mi w oczy znad latte.

Opowiedz o tym, bo ja właśnie takiej samotności się obawiam. Dla mnie hasło „sam w tłumie” to jak powrót do lęków dzieciństwa.

Przez całe życie lubiłem samotnie podróżować, ale ostatnio, to znaczy odkąd mam dzieci, mogę tak spędzać tylko tydzień w roku. Chodzi o to, żeby być samemu i dzięki temu spotykać zupełnie nowych ludzi. Żeby wylądować w jakimś zupełnie nieoczekiwanym towarzystwie. To trochę jak sport. Wyzwanie. Nie znam nikogo w nowym miejscu, nie znam języka, czuję, że nie przynależę. Mój pierwszy impuls jest taki, że powinienem wrócić do hotelu, bo nie powinienem tu być, nie czuję się dobrze. Trzeba się temu impulsowi przeciwstawić, powstrzymać odruch i poczekać, aż coś się stanie. Chodzi o to, żeby przełamać samotność. Podczas samotnych podróży spotyka się w końcu ludzi, których inaczej nigdy by się nie spotkało, możliwe stają się prawdziwie głębokie rozmowy.

 

Na przykład moja polska historia, która wydarzyła się w Krakowie. Podróżując, często używam funkcji Meetup serwisu Couchsurfing. Można tam zadać pytanie, kto akurat jest w miejscu, w którym i ty jesteś, i czy ta osoba ma ochotę na spotkanie. Mam w zwyczaju szukać ludzi powyżej trzydziestki, są dla mnie ciekawsi. Piszę: „Czy ktoś chce zjeść ze mną lunch?”. Najczęściej odzywają się lokalsi. To pozwala lepiej zrozumieć miejsce, do którego się trafia. W Polsce spotkałem kogoś, kto był pracownikiem socjalnym, i kogoś, kto był rzemieślnikiem. Spotkałem też kobietę, która pokazała mi Nową Hutę – bardzo ciekawa dzielnica – to ona opowiedziała mi o Herbercie. Sama była trochę zła na świat, żyła bardzo ascetycznie, pod silnym wpływem idealistycznej platońskiej filozofii. Spędziłem z nią dwa dni. Rozmawialiśmy do późnej nocy. Była w tym też jakaś fascynacja, ale powiedziała mi, że absolutnie, za nic w świecie, by się temu nie poddała. Nigdy nie spotkałem kogoś takiego i nie spotkałbym, gdybym nie był w Krakowie sam. Kiedy pojechałem samotnie do Lwowa, udało mi się tam poznać prawdziwą znachorkę, starowinkę ze złotym zębem, która przypominała czarownicę z bajki.

David długo opowiada mi o tym, jaki typ schorzeń potrafi wyleczyć znachorka. Zapytany, dlaczego zdecydował się na studiowanie religioznawstwa, udziela odpowiedzi tak bardzo szwedzkiej, że aż się uśmiecham:

– Byłem zawsze ogromnie zainteresowany wyimaginowanymi światami, bajkami, mitami, książkami o Narnii. Religiami też. Poza tym pochodzę z pastorskiej rodziny, mój pradziadek, dziadek i tata byli pastorami. W liceum pojechałem do Indii, odwiedzałem tam różne świątynie, było to dla mnie fascynujące.

Zaczynamy rozmawiać o kilkudziesięciu osobach, z którymi przeprowadził wywiady do swojej książki, o tym, że właściwie wszyscy, opowiadając o miłości do natury, podkreślali, że działa ona na nich kojąco i czują się w lesie bezpiecznie. Drzewa dają im ochronę, uspokajają. Nagle przypomina mi się poranna rozmowa z koleżanką z jogi, która na co dzień pracuje w ambasadzie Szwecji w Kinszasie. Opowiadała o tym, jak niebezpiecznie jest pływać łodzią po rzece Kongo, jak groźne są hipopotamy. W Republice Konga natura nie daje bezpieczeństwa. W Szwecji jest wytchnieniem od świata ludzi. Parasolem ochronnym.

Czy to prawda, że Szwedzi są najbardziej samotnym narodem świata?

Najbardziej samotną wyspą świata jest Kungsholmen w centrum Sztokholmu. Tam jest najwięcej jednoosobowych gospodarstw w całym kraju. Myślę, że istnieje ogromna różnica pomiędzy samotnością niechcianą a wybraną. Szwedów na pewno charakteryzuje duża doza autonomii indywidualnej. Nie lubimy wzajemnych zobowiązań, długu wynikającego z tego, że ktoś nam w czymś dopomógł. Dobrze to ilustruje pewna anegdota z mojego życia. Typowo szwedzka. Kiedy ostatnio byłem w Indiach, kupowało się tam w jednym miejscu lody za kupony. Każdy kupon kosztował jedną rupię, czyli prawie nic. Zapomniałem zabrać swoje kupony z pokoju hotelowego, ale chciałem kupić lody dzieciom. Spytałem więc Niemca, który tam pracował, czy mógłbym od niego kupić kupony za trzy rupie. Odpowiedział: „Ależ ja ci je dam”. Trzy rupie to naprawdę nic, ale poczułem, że jednak wolałbym te kupony kupić, bo nie mam ochoty czuć ciężaru wdzięczności i zadłużenia. A co się stanie, jeśli przyjdę po lody jutro i znów zapomnę kuponów? Miałbym się ponownie zadłużyć? Wolę zapłacić. Nie chcę wzajemnych zobowiązań, będą mi jakoś ciążyć. Naszej rozmowy słuchał Amerykanin, który chyba był krytyczny względem Szwecji. „Tak się dzieje, gdy żyjesz w zbyt rozbudowanym państwie opiekuńczym – powiedział z przekąsem. – Spłacasz wszystkie długi”.

I to jest prawda. W Szwecji nie da się nawet za bardzo jeździć autostopem. Ludzie za kierownicą, patrząc na autostopowicza, myślą: „Płacę prawie sześćdziesiąt procent podatku, więc swoje już zrobiłem. Są autobusy”.

Ale przecież Szwedzi są też bardzo solidarni z innymi. W czasie kryzysu uchodźczego w pomoc nowo przybyłym angażowała się cała armia wolontariuszy! Ludzie przyjmowali do swoich domów młodych chłopaków z Afganistanu, rodziny z Syrii...

To wszystko prawda, ale jednocześnie ludzie unikają solidarności na poziomie kontaktów z wybranymi jednostkami, solidarności, której manifestowanie oznacza tworzenie relacji, budowanie wzajemnych oczekiwań...

Twoi rozmówcy uciekają do lasu od wszelkich międzyludzkich zależności, szukają tam ciszy, której przecież jest w Szwecji pod dostatkiem nawet w mieście.

Tak, cisza jest czymś normalnym w kulturach nordyckich. Polega też na powściągliwości w wyrażaniu uczuć. Czy wiesz, że mówienie własnym dzieciom, że się je kocha, do niedawna nie było w Szwecji takie częste? To znaczy ojcowie z mojej generacji ciągle mówią swoim dzieciakom, że je kochają, ja też to wciąż robię. Za to nasi rodzice, urodzeni w latach czterdziestych zeszłego wieku, nie byli do tego tacy skorzy. Pamiętam, jak moja kuzynka wychodziła za mąż i jej tata miał wygłosić uroczystą mowę. Myślał nad tym, co powiedzieć, i zapytał mnie o radę, a ja mu na to, że może powiedzieć, co chce, ale musi wyraźnie wyartykułować, jak bardzo kocha córkę. Zareagował na to przerażeniem: „Nie! Nigdy nie mógłbym tak powiedzieć!”. W końcu w przemówieniu zabrzmiało to tak: „Droga Åso, jesteś osobą lubianą przez wielu ludzi i ja też należę do tej grupy”. Mój tata nigdy nie powiedział mi, że mnie kocha, ale raz, w czasie wielkiego kryzysu życiowego, gdy dowiedział się, że jest śmiertelnie chory, powiedział ze łzami w oczach: „Kochamy się”. Z kolei moja mama potrafi powiedzieć mi: I love you po angielsku. Szwedzi często tak robią, że przechodzą na angielski, kiedy chcą stworzyć dystans lub czują się zażenowani. Wracając do kultury milczenia, to wielu z moich rozmówców mówiło, że wchodząc do lasu, milkną, nawet jeśli są w towarzystwie. Zauważyłem, że też to robię. To trochę jak wejście do kościoła.

Twierdzisz, że większość Szwedów ma bardzo szczególne poczucie związku z przyrodą, że to jeden z powodów, dla których wolą spędzać wakacje w domku w lesie czy nad jeziorem niż na wczasach w ciepłych krajach.

Trzeba pamiętać, że Szwecja od dość niedawna jest krajem, w którym większość ludzi mieszka w miastach. To coś nowego w naszej kulturze. Jeszcze niedawno wszyscy byliśmy chłopami. Kiedy ludzie zostają nagle odseparowani od natury, zaczynają żyć nowoczesnym życiem i fakt, o której wstaje i zachodzi słońce, przestaje mieć znaczenie dla ich pracy, więc naturze przypisuje się zupełnie nowe cechy. W Szwecji pojęcie natury kojarzone jest z wolnym czasem, z wolnością. Wyjazd na wakacje na wieś jest nie tylko zmianą miejsca, ale także sentymentalnym powrotem do dawnych czasów. Na wakacjach je się dawne, tradycyjne jedzenie – śledzie, kartofle, truskawki. Ludzie inaczej się ubierają. Można zorganizować ucztę rakową, śpiewać przyśpiewki do alkoholu. Biegać na bosaka. Można żyć zupełnie inaczej niż w mieście. Natura staje się miejscem na realizację romantycznych marzeń, miejscem szczęśliwym.

Może to idealizowanie życia chłopskiego ma też związek z tym, że szwedzcy chłopi byli zawsze wolni, nie znali pańszczyzny. Polska też jest chłopskim społeczeństwem, ale w Polsce wieś kojarzy się z czymś gorszym od miasta, prymitywnym. Na pewno ma to swoje korzenie w wielowiekowym upokorzeniu chłopów pańszczyzną i może stąd bierze się też nasza większa obojętność względem natury.

Istnieje wiele teorii dotyczących tego, skąd wziął się szwedzki indywidualizm, i jedna z nich łączy go właśnie z sytuacją szwedzkich chłopów, z ich wolnością i niezależnością. Ale warto dodać, że i u nas romantyczną postać przypisuje się życiu bogatych chłopów, a nie biednych parobków.

Natura jest też, jak już wspomniałeś, przestrzenią nowej duchowości. Współczesnym ekwiwalentem kościoła, do którego chodzi się jednak samotnie, a nie w grupie.

To bardzo ciekawe, bo właściwie wszyscy moi rozmówcy opowiadali, że chodząc samotnie po lesie, nie czują się sami. Mają przeświadczenie o przynależności. Byciu blisko czegoś dobrego. Samotni potrafią się czuć w tłumie, w mieście, to tam dręczą ich niepokoje, lęk przed śmiercią. Kiedy wchodzą sami do lasu, przestają być samotni. Na pewno ma to związek z naszym dziedzictwem kulturowym. W pierwszej istniejącej na piśmie relacji o Szwecji wspomnianej jako jedno z germańskich plemion na północy, którą można znaleźć w liczących dwa tysiące lat zapiskach rzymskiego historyka Tacyta, jest mowa o tym, że plemię to modli się do lasu. I że jego członkowie nie chcą, aby ich domy znajdowały się zbyt blisko siebie, tak jak w Rzymie. Chcą mieć wokół domostw dziką naturę. Czyli już dwa tysiące lat temu nasza kultura miała w sobie rysy introwertyczne, lekko autystyczne i już wtedy kochaliśmy naturę. Współcześni Szwedzi opowiadający o swoim stosunku do natury mówią często, że ona leczy ich dusze. Zmniejsza strach przed samotnością i śmiercią. Jest czymś prawdziwym, stanowi kontrast dla braku autentyczności codziennego życia.